MARY FLORA BELL wygląda przez okno.
Oparła łokcie na parapecie, ujęła twarz w dłonie, małymi palcami rozciągnęła sobie oczy aż do skośności, aż do utraty ostrości widzenia. Przez jakieś 5 minut tak siedzi, ani drgnie. Myśli "Co za nudna ulica. Nikt nią nie chodzi, nic nie jeździ. Ach! Mieszkać w śródmieściu!" Puszcza kąciki oczu, wzrok powoli wraca jej do normy, konkretyzują się kształty. Widzi jakiegoś faceta w oknie po drugiej stronie. "Cóż on tam robi? Chyba przesadza roślinki. Ale któż to jest u licha? Być może jest to syn tych dwojga starych ludzi, co tam żyją. Przesadzi im rośliny, przetrzepie dywany, porobi zakupy i wróci do siebie. Ma własny superapartament w śródmieściu. W samym środku śródmieścia. ... Chociaż... Albo lepiej nie. A... Wynajmuje skromny pokoik na poddaszu? Taaak. Tak będzie lepiej. Milej. Romantyczniej."
MARY FLORA BELL cofa się do pokoju.
Firanki zostawiła rozsunięte. Nastawia adapter i rozbiera się niespiesznie, składając starannie każdą część garderoby. Robi z ubrań kupkę na krzesełku, wieńczy ją kulką ze skarpetek i goła staje przed otwartą szafą. Przesuwa wieszaki. Myśli "Teraz myślę co na siebie włożyć. Teraz myślę, że nie mam co na siebie włożyć. Jeszcze trochę." Ciężar jej ciała spoczywa na wyprostowanej lewej nodze, prawa lekko ugięta, lewą rękę oparła na biodrze, kciukiem i palcem wskazującym prawej pociera podbródek. Myśli "Teraz wyglądam na zamyśloną. Na w rozterce. Ta księżniczkowata z bufiastymi rękawami jest prześliczna ale abso ale to absolutnie wieczorowa. Ta mnie optycznie skraca. Ta ma taki dekold, że za nic jej nie włożę. Więc chyba którąś z tych. Białe falbanki z niebieską szarfą, cytrynkową lub kwiatuchy. Ene due raaabe połknął chińczyk żaaabę a żaba chińczyyyka co z tego wyniiika jabłko gruszka czy piet rusz ka? Mmm... m, m. Pietruszka. Kwiatki odpadki. Z dwojga dobrego niech będzie żółta. I tak by na nią wypadło jakbym chciała, a chciałam, więc: ta daaam!" wrzeszczy Mary w głąb szafy "Ladies and gentelmen... Dziś kreacja kanarkowożółta. Motylkowożółta! Ananasowożółta!! Bana!!! ... E, nie... Bana nie" cichnie. Robi z sukienką kilka tanecznych pas i układa ją na łóżku. Wraca do szafy, klęka i z szuflad dobiera resztę. Rzuca wszystko w pobliżu sukienki i udaje się do łazienki niby to zażyć kąpieli.
MARY FLORA BELL stoi pod prysznicem.
Myśli "Widział? Nie mógł nie widzieć! Ale czy widział?" Polewa się tylko wodą, nawet nie tyka mydła ni szamponu. Polewa się tak przez jakieś 15 minut. Kieruje strumień wody to tu to tam. Dokładnie moczy włosy. "No dobrze, ale jak już się wykąpię, ładnie ubiorę, to wtedy wypadałoby gdzieś wyjść. Żeby zobaczył, że gdzieś wychodzę. Tylko gdzie? Może na spacerek do śródmieścia? Połazić po sklepach? Kawiarenkach? Oki doki." Wychodzi z kabiny prysznicowej, wyciera się i usiłuje skręcić turban z ręcznika, ale ciągle jej się rozwala, więc rezygnuje. Wraca do pokoju, przewraca płytę na drugą stronę, przy toaletce w rogu suszy włosy, ubiera się. Gdy jest już całkiem ubrana, nagle wprowadza zaskakującą dla siebie samej zmianę w scenariuszu. Staje przodem w kierunku okna i "Co ja robię?!" kłania się nisko. Gdy widzi, że faceta vis-a-vis już nie ma, jest jednak zawiedziona. "Na pewno za długo siedziałam w łazience." Jednak decyduje się wyjść na ten spacer.
* * * * *
* * * *
* * * * *
MARY FLORA BELL zażywa kąpieli na serio.
Lubi długo pluskać się w wannie. Wsypuje na dno garść piany w proszku i nalewa pełno ciepłej wody. Zanurza się, przywyka do temperatury, wypuszcza trochę, dolewa gorącej, aż zaczyna parzyć, przywyka, wypuszcza, dolewa itd. Kurki obsługuje palcami stóp, korek czasem także piętą.
MARY FLORA BELL używa wszystkiego ziołowego.
Ziołowego mydła i ziołowego płynu do kąpieli, ziołowego żelu pod prysznic, ziołowego szamponu, piany o ziołowym zapachu, ziołowej pasty do zębów i ziołowego kremiku do łokci.
MARY FLORA BELL myje głowę.
Z włosów, szamponu i wody próbuje zrobić sobie rogi, ale nie chcą się trzymać pionowo, więc przez jakieś 5 minut rzeźbi sobie na głowie różne abstrakcje, wiry, wianki, zbitki, fale nad czołem, w końcu zaczyna rzeźbić mózg. Wygładza i uklepuje włosy na kształt kasku, potem rzeźbi palcem bruzdy. "Musi być mocno pofałdowany" myśli. "Żeby mi się dobrze myślało." Gdy mózg jest już gotowy, Mary nagle zauważa "O cholera, piana zanika, już mi widać cipkę." Wyciąga korek i sięga po prysznic. Mogłaby jeszcze dosypać piany, ale jej się nie chce. "Czas wyłazić" myśli.
* * * * *
* * * *
* * * * *
MARY FLORA BELL złapała dużą silną czarną żywuszczą muchę.
I się nad nią pastwi. Na dobry początek wyrywa jej skrzydełka. Następnie zabawia się zmuszając ją do łażenia po różnych powierzchniach, poziomych i pionowych, równych i pomuldowanych, gładkich i mechatych, suchych i wilgotnych, twardych i grząskich. Przypatruje sie jej z bliska (robi przy tym okropnego zeza i przygryza dolną wargę). "Świetnie sobie skubana radzi na piechotę" stwierdza. Ustawia jej na drodze rozmaite przeszkody, nie pozwala uciec, wpuszcza na kaktusa, podrzuca pod sufit, nie pozwala uciec po raz drugi. Kładzie się na łóżku, podciąga podkoszulką pod brodę i puszcza sobie muchę po brzuchu. Wkłada ją do pępka i nakrywa dłonią. Myśli "Hi! ..." W końcu bierze stojącą przy łóżku miseczkę (chińska porcelana inkrustowana kością słoniową) i wytrząsa na dywan resztki chrupek (Trzypsy Extraserowe), po czym umieszcza sobie muchę na piersi i przykrywa miseczką. "Powinna chodzić w kólko..." Wstrzymuje oddech. Czeka. "Nic nie czuję. Nic a nic." Jeszcze czeka. "Pewnie się wspięła" myśli i zagląda pod miseczkę. Mucha faktycznie siedzi na ściance i zaciera nóżki. "Szkoda, że nie mam żadnego żuka. Lepszy by był." Bierze muchę w garść i wyrzuca za okno. "Niech cię tam pająki zjedzą, czarna dziwko." mruczy i idzie poszukać packi "Żeby następnym razem była pod ręką." Po jakichś 5 minutach gniew jednak ją opuszcza. "Czy ja aby na pewno miałam packę?" zastanawia się. "Skoro nie jestem pewna, to chyba nie warto szukać."
* * * * *
* * * *
* * * * *
MARY FLORA BELL spaceruje po śródmieściu.
Kupiła wielką torbę fruktów w czekoladzie i opycha się nimi bez opamiętania. "Nie ma co się ograniczać" myśli. "Nieprędko upluszczę taki... Upp... Upszczuplę taki zapas." Papierki rzuca gdzie popadnie. Właściwie nie są to papierki w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz cieniusieńkie kwadratowe kawałki folii aluminiowej z kolorowymi nadrukami wisienek, śliwek i agrestów. Mary zgniata je w kulkę i wystrzeliwuje pstryknięciem palca daleko przed siebie. Czasem, ale raczej rzadko i tylko przypadkiem, zdarza jej się kogoś trafić. Trafieni przechodnie kręcą głowami, niektórzy cmokają z wystudiowaną dezaprobatą, żaden jednak nie zgłasza konkretnych pretensji. Wtem jakiś facet, czwarty z trafionych (dostał prosto w serce), przystaje i z wyczekującym uśmiechem zagląda Mary w oczy. Mary wymija go zgrabnym łukiem i skręca w drzwi sklepu z damską odzieżą. "Tu chyba za mną nie wejdziesz, co?" myśli. W sklepie przymierza kilka falbaniastych sukienek, parę dziewczęcych spodenek z krótko strzyżonego sztruksu i spódniczkę w szkocką kratę. Kupuje purpurową aksamitkę i od razu zawiązuje na szyi. Przegląda się w lustrze. "Horrorystycznie pasuje. Ale jak smętnie wiszą te pętelki... No jak? Jak smętnie?" Zastanawia się. "Wiszą jakby zwiędły. Będzie do włosów." Chowa nabytek do torebki. Wychodzi. Rozgląda się czujnie. "Nie ma go? Nie."
MARY FLORA BELL idzie dalej.
Napotyka na swej drodze brodatego dziada - żebraka bez nogi. Stoi o kulach oparty o ścianę. Pudełko na jałmużnę zawiesił sobie na szyi, żeby się nie schylać. Mary wrzuca monetę. Dziad kiwa głową w podzięce. Mary idzie dalej. Po chwili jednak wraca. Trzyma ręce za plecami. "Zrób a" mówi do dziada. Dziad robi a, a wtedy Mary pakuje mu do gęby śliwkę w czekoladzie. "Przynajmniej nie musi się martwić, że mu się zęby od słodyczy popsują" myśli. "Ale to chyba jedyna korzyść z nieposiadania uzębienia. Za to ile utrapień! No bo gdyby tak zechciał coś dobrego schrupać, typu wafelek?" kontynuuje "To klops. Szkoda gadać." Wkłada dziadowi jeszcze kilka czekoladek do kieszeni marynarki "Na potem" i idzie dalej. Dziad woła za nią "Fklanefke fodyyy!", lecz Mary jest już zbyt daleko, żeby go usłyszeć. Spostrzegła budkę fotograficzną (fotomat) skrytą w cieniu domu towarowego i puszcza się ku niej rączym kłusem.
MARY FLORA BELL fotografuje się.
Wchodzi do budki, zaciąga za sobą zasłonkę, siada na kręconym stołku i czyta instrukcję, wstaje, reguluje wysokość stołka, znowu siada, czyta dalej, próbuje dopasować poziom oczu do kreski według schematu, wstaje, reguluje wysokość stołka, znowu siada i znowu próbuje, czyta dalej, wypycha policzki cukierkami, wypuszcza kącikiem ust strużkę płynnej czekolady, wrzuca monety, robi wstrętną minę i wciska guzik, że już. Aparat cyka kolejne zdjęcie co 3 sekundy: błysk, zmiana miny, błysk, zmiana miny, błysk, zmiana miny, błysk. Zmiana miny.
MARY FLORA BELL czeka przed budką, aż się zdjęcia wysuną.
Przytupuje arytmicznie. Popatruje ponaglająco na zegarek. "Mają być za 3 minuty. Czyli o za 10." Ściera czekoladę z twarzy i wyciera ręce w zasłonkę. Sprawdza się w lustrze raz i drugi. Wreszcie zdjęcia są. "Jak wyszły?! Jak wyszły..." gorączkuje się Mary. Spogląda i widzi, że nadspodziewanie fajnie. "Ale!" myśli "Ale..." aż brak jej słów. Odchodzi wpatrzona w swoje 4 podobizny. Porównuje. "Aleee..." powtarza w myśli. "Wyglądam jak zamordowana. Błeee... Trup. Niezły kawał trupska. Reszty nie ma. Urwało. W strzępy poszło. Babaaam! I przerażenie w oczach. Khhh..."
MARY FLORA BELL, w stanie poważnie ograniczonej świadomości zapędza się na jezdnię i o mały włosek nie wpada pod samochód.
Kierowca trąbi i hamuje z piskiem opon. Wystawia głowę przez okno i krzyczy "Hua bua mua!", a Mary idzie dalej, na czerwonym, jak gdyby nigdy nic, przez drugi i trzeci pas, zapatrzona w swoje 4 podobizny, zasłuchana w odgłosy wybuchów. Przecina wysepkę i znów wkracza na pasy, ale światło zdążyło już się zmienić. Ludzik jest zielony - można śmiało iść. Mary nawet nie spostrzegła zmiany. Nie zwalnia, nie przyspiesza, zamyślona od stóp do głów, spokojnym, spacerkowym krokiem przechodzi na drugą stronę. Ledwie weszła na chodnik, bach!, zderza się z jakimś grubym babokiem, który natychmiast zaczyna jej wymyślać "Patrz gdzie leziesz ty ladaco jedne! Fiu bździu! Cholera jasna! Do czego to podobne? Żeby człowiek..." Mary, zdezorientowana, przywrócona do rzeczywistości zbyt gwałtownie, wywala brązowy jeszcze od czekolady język o 2 sekundy za późno. Babok już się odwrócił i sunie prostym kursem, żeby zdążyć, nim ruszą samochody. Mary chowa zdjęcia do torebki. "Jejku, mam nadzieję, że nigdy taka nie będę. To znaczy pewnie, że nie, bo to bym już wtedy w ogóle nie była ja. Niby nadal Mary Flora Bell, ale przecież nie ta, co teraz. Na przykład w tej chwili. O w tej. I tej i tej i tej i tej i tej! Ale czy wczoraj byłam na 100 procent ta sama? A może przedwczoraj na 100 a wczoraj tylko na 85 i pół, załóżmy. ? ??? Co ja zrobiłam z tymi cuksami? Było jeszcze dużo wtedy... No tak! Zwyczajnie zapomniałam zabrać z budki, jak bonie didi." Mary wzrusza ramionami. "Właściwie nic nie szkodzi. Co z oczu to i z serca. Poza tym mam już potąd słodyczy. Muszę szybko coś wypić, nim się do końca zalepię" myśli i spluwa na brązowo. Zaczyna rozglądać się za jakąś przytulną kawiarenką.
* * * * *
* * * *
* * * * *
MARY FLORA BELL siedzi w kawiarence.
Wybrała stolik w ogródku, odgrodzonym od śródmiejskiego ruchu niziutkim płotkiem. Wybrała ten stolik, żeby móc do woli napawać wzrok widokiem przepływającego tłumu, ludzkich facjat, które "Najwygodniej ogląda się z miejsca, bo jeśli samemu też się przemieszcza, to jest niewygodnie. W dodatku tempa się sumują i umykają szczegóły. W sumie tak też umykają, ale wolniej. Poza tym są jeszcze inne minusy bycia wśród. Wśrub. Mary wśród śrub. Thriller przygodowy. Pięć gwiazdek. Hit sezonu", widokiem w co ludzie są poubierani i jak się zachowują, widokiem dwójek, trójek, widokiem większych grup, widokiem interakcji, widokiem interferencji, widokiem refrakcji i dyfuzji.
MARY FLORA BELL pociąga przez rurkę sok jabłkowy i obserwuje.
Wsparła głowę na pięści, przypomniała sobie o okularach przeciwsłonecznych w torebce "Właśnie. Nie będą mnie widzieć", założyła, wsparła głowę na splecionych dłoniach, pociąga przez rurkę sok jabłkowy i obserwuje. "Albo ślub wśród śrub. Powiedz szybko moja rybko" myśli i powtarza kilka razy, cichutko "Ślub wśród śrub" i raz "Ślub wśrub śrub". Bełta rurką sok w szklance. "No to chlup w ten głupi dziub. Myszkujące spojrzenie: szu szu szu. Ooops... Chyba mnie przyciął mimo tych gogli. Marsjańska rasa... Kto ich tam wie, komandorze? Żyją pyłem... Aż po grób. O! Albo: och, nakrętko, nadasz sens memu życiu. Będzie z nas świetna para. Pasujemy przecież do siebie i w ogóle. Wyjdź za mnie. Nie. Nie wyjdę. Nie chcę przy tobie zardzewieć. Wolę pozostać samotna. Chciałabym resztę życia spędzić jako biżuteria. Mogę zostać niezłym pierścionkiem przy moich gabarytach" myśli Mary. "W bajce by źle skończyła. Gdzieś na dnie morza, zagrzebana w piachu, żałująca swej decyzji, tęskniąca za śrubą. Ale życie to nie bajka. Perski szach spostrzegł ją w sklepie z artykułami żelaznymi i zachwycił się jej urodą. Doskonałością proporcji, oszczędnością formy, wiadomo. Natychmiast kazał ją pozłocić i wprawić w nią najcenniejszy diament, jaki posiadał i podarował ją najpiękniejszej ze swych żon, jako pierścionek z okazji rocznicy ślubu. Pierścionek stał się obiektem zazdrości całego dworu, zagraniczna i miejscowa prasa brukowa komentowała, wierzono, że przynosi szczęście właścicielce, pojawiła się moda, ogarnęła cały świat i nastąpiła wielka emancypacja nakrętek." Mary wysysa ostatnie hałaśliwe krople soku, przywołuje kelnera i zamawia "Jeszcze raz to samo."
* * * * *
* * * *
* * * * *
MARY FLORA BELL poznaje JANĘ NIRVANĘ.
Choć w ogródku jest jeszcze kilka całkiem pustych stolików, Jana podchodzi właśnie do stolika Mary, ze straszliwym rumorem żelaznych nóżek po betonie odsuwa wolne krzesło i pyta "Można na chwilkę?"
Mary zsuwa okulary na czubek nosa, spogląda sponad szkieł i uśmiecha się szeroko na widok szerokiego uśmiechu Jany. "Jasne."
Jana przysiada się więc, wyjmuje z obszytego białym futerkiem (sztuczny królik) chlebaka wymięty kapelusz w biało-czarne paski (bawełniana zebra), zakłada i pyta "Pożyczysz mi tych cyngli? Pożycz. Na chwilkę. Ukrywam się, rozumiesz."
Mary podaje jej okulary "Jasne. A przed kim?"
"Przed ochroną ze sklepu. Przyłapali mnie tym razem, a ja do nich: a tamten jeszcze więcej zwinął, oni patrzą kto, to ja w nogi. Tam wcale nikogo nie było. Puściutki sklep! Szybko zwiewałam, ale te dupki żołędne mogą mnie szukać. Co pijesz?"
"Szampana. A... co zwinęłaś?"
"Taaa, szampana, mhm... W takiej szklance..."
"Chcesz spróbować?"
"No." Próbuje. "To zwyczajny soczek jabłkowy, a nie żaden szampan."
"Cooo? A to mnie skurczybyk nabrał."
"To ty mnie nabierasz!"
"No... Postawić ci coś?"
"No... Może być to samo."
Mary przyciąga wzrokiem kelnera i zamawia "To samo dla koleżanki."
"Dzięki, dzięki. Jak się nazywasz?" pyta Jana.
"Mary."
"Mary a dalej?"
"Flora Bell. Mary Flora Bell. A ty?"
"Fajnie. A ja Jana. Jana Nirvana. Przez fał."
"Też fajnie. Jana Nirvana a dalej?"
"Oj, przestań już..." śmieje się Jana. "Mary Zmora Bell!"
Pojawia się kelner z sokiem i Mary reguluje rachunek.
"Wiesz, co zwinęłam? Ten kapelusz. Fajny, co nie?"
"Niczego sobie. I myślisz, że cię nie poznają, jak go będziesz miała na głowie?"
Jana zdejmuje kapelusz. "Racja. Lepiej zdejmę."
Mary kładzie przed Janą pasek swoich zdjęć z fotomatu. "Zobacz, jakie sobie porobiłam."
"Aleee..."
"Co nie?"
"No... A dasz mi jedno na pamiątkę?"
"No... A które byś chciała?"
Jana wybiera najfajniejsze. "To" pokazuje.
"A nie wolisz tego?" pyta Mary i wskazuje na chybił trafił jedno z trzech pozostałych.
"Nie. Tylko jak je wyciąć?"
"Spokojna głowa. Powinnam mieć..." i Mary wyjmuje z torebki przybornik-niezbędnik-uniwersalnik, a z niego małe nożyczki. Wycina zdjęcie i wręcza Janie.
"Ale masz sprzęt. Ja najczęściej obgryzam." Wyciąga zalotkę. "To też do paznokci?"
"Nie, do rzęs."
"A... Zadam ci zagadkę. Lubisz zagadki?"
"Mhm."
"Wiesz, ile aniołów może się zmieścić na łebku od szpilki?"
"Nie wiem. Poddaję się."
"No, ale spróbuj zgadnąć."
"Nie wiem. To zależy jaki będą miały numer buta."
"Znałaś to!"
"No."
"A napiszesz mi coś na zdjęciu?"
"Dobrze, zaraz. Tylko, że nie mam długopisu."
"Można pożyczyć od kelnera, jak już wymyślisz co. A ja ci mogę dać... na pamiątkę naszego spotkania... wieczną... ten kapelusz. Chcesz?"
"No pewnie, ale chyba już ci się nie uda świsnąć, to znaczy zwinąć drugiego takiego dla siebie, co?"
"Nie oswoiłam się jeszcze z myślą, że go mam, więc równie dobrze mogę nie mieć" odpowiada Jana. "Nawet się w nim nie widziałam. Nie wiem, czy mi pasuje do twarzy..."
"Owszem, bardzo. Tobie bardzo. Ale widzisz, mój image jest nieco..."
"Co?"
"Mój styl... Lepiej zatrzymaj sobie ten kapelusz, bo nie mogę obiecać, że go będę nosić."
"Hmmm... Rozumiem. No to może chcesz zapalniczkę? Gra melodyjkę. Też zwinięta. O." I Jana podaje Mary dużą, stołową, ozdobną zapalniczkę. "Zapal se."
Mary zapala, zapalniczka gra walczyka. "Oki doki. Dzięki. Przyda się do zapalania świeczek."
"No to super" cieszy się Jana. Nagle chowa się za kartą cennika. Trzyma ją do góry nogami i udaje, że czyta. "Są ci faceci. Widzisz ich?" pyta szeptem i wielkimi łykami dopija swój sok. "Idą tu..." Zdejmuje okulary, łapie zdjęcie, na którym Mary nie zdążyła nic napisać, krztusi się, kaszle, wywraca krzesło, macha głową na pożegnanie, prycha sokiem na patrzących na nią z przerażeniem ludzi przy sąsiednim stoliku, przeskakuje przez płotek i znika w pobliskiej bramie.
Mary wrzuca zapalniczkę do torebki i przygląda się dwum czarnoodzianym, łysogłowym, czerwonogębym osiłkom, ciężkim biegiem ruszającym w pościg za Janą. "Za nic jej nie złapią" myśli z ulgą. "Dupki żołędne."