|
|
[ 2010/03/17 ] PODRÓŻ, autor: feelip, kategoria: opowiadanie "Kiedy ja się wreszcie załamię" – westchnęła do siebie Żaneta i sięgnęła po papierosa. Dym drapał ją w gardło i wywoływał alergię. Chciała być żeńskim Marlonem Brando, to musiała cierpieć. Bardziej.
Nigdy nie była silnym typem. W zerówce co tydzień przez tydzień była przeziębiona. Był to jedyny sposób wywołania w matce jej bezwarunkowej miłości. Na złe i w chorobie. Oczy miała za małe i zbyt głęboko osadzone, by swobodnie wkładać szkła kontaktowe. Okulista przy pierwszej próbie wywrócił oczami na drugą stronę i prawie wycofałby się z przepisania pacjentce szkieł, gdyby nie to, że zatrudniał go Bausch & Lomb. Na studiach filozoficznych wszyscy brali kwasy, a ona musiała udawać, że coś sobie wkłada pod powiekę. Po tym, jak raz spróbowała Barta Simpsona, ujrzała w malignie nagiego Jana Pawła II i postanowiła, że już nigdy więcej. Po winie i wódce zaś każdy lepszy niski łysy debil stawał się Bradem Pittem. Pić jednak musiała. Inaczej nie mogła zasnąć.
Gdy wypiła za mało, kładąc się do łóżka myślała "Zwariuję". Ale nie wariowała. Zastanawiała się oczywiście nad samobójstwem, ale nigdy go nie popełniała ze względu na odpowiedzialność społeczną. Nie wyobrażała sobie nie przyjść na umówione spotkanie ze względu na bad timing wykonanego wieczór wcześniej sepuku. "8 tabletek Xanaxu. Jest jeszcze prawie całe opakowanie Relanium, które zostało po Tarce." Suka Żanety chorowała kilka lat temu i po operacjach przyjmowała kojący specyfik. Ma datę ważności do listopada, a matka uczyła ją, że marnotrawstwo to grzech. "Jakby zapić to butelką wina i doprawić dla żartu kilkoma tabletkami 5-HTP? Ale to spotkanie o 14'tej jutro. Jaka infantylna nieodpowiedzialność - tak się nagle nie zjawić i zrzucić swoje obowiązki na innych." To nie w jej stylu. Na bank bowiem nie doszłoby do prania żołądka. Żanety już od dawna nikt nie odwiedzał. Brak kontaktu telefonicznego zostałby szybko zinterpretowany jako kolejny antyspołeczny okres w jej życiu. Może, może po tygodniu ktoś by się zjawił w jej mieszkaniu. Także plan był dobry.
O ile dół nie miał średnicy leja dążącej do nieskończoności, Żaneta masturbowała się, licząc na szybki post-orgazmiczny sen. Musiała jednak stale uważać, by z jej ust nie wydały się zbyt oczywiste dźwięki. Ściany w jej kamienicy były jak z filmów Gondrego. Usta jej waginy natomiast nie były metaforą szeroko rozwartych dla sąsiadów bram Częstochowskiej 16, gdzie mieszkała.
Często myślała o podróży. W końcu to wszystko rozwiązuje. Jednak na myśl o samotnym kupowaniu biletów, usta bledły jej z przerażenia. Godzinami leżała z otwartymi oczyma. Na ścianach bujały się od wiatru cienie drzew za oknem. Żaneta obserwowała ich płynny ruch i oddawała się mdłym mrzonkom. Teledyskowym wizjom jazdy pociągiem ("Star Guitar"- Chemical Brothers), oświecenia na końcu świata ("7 lat w Tybecie"), czy też mentalnej rewolucji, która zmieni świat ("Dzienniki motocyklowe"). W jej własnym filmie odbywała mityczną podróż samochodem, którego nie posiadała. Tylko droga, papierosy i jazz.
Jednego z bezsennych wieczorów zadzwonił Filip. Animator kultury i właściciel sklepu ze starymi płytami jazzowymi. Żaneta parę razy kupiła u niego Novich Singers, czy Wojciecha Karolaka. Zamienili kilka słów, sprowadził dla niej coś na zamówienie. Krótki, rzeczowy kontakt. Kilka nadprogramowych zdań. Nic wielkiego. Filipa pochłaniała praca zawodowa. Nie miał żony. Nie miał trójki dzieci. Nie miał psa. Nie miał kotków. Nie miał działki na Mazurach. Miał samochód.
- Cześć Żaneta, tu Filip z Hey Joe.
- O cześć Filip.. - odpowiedziała zaskoczona tym wieczornym telefonem. Dzwonić też już ludzie dawno przestali.
- Co słychać?
- Wszystko świetnie. Wiesz w sobotę jest wernisaż mojej następnej wystawy, wczoraj wyszła kolejna pochlebna recenzja mojej książki, gramofon dobrze odtwarza płyty, czyli raczej nie umierać. A u ciebie? - szybki manewr, piłeczka na polu przeciwnika.
- Wiesz, no ok.. znalazłem nowe źródło starych LP, dodałem ich ofertę na stronie sklepu. Pomyślałem, że coś cię zainteresuje, zajrzyj.
- Dzięki. A wiesz byłam na Warszawskim Festiwalu Filmowym i poznałam reżysera jednego z filmów. Zaprosił mnie na drinka. Poszłam z nim, jego tłumaczem i żoną tłumacza do Kulturalnej. Bardzo ciekawy wieczór. Jego film był najlepszym, który widziałam w tym roku na Festiwalu. Bardzo kafkowski.
- Grają..
- Już go nie grają.
- Słuchaj, coś się dzieje w weekend oprócz twojego wernisażu? Wybierasz się na jakieś wojaże?
- A nie wiem, nie interesowałam się, wiesz jak to organizowanie jest pochłaniające. Tu dopięcie, tu jeszcze zaproszenia, tam wino, haczyki, linki - wiesz jakie są z tym problemy. Albo pijani właściciele galerii. Żenujące, głupie utrudnienia. Ale, kto jak kto, ty powinieneś wiedzieć co się dzieje na mieście. Co się mnie pytasz? - Żaneta fuknęła.
- No tak, tak, myślałem, że.. no chciałem ci tylko powiedzieć o tych LP.
- Acha, no dzięki, wiesz muszę kończyć, jest u mnie paru znajomych z branży. Muszę do nich wracać, nie chcę by zjedli całą tartę szpinakowo-serową, którą upiekłam. Poza tym jest wino z Burgundii, moje ulubione.
- No to miłego wieczoru. Cześć.
- Pa pa pa pa pa!
Żaneta nacisnęła End call na swojej komórce zupełnie zdezorientowana faktem, że Filip dzwoni o tej porze tylko po to, by skierować ją na stronę swojego sklepu i zaproponować nowe płyty. Zgasiła światło i zakopała się z powrotem pod dwie kołdry i koc. Śpiąc sama zawsze strasznie marzła. Wróciła do swojego wymyślonego świata. Popłuczyn po micie "Thelmy i Luise". Wiatr we włosach. Głębokie rozmowy z nieznajomymi. Na migi. Bez języka. Wyrastające z horyzontu zaskoczenia ukształtowaniem terenu. Ot. Metafizyka.
Tak właśnie Żaneta nie dała się zaprosić na samochodową wyprawę do Gruzji, gdzie Filip wyruszył następnego dnia w południe. Tylko droga, papierosy i jazz. DOBRE! Dam ci jedno takie słowo, Jeden taki dzień. Mam ogień który płonie i rozrywa cień Znam chwile co jak nóż przecinają sznur. Dam ci jedno takie słowo które zburzy mur. ;) |