|
|
[ 2002/05/05 ] Biedny Marcin, autor: Jasiek Err, kategoria: tekst Że też te narkomany stać na gumę do żucia! Myślałem, że oni na ten swój kompocik z trudem, a tu proszę, gumę żuje, balonówę. Pewnie dostał od kogoś... Łazi i sępi, kasę, fajki, a ktoś nie miał, to mu dał gumę. Albo miał, ale wolał dać gumę. Może to taki żart - masz tu gumę, ćpunie, od cioci/wujka. Spróbuj, jaka dobra. O smaku jagodowym! Zobacz - fioletowa. Widziałeś taką kiedy? No weź, od razu się lepiej poczujesz. Pot mu cieknie po czole, całe mokre, a przecież nie jest gorąco... Raczej rzekłbym, że chłodnawo. Coś sobie rozregulował tam w środku, to pewne jak amen w pacierzu. Proszek wziąłem, mówi, żeby dłużej działało. Bełkocze, trudno zrozumieć. Jakiś pam się nazywał, nie pamiętam, długa nazwa, mówi. Ale, że miałem jeszcze dwa złote, to pamiętał. Oczy mu uciekają do góry. Zmęczony jestem, powtarza. Już piąty raz! Nie mam się gdzie umyć. A czysty jest, tylko spocony. Ogolił się nawet, krzywo, to fakt, ale lepiej, niż jakby wcale. W łaźni miejskiej byłem, mówi, ale tam pedały, tylko zdążyłem plecy umyć, nóg już nie, spierdoliłem. Ty mieszkasz sam, nie? I wyciąga igłę. Myślę kurwa, chce mnie ukłuć, z zazdrości, że mam gdzie mieszkać. Bo kiedy on na tych klatkach wycieraczki co bardziej puchate ludziom spod drzwi zabiera i robi sobie legowisko na półpiętrze, ja mogę się we własnej łazience wykąpać i żaden mnie pedał wzwodem po oczach nie wali, a gdy jego rano zimno budzi, dreszcze, albo głód, albo posługaczka go, to znaczy dozorczyni, szczotką, jak karalucha, to mnie ćwierkanie ptaszków za oknem, zapach kawusi podanej do łóżeczka, albo budzik gra melodyjkę Mary has a little lamb, little lamb, little lamb, albo ktoś mi język wkłada do ucha, albo, czy ja, kurwa, wiem, promień słońca, bo u mnie zawsze świeci, wpada przez specjalną szparę w żaluzjach, igra na moich powiekach, nadaje morsem, Jasiu, kochaniutki, zbudź się, zobacz jaki piękny dzionek! Tak sobie myślę. Dziugnie mnie, jebany, jak nic. Ale będę szybszy... Jakby co, ledwo stoi, kopa po kostkach - od razu sie położy. Weź schowaj tę igłę, bo się denerwuję, mówię. I schował. Nie spytał a czemu? Czyżbyś się bał, że cię dziugnę? Wcale tak źle nie wygląda. Nos ma jakiś chudy, kanciasty, jak od innej twarzy... Gada i gada o tej kasie, co jej nie ma, i że jak nie kupi działki na rano to nie uśnie, i że jutro to mu nic nie dadzą, bo niedziela, a cent po tyle. Nie ma lekko! Może iść pod hotel, sprzedać dupę jakiemuś bogaczowi, za bańkę, mówi. I zaraz co to narkotyki robią z człowieka, że niby nie pójdzie, że nie jest na takim dnie. Gadamy jeszcze chwilę o pierdołach i żegnamy się do następnego, bo muszę skoczyć na bok, w bramę, odlać się, oddać, jak to mówią, Bogu co boskie, nie będę tak tu sterczał i przytupywał, jak jakiś Fred Astaire. I cześć, cześć, patrzę, a on pod hotel drepcze. I tak nikt go nie będzie chciał, chociaż nieźle wyglądał w sumie. Bywało gorzej. |