Odcinek pierwszy. Przystanek Podleśna.
Wysiadać.
Koduje się powoli.
Budka z kwiatami. Trzeba dokupić bambusowi narzeczoną, przyjaciela, córkę albo syna.
Dwie ulice.
Skręt w lewo. Spożywczy z karaluchami.
Cisza, która stawia się i boli. Odpoczywać przy dźwiękach rozłoszczonego zegara, huczącego z furią pieca i licznika bijącego nieubłaganie, świszczącego wręcz z oburzenia. Jak można? zostawić dziecko by pogrążać się w nocnej muzyce sprzętów zmieszanej z wódką, winem, piwem, likierem, dobrze, że nie z wodą utlenioną/ jabolem. Nawet spokój nie pomaga. Wszystko chyba, dlatego, że kaloryfer ze mną nie gada. No tylko tego mi brakuje teraz. Porządnego tąpnięcia kaloryfera.
(.)
Minęła właśnie dwudziesta godzina.
Metro. Rejestruję w nim:
Młody przystojniak z piwem sączącym się powoli na Wilanowskiej do gardła.
Para. Pochłonięta rozmową ze sobą - ona, na oko/ło czterdziestopięcioletnia - piętnastocentymetrowy obcas, noga mocno wciśnięta w nim, ciało, które obficie wygina się i wypływa z siebie do niego - młodego bezzębnego. Świata nie ma poza nimi. Obrazek idylliczny gdyby nie to, że cali w nim obrzydliwi. Jak tylko oni? Czy jak wszyscy my?
Czuć tę ich chemię jak zapachy podrobionych perfum. Desperados. Albo pragnienie przylegania ziemskiego.
(.)
Zbudowali kolejny kawałek metra.
Puszki zapakowane do wagonów a flavour cały nieświeży w nim.
Odurzona tym wypływam na ostatniej stacji nie poznając ulic, kierunków.
Wsiadam w pierwszy lepszy autobus, który okazuje się znosić mnie w odwrotną stronę od przybranego zamierzonego kierunku. Śmieję się z siebie przejeżdżając kolejne oddalające mnie od siebie przystanki. W końcu droga do domu staje się wędrówką wielogodzinną, niespiesznym poznawaniem nowych miejsc i wnętrz.
Poliester wygodnych kanap, magiczne godziny z kimś, kto chce wiedzieć więcej o mnie, niż sama wiem.
Hatha joga, kurwa.
Grad śmiechu rozpuszczający się w alkoholu puszczającym bestialskie oko.
Nalewka pod stołem.
Rozmowy z dźwięczącym dzwonkiem seksu w tle i metafizyką związków międzyludzkich na tapecie.
Bliskość planety piątej z rzędu. Nieregularny cykl.
Nie będzie arcydzieła. Nie będzie sielanki. Zapomnij o rodzince modelowej. Nie ten cyrk. Nie te zabawki. Zabieraj się ode mnie z tekstami swoimi, Panie wielce ułożony Mądralo.
Nic z tego.
Jesteś tylko tu w tym, co chcę, żeby chwilowo się działo. Wyssać jak z małego palca wszystko. Odpłynę, kiedy tylko spróbujesz się zakochać. Zakochałeś się wczoraj o godzinie 19.15? Jutro o dwudziestej trzeciej osiem zarzucisz kotwicę gdzie indziej i napiszesz mi, że nic zupełnie nie czujesz i nie wiesz czy to dobrze czy słabo.
Dobrze, że przynajmniej kilka nowych bolesnych orgazmów. Słabo, bo jesteś za słaby.
By się stało tak, żeby mi się zachciało więcej niż poczuć czubek swojej góry lodowej za szybą. Mimo, że jesteś tysiąc lat świetlnych do przodu. I czujesz to, o czym ja tylko wiem ze słyszenia, że jest możliwe do przeżycia.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>.
Odcinek drugi. Auroresocjalizacje.
A to się wszystko pewnie zaczęło pewnego poranka ciepłego. Albo zupełnie kiedy indziej.
Nagle się wykluło. lub tkwiło długo.
Czas zatrzymany został na chwilę, rzeczywistość wyciekła jak ze skaleczonego fragmentu ciała odrobina krwi.
W sumie nic takiego wielkiego.
Poczułam tylko, że uwolnić się trzeba od Złego.
Poczuć inną stronę lustra należy znów.
Zobaczyć na ile i jak można inaczej.
Ale tylko masakry i brak.
Samotne szaleństwo tak czy siak.
Uciekłam od niego. Ale on jest przez cały czas. Obok. Daleko. Na innej planecie. Zrzucający bomby co kilkadziesiąt dni. Zastawiający sieci. W metrze, kinie, toalecie, w której kiedyś oralny seks. W każdym wypitym piwie. W śnie. W nocach koszmarnych, upojnych, spokojnych, nijakich i mdłych.
Ale nie o tym być miało teraz.
Moje miejsce. Noc. Miejsce, w którym mieszają się sny pijackie, rozwalają się kolesie bmkami, staruszki dla zabicia pozostałości czasu wtłaczają się w bezcelowe wędrówki autobusami. Niedomyci mieszkańcy z oddechem zbliżającego się rozkładu kładącym się jak kłoda na plecach.
Wielka plastikowa studnia magmy, w której nieczuli na śmierć niechcianych dzieciaków walczymy o chwile zapomnienia, dobry dom, lepszą kasę, większe poważanie, a na końcu umieranie byle nie w szpitalnym korytarzu pełnym dresiarzy rzucających zimnym obiadem.
Umiera tam staruszka właśnie. Piękna dumna kobieta kiedyś. Powoli rozpływa się tak, żeby nic nie zostało już z niej. Fioletowa po kroplówkach ręka, reszta całkiem już wyschnięta. Nie czai już nic. Tych, którzy nie odnajdując się przychodzą, nie rozpoznaje wcale.
Tych próbujących przeżyć i mieć doświadczenia z tego, nie uczy niczego.
Prawdziwe jest tylko to jej smutne małoświadome umieranie. I chwilowo nic więcej.
I nie jest to nawet dostatecznie wzruszające.
02.2004
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Odcinek trzeci. Stefanka.
Bambus dostał coś wreszcie. Nie wiem czy tego właśnie chciał. Teraz jest już Mścisławem i ma swoją koleżankę, Stefankę, na razie na innej półce, żeby nie przeżył szoku i oswoił się z nią. Później przeniosę ją na piętro wyżej, a kiedyś być może znajdą się na tej samej półce. Obok siebie. Ale najpierw musi się do niej zwrócić pączkami. Fajny jest i ładne ma te swoje pączki.
On już coś ma, a ja? Skończyły mi się nawet papierosy, ten wypalony cały przed chwilą pyszny po prostu był. I alkoholu też nie ma, ale już nie taki to znów brak. Bardziej głód ciała, ale nie jakiegoś wcale.
Dziś tylko pomaluję paznokcie i zasnę.
Szczęśliwsza tylko dlatego, że ten, którego śnię, nie zapomina mnie.
Mimo, że z zupełnie inną jest, czyli pierdoli Bogusię, plotąc o miłości do jej kotki o przeraźliwie durnym imieniu.
A mnie to wcale nie przeszkadza tak, jak mogłoby, ani nie boli nawet należycie.
"Takie życie" -mówię sobie. "Nie chciałaś jednego, drugiego, trzeciego, to nie jęcz teraz, że jesteś sama. Bo masz tak, jak wymyślasz sobie. Dzieje się tylko to, czego chcesz albo, na co mniej lub bardziej chętnie, ale zgadzasz się".
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Odcinek dziewięćdziesiąty czwarty. Serial siedmiu boleści.
kolejny mroźny poranek.
I właśnie do mnie dotarło. Chyba. Tak samo jak Ojciec. Tak żyję. Teraz.
Niszczę po kolei wszystko, co ważne mogłoby być. Palę, znieczulam się i piję. Podobne samotne mieszkanie małe, tyle, że w innej dzielnicy. Takie samo dbanie o całkiem niewiele. Only basic stuff. A przecież nie chciałam robić tak, jak żadne z nich. A jednak córeczka wdała się w tatusia. Pijaństwa, imprezki i alienacje. W dodatku zła matka ze złej matki.
A najchętniej narkotyczny sen.
A jest jeszcze życie przecież. Może nie tylko gdzie indziej, dla innych. Tylko tu, teraz i moje.
(.)
Nieźle jest jednak mieć całkiem miłą pracę. W tak zwanych czasach dzisiejszych. Wiedzieć i czuć, że jakby z łóżka rano nie udało się wstać, to problem mały, ale byłby. Przeturlać się przez miasto brzydkie prawie całe. Zdążyć na czas. Nie czuć za wiele. Czasem tylko za zimno, ciasno albo zbyt gorąco i cuchnie. Nie marzyć o wybiciu końcowej godziny, a po jej nadejściu trwać w złudzeniu wolnych wyborów wreszcie. Dostać zadania do zapełnienia dnia. Nieważne jakie, byle dostatecznie dużo. Wracać do Mścisława, Stefanki, muzyki i książek. Nie spieszyć się z niczym. Sycić się wypracowaną nie wiadomo kiedy i jak samotnią. Pójść do kina, kupić czerwone chilijskie wino. Pozwolić godzinom płynąć. Zasypiać z kilerem przed oczami, lub z telewizorem gadającym głupoty z półki. Zaczytywać się nocami obcymi światami. Pisać traktat o paleniu i piciu. Nie martwić się brakiem obycia.
Robić ranki byłym, nawet, jeśli chwilowym i pomyłkowym. Tęsknić za wielką szaloną miłością. Grać z życiem w kości. Upijać się bezkacowo i nie do nieprzytomności.
Mieć fajne duże dziecko i trzydzieści lat.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Odcinek przed zakończeniem. Uwolnienie.
Jego babcia umarła. Jego nie całkiem na miejscu łzy. Jego lament i jego zła karma. Moje sny.
Ostatnie spotkanie. Bo nie chcę i wiem, że już żadnego więcej.
Byleby tylko nie ciąża z nim ani nic więcej przypominającego mi.
Noc lekarstwa na wszystkie pomyłkowe wizje, mylne wyobrażenia i niepotrzebne pragnienia. Koniec miłości, czyli naturalna śmierć szpitalna. Prawie dobrze mi z tym. Byleby tylko ten lęk się już nie pętał między półkulami. Porządek zaprowadzić w głowie. Wypłakać wszystko w poduszkę i zmienić pościel. Wyjechać na narty. Robić rzeczy po raz pierwszy. Te, które oczekują już długo, i te, o których nie wiadomo jeszcze. Koniec czekania na dreszcze.
(.)
Marzec. Powrót z gór. Pierwsze zjazdy na nartach. Kolejny powiew skończoności czasu na plecach. Pierwszy płacz od dawna dość. Tak jakby docierało do mnie wszystko z opóźnieniem.
Zrobiłam wszystko. żeby z nim. Być. Dobrze żeby. Wszystko, żeby zatrzymać.
Teraz zapomnieć chcę. I nic więcej nie zrobić okaleczającego.
Z nikim nie wiązać się na złe.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Koniec,
czyli
Jakiś czas potem
jednak
Nadeszła wiosna.
I długie gorące sielankowe niekończące się i nie do wyobrażenia lato
I stan, kiedy nic mocno nie boli.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>