[ 2009/07/02 ] Pamiętnik emigrantki, autor: Księżniczka Angina, kategoria: tekst

..czyli o mojej przygodzie w mieście, którego nie ma.

 

W 2004, kiedy weszliśmy do Unii, Zjednoczone Królestwo przywitało nas z otwartymi ramionami. Nie było może tak prestiżowo jak kiedyś, za czasów szlachetnych emigrantów, Giedroyciów, Czapskich, Miłoszów, paryskich kultur i rządów na uchodźctwie w Londynie. Nie było pompy azylów politycznych i walki z systemem - wszystko dla kasy, na legalu i pod sztandarem zjednoczonej Europy. Bardziej szło o tanią siłę roboczą co bierze się za syfiaste prace, których blade brytyjskie palce nie tykają. Ale robota jednak była, w fabryce, sklepie albo pralni, więc nie było co narzekać.

 

Moja kariera zaczęła się w lipcu tego pamiętnego roku 2004-ego w branży hotelarsko-gastronomicznej, w małym rodzinnym hoteliku pod Londynem. St James Hotel to jedna kamienica z czterema pokojami gościnnymi na piętrze i kuchnią, jadalnią i pokojem dla służby na parterze. Właścicielami była para po pięćdziesiątce - Mrs Mary i Mr Steve. Od początku zrobili na mnie dobre wrażenie i zatrudnili mnie jako pokojówkę i kelnerkę od razu na cały rok. Mrs Mary gotowała, Mr Steve zajmował się księgowością, zaopatrzeniem i siedział na recepcji. W kuchni i przy sprzątaniu pokoi pomagała też Jane, matka trójki dzieci, nielegalna imigrantka z Nigerii. Miła, rodzinna atmosfera, dobra pensja i własny pokoik - lepiej nie mogłam trafić.

 

Mój dzień wyglądał tak: rano nakrywałam stoły w jadalni i serwowałam śniadanie. Po śniadaniu, kiedy goście wychodzili z hotelu, sprzątałam ich pokoje. Niektórzy wracali na lancz, który też podawałam. Po południu odkurzałam korytarze, jadalnię, zamiatałam chodnik przed kamienicą. Potem podawałam do kolacji, sprzątałam po posiłku, przez godzinę na recepcji oglądałam TV z Mary i Stevem, i szłam spać.

 

Pierwszy tydzień to była sielanka i nic nie zapowiadało tych niesamowitych wypadków, które miały nastąpić. Jednak już po dziesięciu dniach zauważyłyśmy z Jane dziwne zachowanie pralki i suszarki. Oba urządzenia mieszkały w moim pokoiku dla służby, w którym Jane korzystała z toalety. Poza tym my dwie je obsługiwałyśmy. Owego ósmego dnia (a był to pierwszy sierpniowy poniedziałek) zaczęły dziwnie milknąć, kiedy tylko wchodziłyśmy do pokoju. Nocą, kiedy myślały, że śpię, mruczały i buczały do siebie w sobie tylko znanym języku prania i elektryki. Myślałyśmy, ze może jest jakieś spięcie na łączach. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach usłyszałyśmy popiskiwania dochodzące zza pralki. Natychmiast zażądałyśmy wyjaśnień. W końcu razem dzieliliśmy tę małą przestrzeń i miałyśmy prawo wiedzieć, co się dzieje. Okazało się, że Klara, pralka, od pół roku miała potajemny romans z Dirkiem, suszarką. Fakt, mogłyśmy to przewidzieć - stali obok siebie, bok w bok, od dwóch lat i spędzali ze sobą cały czas. Ale na boga, kto mógł wiedzieć, że urządzenia elektryczne miewają potrzeby cielesne, nie mówiąc o uczuciach! Po pierwszym miocie uznałam, że muszę odbyć z nimi pogadankę na temat skąd się biorą dzieci. Choroby przenoszone drogą płciową, antykoncepcja, te wszystkie trudne tematy. W tym wypadku była to oczywiście musztarda po obiedzie, ale chciałam uniknąć dalszych komplikacji. Na przyszłość wiem, że stawianie obok siebie pralki i suszarki wymaga organizacji przestrzeni oraz chwili wysiłku. Następnym razem włożę im do prania broszurkę o antykoncepcji, inaczej jest ryzyko, że znowu wyląduję z dwójką nieopierzonych, popiskujących i błyskających czerwonymi światełkami układów scalonych, które wymagają, jak wszystkie dzieci, nieustającej uwagi.

 

Cała ta historia romansu naszej Klary z Dirkiem, to był jednak dopiero początek. Nie mając pojęcia o środowisku sprzętów domowo kuchennych nieopatrznie rozmawiałam o tym na głos w kuchni. Zastanawiałyśmy się z Jane, co zrobić, żeby uniknąć dalszego rozmnażania się sprzętu AGD. Nie było miejsca, żeby rozdzielić pralkę i suszarkę - jedyne, co mogłam zrobić, to poprosić ich, żeby powstrzymali się przynajmniej do końca sezonu. Nie miałam pojęcia, że całej rozmowie z uwagą przysłuchiwały się talerze, cukierniczka, spodki i bawełniane podkładki pod talerze z szafki obok. Zastawa stołowa nie znała Klary i Dirka, więc cała historia interesowała ich przez zwykłą ciekawość, z jaką przysłuchujemy się plotkom wymienianym przez nieznajomych w autobusie. Podkładki znały jednak pralkę i suszarkę, bo często szły do prania. Kiedy dowiedziały się o ich dzieciach, zaczęły się dziwnie zachowywać. Pojawiały się na nich dziwne plamy i zgniecenia. Z prania wracały jeszcze brudniejsze, niż były wcześniej. Ginęły w dziwnych okolicznościach, aby pojawić się następnego dnia jak gdyby nigdy nic i odmawiały wyjaśnień. Przez ogólne zmęczenie zignorowałam te oczywiste sygnały alarmowe. Dziś za to, co się stało, mogę winić tylko siebie. Otóż w sobotę pod koniec drugiego tygodnia, kiedy sprzątałam po obiedzie, poszłam jak zwykle do ogródka na tyłach hotelu wytrzepać okruszki z podkładek na trawnik. I wtedy stało się. Jedna z nich rzuciła się wprost pod nadjeżdżający samochód dostawczy. Natychmiast pospieszyłam na ratunek. Udrożnienie dróg oddechowych, sztuczne oddychanie, masaż serca. Na próżno. Biedaczka była zmasakrowana i nie było szans na ratunek. A ten dostawca nawet się nie zatrzymał!

 

Kiedy doszłam do siebie, a zajęło mi to kilka godzin (to naprawdę szok, kiedy ktoś na twoich oczach popełnia tak spektakularne samobójstwo) musiałam poinformować jej przyjaciół: obrusy i resztę podkładek, o tym tragicznym wydarzeniu. Wiedziałam, ze będą mnie obwiniać za jej samobójczą śmierć, i - co gorsza - wiedziałam, że będą miały rację. Nie mogłam jednak w nieskończoność chować głowy w piasek. Przecież wszyscy widzieli, że jednej brakuje. Tego samego wieczora, kiedy wszyscy goście i właściciele hotelu poszli spać, wyjęłam je wszystkie z szafki i położyłam na stole w jadalni. Najdelikatniej jak potrafiłam poinformowałam je o tragedii, która miała miejsce wcześniej tego dnia. Natychmiast podniósł się rwetes. „Wiedziałam, że tak się to skończy!" krzyczała jedna. „Tej tragedii można było zapobiec" szeptała inna przez łzy. „Co za bezsensowna, niepotrzebna śmierć" powiedziała trzecia patrząc mi w oczy. Po chwili wszystkie wybuchnęły płaczem. Nawet obecni mężczyźni - dwa kwieciste obrusy - nie kryli rozpaczy. Wszyscy zaczęli mi opowiadać o Vivian, nieszczęsnej samobójczyni. Otóż była ona podobno najbardziej rezolutną i entuzjastyczną podkładką na świecie. Zawsze miała czas, żeby każdego wysłuchać i pocieszyć. W każdej chwili skora do żartów. Oddana fanka białego szaleństwa, co roku zimą jeździła poszusować na włoskich stokach. Wszyscy ją kochali. A ona, na nieszczęście, zakochała się w Dirku. To kompletne nieporozumienie - jak bawełniana podkładka mogłaby stworzyć udany związek z suszarką? Wszyscy zatem odradzali jej angażowanie się w tę historię. Ona nie mogła jednak nagle przestać go kochać. Trzy dni wcześniej leżąc w koszu na pranie usłyszała, jak pralka z suszarką ustalały datę ślubu. To był dla niej szok. Kiedy podsłuchała moją rozmowę z Jane na temat ich dzieci, nie wytrzymała i kompletnie się załamała. Położyła się na dnie szafki i odmawiała przyjmowania płynów i pożywienia. Feralnego dnia ktoś podczas obiadu wylał na nią gorąca herbatę i to była kropla, która przelała czarę.

 

Kiedy usłyszałam tę historię, sama miałam łzy w oczach. „Gdybym tylko wiedziała" tłumaczyłam wszystkim „w życiu nie dopuściłabym do sytuacji, kiedy ona z przypadkowo podsłuchanej rozmowy dowiaduje się, że miłość jej życia ma dzieci z kimś innym". Oni okazali się bardzo wyrozumiali. „Skąd mogłaś wiedzieć?" stwierdzili. To była długa noc, pełna rozmów, łez i wspomnień o nieodżałowanej Vivian. Na koniec dotknęliśmy się wszyscy palcami, czy jakie kto tam miał koniuszki, w ciszy pochyliliśmy głowy i uczciliśmy ją minutą ciszy.

 

**

 

Psychologowie już dawno zauważyli zjawisko efektu Wertera. Podobno po opublikowaniu historii nieszczęsnego kochanka-samobójcy, młodzi ludzie w Niemczech zaczęli masowo popełniać samobójstwa. Jeden śmiałek zachęca innych, potencjalnych samobójców do podjęcia tego tragicznego kroku. Sama miałam się o tym wkrótce przekonać.

 

Następnego dnia wszyscy byli w wisielczych humorach. Wiadomość o wypadkach poprzedniego dnia rozniosła się po całym hotelu lotem błyskawicy. Reszta sprzętu AGD zaczęła się przede mną otwierać i zwierzać ze swoich sekretów, głównie miłosnych. Jedynie odkurzacz Stan był zamknięty w sobie. Tego dnia, kiedy po południu odkurzałam jadalnię, położył się na boku i przestał pracować. Zawsze był trochę leniwy, więc jak zwykle szturchnęłam go nogą, żeby wziął się do pracy. I wtedy zobaczyłam, jak obudowa drga mu od płaczu. Łzy kapały z rury na dywan. Natychmiast zapytałam o co chodzi, i po chwili usłyszałam jego historię. Otóż Stan od zawsze mieszkał w jednej szafce z żelazkiem Lucy. Od razu się polubili, zostali przyjaciółmi, a ponieważ spędzali cały czas razem w jednej szafce, wkrótce się w sobie zakochali. Stan był stały w miłości, to ten typ, który jak raz się na kogoś zdecyduje, to już do końca życia. Lucy natomiast była młoda i, przyznajmy, głupiutka. Taka trzpiotka. Okazało się, że po roku udanego związku nawiązała romans z tosterem z USA, którego poznała w internecie (ekspres do kawy twierdził, że na ebayu). Przez jakiś czas utrzymywała ten internetowy romans w tajemnicy przed Stanem, ale tego właśnie dnia się wydało. Stan zobaczył maile od tego tostera, które Lucy wydrukowała i nieopatrznie zostawiła na półce. Wpadł w rozpacz. To była miłość jego życia, jak twierdził, i nigdy już nie będzie tak szczęśliwy, jak z nią.

 

Kiedy ktoś zostaje porzucony przez ukochaną, jedyne, co możemy zrobić, to go wysłuchać. Nie ma sensu, uważam, dawać rad czy pocieszać. Na złamane serce nie ma rady, trzeba przeczekać. Pozwoliłam mu nie pracować do końca dnia i obiecałam przemieścić Lucy, żeby nie mieszkali już razem w jednej szafce. Wieczorem tego dnia poszłam sprawdzić, jak Stan się miewa. Po samobójstwie Vivian byłam wyczulona na problemy sercowe, a następna tragedia to ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Od razu zaniepokoiłam się, kiedy okazało się, że nie mogę otworzyć drzwiczek od szafki Stana. „Stan?" mówiłam pukając i coraz bardziej nerwowo szarpiąc gałkę. „Stan, to ja, drzwiczki się zacięły. Musisz pomóc mi je otworzyć! Pchnij je z całej siły!" poprosiłam. „Odejdź" usłyszałam w odpowiedzi „nie chcę nikogo widzieć". Nie mogłam pozwolić, żeby zabarykadowany w szafce w samotności kontemplował swój miłosny zawód, bałam się, że znowu coś się stanie. „Musisz mi otworzyć, to jest rozkaz" wyszeptałam do zamkniętych drzwiczek od szafki. Stan służył kiedyś przez trzy lata w Legii Cudzoziemskiej w Gujanie Francuskiej, więc był wyczulony na wojskową dyscyplinę. Kiedy otworzył, okazało się, że właśnie przygotowywał się do najgorszego. Obok na półce leżały żyletki i rozpoczęty list pożegnalny. „To niegodne mężczyzny" powiedziałam. „Nie możesz tak po prostu się poddać." Opowiedziałam mu szeptem moją starą nieszczęśliwą historię miłosną, której wysłuchał z uwagą. Zabrałam żyletki, przytuliłam Stana i, kiedy wiedziałam, że zasnął, poszłam do swojego pokoju.

 

Kilka następnych dni minęło bez niespodzianek. Żelazko Lucy cały swój wolny czas spędzała w sieci, mailując i czatując ze swoim nowym chłopakiem, amerykańskim tosterem. Raz prawie przyłapałam ją na wirtualnym seksie, właśnie rozwijała swój kabel. Stanowczo zakazałam jej korzystania z komputera do końca sezonu.

 

**

 

Ostatniego dnia września mój cyfrowy aparat Janet przestał działać. Na wyświetlaczu miała tylko latające paski jak w zepsutym telewizorze. Fakt, była już niemłoda, ale ciągle dobrze się trzymała. To trochę moja wina, że zaczęła się biesić, bo mogła słyszeć jak zastanawiam się nad kupnem nowego aparatu. Poza tym Janet często musiała spędzać czas w jednej szufladzie z Polly - aparatem Jane. Polly to była młoda siksa, arogancka i bezczelna. Nie miała nawet połowy tych ustawień, co Janet, ale uważała się za kogoś ważniejszego tylko dlatego, ze była mniejsza i miała różową obudowę. Janet znosiła jej przycinki z anielską cierpliwością, ale któregoś dnia nie wytrzymała i pękła. Stąd paski na wyświetlaczu. Ta historia ma jednak szczęśliwy finał, bo po czterech dniach namawiania jej do pracy udało mi się ją reanimować i znów zaczęła działać. Obiecałam jej, że już nigdy nie położę jej obok żadnego Lumixa. Mrugnęła do mnie porozumiewawczo czerwonym światełkiem i obiecała, że to się już więcej nie powtórzy.

 

Te wypadki to właściwie czubek góry lodowej. Mogłabym opowiadać o tym, jak lodówka Bertha pokłóciła się z kuchenką (poszło o temperatury wrzenia i zamarzania różnych cieczy), jak Heinz, nasza niemiecka zmywarka, ujawnił, że ma w Lizbonie trójkę dzieci, każde z innej matki (pracował kiedyś restauracji, jak się tłumaczył, gdzie miał wiele przelotnych znajomości), jak środki czyszczące urządziły strajk, bo miały za mało miejsca w swojej szafce („nawet francuskie więzienia są mniej zaludnione niż ta głupia szafka!" twierdziły), jak musiałam pacyfikować konflikt między elektrycznym czajnikiem a ekspresem do kawy (nieśmiertelny spór: kawa czy herbata), i tak dalej. Ostatnią niespodzianką było to, że mimo tylu trudnych sytuacji, które udało mi się opanować, mimo tego, że z zimną krwią zażegnywałam kolejne kryzysy, mimo, że atmosfera wśród sprzętów AGD i RTV a także przyborów kuchennych była lepsza niż kiedykolwiek wcześniej - jak tylko skończył się sezon, wyrzucono mnie z pracy.



mltr, 07/07/2009 04:08

drobne szwy w prowadzeniu tekstu, ale sam pomysł iście GENIALNY. brawo! ZAJEBISTE.

Tomkawka, 14/07/2009 17:17

Te amerykańskie tostery! Nigdy ich nie lubiłem... Z resztą i tak by nic między nimi nie wyszło. On ma inną wtyczkę;-)

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.