W końcu musieli się spotkać.
Jeden z nich gotował makaron równo siedem minut.
Drugi trzymał swoje wiersze w klatce, żeby nikogo nie pogryzły.
Kiedyś otarli się o siebie na jakimś przyjęciu. Ale wtedy żaden z nich tego nie zauważył.
A teraz spotkali się przed drzwiami Makaroniarza. Tamten z klatką zadzwonił. A potem zastukał.
„Tak?..." spytał zdezorientowany Makaroniarz, kiedy otworzył drzwi.
„Witam pana". Na klatce stał mężczyzna z plastykowym transporterem dla kotów i bardzo zaciekawionym wyrazem twarzy. „Chwileczkę...." mężczyzna schylił się, otworzył drzwiczki i wyciągnął z klatki zdjęcie. "Przepraszam, innego nie miałem. Pan zapewne poznaje tę kobietę?"
„Co pan mi tutaj?..."
„Musimy rozmawiać na korytarzu?"
Makaroniarz wpuścił go do przedpokoju. Zmieszał się, kiedy pomyślał, że jego ufność jest objawem zaniku instynktu przetrwania.
„Tak... A więc o co panu chodzi? Jest pan jej kolejnym adoratorem? A może dłużnikiem?! Kim pan jest i dlaczego wymachuje mi pan przed nosem jej zdjęciem?"
Obcy zastanawiał się chwilę, zanim powiedział:
„Jestem jej mężem".
„Słucham pana?"
„No tak. Jej mężem".
„I co w związku z tym? Pobijesz mnie z zazdrości o przeszłość? Jeśli o mnie chodzi, to już dawno zamknięty rozdział. Mam nową dziewczynę" odcina się Makaroniarz.
„Cóż, dla mnie to też nieprzyjemna sprawa. Miłka prosiła, żebym coś ci przekazał. Może usiądziemy?" Tragarz zmienił ton na pojednawczy.
Nawyki zwyciężają nawet w tak absurdalnych sytuacjach. Makaroniarz zaprowadził Tragarza do pokoju. Pokazał krzesło przy stole. Tragarz usiadł, po czym spokojnie rozejrzał się.
„A czym ty się w zasadzie zajmujesz?"
„Zawodowo? Jestem menadżerem w takiej jednej firmie. A o co chodzi?"
„Nic. Po prostu jestem ciekaw. W ogóle bym jej z tobą nie skojarzył..." mruknął Tragarz wciąż się rozglądając.
„Możesz mi powiedzieć, po co tu, człowieku, przyszedłeś? Nie widziałem Ludmiły od prawie dwóch lat".
Tragarz skupił na nim wzrok, zmarszczył brwi, po czym powiedział:
„Ty mnie znasz, co? Nie wiem skąd, ale mnie znasz." Poszukał czegoś w kieszeniach. Na stole pojawiło się tamto zdjęcie. „Mam kilka nieprzyjemnych wiadomości. Ale może usiądź".
„Dziękuję, postoję. Słucham", uciął coraz bardziej spięty Makaroniarz.
„No dobrze. Po pierwsze", Tragarz odchylił się na krześle. „nie wiem, czy wiesz, ale Ludmiła nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym. Cała spłonęła".
„Co?..." Makaroniarz usiadł. Wziął do ręki zdjęcie. I zesztywniał.
Zostawmy ich teraz na chwilę, aby wyjaśnić kilka spraw odnośnie kontekstu. Otóż, nie owijając w bawełnę, Gość z Klatką, który podał się za męża Ludmiły, to gangster i wałkoń, pisujący wiersze - nazwijmy go Tragarzem. Natomiast Makaroniarz jest oficjalnie z zawodu menedżerem w pewnej firmie, w tajemnicy wyznawcą okultyzmu, a sam siebie po cichu nazywa nihilistą. Tragarz przyszedł do Makaroniarza z transporterem na koty. Z młotkiem w tym transporterze i z siatką z nieprzezroczystej folii. Jeśli spytać by go o jego zamiary, powiedziałby tak:
„Chciałem mu dowalić, jak na takim jednym filmie, który kiedyś razem oglądaliśmy. Z nią. Była tam taka scena, jeden Chińczyk drugiego posadził na krześle, wziął młotek i tą stroną do wyjmowania gwoździ zaczął wydłubywać mu przednie zęby. Tyle że ja przedtem chciałem pokazać mu jej fotkę. Miłki, mojej żony".
A teraz pewnie chcielibyście wiedzieć, kim jest Ludmiła? Otóż Ludmiła jest żoną Tragarza. Ale jednocześnie dawną kochanką Makaroniarza. No i niezłą wiedźmą. Prawdziwa wiedźmą. O tym się jeszcze przekonamy. Ale, jak się okazuje, nawet wiedźma może zginąć w wypadku samochodowym. I zostawić męża. I kochanka, o czym Tragarz dowiedział się z listu, zostawionego przez Ludmiłę. Co było dla niego pewnym zaskoczeniem, więc przyszedł tutaj, żeby to wyjaśnić. Jednak na miejscu czekało go następne zaskoczenie. Bowiem, kiedy Makaroniarz zobaczył zdjęcie Miłki, niespodziewanie dla wszystkich, załamał się. Zesztywniał, jak sparaliżowany. A potem coś go napadło. Kompletnie mu odbiło. Zerwał się i zaczął demolować swoje nieliczne meble. Uspokoił się dopiero, kiedy zobaczył krew na ramieniu.
W tym momencie Tragarz zmiękł. I zaczął tłumaczyć. Przychodzi do niego, bo o to prosiła go w liście Miłka, jego żona, a także dawna kochanka Makaroniarza. Co znaczy, że romansowali kiedyś z tą samą kobietą. A w zasadzie ona z nimi, bo oni nawzajem o sobie nie wiedzieli. Czy była z nimi w tym samym czasie? „Och, w zasadzie..." powiedział Tragarz.
Zapadła cisza. Ale nie była to już zwykła martwa cisza, ale cisza żałobna.
A wreszcie cisza przepłoszona, bo nagle Tragarz wyjmuje z kieszeni swojej dżinsowej kurtki niewielkie srebrne pudełeczko i kładzie je na stole. Makaroniarz rzuca krótkie spojrzenie.
„Chcesz?" pyta Tragarz z jakiegoś powodu przygnębionym głosem. Makaroniarz nie odpowiada. Tragarz wyjmuje z pudełka małą plastykową torebkę, z tak zwanym zapięciem strunowym. Na wieczko pudełka wysypuje kilka kremowobiałych grudek. Kartą magnetyczną rozgniata grudki na miałki proszek, po czym kopczyk rozdziela na dwie kreski. Z banknotu skręca rurkę i podaje ją Makaroniarzowi, nie patrząc mu w oczy. Makaroniarz wygląda jakby chciał o coś spytać, ale rezygnuje. Obraca rurkę w palcach.
„Nie wiem, czy powinienem" mówi.
„Nie żartuj. To naturalny środek, znany ludzkości od stuleci" ucina Tragarz.
Makaroniarz pochyla się, przykłada rurkę do nosa i wciąga kreskę białego proszku. Przekazuje zwinięty banknot. Tragarz bierze papierowy rulonik i zdecydowanie dopełnia procederu. Siedzą chwilę w milczeniu, wpatrując się każdy w inny kąt pokoju.
„Nic nie czuję", mówi Makaroniarz.
„Poczekaj. Na początku zawsze tak jest".
„Spociłem się".
„Domyślam się. Nie musisz mi opowiadać". Tragarz rozgląda się. „Wspominałeś, że czym się zajmujesz?" zmienia temat.
Makaroniarz wygląda jakby chciała powiedzieć cos więcej, ale w końcu mówi tylko dość ponuro:
„Pracuję w doradztwie personalnym".
„A można z tego wyżyć?"
„Daję radę".
Pociągając nosem Makaroniarz wierci się na krześle, po czym zaczyna ostrożnie:
„Słuchaj, może sobie coś wyjaśnimy?..."
„Tak?"
„Po co ty do mnie przyszedłeś? Dać mi w mordę? Jesteś zazdrosny o jej przeszłość?"
Jak to faceci, dość niezręcznie próbują przełamać lody. To dość żenujące, więc lepiej obejrzyjmy to na przyspieszeniu: Czekaj, a ty kiedy z nią byłeś? No, tak jakoś kilka lat temu. A wiesz, wtedy to ja... to my... poznaliśmy się dopiero. Jakie wtedy miała włosy, długie czy krótkie? No takie, wiesz, trochę krótkie, proste, zanim sobie ufarbowała na czarno. Przecież ona nigdy nie farbowała sobie włosów na czarno! Co ty pierdolisz! Bach i bęc! popielniczka spadła ze stołu. Makaroniarz szybko podnosi. Siedzą sztywno dalej.
„Jak zginęła?" w końcu odzywa się Makaroniarz.
„Spłonęła w samochodzie. Nic po niej nie zostało".
„Straszna śmierć..."
„Straszna" przyznaje chłodno Tragarz.
Oddech Makaroniarza staje się szybki i płytki, a jego twarz i oczy zaczynają błyszczeć
„Kurwa mać, człowieku, myślałem, że to najszczęśliwszy okres mojego życia! A ty mi teraz mówisz, że ona zginęła! Jak się poznaliście?"
„Wynajmowałem jej pracownię".
„Wynajmowałeś jej pracownię!?" dziwi się Makaroniarz. „Miłka miała swoje studio, ale nie mówiła, że je od kogokolwiek wynajmuje!"
„A nie zastanawiało cię, co robi, kiedy zostaje sama? Myślałeś, że ulatnia się jak duch?"
„Nigdy mi o tym nie opowiadała".
„No właśnie. Co myśmy o niej wiedzieli. A ona kręciła raz z jednym, raz z drugim".
„Człowieku, co ty mówisz!"
„No tak. U mnie długo nie chciała mieszkać. To dlatego, że wtedy jeszcze chodziła do ciebie".
„Ta wiosna była najlepsza i najgorsza. Zaraz potem wyjechała..."
„Kiedy to było?"
„Nie pamiętam. Z sześć lat temu. Dwa tysiące drugi?" Tragarz mruczy coś pod nosem, ale Makaroniarz zagłębia się we wspomnienia. „Rany, to już tyle czasu", mówi. „Myślałem, że mam to już za sobą. A jednak... Wszystko wraca. Niby zapominasz, ale potem masz taki fleszbek, że rzuca tobą o ściany. Czas wcale nie leczy bólu i żalu, to kolejna durna mądrość ludowa. Przeciwnie, z czasem boli coraz bardziej. Przyzwyczajasz się do braku, inne sprawy cię zajmują, ale kiedy wspomnienia wracają, uderzają ze zdwojoną siłą".
„Ja też to pamiętam tak, jakby to było poprzedniej wiosny. Wyjechała wtedy ze mną".
„Co ty gadasz? Tamtej wiosny... pisała wtedy do mnie..." Makaroniarz mówi coraz wolniej.
„Tak?" Tragarz podnosi głos. „Pisała do ciebie? Ja pierdolę. Zabrałem ją do Hiszpanii. A ona nawet na odległość kręciła z tobą. Pisała? Meile, tak?"
W tym momencie Makaroniarz wybucha. Dosłownie eksploduje żalem.
„Mam już tego dosyć! Czy ona była twoją własnością?! Kupiłeś ją sobie? Była tak samo twoja, jak i moja! Przychodzisz tu z pretensjami i chcesz mi zabrać jedyne co mi pozostało, dobre wspomnienia. Dość już się nasłuchałem w swoim czasie od jej przyjaciół. A teraz jeszcze ty!..."
Wbrew wszelkiej logice, Tragarz bierze stronę Makaroniarza.
„Tak to już jest człowieku. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie".
Makaroniarz nerwowo szuka papierosów.
„A wiesz co, to wszystko dlatego, że ludzie nie mają do siebie szacunku. Dlatego ten świat wygląda tak, jak wygląda".
Najwyraźniej trafił w czuły punkt, bo teraz Tragarz daje się ponieść emocjom:
„Dokładnie! Ale wiesz co? Mnie to już nic nie obchodzi. Mam ochotę rozjebać to wszystko. W pizdu. W nosie mam czyjeś żale, racje, bóle i nieszczęścia. Mam ochotę wziąć żelazny kij i rozbić to wszystko na miazgę".
„Żelazny kij?"
„Rurkę".
Siedzą chwilę w milczeniu. Wreszcie Makaroniarz podejmuje wątek:
„Rurociągi. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od ich rurociągów. Cała Europa".
„Pierdolić politykę. Politycy to zwykli złodzieje, tyle że bez poczucia honoru. Ale wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Że te sukinsyny niszczą środowisko naturalne. Słyszałeś o tym? Budują flotę atomowych lodołamaczy. Oni dosłownie chcą przerżnąć się przez Antarktykę."
„Opóźniają tylko nieuchronną agonię swojego świata..."
„Ona też tak mówiła... Jak zwykle natchniona i zakręcona!"
„Ze mną żyła bez zastanowienia", mówi Makaroniarz głuchym głosem. „Bardziej interesowały ją jej sny, niż wiadomości ze świata".
„Ach, te jej sny!..." Tragarz łapie się za głowę. „Czasem trudno było tego słuchać. Odlot od samego rana. I zawsze nienawidziła planowania przyszłości".
„Przecież cały czas wymyślała nierealne plany!"
„Ale nie chciała mówić o przyszłości".
„Chodząca sprzeczność".
„A na dodatek wszystko gubiła".
„Agentka chaosu".
„Czarowała. Cały czas. Każdego. Wszędzie".
„Tak. Czarować to ona potrafiła. Lepiej niż niejeden samozwańczy magik. Prawdziwa czarownica!"
„Ty, a ty wiesz, co ona właściwie robiła w tej swojej pracowni?"
„Domyślam się".
„Ja to widziałem. I powiem ci teraz, to nie żart, przysięgam. Kiedyś chciałem jej zrobić niespodziankę i zakradłem się po cichu do jej pracowni. I wtedy zobaczyłem ją siedzącą na tym swoim montażowym stole z heblowanego drewna, gołą, w samym szlafroku. Miała rozsunięte nogi, a pomiędzy nimi trzymała lusterko. I oglądała sobie w lusterku cipkę. Pamiętasz ją? Wąziutki paseczek kręconych włosków na tym jej kościstym wzgórku łonowym, a poniżej różowa, figlarna i zwinna cipka..."
„Nie przypominaj mi. Nie teraz!"
„...I patrzę, a ona nagle przykłada tam sobie takie małe szczypczyki, a w nich trzyma drobniutką złotą siateczkę, tak delikatną, że wyginała się w powietrzu. I przymierzała ją sobie do cipki. Od razu się domyśliłem, że robiła erotyczną biżuterię! Widziałem coś takiego w internecie. Złote motylki nakładane na łono, albo takie klamerki zapinane w pachwinach, żeby cipka wydała się węższa. A dla facetów srebrne pierścienie ściskające penisy i kolce ze stali chirurgicznej wbijane w żołądź".
„Wiem coś o tym. Ona nie tylko wykonywała tę erotyczną biżuterię. Ona ją napełniała swoją energią magiczną. Jestem pewien. Sprawdzałem". Mówi tajemniczo Makaroniarz. A potem dodaje szybko: „Masz jeszcze trochę tego gówna?"
„Człowieku, przecież ja tym handluję".
Tragarz sypie. Wciągają. Siedzą chwilę.
„A wiesz, teraz jakby lepiej".
„Drugi raz zawsze lepszy".
Siedzą. Tragarz wpatrzony w przestrzeń mruży oczy i porusza ustami, jakby liczył coś w myśli.
„Amfa jest dobra", zagaduje Makaroniarz.
„No tak, amfa jest dobra..." Tragarz odpowiada zamyślony.
„Dlaczego nie handlujesz amfą?"
„Nie opłaca się" ucina Tragarz zanurzony w swoich myślach.
Zbłąkana chwila ciszy, przegoniona szuraniem krzesła.
„Czekaj, mam tu gdzieś wódkę", mówi Makaroniarz.
Wstaje, idzie do kuchni, wraca z butelką i dwoma kieliszkami. Piją, ale bez przekonania. Tragarz odstawia kieliszek, mruży czujnie oczy i mówi powoli, jakby sondując Makaroniarza:
„Ty wiesz, ja wiersze piszę".
„Co ty, dawaj! Zadeklamuj coś".
Tragarz wyjmuje komórkę, wyszukuje zapisanego esemesa, czyta swój wiersz. Makaroniarz milczy chwilę. Potem wzdycha.
„Powiem ci szczerze, stary. Nic nie zrozumiałem".
„To nawet lepiej".
I tak od słowa do słowa, wyczerpują im się tematy. Ale teraz cisza nie jest już krępująca. Jest oswojona, znajoma i bezpieczna, jak ciepły koc po długiej wędrówce przez góry.
W tym momencie powinien wtrącić się narrator. I to nie tylko dlatego, by popchnąć akcję, ale przede wszystkim w celu ustalenia kilku faktów, których oni sami tak naprawdę pewni nie są. No wiecie, kwestie typu, czy miała długie blond włosy, które czasem upinała, czasem rozpuszczała, czy raczej krótkie i czarne, a może była szatynką i loki upinała z tyłu głowy?
Czy trzeba przypominać, czym zajmowała się Ludmiła? Wszystkim już wiadomo, że projektowała erotyczną biżuterię. Ale nie tylko. Również, a może przede wszystkim, czarowała. W tym celu potrzebowała pracowni i materiałów, czasem drogocennych, jak kamienie szlachetne. Poznała Makaroniarza, kiedy przyszła do jego firmy doradztwa personalnego, żeby znaleźć jakiegoś sponsora do swojego projektu. Makaroniarz poznał ją z ludźmi z zarządu. A przez nich poznała Tragarza. Najpierw wynajął jej pracownię, potem pożyczał jej kasę na materiały. A w końcu pojechali razem do Hiszpanii.
Nie będziemy się powtarzać. Teraz wypada przejść do rzeczy i przyspieszyć akcję. Drodzy państwo, pora do Piekła! Narrator szturchnie teraz Tragarza w ramię i podpowie mu scenicznym szeptem: „Miałeś mu coś dać. Masz coś dla niego, człowieku!"
„Ach, prawda" mówi Tragarz i po raz kolejny sięga do transportera na koty. „Jest jedna rzecz. Zostawiła do mnie list. W zasadzie do nas, bo pisze też do ciebie". Kładzie na stole kopertę. „No i jest paczka. Przyniosłem ją. Prosiła nas, żebyśmy coś z tym zrobili. Razem. Tak jakby zostawiła nam to w spadku. Nam obydwu".
Tragarz wyciąga z transportera nieprzezroczystą i nie-ekologiczną, plastykową siatkę z pękatym, obłym kształtem wewnątrz. Szeleszcząc plastykiem, wyjmuje to coś z siatki i stawia na stole. Na pierwszy rzut oka jest to gliniany, nieforemny, ręcznie robiony garnek. Przykryto go pergaminem z wykaligrafowanym pośrodku skomplikowanym symbolem, a wokół jego krawędzi przewiązano sznurek, zaplombowany pieczęcią.
Kiedy Makaroniarz wyciąga rękę w kierunku garnka, membrana pergaminu wybrzusza się, po czym zajmuje się ogniem błękitnej barwy, jak palnik kuchenki gazowej. Płomień migocze, a następnie przybiera określony kształt. Makaroniarz z niedowierzaniem rozpoznaje w nim... ludzką głowę, chudą, brodatą i rogatą. W zasadzie wyglądałaby jak zwykły, zapuszczony łeb szalonego harlejowca, wyrzeźbiony w błękitnym płomieniu, gdyby nie te zakrzywione, spiczaste, koźle rogi. No i gdyby nie to, że rogaty, płomienny łeb z równym zdziwieniem, wyraźnie wlepia w niego swoje ślepia.
„O kurwa, co to jest?!" Makaroniarz dosłownie podskakuje na krześle.
„To ty mi powiedz. Ty w tym gronie jesteś specjalistą", mówi Tragarz. „Osobiście znam go od niedawna. Ostatnio wychyla się coraz częściej"
„Hej, czy ja cię nie znam?!" skrzeczy Rogaty na widok Makaroniarza, ale kiedy próbuje się wydostać, garnek wsysa go z powrotem. Pieczęć podskakuje, a sznurek napręża się, jakby ktoś niewidzialny próbował go rozerwać.
„To taki jeden... demon" mówi w końcu Makaroniarz.
„Chcesz mi powiedzieć, że ten śmierdzący niebieski płomień, który wyleciał z tego obtłuczonego garnka to był diabeł?"
„Nie lubią tego słowa. Wolą demon. Na to reagują".
„Jak to?"
„No, jak psy. W zasadzie są jak psy, można je oswoić w każdym razie. Samce łatwiej niż samice".
„Samice?"
„Sukkuby. Ale to nie ten. Tego znam. Ten to jest mocny demon, kawał cholernego ścierwa".
„Ale dlaczego wystawia łeb? Dlaczego on wyłazi?" Pyta Tragarz.
„Ciasno mi, kurwa mać, dlatego wyłażę!" skrzeczy Rogaty z wnętrza garnka.
Milczą chwilę.
„Musimy go uwolnić", mówi wreszcie Makaroniarz.
„Wiecie, że ja do was nic nie mam!" Huczy głos z garnka. „Problem w tym, że muszę pożreć tego, który mnie uwolni".
„Nie możesz się powstrzymać?!" Mówi Tragarz.
„Nie możesz się powstrzymać?!" wyobraźcie sobie demona, który kogoś przedrzeźnia. Po czym dodaje śmiertelnie poważnie: „Taką mam umowę".
Makaroniarz odrzuca do tyłu głowę w odruchu nieopanowanego zadziwienia. Przez chwilę obaj siedzą w milczeniu. Makaroniarz kiwa głową, jakby zgadzał się sam ze sobą, a Tragarz wpatruje się w niego tak intensywnie, jakby chciał zobaczyć jego myśli. W końcu Makaroniarz mówi:
„Mam pomysł. Tu niedaleko jest takie miejsce... Stara, opuszczona jednostka wojskowa. Każdej nocy, o ile mi wiadomo, spotykają się tam... tacy jedni. Nazywają siebie wyznawcami Szatana, ale tak naprawdę to kompletni frajerzy. Myślę, że warto ich zapoznać z tym... materiałem".
„Myślisz, żeby im to podrzucić?" pyta zaniepokojony Tragarz. Makaroniarz spogląda na niego z tajemniczym wyrazem twarzy. „Ale czy to bezpieczne?" wypytuje dalej Tragarz.
„Wolisz to trzymać u siebie w domu?" ucina Makaroniarz.
Następuje pełna rozprężenia chwila ciszy. A potem Tragarz zaczyna refleksyjnie:
„Miłka nadal wszystkim rządzi. Nawet teraz. A dla mnie pozostaje cała czarna robota".
Chyba pękła w nim jakaś blokada. Mówiąc nawet nie patrzy na Makaroniarza, który z okrutnie wykrzywioną twarzą gapi się na gliniany garnek stojący na stole. Tragarz kontynuuje beznamiętnym, wyczerpanym głosem.
„Do szału doprowadzała mnie jej lekkomyślność. Na każdym kroku. Samochód się zepsuł? Zostawmy go i wróćmy stopem, jutro po niego przyjedziemy. Niespłacony dług? Wciągniemy wierzycieli do interesu. Albo ich uwiedziemy. To mnie wykańczało nerwowo".
Makaroniarz patrzy na niego, jakby dopiero teraz go dostrzegł.
„A wiesz, co było najgorsze? Że zawsze się jej udawało. W ostatniej chwili. Nieprawdopodobnie. Miała szczęście. A może czarowała, nie wiem. Faktem jest, że była tego świadoma i potrafiła z tego korzystać. Czułem się, jakby ona i cały świat robili sobie ze mnie jakiś okrutny, złośliwy żart".
„Tak?..." Makaroniarz zachęca do wynurzeń sztucznie łagodnym tonem, jakiego używają domorośli terapeuci, kiedy wysłuchują wyznań swych przyjaciół. „To ciekawe. Mnie to nie spotkało. Oczywiście ja nie byłem tak zaangażowany. Dla mnie to była raczej romantyczna przygoda..."
„A ja się zaangażowałem. I kiedy tylko to spostrzegła, zaczęła bawić się ze mną, jak kot z myszką".
„To się zgadza. W jednej chwili potrafiła cię oczarować, a potem poniżyć".
„Dręczyła mnie swoimi flirtami, tajemnicami, ucieczkami; a im bardziej mnie dręczyła, tym bardziej czułem się z nią związany. Wewnętrznie. Nie potrzebowaliśmy małżeństwa. Ale zdecydowaliśmy, że tak będzie lepiej dla naszych interesów."
„To was trzymało razem? Czasem na stałość związku dobrze wpływa taki zewnętrzny przymus."
„Ale po co tak się zniewalać? Ile można poświęcić dla kariery? Może i dużo, ale żeby sprzedać własną wolność? A ja przecież jestem wolnym człowiekiem! Zachowywaliśmy się jak opętani. Nie wiem, co by było, gdyby to się nie stało."
„A jednak się stało. Byłeś przy tym?"
„Nie". Tragarz ostrożnie bierze do rąk kopertę z listem Ludmiły. „Myślisz, że ona czuła inaczej? Chciała uciec. Wtedy miała wypadek. I uciekła. Ostatecznie. Wariatka. Kompletna wariatka. A teraz jeszcze to". Obraca w dłoniach kopertę, przesuwając palcami wzdłuż krawędzi, jakby nie chciał mieć kontaktu z jej powierzchnią. „Ona nie prosi. Ona oczekuje, że my to zrobimy. Jestem pewien. Mam wrażenie, że obserwuje nas z ukrycia i po prostu czeka, aż zrobimy to, czego chce".
„Tak. Zawsze była pewna swego. Co za wiedźma!"
„To co, idziemy tam?"
„Oczywiście".
Idą przez noc. Ich trasa staje się coraz bardziej zawiła. Miasto przesuwa się wokół nich jak ruchoma dekoracja. Tekturowe domki, metalowe samochodziki, małe lampki i plastykowe laleczki przewijają się jak na taśmociągu. Makaroniarz mówi nagle:
„Czasem wydaje mi się, że biorę udział w jakimś gigantycznym przekręcie, o którym wiedzą wszyscy oprócz mnie".
„Nigdy nie daj sobą rządzić. Jeśli czujesz, że nie masz kontroli nad swoim życiem, broń się! Atakuj! Walcz o swoje!" Tragarz rozgląda się podenerwowany. „Hm. Pospieszmy się. Chciałbym się tego pozbyć".
„To wszystko przez tę apodyktyczną świruskę! Wodzi nas za nos nawet po śmierci!" narzeka Makaroniarz, przyspieszając jednak kroku. Na jego słowa zatrzymuje się z kolei Tragarz i mówi wpatrzony przed siebie:
„Wiesz co, im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewien. Ona wcale nie zginęła w wypadku. Kiedyś mówiła mi o tym, że jeśli sprawy się skomplikują, to ona potajemnie wyjedzie z kraju. Według mnie uciekła do Ekwadoru."
Makaroniarz, zajęty własnymi myślami, odpowiada trochę opryskliwie: „Do Ekwadoru?!"
W końcu docierają do dawnych fortyfikacji wojskowych na zachodzie miasta. Znacie może to miejsce? Stare ceglane magazyny, kwatery i arsenały, wybudowane w półkolach i przysypane ziemią, razem tworzą całkiem malownicze pagórki. Makaroniarz zwraca się do Tragarza:
„To tutaj. W jednym z tych pomieszczeń. Powinniśmy ich słyszeć".
Kiedy wychodzą na zarośnięty trawą dziedziniec, przecięty brukowaną drogą i splątanymi ścieżkami, szybko zauważają, że nie są tu sami. Od jednego z ziemnych garbów dobiega niewyraźne światło i monotonne zawodzenie wielu głosów. Tragarza opadają wątpliwości:
„Czy oni nie są niebezpieczni?"
„Oni? Żartujesz? To nie są twoi... wspólnicy. Oni są kompletnie nieszkodliwi. Noszą skóry, ćwieki i tatuaże, ale to po prostu zbuntowane dzieciaki z dobrych domów".
Szybko przebiegają dziedziniec i skrywają się w płaszczyznach cieni pokrywających ściany.
„I co teraz? Myślisz, że po prostu im to wręczymy? Wejdziemy, powiemy: «dobry wieczór, mamy dla was świeżego demona», zostawimy to i pójdziemy sobie?"
„Szczerze powiedziawszy, nie zastanawiałem się. Liczyłem na inspirację... Poczekasz tu chwilę?" Makaroniarz podkrada się do jednego z zakratowanych okien. Kiedy wraca, oczy ma szeroko rozwarte i błyszczące z podniecenia.
„Już wiem, co zrobimy. Musimy wejść na dach", mówi.
Wdrapują się na stromą, pochyłą ścianę zarośniętego fortu. Wreszcie stają na szczycie sztucznego pagórka. Dokoła panuje gęsta, granatowa ciemność, a z daleka dochodzi monotonny szum miasta.
Makaroniarz rozgląda się na boki, po czym licząc kroki, podchodzi do jednego z kominów wentylacyjnych, zagiętych betonowych rur wysokości dorosłego człowieka, przypominających syreny okrętowe.
„Jesteśmy dokładnie nad nimi, tak? I co teraz?" pyta Tragarz
„Powinniśmy to tam wrzucić" Makaroniarz pokazuje palcem wywietrznik. „Naczynie rozbije się dokładnie pośrodku magicznego kręgu. A żadna moc nie zdoła wyrwać się z magicznego kręgu, jeśli został prawidłowo przygotowany".
Wyjmują z siatki gliniany garnek. Pieczęć i sznurek zwisają nieruchomo.
„Ciekawe, co on tam?..."
„Nawet o tym nie myśl!" przerywa mu Makaroniarz. Szybkim ruchem wyrywa garnek z rąk Tragarza i gorączkowo wpycha go w otwór wywietrznika.
Naczynie przelatuje kilka metrów pod ceglanych sklepieniem i pada w samym środku kręgu wykreślonego na podłodze magazynu. W krąg wpisany jest pentagram, na którego rogach stoi pięć postaci ubranych w czarne habity. Reszta okultystów trzyma się na uboczu.
Garnek rozbija się dokładnie na środku pentagramu. Ze skorup wzbijają się błękitne płomienie, które suną wzdłuż linii pentagramu i pochłaniają postaci w habitach. Celebranci chwytają się za gardła, sinieją i z charkotem osuwają się na kolana. Błękitny ognie pełgają po ich skórach. Kiedy padają jak bezwładne worki, płomienie odrywają się od nich i zbiegają się z powrotem we wnętrzu pentagramu.
I wierzcie mi albo nie, błękitna, płonąca, uskrzydlona postać, śmierdząca jak diabli, wzbija się z płomieni i ze świstem wylatuje przez otwór wentylacyjny. Makaroniarz i Tragarz odskakują od otworu, ale skrzydlaty stwór nawet nie zwraca na nich uwagi. Smagając ognistym ogonem wywija pętlę, po czym odlatuje w kierunku miasta, ocierając się błękitnymi splotami o mleczne kule ulicznych latarni.
„Wyrwał się!" syczy Tragarz.
„To już nie nasza sprawa. To wina tych nieudaczników. My zrobiliśmy swoje" ripostuje chłodno Makaroniarz.
Gdzieś daleko błękitny rozbłysk smagnął antenę na jakimś dachu.
„A więc to on był tym trzecim... Pisała o tym w liście, ale nie rozumiałem, o co jej chodziło" zastanawia się głośno Tragarz. „Ale poczekaj, jak to? Najpierw była z tobą. Potem ze mną. Ale w którym momencie z nim?..."
Makaroniarz patrzy na niego wymownie. A potem odprowadza wzrokiem błękitny ognik, który rozpływa się w czerwonym niebie ponad miastem.
* * *
październik 2008 - kwiecień 2009
BARDZO DOBRE, ale tak długo powstawał tak krótki utwór? to skandal! ;D
'peace love ecstasy, unity respect' :)
bo mi caly czas swiat przeszkadzal.