|
|
[ 2006/10/10 ] Miejski Chłam, autor: mltr, kategoria: tekst
Kacper obudził się w zimną majową noc. Była 2.43. Leżał na brzuchu na podłodze swojego mieszkania, z głową zatopioną w stercie cd-ków.
- Drogowskazy do nikąd. - pomyślał.
Próbował odtworzyć sobie, co robił przez ostatni tydzień, ale pomiędzy prawie martwymi neuronami przesuwały się tylko kolejne butelki, szklanki, kieliszki, ludzie, dobrze ubrani, źle dopasowani, bezdomni, pijacy, studenci, menele, sprzedawcy kebabów, dziwki z dworca, cały ten uliczny chłam, wypełniający przestrzeń metropolii i tworzący tak trudny do zniesienia, skoncentrowany miejski szmer. Bardziej wymowny był obraz snu, który męczył go tuż przed ocknięciem. Przemierzał świat z przyczepionymi do stóp gigantycznymi sprężynami, a kolejne kroki były coraz dłuższe. W końcu świat stawał się za mały, nigdzie nie było odpowiedniego miejsca. Miejsca na dom, siedlisko, spokój. Po kolejnym okrążeniu globu wiedział już, że przed nikim nie ucieka. Ani przed pazerną byłą żoną, która kiedyś chciała go okraść, ani przed lokalnymi gangsterami, którzy naciskali na zwrot gotówki przegranej w kasynie. Te sprawy i postaci były zbyt błahe, by rozpocząć takie mordercze tournee, by wyrzec się korzeni, zatracić sens. Nie uciekał również przed sobą: to byłoby zbyt proste. On szukał, gonił za czymś, czego już nigdy nie odzyska, co stracił kilkanaście lat temu. Szukał miłości.
* * *
- Co słychać panie K.? Ostatnio widzieliśmy się ponad trzy miesiące temu. - oświadczył z zatroskaniem psychiatra. - Zostały panu jeszcze jakieś leki?
Kacper lubił doktora za jego niezwykłą jowialność i mocną rękę w prowadzeniu praktyki oraz za wiarę w siłę jazzu. Spotykali się na sesjach od kilku lat. Pomógł Kacprowi sprecyzować kierunek, niestety nie był nim samym.
- Przestałem brać tablety, doktorze, więcej nie potrzebuję. Właściwie... przyszedłem się pożegnać. Chciałbym odzyskać stany hipomanii. Piękne, chociaż chaotyczne doznania mocy. Coraz mniej pobudzenia, coraz dłuższe depresje. Staję się pusty, staję się miałki, rozmieniam się na drobne. Nie chce mi się już nawet otwarcie rozmawiać z ludźmi. Po lekach czuję się jak warzywo na zamulonej grządce. Mam zbyt dużo przedziwnych problemów, które nie spotykają innych. Nikt mi nie wierzy. Nie wiem nawet, czy to coś oryginalnego, dla mnie tylko udręka. Zacząłem je zbierać w wieku 22 lat i noszę ten plecaczek do dzisiaj. Po drodze zapomniałem o czymś istotnym, w zasadzie najistotniejszym... Teraz trudno to znaleźć - przekleństwo naszych czasów.
Doktor coraz bardziej otwierał usta i wybałuszał oczy, a kiedy miał już coś powiedzieć, Kacper wstał i krzyknął: - Stop! Wyrażam się jasno? A teraz, uwaga! - usiadł z powrotem, na chwilę zapanowała kompletna cisza.
- Dostaję paranoi - mówił spokojnym, rzeczowym, choć nieco teatralnym tonem - że grupa feministek kierowana przez Kazimierę Szczukę, wymyśliła grę, która odbywa się w rzeczywistości i ma na celu określenie mojej seksualności oraz doprowadzenie do wytrysku. Osoba, która złoży z zawartości moich jąder słowo: „sperma", otrzymuje milion złotych z tajnego konta TVN-u, wypychanego kasą tłuczoną na filmach z infiltracji hipermarketów w rodzinne łikendy, wyświetlanych na podlinkowanych przez barmleczny.com płatnych stronach. Osiągają niebagatelne wyniki finansowe.
Kacper i doktor popatrzyli sobie w oczy i razem wybuchnęli niekontrolowanym, oczyszczającym śmiechem. Po długiej minucie spazmów lekarz powiedział: - Panie K., sądzę, że trzyma się pan zupełnie nieźle, potrzebna panu właściwie tylko... miłość.
Kacper zerwał się z krzesła, wyjął z kieszeni dwa banknoty składające się na wynagrodzenie, położył na stół i szybkim krokiem rzucił się w kierunku wyjścia. Doktor dogonił go tuż przed drzwiami.
- Co się stało? Coś nie tak?
- Miłości nigdy nie było. To najbardziej abstrakcyjna nazwa emocji, która jest jedynie zbiorem desygnatów takich jak: chwilowe pożądanie, bezpieczeństwo finansowe, oparcie psychiczne, ognisko domowe, spokój i najlepsze genetycznie plemniki. Na to pracują całe pokolenia partnerów, moim protoplastom się nie udało. Jestem odrzutem biegu natury. Byłem zakochany i miałem szalenie realistyczną, chociaż pewnie z punktu widzenia psychiatrii - psychotyczną, wizję jedności dusz. Widziałem znaki, które utworzyły klucz odpowiedzi: już więcej czegoś takiego nie osiągnę. Wyczerpałem limit. Czekam na transfer duszy. To najczystsza część mnie.
- To nie do odkręcenia?
- Raczej nie. Przepadło. W sumie dziwna historia. Obecnie nawet niespotykana - Kacper uśmiechnął się lekko.
- I co dalej? Strzeli pan sobie w łeb?
Doktor znowu miał rację. Nie dotknął jednak sedna.
* * *
Kacper wyszedł z gabinetu z silnym przeświadczeniem, że nigdy już tam nie wróci. Postanowił pokręcić się po mieście. Kochał je bezgranicznie. Szczególnie po zmroku. Odwiedził kilka sklepów i dotarł nad dziki brzeg Wisły. Emocje najlepiej zlewają się w płynach. Nadchodziły coraz cieplejsze dni. Około północy rozpoczął rajd po klubach. Przed oczami migotały dziesiątki filmów, które oglądał ostatnio nocami, szukając odpowiedzi na pytanie: gdzie podział się sens? Z niekończących się ciągów dialogów, alko wypłukał na powierzchnię monolog studenta nobliwej amerykańskiej uczelni, relacjonującego kolegom swoją podróż na Stary Kontynent: „Europejki są zajebiste. Kiedy pytasz się ich bez ogródek, czy chcą się pieprzyć, co dwudziesta odpowie od razu - tak!".
- Dobrze, pobawimy się dzisiaj w ten sposób. - pomyślał, wchodząc do ulubionego lokalu.
Poszło nawet szybciej, bo obiecał sobie nie przeholować z wódą i wyrażać się oszczędnie i konkretnie. Co prawda, jedna dziewczyna z głębokim przekonaniem stwierdziła:
- Jesteś „chory psychicznie". - ale nie odwiedzał przecież psychiatry dlatego, że czuł się „psychicznie zdrowy".
- I co z tego? - odpowiedział patrząc na jej faceta, o twarzy rasowego alkoholika.
Wysiedli z taksówki. Kacper jedną ręką obejmował śliczną blond dwudziestkę w czerwonej sukience, drugą otwierał drzwi na klatkę schodową. Powalił go piekielnie celny prawy prosty. Osunął się na schody, a laska uciekła, zakłócając krzykiem ciszę podwórka.
* * *
Znowu leżał na brzuchu. Poczuł, że podłoga jest coraz zimniejsza. Tym razem miał związane z tyłu ręce. Uniósł głowę i zobaczył wkurwioną twarz Emskiego, który kierował jednym z lokalnych gangów.
- Ty jesteś niezły cwaniak, Kacperek. - Emski kopnął go w żebra. - Prawie mnie wyruchałeś. Mieszkanie bez papierów na przebudowę, kara na pięć tysi, zero trzeciego pokoju bez zmiany wpisów do ksiąg wieczystych wszystkich właścicieli w budynku. Kto ma za to płacić? Ja? Teraz dostał prostym w płuca.
- A twoja dupa ma faktury na sprzęty, na które się zamieniliśmy. Co mi po twoim oświadczeniu? Jak kupujesz kradziony samochód, mimo, że o tym nie wiesz, psy go konfiskują, a kasa przepada. Zgadzasz się?
- Pewnie tak.
- Dzisiaj pały złożyły mi wizytę w towarzystwie twojej dupy, potwierdziła, że to jej graty z faktur. Jesteście w zmowie? Zabieram kuchnię i zaczynam cię naliczać.
Do mieszkania wpakowało się trzech bambrów. Usiedli na materacu, sprawiając ból sprężynom kieszeniowym.
- Emski, wydaje ci się. Jest mi wszystko jedno. Mam dosyć zarówno tej dupy, jak i ciebie. Teraz nie wiem nawet, kogo bardziej. Jedno godzinami pierdoli przez telefon, drugie wali po kośćcu bez wyjaśnień. Nawet policja więdnie przed tą sprawą. Wyjmij wódkę z szafki, rozwiąż mnie, pogadamy jak ludzie. To, co nazywasz cwaniactwem, jest moją pieprzoną psychotyczną intuicją. Zawsze się sprawdza, jeśli nie chodzi o laski. Daj mi już, kurwa, spokój. Naprawdę cię lubię, ale nie w takich momentach. I dotrzymuję zobowiązań. Źle trafiłeś, właśnie rozglądam się za miejscem na cmentarzu.
* * *
Rano konto Kacpra skurczyło się proporcjonalnie do wzrostu samozadowolenia. Niósł przez Śródmieście owinięte gustowną kokardą pudełko po pumach. Jeden koleś zapytał go nawet, gdzie kupił ten model.
- Nie bierz ich, są bardzo ciężkie, ze cztery razy cięższe niż inne. - odpowiedział z przekorą. Wszedł do mieszkania i odkorkował półwytrawne czerwone wino. Sączył powoli, na czczo, delektując się smakiem. W połowie butelki wystukał numer na komórce.
- Darek? Wpadaj głąbie. Weź kamerkę i zabierz ze sobą jaja. Zaraz piszę oświadczenie.
- To już? Na pewno?
- Tak. Nie mów nic więcej. Szkoda słów.
* * *
Siedzieli naprzeciwko na krzesłach i rozmawiali o życiowych szansach, o granicach destrukcji, niespełnieniu, wiecznym poszukiwaniu i porażkach. Darek filmował poobijaną twarz Kacpra, ćmiącą pall malle i pociągającą hausty kolejnych butelek wina.
- Wiesz, kiedy cię poznałem uśmiechałeś się, ale twoje oczy były przeraźliwie smutne. To było bardzo dziwne.
- Kosmiczny dysonans? Moja dusza jest uwięziona w niewłaściwym ciele i kieruje chorym mózgiem. Bardzo cierpi z tego powodu i to odbija się w oczach. Kiedyś ukrywała swoje męki, ale potem najwyraźniej zaczęło jej zwisać. - powiedział Kacper.
- Spotkamy się, kiedy będziemy kotami, a wtedy wygryzę ci dupę. - zażartował. - Tylko się teraz nie zesraj. Śmierć mózgu, stan zero, blada dupa. Koniec świadomości. Rozumiesz?
Darek przełknął nerwowo ślinę.
- Oczywiście nagrywasz? Kacper wstał, włożył lufę beretty do ust. Spojrzał na kumpla w taki sposób, jakby zabierał go ze sobą. Darek odwrócił wzrok, ale obiektyw kamery cały czas celował w Kacpra. Szybko nacisnął spust. Krew zlała się z czerwonym winem w poświacie wychodzącego zza chmur słońca. |