I. Wstęp.
- Le Chanson -
W masarni wieczna wiosna: ozory powykwitły,
za ladą młode dziewczę przechyla się dość wdzięcznie,
akordeony powiek trzepoczą na francuską
w trelu akordeonu, w obrzmieniu powiek modłę:
w masarni wieczna wiosna! Porozchylane płatki
różanych kurzych stópek, wciąż zbladłych od przymrozku
w bukiecie owe dziewczę - masarka rozćwierkana
podaje poprzez ladę ukochanemu chłopcu.
W masarni wieczna wiosna! Żył krzaki karminowe!
Na ustach chłopca serce. Pod ramię baleronik
ramienia masareczki, i wśród opadających
soczystych plastrów szynek wychodzą, brodzą w zaspach
nóżkami w galarecie - w masarni wiosna - wieczna,
za ladą osuszaną wilgotną, rześką gąbką,
i tylko: masareczkom, ich chłopcom - anemony
francuską piosnką kwitną już! Trel mięsny: Le Chanson.
- nawijka pruderyjka -
nawijka pruderyjka: zakasać rękawy, podkasać sukience
rąbek brzeżka, kolanami założyć za łokcie wystające
naprędce z podkasania - za ramiona pochwycić, za rogi
byczą chustkę z batystu, zawiązać na palcach, cztery
palce na krzyż, dwa do ucha, kciuk w usta i zagwizdać
na pępku, zatrąbić, anonsować: lewe kolano w lewo zwrot!
prawe kolano w prawo zwrot! najmłodszym palcem zatem
skarbów szukać wedle mapy wyszperaczy skarbów właśnie
na głębokości sąsiedniego palca zaprzestać, wytchnąć pranę,
gdzie artezyjska studnia - tam wdychać samogłoski:
ę, ę, ą.
- poszli za chlebem forsy szukać (peany kapitalne) -
podróż inicjowała blisko
wypadłe z łóżka zgrzebne ramię
zgrzytnęło zgryzem wgryzło nisko
ciesz mordę więcej mu nie stanie
wygłuszaj głoś kazania z roli
korpusem rzucaj niech szlag toczy
bezwstydem zapchaj swoje oczy
przystojność draństwu nie przystoi
beznogi język zgorzkniał w słowach
zdechnięci nędznomyślni my szli
dzień w rzeczy samej śmierdzi krowa
o dojnej porze orze wszystkich.
- *** [chłopiec o szerokich barkach...] -
chłopiec o szerokich barkach myślę że śni prosto
odpowiada na pytania sam nie pyta: kocham
myślę o nim porównując RGB indyczej
piersi wobec plastrów szynek najróżniejszych róży
myślę o nim: czym go karmić? myślę o zatokach
żylnych by pulsowa3 krewko żeby wchodził nożem
myślę jak ułożyć na nim swe różane ciałko
gdzie w piżamy origami zatknąć kciuki silne
II. Rozwinięcie.
- Tego lata -
...szerszę spokojności pod chmurami jak hipopotami
- szerszymi dnia po nastaniu nocy, gdzie w liściach się plączesz
- obłemi. Spokojności, zanim cykl płciowy nie zamknie się.
I pszczoły, szerszenie jakby szersze od nadmiaru
- nadmiaru miodu wykradanego z dziewczęcych
odwłoków. Sukienką skrywającą pasiekę wyzywająco
szeleszczę. Mizerią chłodzisz usta wręcz obfite,
wiśniowym sokiem polane i wznosisz toast
że zdobyliśmy szczyt - szczyt wieńczący drzewo.
Między nami swojska woń gnojówki przypomina
dziecinne przekomarzątka po gałęziach gruch - tajne wędrówki
i wtedy palce mi wkładałeś w pełne uwargi, żeby
wyrwać dwójkę. Wyszerszam w końcu jedno - spokój wspomnień
i święte serce w szerszeniu górujące, spalone słońcem. Upolowane
hipopotamy przynosisz na obiad.
...kochany. Jeszcze brak mi słów.
[2oo3]
- lipiec -
zeszliście już z drzewa, gówniarze? - my jesteśmy szpaki!
a twoje szpakowate skronie nie robią na nas
najmniejszego wrażenia, więc nie zejdziemy. Wrażeń
dostarczają nam czereśniowe sady, staruchu, popatrz, lipiec:
pestki otoczone ciepłym podbrzuszem robaka,
niebo, które obrasta chmurami zawsze od połowy nocy, i tak będziemy siedzieć.
w miarę, jak się ociągaliśmy ze zlezieniem na ziemię pohukiwał
coraz głośniej, a nawet gromko pospieszał słowami, końcówkami
połykając coraz to na nowo napoczęte wyrazy,
ale jakże mogliśmy zejść? żurawie do pionu przywracały pnie drzew,
tak przynajmniej zdawało się nam, zdystansowanym do horyzontu.
jakże mogliśmy schodzić...
jednej nocy napełniliśmy kieszenie owocami, zdrapując się z czereśni
chowaliśmy soczyście-mięsisty słodki balast pod językiem,
znaczy: ja chowałam z lubością, on wyrzucał ukradkiem, już nasycony,
i chociaż kolana poharatane o korę tako same, wypomniałam mu
w kilka lat później zdradę niejednomyślności, że nie zeszliśmy jednym ciałem
z drzewa, lecz jakby w dwa i na rozdzielnych dwóch parach nóg
spieprzaliśmy przez płot przed plebanem, któremu
niedługo potem, jak każdemu świętemu człowiekowi - zmarło się w kwiecie.
[2oo4]
- [świtały wróble] -
Świtały wróble; rozprasowawszy załamanie
pochyliłam się śniadając, na chlebie kładąc włosy;
na śniadanie przyniosłeś niezakwitłe patyki wiśni
postawiłeś w wazonie, mówiłeś piękne haiku
chińska herbata między nami -
mówiłam, że śniły mi się wszy, mówiłeś, że potrzebuję.
Podałeś na papierze śniadaniowym swoją dłoń
w czym mogłam pomóc? - karmiłeś z ręki
w ramach codziennych zobowiązań;
wiosenna sukienka zajęła się potem.
- tanie sentymentalizmy -
Spódnicę zadzieram wysoko
między kolanami aż mi w serce wgląda
i brak pola dla wyobraźni -
tak dosłownie te oczy twoje
w opowiadaniu niewysłowionych bredni
przez krągłości popadają w formę.
I emigrując po dokonaniu cudu
w okrągłe sterczące kanty poduszek dławisz
mnie ciastkiem wylosowanym własną ręką -
na własne życzenie zżeram twoją młodą
jurność wydaje ci się że me serce wstało
to wcięcie kręgosłupa moralnego
a to moja talia.
- Sinatra. -
- Byłem młodym dzieciakiem, widziałem w nim tylko
kiczowatego starucha z wkręcanymi zębami. Dojrzałem,
a on przyniósł mi męski szyk, błysk Las Vegas. New York,
New York. - Kelnerka z ostatniej zmiany wtrąciła destylatem
z pierników, dwie kolejne kubkofiliżanki 125 milili.
- Zamykamy. (I know that music leads the way to romance.)
Palce już wskazujące spotkały się na kolanie,
zasłuchane. Haust, błysk zębami w stronę kelnerki:
- Wychodzimy. - Zasypiałam przy co cichszej frazie.
III. Zakończenie.
- obserwator -
umiar i prostota --------- pożądanie
wanna wanna want to jak to brzmi
- jak chcę
- jak śpiewasz zobaczymy
tym razem jednak słyszę
- jak pijesz herbatę
- jak kupujesz otwieracz do konserw
który ją zrozumie.