|
|
[ 2005/12/15 ] Sen, autor: Kajl Bodensky, kategoria: tekst Tom Brown obudził się nagle z poobiedniej drzemki, zupełnie nieoczekiwanie i prawie tak szybko jak wcześniej udało mu się zasnąć. Mętnym jeszcze spojrzeniem rzucił po brudnym i zaniedbanym pokoju, próbując zorientować się w sytuacji. Rozmazane i nieostre przedmioty siłą wciskały się do świadomości zmuszając do porzucenia spokojnego snu. Kropla ciężkiego potu spłynęła do oka. Na twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. W pomieszczeniu było bardzo gorąco, nawet jak na to cholerne lato. Duszne powietrze przesycone specyficznym aromatem jaki wydaje z siebie spocone ludzkie ciało wraz z gnijącymi oparami resztek, unoszącymi się z nad wiecznie zastawionego stołu sprawiało, że atmosfera przyprawiała o mdłości i ciężki zawrót głowy. Tom sięgnął ramieniem do czoła wcierając w mokrą i tak już od potu koszulę strumień jaki płynął z nieco łysej skroni. Wziął głębszy oddech i chrząknął chcąc przełknąć ślinę w zaschniętym gardle lecz zachrypiał tylko dźwiękiem przypominającym tarcie dwóch metalowych powierzchni. Przy okazji strącił kilka kropel, które w swej naturalnej podróży zatrzymały się pomiędzy brodą a otyłym podbródkiem. Na zegarku była szósta. Spał więc przeszło trzy godziny złapany pomiędzy poręczami starego, rozsypującego się fotela. Spałby tak pewnie jeszcze do ósmej gdyby nie to dziwne uczucie, jakiś niepokój, niebezpieczeństwo, które przerwało brutalnie sen. Tom nie był wcale z tego powodu szczęśliwy. Nie wiedział co się z nim dzieje. Całą winą starał się obarczyć senny koszmar, którego z resztą i tak nie pamiętał. Trochę obrazów za mgłą, trochę twarzy, nie mających ze sobą powiązania. Pozostało uczucie. Nie wierzył w żadne opowieści o intuicji, czy jak ostatnio słyszał od Mary w przeznaczenie. Facetowi, który zaczyna myśleć o takich sprawach miękną jaja - zwykł mawiać przy tego typu okazjach. Solidna, metalowa sprężyna dumnie prezentująca swą ostrą końcówkę, przebiwszy się przez lichy materiał obicia fotela boleśnie użądliła pośladek Toma. Zmełł w ustach przekleństwo i przesunął się bardziej w lewo. Fotel zajęczał orkiestrą sprężyn. Na dywan posypał się pył tworząc jeszcze większą kupkę mieszanki kurzu i trocin. Musi w końcu pozbyć się tego przeklętego mieszkania i wynieść gdzieś na północ bo inaczej zwariuje. Może do Minesoty. O tak Minesota to bardzo dobry pomysł. Wystawił język i oblizał suche wargi. Gorąco było nie do wytrzymania. Zmęczonym ruchem pozwolił, aby rozpięły się dwa ostatnie guziki jego poplamionej koszuli w kratę, wydobywając na światło dzienne wściekle tłusty brzuch z dziwnie wąską lecz nad podziw obrośniętą klatką piersiową. Człowiek oddycha całą skórą. Gdzieś to kiedyś usłyszał. W tej chwili to nie takie ważne. Zza okna dobiegł ostry płacz niemowlęcia oraz odgłosy awantury. Gruby, podniesiony męski głos wyrzucający serię niezrozumiałych kostorykańskich słów i piskliwy lament poniżanej kobiety. To znowu ci spod 17 - pomyślał. Krzyk. Głuchy odgłos upadku potwierdzony lekkim wstrząsem ściany. Zresztą co go to w zasadzie obchodziło. Carlos tłukł swoją grubą i głupią żonę od zawsze. Przynajmniej odkąd on się tutaj sprowadził nie pamięta popołudnia aby nie słyszał krzyków, tłuczonego szkła i przewracanych mebli. I dobrze, sam pewnie by tak robił jakby miał taką babę. Wiedział, że i tak za chwilę wszystko się skończy, nastanie względna cisza. Carlos trzaśnie drzwiami i wyjdzie z mieszkania pić albo się uspokoi i będzie pił w mieszkaniu. Do następnego popołudnia. Tylko to dziecko. Do niego Tom nie mógł się przyzwyczaić. Krzyki niemowlęcia doprowadzały go do szału. Nie pomagały zamknięte okiennice. Płacz przeciskał się i atakował dosłownie z każdej strony. Tak jakby cały dom dziwnym trafem stawał się ogromnym głośnikiem przekazującym światu i jego mieszkańcom manifest cierpiącego człowieka. Musi wyjechać. Najlepiej jeszcze przed piątkiem. Ta sytuacja za dobrze przypominała mu jego własne dzieciństwo, od którego dawno już uciekł. Rozejrzał się błędnie po pokoju w poszukiwaniu czegoś do picia. Nic nowego. Stare, zgniłe ściany, rozgrzebane od wczoraj łóżko z odciśniętym śladem biodra kochanki i poplamionym prześcieradłem, pamiątką zeszło nocnych igraszek. Nic już nie jest takie jak kiedyś. Z niesmakiem wystawił język. Silne i jasne promienie słoneczne wpuszczone przez szpary w żaluzjach cięły mrok w paski, dotykając światłem wstydliwych zakątków. Przewrócona na stole butelka Johny Walker'a, z której dawno już wyciekły ostatnie krople rzucała niesamowite refleksy na ścianę. Przez chwilę można się było zapomnieć, znów poczuć małym chłopcem. Jak na ironię cały ten spróchniały pokój ze swoją zatęchłą atmosferą, gdzie nawet przebywający dłużej człowiek staje się spleśniałym gadem, z martwą osobowością, rozświetlany był każdego popołudnia słonecznym światłem, które rozkładało swój makijaż w podobny sposób jak zniszczona kobieta puder na starczym ciele. Osoba, która znalazłaby się nagle w tej przestrzeni niewątpliwie doznałaby wstrząsu i zmuszona byłaby wybiec z krzykiem pragnąc jedynie uwolnić się od uroku rzucanego przez mrok i zastygłe w wiecznej pozie meble. Nie można ukryć śmierci. Dla Toma promienie słońca były natomiast rozrywką, urozmaiceniem codziennej egzystencji, na którą niecierpliwie czekał każdego dnia. Godzinami potrafił tak siedzieć i obserwować przesuwające się cienie, tworzące niesamowite obrazy w tak wydawałoby się znanym i nieciekawym otoczeniu. Był wtedy szczęśliwy. To jego prywatny świat, tajemnica, dobrze ukryta przed wzrokiem innych. Za każdym razem gdy promienie wpadały do pokoju miało się wrażenie, że nie uda się im przebić ciężkiej zasłony czerni, że stracą cały swój impet, że się zatrzymają a nawet pobiegną w drugą stronę. Uwielbiał taką niepewność. To tak jak walka dwóch nierównych sobie bokserów na ringu, otoczonych wrzeszczącą publicznością. Niby wszystko jest z góry ustalone, wiadomo kto dostanie w pysk i zwali się na deski i nagle, niespodziewanie ten mniejszy wyprowadza magiczny cios posyłający kolosa w zaświaty. Cudowne emocje widza. Dzisiaj jednak wyczuwało się diametralną różnicę nastroju. W powietrzu wisiało napięcie podobne do burzowych chmur, które niezauważalnie pojawiają się na czystym dotąd niebie. Tom nie mógł się skoncentrować i niespokojnym wzrokiem dotykał wnętrza swojego pokoju co chwila przecierając mokre czoło. Był spięty. Pod ręką akurat nie było nic do picia. Wstał przyczyniając się do powstania jeszcze większej góry trocin, które jak zwariowane sypały się ze starego fotela przy najmniejszym nawet ruchu. Ciężko poczłapał do kuchni. Otworzył lodówkę z nadzieją, że znajdzie w niej trochę płynu zamkniętego w jakimś modnym i mile kojarzącym się opakowaniu. Fala zimnego powietrza przyjemnie uderzyła w rozgrzane skronie. Przynajmniej lodówka nigdy nie nawala, pomyślał. Zadowolenie skończyło się w momencie gdy ujrzał, że lodówka jest pusta. Od wczoraj nie wychodził z domu. Koniec marzeń. Trzasnął ze złością drzwiami. Podszedł do brudnego zlewu i odkręcił lekko zardzewiały kran. Przez chwilę nic się nie działo poza sykiem jaki wydobył się z wnętrza rury. Tom znał ten numer na wylot. Nie zareagował. Tymczasem kran zacharczał, zakrztusił się i w momencie gdy wydawało się, że nic z niego już nie wyleci wypluł z impetem strumień rdzawej, żółtej wody. W wielkiej desperacji, z niesmakiem przyłożył wargi do kranu i zaczął łapczywie pić. Woda była mdła i miała metaliczny smak. Tak samo musi czuć się kobieta, która idzie do łóżka z facetem sama nie mając z tego żadnej satysfakcji. Cholerne bzdury. Drobinki rdzy osadziły mu się na zębach i zaczęły denerwująco skrzypieć. Zamknął oczy. Pociągnął jeszcze jeden, solidny łyk, po czym włożył głowę pod wodę. W tej chwili znalazł się w innej przestrzeni. Robi się z ciebie filozof. Zaśmiał się w duchu do siebie i zakręcił kran. Wyprostował się pozwalając wodzie spływać w dół po jego ubraniu i ciele. O kuchenną podłogę uderzyły krople. Przetarł twarz dłońmi głęboko wbijając palce w skórę policzków i wszedł do pokoju. Za oknem nic się nie działo. Nawet u kostorykańskiej rodziny zapadła nienormalnie długa i martwa cisza. Tak jak stał rzucił się na rozgrzebane łóżko i zaczął bez powodu gapić się w sufit. Pewnie Carlos wymordował wszystkich i teraz w spokoju ogląda telewizję. Co go to do cholery interesuje. Ale by sobie zajarał. Ostatnim petem podzielił się jednak z Rudi. Niezła dupcia. Całkiem do rzeczy, chociaż droga. Cisza. Leniwym gestem włożył rękę do kieszeni swoich spodni. Bezwiednie. Gdy palce zniknęły w czarnej otchłani materiału wzdrygnął się gdyż natrafił na znajome kształty. Zamknął oczy. Zmysłem dotyku rozpoznawał po kolei zawartość schowka. Taka zabawa jeszcze z czasów dzieciństwa. Wszystko byle tylko nie myśleć. Przesunął dłoń po zimnej, stalowej rękojeści swojego ostrego jak brzytwa noża. Tu w dzielnicy każdy cwaniak musi mieć kosę. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie wszystkich chwil z nim przeżytych. W jego głowie pojawiły się drapieżne obrazy bójek i starć z innymi gangami. To było kiedyś. Teraz jest już stary a poza tym nastały zupełnie inne czasy. Następnie znalazł kawałek ciężkiego, bawełnianego sznura lecz szybko podążył dalej znudzony jego bezwstydną martwotą. Był jeszcze świstek papieru, może bilet no i moneta 5 centowa. Całkiem dużo jak na jedną kieszeń. Niespodziewanie, gdzieś na samym dole, dotknął czegoś, czego podświadomie szukał. Przedmiotu o konsystencji galarety. Przez całe ciało przebiegł dreszcz i uderzyły go spazmatyczne fale ciepła. Doskonale wiedział, że nie potrafi oprzeć się podnieceniu i miał niejasne uczucie, że był już kiedyś w podobnej sytuacji. Istny zwierzęcy zew krwi. Urzeczony tajemniczością chwili, poddał się narastającej przyjemności, pieszcząc każdy centymetr jak ślepiec, który dotykiem rozpoznaje twarze. Tom oddychał ciężko przewracając się z boku na bok. Powoli zacisnął palce na obłym kształcie czując jak materia ustępuje, odkształcając się i zaczął ciągnąć ku górze. Słaby opór. Przedmiot raczej wydłużał się niż przesuwał. Był ciepły. Z krtani wydobył się jęk podniecenia. Nie mógł już dłużej czekać. Psychika nie wytrzymałaby tego. Gwałtownym i energicznym ruchem wyszarpnął zaciśniętą rękę z kieszeni. Do nozdrzy dotarł smrodliwy odór, szokująco kontrastujący z atmosferą chwili. Tom zastygł w bezruchu i zacisnął powieki jeszcze mocniej. Trwał tak przez sekundę. Później, ostrożnie spojrzał na swoją dłoń. Otworzył ją i zamarł gdyż w ręku trzymał rozkładające się resztki chomika, który zginął mu przed trzema tygodniami.
Zegar wybił szóstą. Ciężkie, gorące powietrze wypełniające pokój nie pozwalało normalnie oddychać. Klatka piersiowa leżącego na łóżku mężczyzny unosiła się miarowo. Spał. Nowa mokra plama wykwitła na jego prześcieradle. |