[ 2009/06/20 ] Apokalipsa warszawska, autor: Lama Sedes, kategoria: tekst

I.

Miejski ogródek działkowy. Muzyczka z radio, starszy pan w klapkach grabi grządkę. Na stoliku ogrodowym dzwoni komórka. Pan odbiera. Dzwoni Lutek, jego syn, z centrum Warszawy.

- Tato, słyszałeś wiadomości w radio ?

- No, słyszałem słyszałem...a co ?

- Jak to co ?! Wieczorem będzie podobno koniec świata. Nie słyszałeś?!

- To jakiś prima aprilis, synku. To była chyba reklama, słyszałem to...pewnie nowa reklama Media Markt.

- Tato, ale ja to widziałem w BBC! To objęło cały świat! Nawet w Chinach jest mobilizacja! Nie trać czasu, wracaj lepiej do domu...

- Muszę jeszcze podlać pomidory, Lutek. Nie panikuj, przecież trwa sezon ogórkowy! Jak mogłeś się dać tak nabrać..

- Tato...żyjesz na tej działce to nic nie wiesz...a w mieście jest panika nie do opisania...

Widać, jak za plecami Lutka przewala się spanikowany tłum. Każdy biegnie w innym kierunku, część ludzi pada na kolana i zanosi modły do nieba.

- Zadzwonię do ciebie jeszcze...teraz tracę sygnał...nie wyłączaj komórki!

Lutek chowa telefon i łapie pierwszy lepszy tramwaj. W tramwaju ścisk i tłok: dookoła Żydzi w opaskach z gwiazdami Dawida. Ich twarze pochylają się ku siedzącemu Lutkowi:

- Nie ustąpisz miejsca dziadkowi choremu na tyfus? Głodnej dziewczynce?

Lutek ucieka z tramwaju. Okolice cmentarza Powązkowskiego. Z bram cmentarnych wychodzą odświętnie ubrane trupy. Są żywe, rozmawiają ze sobą i wchodzą w tłum uliczny jak gdyby nigdy nic.

Lutek idzie dalej, mija klub CDQ na Burakowskiej. Dochodzi stamtąd głośna muzyka, pomimo że to środek upalnego dnia. Okna pozasłaniane. Lutek przygląda się niepewnie i ostrożnie budynkowi, wahając się czy tam wejść. W oknie staje młoda blada dziewczyna o szarej trupiej twarzy, wystylizowana na gotyk. Pali papierosy obserwując go świdrującym wzrokiem.

Lutek oddala się. Idzie do pobliskiego Mc Donalda. Zamawia przy ladzie zestaw Big Mac i siada w kącie sali. Wiszący pod sufitem telewizor nadaje wiadomości o powszechnej panice w Europie i w Ameryce w związku z plotką o końcu świata, którą potwierdził również Watykan. Lutek zapala papierosa. Pochodzi do niego sprzątający pracownik McDonalda.

- Tu nie można palić.

- Dziś można. To dzień końca świata.

- To nie takie proste. Mnie nikt nie upoważnił do opuszczenia mojego stanowiska pracy, pomimo że szef też to słyszał.

- A gdzie jest teraz twój szef? Rozejrzyj się, człowieku.

W tle, za oknem, na ulicy kompletny chaos, ludzie wpadają na siebie i przewracają się jedni pod drugimi. W McDonaldzie panuje pustka, nie licząc pijanego chrapiącego kloszarda w drugim końcu sali.

Pracownik zdejmuje czapkę z daszkiem, kładzie ją na stoliku, siada obok.

- Kurde...pewnie już dawno wybiegł. Faktycznie nie widać go nigdzie a zawsze jest wszędzie.

- Częstuj się - Lutek podaje mu papierosa - Pożegnałeś się już z rodziną?

- Nawet nie miałem kiedy. Kierownik wpadł w szał kiedy to się zaczęło. Krzyczał, że stracimy kasę przez te wygłupy medialne. Wszyscy wybiegli, ale na mnie zagiął parol już dawno temu i ..zostałem. Wrzeszał, że mnie obserwuje przez monitor. Kazał mi myć kible, choć ta robota należy do takiej grubej Kryśki, która dziś wogle nie przyszła do pracy. Myłem je od rana do teraz. A teraz już szesnasta i nie mam komórki.

- Dzwoń - Lutek podaje mu telefon.

W tym momencie telefon dzwoni.

- Sory...zaraz...

To matka Lutka.

- Mama?

- Gdzie ty się włóczysz, Lutek? Miałeś przyjechać na obiad, pamiętasz?

- Mamo, dzwonię do ciebie od rana, czemu nie odbierasz? Nie wiesz co się dzieje? Nie słyszałaś nic?

- Nie. Dopiero wstałam, a co?

Matka w kuchni. Jest w piżamie. Widać, że jest alkoholiczką, zresztą w kadrze stoi z kieliszkiem koniaku, który sączy. Na stole przewrócone butelki po piwie, pusta butelka po whisky, stos krzyżówek i wylany lakier do paznokci.

- Fakt, że Leoś zachowuje się dziwnie. Siedzi w szafie najeżony i miauczy jak oszalały. Nigdy go takiego nie widziałam, ale myślałam, że ten hałas za oknem go tak przestraszył, że to jakieś święto narodowe, czy coś w tym rodzaju...

- Mamo, wyjrzyj przez okno!

Matka odsłania żaluzje. Na ulicy panika.

- Na ulicy panika. Co się stało?

- Zapowiedzieli koniec świata. Na dwudziestą.

- Dziś?

- Tak, dziś.

- Na którym kanale?

- Mamo! Na żadnym! Za kilka godzin zostaniemy wszyscy realnie unicestwieni!

- Jak to, kochanie? Koniec świata? Z tego co wiem, najpierw odbywa się jakiś sąd.

- Co?!

- No...sąd...ostateczny...

- Ostateczny, mamo! Nawet jeśli! Rozumiesz, co to dla nas znaczy?

- Synku, spokojnie, nie denerwuj się. Z opisu wynika, że to nic strasznego. Archanioł zadmie w trąbę, zlecą się rozmaici anieli, odsłonią tron pana naszego niebieskiego, my wszyscy powstaniemy jak jeden mąż z grobów i z kanap, a on dokona na nas sprawiedliwego wyroku. Dla nas to nic strasznego, jesteśmy przecież ok! Poza tym może spotkamy się z babcią i z dziadkiem? Ty nie pamiętasz dziadka....

- Mamo! Ale ja nigdy nie wierzyłem w te wszystkie pierdoły o końcu świata!

- To uwierz teraz!

Pracownik McDonalda:

- Dasz mi ten telefon, czy mam iść szukać automatu?

(za jego plecami, za oknem, totalna panika)

- Idź szukaj automatu. Masz tu drobne na kartę. (Lutek wysupłuje drobniaki z kieszeni. W telefonie rozpaczliwie: Lutek? Jesteś tam?! Nie zostawiaj mnie teraz samej !!)

- Mamo, uspokój się i natychmiast przestań pić, bo nie wiadomo co cię dziś jeszcze czeka. Zaraz przyjadę do ciebie. Lepiej, żebyśmy się pożegnali. Czuję, że jeśli to prawda, grozi mi piekło, a tobie raczej czyściec.

- Synku, to niemożliwe. Bóg jest miłością i na pewno nas nie rozdzieli. Ponadto, jeśli nie wierzysz w piekło, nie trafisz tam.

- Skąd wiesz, że to takie proste? Jadę do ciebie.

- Dobrze! Wstawiam zupę na gaz. Koniec świata końcem świata, tymczasem dopiero 16:10.

Matka odkłada słuchawkę. Jest lekko zdenerwowana, ale oddycha relaksacyjnie wachlując się przy tym Teletygodniem. Odstawia mimochodem pusty już kieliszek, bierze szklankę i idzie do barku, nalewa sobie podwójną whisky z lodem. Zapala papierosa. W międzyczasie przypomina sobie o czymś, wraca, bierze telefon, upijając głębokiego łyka wykręca numer.

Ojciec w kaloszach i w krótkich gimnastycznych spodenkach, z gołą klatą i w czapeczce z daszkiem podlewa pomidory w szklarni. Wyciąga komórkę. W tle spokojna muzyka poważna.

- Władek? Ścisz ten magnetofon! Musimy natychmiast porozmawiać.

Ojciec wychodzi ze szklarni i idzie przyciszyć stojącego na schodach domu Grundiga.

- No co tam...wstałaś już? Czemu jesteś taka roztrzęsiona? Źle spałaś?

- Nie o to chodzi. Chodzi o Lutka. Myślę, że on zwariował.

- Dziś cały świat zwariował, łącznie z nami. W radio mówili, że wieczorem będzie koniec świata. Byłem przed chwilą u Malinowskiego. Potwierdził, słyszał to samo i na dodatek w to wierzy.

- No i co on na to?

- Malinowskiemu jest wszystko jedno. To anarchista, i tak nie wierzy w żadne jutro.

- Myślę, że może chodzić o zamach terrorystyczny. Chcą nas zastraszyć. To pewnie Bush i jego koledzy z Al Kaidy. Lepiej żebyś wrócił do domu.

- Nie wiem czy o tej porze przebiję się przez Łazienkowską. Normalnie są tam korki, a co dopiero teraz...

- Spróbuj. Zrobiłam zupę pomidorową, taką jak lubisz. I Lutek będzie, zobaczymy z bliska w jakim właściwie stanie jest nasze dziecko.


II.

Wieczór. W tle (za oknem) hałas burzonych budynków, ryki autoalarmów, wycie, muzyka, krzyki i setki niezidentyfikowanych bliżej odgłosów.

Lutek, ojciec i matka siedzą w salonie przy stole. Żyrandol buja się, szkło drży w gablotach, kot przeraźliwie miauczy ukryty w szafie.

Matka: -Kto chce deser?

Lutek: - A co jest na deser?

Matka: - Niestety, tylko ciastka. Byłam w sklepie, ale wszystko co lepsze już rozkradziono.

Ojciec (pstrykając pilotem po kanałach): - Telewizja oczywiście nie działa...nie licząc telezakupów....koniec świata....

Lutek: - Napiłbym się.

Matka wstaje po trzy kieliszki i wódkę. Nalewa.

Ojciec: - Która godzina?

Matka: - 19:30.

Ojciec patrzy przeciągle na Lutka.

Ojciec: - No i widzisz, synek. Ja przynajmneij przeżyłem to i owo, pożyłem sobie. A ty nawet jeszcze dziewczyny nie miałeś. A teraz za późno. Nie doczekam się wnuka.

Lutek: - Tato...to nasz ostatni dzień, więc wiedz, że jestem gejem.

Ojciec: - Pedałem?!

Lutek: - Tak, tato. Pedałem. Jestem zakochany w Jurku z drugiej klatki, spod piątki.

Ojciec: - Tym chudym, z brylantyną na głowie?

Lutek: - Tak, tato.

Matka: - W tym synu złodzieja samochodów!

Ojciec. - Daj spokój, Grażynko. Zostawmy to dziś. Wybaczam ci, synku, to nie takie straszne. Są gorsze przypadki. Lepiej pomódlmy się.

Lutek: - Ależ tato!...Zawsze byłeś ateistą!

Ojciec: - No tak... ale jak możemy pozostawać ateistami w obliczu takich faktów, synku?

Piją w milczeniu. Lutek wstaje, chodzi w kółko po pokoju.

- Czas leci.

Matka pije. Ojciec gapi się tępo przed siebie.

Lutek: - A matka oczywiście nic tylko pije..

Ojciec: - Matka? Mama, synku, mama.

Lutek: - Powitasz pana swego baranka bożego pijana, tak?

Matka (z silnym już o tej porze, pijackim szczękościskiem): - Nie ma ryzyka, że dopcham się do pierwszych rzędów, z daleka nie poczuje. Poza tym on wie, że jestem czysta, że zawsze w niego wierzyłam. A co z wami? Jak mu spojrzycie w oczy? Co będzie z tobą synku, jeśli to piekło naprawdę jest? Wszystko przez tatusia...cholernego komunistę. Przekonał synka do monokla w oku.

Ojciec: - Szkiełka.

Lutek: - Myślisz że...będzie miał mi za złe racjonalizm? Przecież jeśli jest i jest prawdą co gadają, to sam mnie takiego stworzył.

Pukanie do drzwi.

Cała rodzina zrywa się i biegnie w kierunku przedpokoju, matka wywalając się dopada na czworakach drzwi i przykłada do nich ucho.

Matka. - Kto tam?

OFF: - CZAS NADSZEDŁ.

Lutek: - Jest dopiero 19:45!

OFF: - NIEPRAWDA.

Lutek: - Chyba wam źle chodzi zegarek! Nie wychodzimy!

Matka: - Kim jesteście?

OFF: - ANIOŁAMI. ZBIERAMY LUDZI NA DWORZE.

Matka: - Ale dlaczego na dworze? Nie możemy umrzeć przy stole rodzinnym?

OFF: - A KTO MÓWI O śMIERCI? PRZETRANSPORTUJEMY WAS Z POWROTEM DO POCZĄTKU CZASU.

Ojciec: - To znaczy do którego roku?

OFF: - DO BEZCZASU.

Lutek: - To znaczy, że tam nie będzie płynął czas?

OFF: - PRZEZ JAKIŚ CZAS...POTEM SAMI GO PEWNIE WYMYŚLICIE.

Ojciec: - Po co czekać...wymyślimy go od razu po przyjeździe.

OFF: - TO NIE BĘDZIE TAKIE PROSTE...ZAPOMNICIE O TEJ EGZYSTENCJI DOKUMENTNIE.

Matka: - Ale o co właściwie chodzi?

OFF: - FALA DOBIŁA DO BRZEGU, TERAZ MUSI ZAWRÓCIĆ. NO, WYCHODŹCIE!

Matka, najbardziej pijana z całego towarzystwa, otwiera drzwi. Do mieszkania wlewa się białe oślepiające światło. Lutek traci z oczu rodziców. Odwraca się w ostatnim ułamku sekundy i zatyka sobie uszy, podczas gdy światło pochłania doszczętnie cały obraz.

 

KONIEC

 



Gerard Dziedzic, 22/06/2009 09:41

kierownik zawsze jest wszędzie!!!! :-)

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 8 i 1 *:  
* - pola obowiązkowe.