[ 2002/03/14 ] Kolonizatorzy, autor: Doc, kategoria: tekst

- jusz Pan u nas nie prasuje - powiedział jeden z nich łamaną polszczyzną, wymachując jednocześnie jakimś pismem przed moim nosem.
Moje obawy sprawdziły się, kalkulacje zawiodły. Powietrze w biurze zrobiło się nagle gęstsze. Wstałem z krzesła i podszedłem do okna. Na ulicy widać było zaparkowane ciężarówki i tragarzy wnoszących jakieś wielkie kartony do naszego biurowca. Ciarki przeszły mi po plecach. Nie było sensu dalej projektować swojego lęku na współziomków, teraz lęk mógł się spokojnie skupić na moim własnym losie. Zadrżałem raz jeszcze. Wróciłem za biurko, podniosłem słuchawkę telefonu i wybrałem numer.
- halo? Magda? Jesteś w pracy? Ja już nie. Tak. Nie wiem dlaczego. tzn. nie wiem dlaczego dokładnie, bo tak w ogóle to sprawa jest oczywista. Co tu dużo gadać.
Do pokoju wpadł kolega z sąsiedniego korytarza. Miał czerwoną twarz, jakby ze złości, zmęczenia. Od progu machał kartką papieru, którą już znałem. Nie odkładając słuchawki pokazałem mu swoją.
- Zadzwonię później, dobrze? To pa.
Powietrze zgęstniało jeszcze bardziej.
- To Ciebie też? - spytałem bez sensu. Młody utalentowany człowiek, który przede mną stał zdawał się kompletnie zagubiony. Jednym susem opadł na krzesło i podparł głowę rękami.
- Kurwa. to nie tak miało być. - wycedził z wysiłkiem i zamilkł wbijając wzrok w pustą, czystą popielniczkę.
- Kurwa. no właśnie... nie. I kurwa jest tu nie od parady. - opowiedziałem bez nadziei, że zrozumie.
Na korytarzu dał się słyszeć wzmożony szum. Było głośniej, więcej kroków, więcej trzaśnięć drzwiami niż zwykle, ale za to żaden głos nie ingerował w to biurowe andante.
- W zeszłym tygodniu zwolnili moją żonę. - wyrzucił z siebie na wydechu i zamilkł znowu, nie zmieniając obiektu spojrzenia. - Chodziły już słuchy, że się wycofują, że po przejęciu i okresowym funkcjonowaniu, oddają swoje stanowiska w ręce zaufanych i wracają do siebie by cieszyć się tam swoimi zyskami.
- Jak widać miały to być tylko plotki na uspokojenie. Swoją drogą wcześniej czy później może tak się stanie. - Pocieszałem siebie i jego i nawet wierzyłem w to co mówię. Spojrzałem na zegarek. Minęła dziesiąta godzina pracy.
- Wiesz co mam tylko godzinę a muszę jeszcze coś zrobić. Porozmawiamy jutro, dobrze?
- Nie wiem, może. Dobra wpadnę, ...zobaczę. - Rzucił już zza drzwi.
Wiadome było, że mamy jeszcze pięć dni do odpracowania. Takie były warunki kontraktu, na które musieliśmy się zgodzić, tak jak i na wiele innych, bo nie było innego wyjścia. Zrobiłem co miałem do zrobienia i poszedłem do domu. Godzinę przed obowiązkowym końcem pracy. Niewiele miałem do stracenia.

 

- Mamo. Jestem już w domu. - przywitałem się z dziurkowaną puszką w ścianie.
- Jesteś już? godzinę wcześniej? a co się stało? - spytała przejęta.
- Zwolnili mnie z pracy. Wyszedłem wcześniej.
- Nie będziesz miał nieprzyjemności? Nie zgłoszą tego?
- Wiesz. Chyba mi wszystko jedno. - Odparłem i usiadłem na miękkiej kanapie. Głos dobrze rozlegał się po mieszkaniu. - Nie jest dobrze, zamiast wracać do siebie, wciąż przyjeżdżają tutaj. Widziałaś plakaty? Zjednoczenie i Zjednoczenie. Cholerne kłamstwa. Muszę kończyć. Zapomniałem oddzwonić do Magdy.
- Pa synku.
- Pa Mamo.

 

- Magda? Spotkajmy się dziś w Centrum. Możesz? Dwudziesta pasuje? To, tam gdzie zawsze. Nie? Dlaczego? Nalegam, dobrze się czuję w tamtym miejscu. Okej? ... No to do zobaczenia.
Zasnąłem. Śniło mi się, że biegam nago po mieście. Nie mam penisa. Ale nikt na to nie zwracał uwagi. Obudziłem się z dusiołkiem na piersiach. Za dwadzieścia dwudziesta. O do diabła, spóźnię się.

 

A jednak się nie spóźniłem. Siedziałem w kącie sali i czekałem na Magdę. Patrzyłem na gości. Było wśród nich kilku kolonizatorów. Śmiali się i ściskali jak tylko dołączył jakiś nowy. Kilku tubylców siedziało nieopodal zerkając ukradkiem na kolonizatorów. W ich gestach, mimice dało się zauważyć echo zachowania obserwowanych. Jakby chcieli ich naśladować, czuło się w tym jakiś lęk, respekt i fascynację. Niezdarność ich swobody i kopie ubrań z zeszłego sezonu demaskowały jednak ich wtórność i nijakość. Nawet w ich samozadowoleniu nie było wiele autentyzmu. Uśmiechali się nieśmiało w stronę kolonizatorów. Chyba trafiłem na imprezę integracyjną jakiegoś przedsiębiorstwa.

 

Kontem oka dojrzałem Magdę wchodzącą do sali. Odwróciłem się w jej kierunku i podnosząc się nieco pomachałem ręką. Zauważyła mnie i wolno skierowała w moją stronę. Jej twarz "zdobił" blady, zmęczony uśmiech. Widziałem go już u niej. To było po rozwodzie z mężem, wtedy się poznaliśmy. Przywitała się jakoś niezbyt czule. Usiadła naprzeciwko i próbowała, na próżno zresztą, rozjaśnić twarz bardziej promiennym uśmiechem. Rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Czułem, że chce i powinna mi coś powiedzieć ale chyba nie chciałem tego słyszeć. Próbowałem uciekać od miejsc w których mogłaby zacząć mówić.
Patrzyłem jak jedna z kobiet przysiadła się do kolonizatorów. Mężczyzna, który, jak się zdawało, towarzyszył jej, nie wyglądał na zachwyconego. Po niedługiej chwili jeden z kolonizatorów zaczął ją obejmować śmiejąc się i żartując w swoim języku, którego się już nauczyła. Nie protestowała, i nie spoglądała wstecz, starała się nawet odwzajemniać zainteresowanie. Mężczyzna wyszedł z lokalu, zostawiając kompanię bojaźliwych imitatorów, z którą oboje przyszli. Zauważyłem też, że jeden z kolonizatorów przyglądał mi się, odkąd Magda przysiadła się do mojego stolika. Ogarnęło mnie dziwne przeczucie, że coś łączy mnie z tą sceną.

 

Nie dając się zwieść moim ucieczkom, Magda lekko podniesionym głosem powiedziała wreszcie:
- Chciałabym się z Tobą rozstać.
Zatkało mnie na chwilę, ale tylko na chwilę, w końcu przeczuwałem.
- Poznałaś kogoś?
- Tak. Siedzi przy tamtym stole. Dlatego nie chciałam się tu spotykać. - Byli tu umówieni na firmowe spotkanie.
Zrobiło mi się słabo.
- Przy którym stole? - prawie wychrypiałem.
- Przy tamtym - Odparła i wskazała dyskretnie za siebie na kolonizatorów.
Próbowałem nie stracić rezonu.
- ale dlaczego? o co chodzi? zakochałaś się? w czym ja Ci nie pasuję? - zacząłem jednak tracić rezon.
- nie wiem. sama nie wiem. on ma tyle energii i zapału. tyle chęci życia. potrzebuję tego. - przytrzymując ręką czoło, spojrzała niepewnie na mnie swoimi brązowymi oczami.
- potrzebny Ci akumulator? - wyrzuciłem ze złością.

 

Cisza. Trwała w nieskończoność.
- Idę już, przepraszam. - Wstała i podeszła do kolonizatorów. Pochyliła się nad facetem, który mi się przyglądał i pocałowała go lekko w policzek. Objęli się trochę nienaturalnie i nerwowo.
Pozostało wrócić do domu.

 



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.