Wracał wieczorem. Autobus sunął zalewaną październikowym deszczem drogą, kołysząc się na boki nie wiadomo czy z przeciążenia czy może z napierającego ze wszystkich stron wiatru.
- 70 kilometrów na godzinę - myślał o prędkości podmuchu zapowiadanego wczoraj w prognozie pogody.
- Napiżdża szybciej niż ten wrak.
Pojawiły się światła miasta. Zbliżały się powoli, zamglone tłamszącą wszystko pluchą. Intensywniały coraz bardziej w gasnącej szaro-białej powłoce dnia, pulsując i wabiąc różnobarwnymi pikselami rozlewającą się coraz dalej i szybciej, we wszystkich kierunkach noc. Jeszcze tylko przez klika minut reklamy, latarnie, neony, wystawy sklepowe i jadące na krótkich samochody mamiły wyobraźnię niedokończonym pejzażem. Moment później wizja ucieleśniła się woalem mroku spowijającego przechodniów oraz rzucanymi tu i ówdzie cieniami, wyostrzanymi zmieniającym się natężeniem świateł.
Do dworca dojeżdżał z ulgą. Jeszcze tylko pół godziny miejskim i będzie prawie w domu. Wysiadał właśnie gdy natknął się na Lidkę. Gramoliła się przez wyjście, ciągnąc za sobą wielką sportową torbę. Ubrana jak zwykle tandetnie, z małymi przymrużonymi oczkami, okrągłą, pucołowata twarzą i pełnymi choć spłaszczonymi i nieco zdeformowanymi ustami wyglądała jak mały hipipotamek. Gruby nie lubił jej chociaż poza tym, że istniała w jego życiu nie miał jej właściwie nic do zarzucenia. Była jego znajomą z pracy i mieszkała na tym samym osiedlu co on. Wiele razy kiedy szedł lub wracał do jednego z tych miejsc spotykał ja, zawsze przez przypadek. Musiał wtedy znosić jej towarzystwo przez całą drogę. Starał się jeździć innymi autobusami, brał inne zmiany- choć prawdę mówiąc nie z tego powodu - a gdy miał na tę sama godzinę co ona starał się jak mógł żeby nie wyszli z pracy razem. Jeśli się udało wypatrywał jej na przystankach, zajmował zakamuflowane miejsca w autobusach i był od niej wolny. Mógł poświecić całą drogę na czytanie lub rozmyślania zadowolony, że uciekł od przymusu skupiania uwagi, podtrzymywania rozmowy po raz kolejny. Zapominał o niej na kilka, kilkanaście dni, mimowolnie tracąc czujność i znowu natykał się na nią w najmniej spodziewanym momencie. Tak jak teraz.
- Cześć. Chyba pojedziemy taksówką. Jak damy rade w taki deszcz? - przerwała bez pojęciowy ciąg przypominanych obrazów - widział, że miała nadzieję, że Gruby się zgodzi.
- Zobaczymy. Na razie nie ma żadnej w pobliżu - wolałby jechać miejskim a potem iść piechotą, ale w taką pogodę z dwoma ciężkimi torbami i plecakiem. Z przystanku mieli do domu przeszło kilometr drogi, która teraz pewnie aż bulgotała błotem od bębniących ciężkich i zimnych kropli. Mimo to wolałby iść, brodzić po kostki byle by tylko się od niej uwolnić. Dostrzegł w oddali taksówkę. Stała w zupełnie innym miejscu niż zawsze pozostałe.
- Poczekaj chwilę. Może coś znajdę.
Starał się omijać kałuże i nie potrącać ludzi jak na złość stających tuż pod krawędzią dachu. Typ w średnim wieku burknął coś w jego kierunku po tym jak uderzył w bark Grubego dłonią z papierosem.
- Zjazd leszczu - pomyślał Gruby. Czuł rozkosznie zmieszany z powietrzem zapach dymu gdy strzepywał popiół w ramienia i zauważył stalowo-czerwoną kropkę żaru bezlitośnie zapadającą się w matowy grafit ubrania. Wydawało mu się że widzi jak pękają kolejne włókna materiału, obnażając kolejne jego warstwy, których obrzeża tliły się i gasły falującą siwą nitką.
- Kurwa - tego krzyku nikt nie słyszał. Tylko w jego głowie przekleństwo, szalało falami wściekłości w ciśnieniu której, miotało się próbując wychynąć na powierzchnię by porazić wszystko i wszystkich, ucieleśnić coś o czym Gruby mógł tylko nieśmiało pomyśleć, co zamierało w nim tak jak strach przed konsekwencjami jakie mogły by zaistnieć gdyby wbił kilka razy swój mały składany scyzoryk w opinane staromodnym tureckim swetrem bebechy palacza. Mimo tego coś w jego wnętrzu kazało mu to zrobić, sprawiało że gdzieś w głębi siebie marzył o tym. Przeszedł kilka kroków i obejrzał się za siebie. Facet dalej delektował się petem. Przecież to nie jego wina, że był akurat teraz w tym samym miejscu co on i akurat chciał zapalić. Z jego punktu widzenia to Gruby był dupkiem pchającym się na żar.
Podjechała jakaś taksówka i natychmiast podbiegła do niej panienka w skórzanej kurtce, szpiczastych, ciemnych butach i spodniach z materiału imitującego wężową skórę. Zapach jej włosów delikatnie musnął Grubego po twarzy. Samochód ruszył, pozostawiając w jego pamięci napis na białym polu 1.60/km, wyłaniający się z odbitych na bocznej szybie bezgłowych postaci.
Nie pamiętał żadnego z tych kilkudziesięciu kroków odległości dzielącej go od stojącego w strugach deszczu jasnego volkswagena, ani żadnej myśli. Znalazł się w jednej z tych chwili kiedy świadomość wyłącza się bez udziału woli, jak wtedy gdy schodzi się po schodach i nagle nie wie czy zamknęło się drzwi na klucz a potem wraca i rozwiewa te obawy próbując je otworzyć. Bez skutku.
Taksówkarz był zniszczony i wyglądał staro ale jego ruchy zdradzały sprawność i młody duch. Podobieństwo do Iggiego Popa było by pełniejsze gdyby nie krzaczaste brwi i ogromne wąsy. Nieogolony i ogólnie nieco zaniedbany od razu rozpoczął rozmowę głosem zachrypłym, wręcz skrzypiącym prawdopodobnie z przepicia.
- Długo pan jechał?
- Długo - rzucił zbywająco - proszę podjechać tam pod daszek, zabierzemy znajomą i torby.
- Ciężka podróż?- gość nie dawał za wygraną.
- Najcięższy był jej koniec.
- Czemu?
- Bo pojawiły się nieprzewidziane trudności.
- Deszcz zaczął padać niedawno, cały dzień była piękna słoneczna pogoda a na koniec tak się wszystko skiepściło. Cholery można dostać.-facet nie mógł chwycić o co chodziło Grubemu.
- Ale gdyby nie deszcz, nie zarobił by pan na mnie- poczuł się rozbawiony.
- Kochany ja na brak pracy nie narzekam, ja non stop jeżdżę, całe noce. Ma pan dzieci?
- Tak synka, ma teraz dwa lata.
- Ja ma pięcioro. Najstarsze ma 26 lat, najmłodsze 1,5 roku, z tym , że najstarsza córka jest z pierwszego małżeństwa. Wie pan dziewczyna to zawsze pójdzie za ojcem. Chłopakiem to pan się nacieszy do 14, 15 lat a potem on już tylko z mamusią. Mówię panu bo wiem jak jest u mnie, ale jak z kimś o tym gadam to wszyscy mówią to samo. Do mojej córki to mogę zadzwonić w nocy o północy i zawsze mogę na nią liczyć. Wiem że zawsze poda mi rękę. Pół Warszawy przekopie a mnie znajdzie. A chłopaki? - zamilkł na dłuższa chwilę. Podjechali i Gruby wysiadł , żeby wpakować do bagażnika klamoty i otworzyć drzwi Lidce.
- Nie boi się pan jeździć w nocy - zapytał kierowcy, kilka chwil po tym jak, wskazał adres docelowy i wyjechali już na ulicę - na pewno trafiają się panu różne typy.
- Trafiają się różni. Co noc są jakieś zdarzenia ale zawsze daję sobie radę. Ja lubię, ja umiem się bić- skorygował- Wie pan ja jestem z Czerniakowa- napuszył się, ale nie było w tym nic co Grubemu by się nie spodobało. On tez był dumny z miejsca swego pochodzenia. Pewnie taksówkarzowi tak samo jak jemu kojarzyło się ono z dzieciństwem, szaloną młodością, starymi kumplami i wszystkim co pierwsze. Dopadła go dyżurna od jakiegoś czasu myśl. Zastanowił się nad swoją przeszłością i wydawało mu się, że ona nie minęła, że dalej trwa w jego głowie pełnej wspomnień nie chcących poddać się obróbce otaczających go realiów. Wydawał mu się niemożliwym koniec tego etapu jego życia, w którym problemy mieszkaniowe czy żywieniowe były przez niego tylko widzialne. Teraz gdy stały się odczuwalne był zmuszony się nimi zająć. Poświęcić dużą część czasu na to by zarobić na życie zamiast po prostu żyć. Fizyczna strona bytu dominowała a często zawłaszczała czy nawet eliminowała inne sfery jego obecności w świecie i przez świat, w którym definicja celu życia jednostki stała się przeinterpretowanym schematem stworzonym przez społeczeństwo na własne, często przeciwstawne jednostce potrzeby. Nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na Lidkę i zobaczył rozbawienie na jej twarzy pokrytej cieniami kropli wody osiadłych na szybie, prześwietlanej pomarańczowym pulsującym światłem kierunkowskazu stojącego obok TIRA. Zamyślił się i umknęło mu coś z opowieści starego, w dodatku ruszający na zielonym samochód zagłuszył niektóre jego słowa.
- Co pan mówił?
- Pan opowiadał, że sporo się w życiu bił - w głosie Lidki Gruby wyczuł ironię.
- Nie każdy miał szczęście wychować się pod kloszem i czułym okiem mamusi - odpowiedział jej
- ciekawe czy chciała tak to powiedzieć czy wypaliła przypadkiem?- zastanowił się.
- Święte słowa. - kierowca przybrał ton moralizatora. - Tam gdzie mieszkałem wiele razy nie było innego wyjścia i żeby samemu nie dostać trzeba było innych masakrować. Ale teraz mi się to przydaje. Wie pan ja nikogo nie tykam ale wiem jak obezwładnić i w dać sobie mordę też nie pozwolę.
- Ale w sumie dlaczego jeździ pan w nocy?
- Bo wtedy jest najlepszy zarobek a ja i tak prawie wcale nie śpię. Wie pan ja kiedyś dużo chlałem. Strasznie chlałem wódę. - Gruby chciał powiedzieć, że po głosie da się wyczuć ale nie zrobił tego. - I wie pan wtedy nie pracowałem. A jak człowiek nic nie robi to przychodzą mu z nudów różne głupoty do głowy.
- No tak rozumiem. A jak pan jeździ to jest dodatkowa motywacja, żeby nie pić. - wydawało mu się, że doskonale rozumie tego człowieka.
- No pewnie. W tej robocie muszę być trzeźwy. Jak teraz?
- Jeszcze przez skrzyżowanie prosto i od razu tutaj w prawo, niech pan dojedzie do drugiej bramy tam jest wjazd na osiedle.
Chętnie pogadałby jeszcze z kierowcą ale byli na miejscu. Licznik wskazywał 27 złotych z groszami. Gruby wyjął z portfela 30. Nigdy nie dawał nikomu napiwków. Może dlatego, że był ciągle spłukany?
- Reszty nie trzeba - podał mu pieniądze i otworzył drzwi - do widzenia.
- Do widzenia. Dużo szczęścia państwu życzę.
- Wzajemnie - odpowiedzieli niemal równocześnie z Lidką.
Gruby wytargał z bagażnika torby i jedną z nich podał dziewczynie.
- To na razie - nawet na nią nie patrząc odwrócił się i ruszył w kierunku klatki schodowej. Mimo wszystko cieszył się, że padał deszcz i dzięki temu pojechali taksówką.
- Do jutra - usłyszał za plecami jej głos.