|
|
[ 2004/04/21 ] Pętla, autor: Zoocha, kategoria: tekst A potem palimy papierosy siedząc na parapecie. Ludzie w dole biegną z postawionymi kołnierzami, zawinięci w szaliki nie wiedzą, że tu przed chwilą pogwałciliśmy wszelkie konwenanse. I my im nic nie mówimy, byliby oburzeni, odurzeni, zachwyceni. Lepiej niech będa nieświadomi. Palimy papierosy i parzymy kawę albo jak zwierzęta do nieprzytomności pijemy wódkę prosto z butelki. Wtedy śmiejesz się tak głośno, że zaczynam się bać i musisz mnie uspokajać swoim pijanym oddechem. Twoje bezwładne ręce udają, że mnie obejmują, a ja zaczynam oddychać. Niezgrabnym ruchem przewracamy butelkę i ubrania lepią się do nas mokre od wódki i nocy. Leżymy czekając, aż alkohol wniknie w nas przez skórę.
Rano budzimy się z głowami ciężkimi od wyrzutów sumienia.
Na siedmiu metrach kwadratowych kuchni przeprowadzamy rewolucje, nadajemy sens światu i imiona nowym planetom. Jemy wczorajszą pizzę, albo nic nie jemy żywiac się kawą i papierosami. Nikt nas tu nie pilnuje i nikt nam nie zabroni zabijać się na raty. I jest tak dobrze. Mówisz szeptem, a ja mogę siedzieć całkiem blisko, by cię usłyszeć, tak blisko, że gdy mówisz dotykasz ustami mojego ucha. Wiesz dobrze, że tak jest najlepiej i specjalnie zniżasz głos. Opowiadasz mi o życiu i o czasach, których nie pamiętam, a ja chcę obalić wszystkie wielkie teorie. Trochę cię śmieszy ten mój zapał, mnie trochę męczy twój rozsądek. Ale wszystko to wydaje się nie istnieć, kiedy w drodze do łazienki, w przedpokoju, koło wieszaka, rzucasz pod nosem, że chyba mnie kochasz. Ja chyba też. Ale nie mówię nic. Uśmiecham się tylko do twoich pleców gdy znikasz za drzwiami. Słyszę jak spokojnie myjesz zęby, podczas gdy ja tłumaczę samej sobie, że to nie nasza wina. Kiedy wychodzisz nie mam już wątpliwości, zawinił ktoś inny. My jesteśmy zbyt szczęśliwi, by być przestępcami.
Na wyścigi biegniemy po schodach na podwórko. Drzwi otwierają się z trzaskiem, sąsiadka patrzy czujnie zza firanki, realizując dziecięce marzenie o byciu Agatą Christie. Przy bramie rozchodzimy się w swoje strony. Biegnę na autobus wąchając twój szalik. Ciekawe, czy ty wąchasz mój? Autobus hamuje gwałtownie i uderzam w ramię chłopaka obok. Uśmiecha się przyjaźnie a jego ust nie otacza siateczka drobnych linii. W tym momencie myślę, że przecież mógłbyś być moim ojcem. Nagle mi smutno.
Na uczelni nie umiem się skupić. Wykłady ciagną się niemiłosiernie, więc czytam pod ławką twoją ulubioną ksiażkę. Jest mierna i nie mogę się doczekać kiedy Ci to powiem wieczorem. Pewnie się uśmiechniesz i zapytasz:" Dlaczego? " zawsze tak jest kiedy chcę cię zdenerwować. Zawsze się uśmiechasz i prosisz o podanie powodu, a póżniej dyskutujemy, aż zabraknie argumentów i pokryjemy zmieszanie kochając się leniwie.
Przerwa nie pozwala mi dokonczyć tej historii. Idę na papierosa z ludźmi, którzy jeszcze nie biorą mnie za szaloną. Opowiadamy jakieś glupoty, które dla nas samych w momencie mówienia nawet, nie mają żadnego znaczenia. Lubię ten śmiech bez żalu jakim się śmieję przy nich. Przy Tobie tak nie potrafię. Dzwonisz przerywając mi w środku zdania. Odbieram z głupią miną. Odchodzę o krok od znajomych i słucham. Opowiadasz mi o dniu, który jeszcze dobrze się nie zaczął i o tym, że marzysz o anonimowości kinowej sali.
Do kina biegnę jakbyś mógł się zniecierpliwić . Już wiem, co dokładnie powiem Ci o tej książce. Wszystko już przemyślałam. Przez przeszklone drzwi kina widzę jak czytasz gazetę siedząc na małej kanapie w halu. Czekam jeszcze chwilę, żeby sprawdzić, czy będziesz patrzył na inne kobiety. Czekam z zapartym tchem oczyma wyobraźni widząc juz jak zachłannie rozbierasz wzrokiem kobiety którymi nie jestem. Jak na złość nie podnosisz głowy znad gazety. W koncu marznę i wchodzę do środka. Patrzysz na mnie z przerażeniem graniczacym z odrazą, których przyczyn nie rozumiem. Próbując dociec co Cię tak zniesmaczyło, spoglądam przez ramię. Ci sami, którzy jeszcze trzymali mnie przy życiu na uczelni, tu odbieraj mi resztki radości. Desperacko próbuję zdobyć się na uśmiech. Odwrócona do Ciebie plecami kłamię im na poczekaniu i kupuję bilet, choć wiem, że ty masz już dwa. Stoję koło nich myślac jak mało mogłabym się od nich nauczyć. Ale gram, wypierając się własnego, naszego życia. Przez chwilę jestem kimś innym. Ta drugą mną. Mną na niby.
W koncu cię dostrzegają. Kornie chylą głowy. Nerwowo ściągają czapki na znak szacunku. Odpowiadasz uśmiechem i dodajesz, że właśnie przechodziłeś obok i wpadłeś. Podchodzę do was i witam się z Toba jak każda poważna studentka. Może tylko zbyt zuchwale patrzę Ci w oczy. Ale chyba nikt nie zauważa. Siedzę trzy rzędy za Tobą i przez cały seans myślę o Twoich uszach i o tym, że to nie ma sensu. Wracamy osobno i spotykamy się dopiero pod drzwiami za którymi znów będę naprawdę. Czekasz na mnie z miną zagubionego dziecka i otwierając drzwi oboje mówiwy, że dłużej tak być nie może. Milczymy jedząc kanapki i oboje wiemy, że chociaż nikt nie jest winny, za chwilę zaczniemy się obwiniać. Kłócimy się o sens życia, nie oszczędzając się nawzajem. Próbujemy zatrzeć dobre wspomnienia. Próbujemy nie mówić już MY. Trzaskam drzwiami wychodząc na zawsze.
A potem palimy papierosy siedząc na parapecie...... |