Miłość a prekognicja
leciały jej palce w knajpach
po wszystkich ścianach:
w gwarze głosów widziałam
że uleci ta miłość
i ulatywała:
włosami
srebrem głosu
odwróceniem głowy miłość
niematerialna suka
będąca śmiercią samą
odmienioną przez inny przypadek
ziemia milczała
drzewa obłoki zimne milczały
wszystko milczało wiedziało
poza nimi:
nim pochylonym nad nią
nią - z rozwartymi na niego oczami
realizowali śmierć
im mocniej szarpały ich nerwy
i suka płynęła muzyką
Ballada brazylijsko - kubańska
Marcella dziwne oczy ma
Zjawiskiem dziwnym jest
I śledzą mnie nieprzeniknione oczy te
Ósmy miesiąc gdy chodzę przy niej w noce i we dnie
Niedościgła nieuchwytna od tajemnic chce się wyć
Dlatego musiałem ją mieć
Szesnastego czerwca w urodziny jej
W ogromnym mieście naszym kino jest
Bezpretensjonalnie chłodne
Gdzie bilety kupiłem na nieznany do dziś film
I zapadły w jej oddechy pieściłem ją
Długo... tak, aż ktoś z ekranu zawołał:
-What the hell i s goin' on!
A Marcella rozchylała lubieżnie
Małe kosmiczne piersi swe
Więc poszedłem za nią w ustronie łazienki
Gdzie w kiblu wziąłem ją
Mając jej małego palca przyzwolenia gest
W małej świątyni dumania polała się krew
Marcella miała okres więc ściany wymazała
Dłonią umoczoną w krwi
A strumyk wody szemrał gdy wchodziłem w nią.
Nie widziałem jej twarzy lecz gdy kochałem ją
Szybko, posuwiście, z żądzy drżąc
Czułem pośród rozkoszy swojej jak zwalnia jej serce
I odpływa ona jeszcze dalej zostawiając mi puste ciało swe...
Ach, Marcello, gdzie jesteś!
Dlaczego wciąż moją nie możesz mi być!
Krzyknąłem niemo pod kranem myjąc dłonie dwie
Z których spływała wolno różowa ciepła krew.
Wiem, że teraz w domu swym nieznanym mi
Omotana w stalowych myśli zwój
Płacze moja maleńka z nieznanych mi cierpień
Ponieważ ona myśli że nie ma jej już,
Że tylko towarzyszy jej to ciało jak niemy cień
Że jest tylko duchem, duchem, duchem
Którego czeka śmierć
Zanim ja prawdy dowiem się
I choć miałem ją, miałem ją, miałem ją
Nie mam nic
Tak bardzo w kółko od początku pragnąc jej
I jestem jak mały chłopczyk który przez szybkę duszy
Widzi: w swoim domu od płaczu Marcella zanosi się
Niewidzialna
Wstęp
pełne są preludia
gdy frunie myśli szok
obca samej sobie
nie nazywa się w pierwszej osobie
a zwiastun jaskółki
jest zwiastunem jej cienia
Niewidzialna
egzystują wierni
swym małym egzystencjom
i normalnym jest dla nich
upiorny spokój niedziel
kiedy światło wyległo
na trotuary uśpione
kiedy cienie zamarły
w ciszy, w spokoju bezludnym
chodziła po leżącej na jezdni niedzieli
myśli o niej samej
jak o tej, którą dźwiga
ona jako nic, jako rozbity światła ślad
zmuszona być
obserwuje powolne życie
sama w brzydocie zamarła
marzy aby jej imię
wyleciało z notesów wielu
aby nikt nie wiedział o niej
aby była niewidzialna
aby była jak ta przelotna niedziela
będąca chwilowo ćmiącym bólem
migającym cynicznie cudem
narzuconego odgórnie słońca:
jego istnienie tak silnie zabija
Preludium zimowe
Cz. I: Bankiet
w szumie głosów
w światłach żyrandoli
stoi.
zupełnie zapomniała
zapomina zamykając oczy
otwierając usta
pije z cienkiego kieliszka
drogocenny płyn
tak chłodny
obcy sterylny
jak odbicie lustra
w nieznanej ubikacji
nieznanego hotelu
zaistniałego przypadkiem
nie przypomina sobie
nie myśli o tym
słuchając gry pianina:
pianino piano pianola
opowiada losy
zwariowanego Knocka
co zjadł muchę wlazł na dach
ukradł gazetę udusił strażnika
cala sala się śmieje
z wypłowiałego Nosferatu
różowe niebo z ekranu
nie kusi nie przypomina
zamyka oczy
również śmiech wydobywa
tu w ciemności
obca obcym
z ręką w powietrzu
może płynąć w czasie
i nie dotknie jej
żaden glos
nie pamięta
płynie wśród ludzi z kieliszkiem
obcym jak obce lustra
wielkich zimowych hoteli
dopóki nie znudzą jej twarze
rozgadane usta
puder i krem
ten wątły pedał z miękkim okiem
co orchideę nosi w klapie
co wiatr go pożre gdy kino opuści
tłumaczy jej ekspresjonizm:
ekspresja. ekspresso.
siada w kącie
uleciał ten miękki anioł
i sama jest
spuszcza oko
na swój prawy but
chowa but
but obolały zmarszczony
pod podeszwą rosa
but śpiewa trelem
przyłożony do ucha
bankiet trwa.
unosi oczy.
kiedy nie widzi siebie
zatraca poczucie czasu
byle nie wyodrębnić siebie
więc zlewa się z rozmową
ma pani niebieskie oczy
jedenasta wieczór
lekki lęk
w podłodze deski
pod deskami twarze
glina deski twarze
glina zmarzła wieje wiatr
i ścina lodem wszystkie pola świata
(byle nie wracać myślą do tych pól)
patrzy w lustro
to ona
oczy odrębne
cale jej życie
małe jak zapijaczone
zbyt niewyraźne
(to rodzinny defekt)
zapijaczone smutne ironiczne
jedenasta ścina czas
czas wychodzić
stawia kieliszek na głowie kelnera.
Cz. II: Ulice
grudniowy spacer
w świetle
o jedenastej rano
idzie
chora
po bezdomnych ulicach
bez alibi w smutnych butach
lecz wesoło przebiegają koty
i może stanąć
na zbiegu ulic
gdzie mrozem topnieje dach nieba
srebrząc się
jak ciepłe morza
gdzie zimnem świecą balkony
żółte jak piaski nadmorskie
gdzie wali się szkłem powietrze
przeczysta porcelana drgań.
płynie
w kusych bucikach
po wydętych brukach
gzyms zaczepiając paznokciem
staje.
zagubiła kierunek.
jej oczy tłumaczą każdemu
każdemu mijanemu
tłumaczą się za nią
mierzy przechodniów z daleka
a z bliska przesyła im bajkę
że się spieszy
ale nie zgubiła
że czeka
ale nie zgubiona
że się spóźniła
nie zagubiona
wie co robi
tylko to miejsce i ten czas
stanąć tu i umrzeć
macie teraz
mnie
rozebraną
rozebrana na bankietach
na ulicach na schodach
wysoko na piętrze
w telefonicznej kabinie
but co trele wydaje
szuka schronienia u drzwi
lekko lekko
zbyt lekko
kiedy ciężar poczuję
fotoaparat pstryk
istotnie pamiętam
te obrazy,
smak
tych kolorytów lekkich
na tej trawie jakże płaskiej
i w tych snach jednowymiarowych
lekko coraz lżej
istotnie nieznośna ta lekkość
od snu się różni
nieznacznie spowolnioną akcją
ale jej zapach lekki
i: głowa, sterty śniegu
przedmioty, zgniłe liście
i paznokcie i tętno
ulatują
lekkie pojęcia
lekkie ruchy
dlatego dziś
próbuje mocniej żyć
ale bankiet sekundę trwa
próbuje przeciągnąć nić
chwyta się przydrożnych krzaków
czerwonych kurtyn framug
ale nie ma nici innej
niż wywlekłej z głowy
nici lekkiej
której przeciągnąć nie sposób
bez środka
stąd źle wymierzone kroki
i obroty na schodach
słowa jak oddechy
mają puls i melodię ciszy
bez środka chaotyczne
bez początku - nie istniały pierwsze
zeszłe stadami
jak zwierciadła powstałe z pierwiastków
lekkie płonące tramwaje
skwaśniałe perony
przefruwy puchowych gołębi
kiedy ich ciężar wyważę
Cz. III: Wizyty
jadą idą
przygwożdżeni czasem
przychodzą
z wizytą
jadą
wyszli w grudniowy poranek
wyszli wsiadają
do samochodu nad nimi puste niebo
biorą przedmioty
pędzą
po drodze pola
na nich glina deski
pod deskami twarze
wchodzą siadają
wstają wychodzą
wracają
do siebie
wracają wieczorem miasto pachnie śmiercią
jadą idą
uginają się pod wielkim niebem
z zimna pośpieszają
przygwożdżeni czasem
statecznie wyprostowani
w stronę wiosek
w stronę miast
w stronę trzecią
i "nic nie zapowiada
rychłego powrotu".
Ferie zimowe dziewczynek
spały pod białą
wielką jak góra
pierzyną
wtulone piętami
mając w usteczkach modlitwy czczy smak
włosy wplecione
w białe kwiatki ścian
a nocą
napadało śniegu na wioskę
i psy znaczyły zapachem pcheł
korytarze wydeptane w zaspach
i lekkie słońce z kryształu
wystawiło swój kieł spod stodół
budziły się
zmarzłe wpadały przez drzwi
ptaszki głodne
czerwonodziobe skłócone
pachnące szronem
smak grzechu
osiadło we mnie na zawsze
pragnienie
nie wyzbyte lęku
ukryte za drzewem
w trawie w rowie
za ścianą gdzie oczy nie widzą
w ciemności
pragnienie
dotyk
ust gryzących pestki
w sianie w kwiatach
w pokrzywach
pierwsze książki
głośny oddech rumieniec
tysiąc razy czytane
za cegłą
sceny podejrzane nocą
czarny bies szamoce się w polu
chodziłyśmy daleko tam
gdzie rysował się koniec
na widnokręgu
rozegrały się bitwy serc
słowa księcia księżnej
słowa bogatej praczki
dotyki niecelne
przewracały się
beczki miauczały koty
dzieci aniołki
patrzyły na wymowny teatr
naszych rąk i nóg
przestraszone odwagą
powracałyśmy do książek
rosły skrzydła pod stropem
świergotały pierwsze grzechy
w szuraniu traw
w bzykaniu wieczornych owadów
w tupocie diabelskich kopytek
w brzęku szklanek z mlekiem
Podszepty do poety Maćka M.
Tak, Maciek
W takim stanie zawieszenia, w ciemni jamy
Matki - śnieżycy, rzeczywiście robi się to najlepiej.
Usuwasz strzępy z krawędzi zdartego narzędzia
I posuwasz do przodu, zlany metafizycznym potem.
Nie sądzisz chyba, że możemy to robić oboje naraz
W tym samym czasie zrywać ze sobą kontakt i ślepo
Się sczepiać językami, to by nas za dużo kosztowało.
Ta ambiwalencja na skraju psychozy.
Dlatego teraz, aby się dobrze nad tym zastanowić, pozwól,
Ze włożę swoje czarne kimono i zapalę papierosa
Opierając się o lodowatą ścianę kina.
Nacieszyliśmy się już wstępem, teraz jak figlarne
Zwierzęta wbiegamy w sedno sprawy. Odwracasz tyłem
Wszelkie nieścisłości, złe milczenie i ogólne rozczarowanie
Ja robię dokładnie to samo, i oto
Stoimy nad białą przepaścią, za która jest pustka.
Jesień
ty tak lato szumieć nie potrafisz
jak się jesień w swojej grozie szamocze
nasyłając czerń na moje dachy
prześwietlają się klisze ciepłych dni
schrypłe blaskiem
wypalają się drą dziurawią
gasną
samotne zimne poranki
żegnanie kwiatków - oto mroźna zima
która przez długie miesiące
żreć będzie zgniłą ziemię
Cyganie
straszyła mnie nimi babka
więc mieszkali w szparach ulicy
w skrzynkach na listy w talerzach
za oknami w ruderach
kolorowi starej daty
krzykliwi złodzieje snów
złodzieje dzieci
złodzieje pierścionków
pachnący grochem
korzenną strawą
odchodem srebrnego konia
świecący diabelscy
błyskali barwami
przechodząc karawaną
pani Lucia z okna
rzuca złoty ząb
nocą
pukali do moich okien
obłudnie maleńcy
rozpraszają się w świetle dnia
rozbijają na kurz
milkną
Śmierć
Nigdy więcej nie pisać tego rodzaju tekstów.
Tabu jest nie do przełamania.
Uwaga, na tej stronie czai się mrok dawnych dni.
Neurotyczne poprawianie istniejących wyrazów.
Opowiedz mi szybko w dwóch słowach,
O tej koleżance, którą wczoraj przypadkiem spotkałeś
Po 12 latach
Nicolas, nie męcz mnie już tej nocy.
Chcę spać... Proszę cię przytrzymaj swoją żonę w klatce
W godzinach między trzecią a piąta rano.
Niech nie wybiega w cienkiej koszuli
Prosto do moich snów.
La porte
Est tres bien fermee.
Absynt jest mi obcy, jestem dzieckiem popkultury
Wychowanym na marihuanie
Czasami siedząc przy oknie mam wrażenie, ze mnie namierzają
Z okna drapacza, z naprzeciw.
Wtedy wiem jedno: nie koncentrować się
Na tej idei.
Bo to co widzę
To są pierwsze kuszące wrota
Do krainy schizofrenii
Obserwują mnie generalka głównie z drugiego skrzydła
Ciągle ten sam pokoik na rogu.
A widziałaś dach?
Kiedy?
No jak to kiedy, wczoraj w nocy, z lotu ptaka!
A, wtedy. Widziałam, bo co?
Pyta mnie moja dusza
Wyjaśniam jej: czy zajrzałaś do środka, przez dach. Czy widziałaś go?
Odpowiada mi: tak, palił peta i gapił się w TV.
Niepotrzebnie śnią mi się teraz te kolorowe czapki
Śmigające wokół cmentarza
Co te dzieciaki tu robią...
Zakłócają mój wieczny spokój...