[ 2007/05/16 ] Transport miejski, autor: Ania Sieńska, kategoria: tekst

Ze snów wynika, że najważniejszym motywem jest życie widziane nie globalnie, lecz poprzez szczegóły. Szczegółów jest tym więcej, im więcej elementów otaczającej rzeczywistości. Ścierki, pokłady kurzu na meblach. Garnki i talerze. Panika osiąga zenit, odbiera mi rozum. Szykuję cały dom, szykuję szyby i pranie, trę podłogę tak aż zdzieram deski do białości lub robię pośpiesznie stertę notatek. Dlatego budzę się zmęczona. Dyszę najpierw długo, zbierając do kupy fakty. Racjonalizuję powody swojego istnienia, zapewniam się, że wszystko idzie w jedynym właściwym kierunku. Powoli staje się znowu jasne kim jestem, jaki jest dzień tygodnia i co powinnam teraz zrobić.

 

Słyszę spod sterty poduszek i falbanek, jak tłum miastowy wdziera się lawinami do środków transportu miejskiego. Zza szyby dochodzą mlaski. Rzecz się dzieje codziennie tak samo, a to codziennie można nawijać na żyłkę koralik po koraliku, zamykając raz na dobę oczy i znów budzić się o świcie i wdzierać się tu z powrotem. Nie wiadomo na jaki brzeg stadnie przedzierają z uporem maniaków, wiercąc się i przepychając w miejskiej dżungli, którą pożera jeszcze od góry noc pełna niejasnych stęknięć. Jakie prace i obowiązki gnają te tłumy na przystanki? Widzę ich o ósmej rano. Moje życie nie ma najmniejszego sensu. Oni wyglądają jak marionetki i też nie mają sensu, ale jednak wsiadają i jadą, podobnie robię ja. Prochowce i kurtki, w dłoniach torebki i teczki. Kołyszą się zgodnym rytmem jak chochoły. Ich ciała astralne przyklejone jedne do drugich fioletowieją wskutek nadmiaru form.

 

W powietrzu czuć unoszącą się obsesję społeczną na punkcie organizowania, budowania i tworzenia. W mieście huczy jak w ulu. Tłumy wchodzą w bramy fabryk i biur. Nie mogę sobie wyobrazić, czym mogą się tam zajmować. Jak może wyglądać budowanie takiej rzeczywistości? Zajęcia te nie mogą mieć większego sensu.

 

Ja też myję zęby, nakładam na twarz grubą warstwę Nivea, zbieram manatki i jadę do czytelni.

Siedzę w czytelni przypisana grupie młodych ludzi, których zadaniem na tym etapie jest właśnie siedzenie w czytelni, natomiast dorabianie korepetycjami lub sprzątaniem biur to czynności mile widziane dla tego przedziału wiekowego. Świat, który odkrywają przed moimi oczami ci, których czytam, to świat myśli. Ma on budowę sterylnej bani, w której śmigają świetliste atomy objawień, często wielokrotnie złożonych. Ich świat jest jedynym światem stałym, przekroczył z łatwością dawno temu ramy czaso-zdarzeń. Pływając w nim otwieram usta jak ryba i wypuszczam baloniki westchnień. Świat ten ma tysiące poziomów, w zależności od tego, jaki abstrakt rozważam w danej chwili. Teorie wyssane z palca uwodzą mnie swą lubieżną bezsensowaną akcją. Niebo za oknem czytelni lśni turkusowym poblaskiem słońca z plasteliny.

 

Styki z maszyną do kawy i śniegiem ulicznym przyprawiają mnie jednak o mdłości, nie mówiąc już o tym, co się dzieje, gdy czekam na wieczorny autobus z powrotem. Niebezpieczne wyjścia ze szklanej kuli. Autograf z kometą w ukosie. Wieczorny transport łososi. Sklep i ulica są jedynie mirażami, powtarzam sobie raz po raz w celu opanowania mdłości.

 

Na ulicy czuję, jak bardzo obce są światu abstrakty, które zgłębiam. Twórcy najlepszych abstraktów położeni są na najlepszych cmentarzach świata, a ich nazwiskami nazwane są najokazalsze ulice miast. Ich dzieła poustawiane są na półkach bibliotek, a ci, którzy przychodzą je zgłębiać, są w skutek ogólnie przyjętych norm traktowani lepiej niż motłoch na stadionach, choć zależy to też od pogody. Zgłębiający abstrakty pozostają jednak obiecującą grupą społeczną. Jeśli nawet nie wymyślą niczego sami, będą to ci, którzy znali i studiowali i którzy po latach nie przypomną sobie, co dokładnie zgłębiali, ale w mózgach ich istnieć będą, przysypane z czasem gruzem, unikalne korytarze wyżłobione przez kluczące we wszystkich możliwych kierunkach teorie rozmaitych szaleńców, którzy często za życia zalegali z czynszem, nie mówiąc o wizytach prostytutek, narkotykach, alkoholu i ogólnym syfie, o czym dziś zdajemy się nie pamiętać.

 

Semantyka i hiperstrukturalizm w zderzeniu ze spoconą masą w zalanym błotem autobusie wylatują lufcikiem zderzając się z odorem bąka puszczonego przez dziecko na ręku nad moją głową. Gardzę sobą za ustąpienie miejsca wymalowanej tapirze wracającej z grubym bachorem z domów towarowych centrum. Przez brudną szybę autobusu widzę, jak stary Ged spod PkiN zmaga się po raz setny tego dnia z własnym cieniem. Po chwili robi przerwę, wygrzebuje peta ze śmietnika, szuka zapalniczki po kieszeniach podartej marynarki. Jego oczy jednak cały czas nerwowo drobią w ciemności.

 

Skarpetki kupione w budzie na ulicy wchodzą w koincydencję z blachą grzejnika w tramwaju. Informacja handlary o stuprocentowym cottonie okazuje się być nieprawdziwa, topniejąca plastikowa materia wżera się w skórę pasażerowi po prawej. Dialog obcych bytów szumi pomiędzy torbami i siatkami. Łysa głowa konduktora najeża się twardym plastikowym włosiem stojącej za nim szczotki przewożonej wraz z mopem przez pryszczatego dresika z reklamówką castoramy. Na kolejnych przystankach wsiadają smutni leniwi więźniowie w burych kufajkach i zakurzonych beretach na głowach.

 

W końcu dojazd do pętli, przebłyski stepów parkingów przy centrach handlowych. Bramy kamienic śmierdzą odorem pijackich historii, drzwi do klatki schodowej wchodzą w interakcję z hasłami obowiązującymi w tej okolicy: spierdalaj żydzie, holokaust , żydzi do gazu, legia pany, chuj ci w dupę. Ecce homo, homo nie wiadomo.

 

Hej, chono tu, homo nie wiadomo! krzyczą małolaty z podwórka.

 

Na raty, sraty taty, buja mi w mózgu. W windzie znowu nasikane. Chowam się w końcu w wąskim przedpokoju mojego mieszkania, wita mnie szorstko cień stor litościwie zasłaniających blokowiskowy pejzaż. Kładę siaty, ostatni element, który zdradza moje miejsce zamieszkania i wszystko, co dziś zrobiłam . Teraz getry w prążki, domofon i magnetofon, fiolet rzęs, butelka białego cambrasa. Oczy mrówkowca obserwującego mnie z balkonu zapalają się. Ze wszystkich okien dobiega buczenie czołówki teleexpresu.

 

Heidegger, Kant i Sartre spoczywają gdzieś daleko i głęboko w nicości, nie mając żadnego związku ze światem, w którym żyję ja sama. Za chwilę rozdzwonią się telefony, rozświetlą monitory i żyrandole. Chowam się z książką do łazienki, ale i tam słyszę, jak syczy i napiera obca, niepojęta rzeczywistość. Nie mogę zostać sama w tym szaleństwie. Kiedy się budzę, szczegółów jest coraz więcej.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 8 i 1 *:  
* - pola obowiązkowe.