|
|
[ 2009/05/03 ] Zegrzyńskie lato, autor: Zenon Daremny, kategoria: tekst Jak w każdą letnią niedzielę o poranku, pan Staszek z paczką Fajrantów w kieszeni usiadł na swoim turystycznym rozkładanym stołku i zapatrzył się w odmęty Zalewu Zegrzyńskiego. Na ziemi położył torbę, w której miał cztery Tyskie, swój wędkarski ekwipunek i suchy prowiant przygotowany przez żonę Halinę wieczór wcześniej. Był to niewysoki mężczyzna o nieproporcjonalnie dużych i obficie owłosionych dłoniach i łysinie, którą starał się maskować fryzurą na pożyczkę, ale coraz mniej miał skąd pożyczać. Spojrzał na zegarek - była ósma rano. Czekając na swojego przyjaciela, Henryka, zapalił papierosa i zaniósł się kaszlem. "Muszę rzucić to świństwo" pomyślał, wycharkując z wnętrza swoich płuc na piasek substancje smoliste o bardzo brzydkiej konsystencji. Skończywszy papierosa sięgnął do torby, skąd wyjął swoje oprzyrządowanie, nabił robaka na haczyk, wytarł dłoń w swoją kraciastą koszulę z dziurą pod pachą i zarzucił. Wbił wędkę w piaszczysty brzeg, usiadł na swoim turystycznym stołku, który taszczył ze sobą już od siedemnastu lat na każdą wędkarską wyprawę, i pogrążył się w obserwacji spławika.
Po pół godzinie dobił do niego Henryk. Wysoki i chudy, o greckim profilu, którego klasyczną linię zaburzały obfite staropolskie wąsy i krzaczaste brwi. Ubrany był w przykrótką skórzaną kurtkę z używanej odzieży na placu Szembeka i poliestrowe spodnie w kant. Wyglądał na zmęczonego.
- Nareszcie, brachu, gdzieś ty się podziewał? - wycharczał na jego widok Stanisław.
- Wybacz, Stasiutku, wczoraj ze śwagrem zrobiliśmy trzy połówki na dwóch i dziś ciężko mje było wstać - odpowiedział Henryk klepiąc przyjaciela po ramieniu. W reklamówce Biedronki miał cztery Łomże, chrupki kukurydziane i paczkę boczku z Sokołowa. Ze swojej turystycznej torby vintage zaczął wyjmować haczyki, spławiki i robaki. Powoli i metodycznie przygotował swoją wędkę, zarzucił, zatknął ją pół metra od wędki Stanisława i z ciężkim westchnieniem usiadł obok niego na ziemi.
Panowie znali się od trzydziestu lat. Razem wyrośli na tym samym podwórku na Ząbkowskiej, razem powtarzali ósmą klasę, razem kończyli budowlankę. Pobrali się w tym samym roku i byli swoimi świadkami na ślubach. Byli pewni, że któregoś dnia 12-letnia córka Stanisława, Dżesika, i 16-letni pierworodny Henryka, Alan, pobiorą się. Młodzi jednak nie przepadali za sobą. Staszek pracował w Zrembie jako majster od wind, a Henryk miał własną działalność gospodarczą "Uniwersum - usługi hydrauliczne". Wiodło im się nie najgorzej, zwłaszcza jak połowa młodych majstrów po budowlance wyjechała zarabiać za granicą. Od czasu, kiedy mieli po trzynaście lat, każdego lata spędzali niedziele na ukrytej w gąszczach plaży nad Zegrzyniakiem. Krystyna i Halina, ich żony, nawet lubiły ten zwyczaj - miały wtedy czas dla siebie. Taniec z Gwiazdami, Familiada, a w pierwszą niedzielę miesiąca Halina farbowała swoją trwałą na czarno (jeszcze od swoich czasów panieńskich nosiła się na mokrą włoszkę). Ich mężów łączyła prawdziwie męska przyjaźń. Choć nigdy sobie tego nie mówili, kochali się jak bracia. Lubili czasem powspominać, jak po pijaku wjechali motorem w przystanek na rondzie Wiatraczna i wylądowali razem na Kolskiej. Albo kiedy w pustej osiemnastce obili mordę pyskatemu gówniarzowi, który potem okazał się dzielnicowym z Zielonki w cywilu, za co obaj mieli kolegium za czynną napaść na funkcjonariusza i dostali wyroki w zawieszeniu, o czym nigdy nie powiedzieli swoim żonom. Tę tajemnicę, uzgodnili, zabiorą ze sobą do grobu. Takich przygód mieli bez liku, bo obaj nie wylewali za kołnierz, a kiedy sobie popili, zamieniali się w nastoletnich urwisów, mimo, że byli już po czterdziestce.
- Jeśli wszystko jest nietrwałe... - po chwili milczenia zaczął Henryk otwierając pierwszą wesoło syczącą puszkę Łomży.
- Heniutku, proszę cię, nie zaczynaj znowu - Stanisław spojrzał na niego znacząco. Na całym ciele poczuł gęsią skórkę, nie wiedział, czy to od porannego chłodu czy od słów przyjaciela. Od jakiegoś czasu martwił się o Henryka, który już po pierwszym głębszym potrafił wpadać w niezrozumiałe monologi. Zaczęło się miesiąc temu, kiedy oglądali mecz Kolejarz Stróże - Hetman Zamość. Henryk w pewnym momencie się wyłączył, co nie było niczym niezwykłym (kończyli właśnie drugą ćwiartkę) i z zamkniętymi oczami mruczał coś do siebie. Przegapił przez to dwa piękne gole. Stanisław pomyślał wtedy, że Heniek musiał mieć zły dzień, i zignorował ten oczywisty sygnał alarmowy. Potem było już tylko gorzej. Na każdym spotkaniu Henryk wpadał w trans i opowiadał o istocie wszechrzeczy, temat dla Staszka mało ciekawy. Ten, zaniepokojony, poprosił o radę księdza Marceliusza, który zasugerował wizytę w poradni AA. "Niedoczekanie twoje!" pomyślał na ten idiotyczny pomysł Henryk i zadecydował, że już nigdy nie poprosi o radę faceta w sukience. Liczył na to, że problemy psychiczne przyjaciela to sprawa przejściowa, może kryzys wieku średniego, o którym wspominał Orłoś w Teleekspresie. Na każdym spotkaniu liczył, że przyjaciel dojdzie do siebie, i na każdym było coraz gorzej. Dziś też.
Tymczasem Henryk w trzech łykach opróżnił swoją puszkę, zapalił Marsa i zapatrzony w dal kontynuował.
- Czemu się tak unosisz? - zapytał, nie zwracając uwagi na swój drgający spławik. - Patrz - jeśli jedyną trwałą jest zmiana, to ta trwała musi ulegać zmianie. Nietrwałość też jest nietrwała! - wykrzyknął. - To jest lipa z każdym uniwersalnym stwierdzeniem. "Zawsze", "wszystko", "nigdy" - to się nigdy nie sprawdza! O! Widzisz? Sam wpadam w tę pułapkę - skonfudowany szturchnął czubkiem buta pustą paczkę papierosów, sięgnął po kolejną Łomżę i ciągnął dalej. - Posłuchaj, Stasiutku. Jeśli mówię, że zawsze kłamię, to to nie może być prawda. Jeśli zawsze kłamię, to właśnie powiedziałem prawdę, więc nie zawsze kłamię. A jeśli nie zawsze kłamię to to stwierdzenie jest fałszywe - perorował między szybkimi łykami piwa, które, miał nadzieję, szybko zlikwiduje ból głowy po wczorajszym balecie ze śwagrem.
- Heniutku złoty, na litość boską, co ty pierdolisz? - przywołał go do porządku Staszek. Zniecierpliwiony wyrzucił niedopałek do wody i sięgnął do torby po jajko na twardo. Ciszę przerywał tylko odgłos pękającej skorupki. Zaklął, kiedy zorientował się, że nie wziął soli, i powoli zjadł nieosolone jajko popijając je Tyskim. Obaj czuli rosnące napięcie. Kiedy spławik Stanisława zaczął drgać, ten rzucił się do swojej wędki i błyskawicznie poderwał, wyciągając z wody 15 centymetrowego leszcza.
- Ładna sztuka - skomentował nieobecnym głosem Henryk. Przez następną godzinę siedzieli w milczeniu, paląc papierosy i pijąc piwa.
- Wiesz - powiedział w końcu Henryk wpatrując się w leżącą przed nim na ziemi puszkę po browarze - czasem nie mogę pojąć, że prawdziwą naturą rzeczy jest pustka. Spójrz tylko na tę łączkę za nami, drzewa, ptaki, na ciebie i mnie. Przecież istniejemy naprawdę! Stasiu? Przecież płacę podatki, mam NIP, ZUS mnie co miesiąc okrada, a Halina przypaliła dziś rano owsiankę - wyliczał. - Nie rozumiem, po prostu nie wiem jak to możliwe, że pustka jest formą a forma pustką. Na mój chłopski rozum to nie ma sensu - zatroskał się zwieszając głowę i głośno westchnął. Tępy ból z potylicy nie chciał ustąpić, więc sięgnął po następne piwo.
- Henryk, ja nie wiem co ci chodzi po głowie, ale może powinieneś sobie zrobić przerwę z browarami? Weź się zaszyj, może to ci pomoże. Krystyna się o ciebie martwi, twoja Dżesika jest zagrożona z dwóch przedmiotów, a ty nic, tylko pierdolisz wciąż o pustce, formie, nietrwałości. Weź się w garść, Heniutku - powiedział Stanisław ośmielony trzema piwami.
- Nic nie rozumiesz - odparł Henryk przypalając kolejnego Marsa. - Nie mogę znieść faktu, że pustka jest wszędzie. Istota wszechrzeczy to gówno prawda! - Wykrzyknął i beknął. - Nic nie istnieje samo w sobie! Wszystko zależy od warunków, od przyczyn, od okoliczności, nic nie ma uniwersalnej esencji, żaden byt nie ma własnej natury. Ani twój browar, ani owsianka, ani ty sam - Henryk był tak przejęty, że aż wstał z ziemi, zatoczył się, upadł z powrotem na piasek i zakwilił nad swoim obitym łokciem.
- Coooo? Ja nie mam własnej esencji? JA NIE MAM NATURY???? Ty skurwęęęęsynu!! - Tego już było za wiele. Staszek poderwał się ze swojego stołka i niewiele myśląc rzucił się na zaskoczonego Henryka. Jak za starych dobrych czasów przyjaciele zaczęli się szarpać i emitować ciosy, z których większość była nietrafiona.
- Do chuja wafla, Stasiek, co ty wyprawiasz?? - wybełkotała zaskoczona ofiara nagłego ataku wędkarza. Agresor jednak nie ustępował, zadawał cios za ciosem w twarz i klatkę piersiową Henryka. Ten nie dawał za wygraną i oddawał każde uderzenie podwójnie. Bójka trwała ładnych kilkanaście minut, szwy na koszulach pękały, a krew lała się strumyczkami z kącików ust. Kiedy w końcu panowie przestali się bić, Stanisław podniósł się z ciężkim westchnieniem z ciała przeciwnika i zaczął wycierać twarz wierzchem dłoni.
- W morrrrrdę, ale mnie nos napierdala - szepnął bardziej do siebie niż do przyjaciela.
- Cierpienie jest nieuniknione, ale istnieje z niego wyjście - oświadczył Henryk wstając z gleby. - Za to, że mnie zaatakowałeś, nie powiem ci jakie! - dokończył i wprawnym ruchem zwinął swoją wędkę, spakował do torby cały ekwipunek nie zapominając o Łomżach, otrzepał kapotę i szybkim krokiem odszedł w dal niedzielnego poranka. Filozofia codzienności na piątkę:-) rfn, 07/05/2009 10:36 tekst jest bardzo fajny i bardzo fajnie napisany, ale w kwestii tzw. meritum, powiedzialbym, ze jest to: "mlodego lumpen-inteligenta z dobrego domu wyobrazenie o codziennosci". zycie, marzenia i aspiracje ludzi z tzw. nizin spolecznych o wyksztalceniu podstawowym lub technicznym wygladaja jednak troche inaczej. po 1: raczej nie jezdzi sie nad Zalew na ryby. co prawda, rozmawialem se znajomym i powiedzial, ze "ryba wraca do Zalewu", ale nadal mozna tam spotkac glownie pijanych zolnierzy jezdzacych na wypozyczonych skuterach wodnych, a wsrod mieszkancow tzw. "zielonej Warszwy" obecnie ulubionym prezentem na komunie sa quady (tak, tak), wiec uczniowie szkol zawodowych wokol Zalewu jezdza pewnie na czterokolowcach, co pewnie skutecznie odstrasza i ryby i wedkarzy. po 2: tak sie skalda, ze wychowywalem sie na Pradze, Szwedzka rog Strzleckiej, a do szkoly chodzilem na Kowienska (pytanie dla znawcow: gdzie to jest). l ci, ktorzy mnie znaja, wiedza, ze (niestety dla mnie) nie skonczylem samochodowki. jedyny kolega z klasy, ktory poszedl do samochodowki, obecnie jest rastamanem ze wspaniala rodzinka. generalnie, losy takich ludzi sa znacznie bardziej skomplikowane, niz moze sie wydawac komus, kto dojrzewal w willowej czesci Saskiej Kepy (kolezanki, ktore wyjechaly do Berlina, kolega, ktory poszedl do seminarium duchownego etc.) po 3: mieszkam w bloku wsrod: spawaczy, zbieraczy smieci, emerytow i bezrobotnych. bardzo dobrze znam to srodowisko. wedkarz nie pije. na ogol sa to zazywni panowie prowadzacy zdrowy tryb zycia (typ zawodowego oficera w stanie spoczynku). jada na ryby kolo4 nad ranem i wracaj o 9 - kiedy wiekszosc z nas kreci nosem pod pierzyna, albo sie dopiero kladzie. po 4: fakt, bardzo dobrze dobrane nazwiska i imiona i szczegoly ubrania i wygladu, ale te wszystkie programy (Tance etc.) i gazetki czyta na ogol tzw. nizsza klasa srednia (nauczycielki ze szkol podstawowych) i dzieciaki, 13-latki etc. ewentualnie rozne obiboki, ktore chca zrobic kariere w showbiznesie. po 5: gdybym zobaczyl takich dwoch, to bym pomyslal, ze to dwaj kolesie po studiach udajacy tzw. "prosty lud" (w ich mniemaniu) podsumowujac: dla mnie to bardzo dobra proza i bardzo fajna satyra na drobnomieszczanskie wyobrazenie (i pragnienie) codziennosci. i wiem, ze musze sobie kupic parasol, bo zaraz ktos mnie gownem obrzuci. ludzie kochani, codziennosc to jest to czym Wy zyjecie,a nic innego!! nie ma prawdziwego zycia i nieprawdziwego zycia, jest JEDNO ZYCIE!! barowa, 08/05/2009 09:29 quady? lama sedes, 09/05/2009 11:20 boskie!!!! ach, heniutek i stasiutek, moi ulubieni bohaterowie filmowi!! kiedy polskie kino przejrzy na oczy, ujrzy ich blask? dobrze że chociaż literatura nadrobiła straszliwy brak. cóż powiedzieć...łza się w oku kręci...teraz dopiero widzę że można im poświęcać poematy, epopeje a może nawet malarstzwo sztalugowe! zenonie daremny, przyjmij niski ukłon - jeżke pięknie ich oddałeś.. ps ale bar przegina jednak z tą matematyką celem dodania wpisu. musiałam szukać kalkulatora w przepastnej graciarni mego kompa, cała się zakurzyłam. bar, 09/05/2009 21:27 bar wierzy w matematyke perdurabo, 25/05/2009 19:14 ja wiem, gdzie jest Kowieńska :) odchodzi od 11 listopada przy stacji benzynowej. w bloku naprzeciwko szkoły kupiłem kawalerkę (mieszkałem) za 55.000zł. po 5 miesiącach sprzedałem za 96.000zł :) bardzo fajne miejsce. jedno z moich ulubionych (samopoczucie) w życiu. wszystko było wtedy wolne od syfu ;) rfn, zrecenzujesz mi to opowiadanie? jestem ciekawy Twojej opinii. proszę. powstało w 2-3 godziny. Orgazm. Ula tej nocy długo nie mogła zasnąć. Leżała w łóżku obok swojego starego, którym od ośmiu lat starała się zachwycać. Kiedyś była młoda i otwarta na uczucia do dobrze rokujących artystów, teraz zauważała głównie rosnące ceny kremów przeciwzmarszczkowych oraz stumetrowych apartamentów na Saskiej Kępie. Marzyła o takim mieszkaniu umeblowanym limitowaną serią ekologicznych mebli z ikei. Żadnego wycinania drzew i zaburzania ekosystemu, czysty MDF. Panował światowy kryzys gospodarczy, nadszedł czas celnych wyborów. Pomyślała o fatalnym smaku spermy starego. I tak rzadko kończył już w jej ustach, zawalony mikrozleceniami pozwalającymi spłacać raty za czterdziestometrowe mieszkanie na obrzeżach Ursynowa. Co prawda za oknem roztaczał się sielski widok Lasu Kabackiego z polankami na grilla, jednak na osiedlu partery były tak niskie i niezabudowane, że można było stojąc na zewnątrz oglądać „Ranczo” razem z sąsiadami i wspólnie czytać „Fakt”. Nie tak miało się skończyć. A przynajmniej rozwijać. „Jestem uwięziona w megakiczowatym plastelinowym kadrze, a gdy próbuję obejrzeć go z zewnątrz, młode matki wpychają się na mnie wózkami z wyjącymi dziećmi, którym ślina spływa na ukochane baletki Repetto.” – skonstatowała. „Plastelina zawsze da się formować – zrobiła aluzję do męskiego świata. – lecz zasób kształtów jest w pewnym sensie ograniczony.” Znowu niemal dosłownie poczuła wstrętny smak nasienia na języku: „To nie jest Jack Daniel” – przeszło jej przez głowę i szybko odwróciła się plecami do starego, zachowując metrowy dystans. Na rozrachunkach minionych lat upływały kolejne godziny nocy. Około czwartej pomyślała o penisie kolegi, który odnosił sukcesy grając na giełdzie, potem o języku przyjaciela, wziętego grafika w TVN’ie, między swoimi nogami, a następnie o namiętnym prysznicu ze znajomym dziennikarzem magazynu motoryzacyjnego, któremu rodzice zostawili spory posag przed wyjazdem do Chile. Niestety dwaj byli żonaci, a jeden pedałem, chociaż nie wyglądał tak bardzo zniewieściale. Pamiętała zachwycony wzrok sprzedawczyń, kiedy od niechcenia kupił za 600 złotych spodnie z nowej kolekcji wprowadzonej dwa dni wcześniej do butiku w galerii handlowej. Nie musiał czekać na wyprzedaże, jak większość, ani kupować na Allegro. To wtedy na wspólnych zakupach doradził jej te baletki Repetto, mówiąc, że nawet Gainsbourg chodził w obuwiu tej firmy. Fajny chłopak. Jej stary bał się nawet samodzielnie kupować odżywki do włosów, by ekspedientki nie potraktowały go jak homo. „Dupek, świat się zmienił.” – odpowiedziała w myślach z wyrzutem. O piątej rano, dokładnie na trzy miesiące, cztery godziny i pięćdziesiąt dwie minuty przed trzydziestymi urodzinami poważnie zaswędziała ją cipka. „Muszę coś zmienić, ulepić z plasteliny nowy kadr!” – powzięła decyzję. Szukała go dwa tygodnie, dopóki koleżanka z „Naszej klasy” nie podała jej namiarów. Masażysta przyjmował w gabinecie na Żoliborzu, Ulę bolał kręgosłup od siedzącej pracy przy komputerze. Stary na pewno nie będzie miał pretensji. Miał na imię Erazm, co przy odrobinie wysiłku woli mogło kojarzyć się z orgazmem. Posiadał wiele dyplomów z kursów na całym świecie. Rozebrała się w przedsionku obok, położyła na specjalnym stole wytwarzającym pole magnetyczne i przykryła pupę ręcznikiem. Erazm był mistrzem w swoim fachu i kapitalnie masował zastane kręgi. Za drugim razem wyszła kompletnie rozluźniona. Wizje plastelinowych kadrów odpłynęły na przeciwległy koniec miasta. - Robi mi naprawdę dobrze! – powiedziała do siebie zjeżdżając windą – Jemu też coś się należy, bo pewnie nie często trenuje młodą trzydziestoletnią dupę. Howgh! – krzyknęła w zamkniętą małym prostokątem ścianek przestrzeń elewatora. Na trzecim masażu zaczęli rozmawiać o życiu. Okazało się, że Erazm wyciąga piętnaście tysi miesięcznie, ma nowe Audi i niedawno kupił dwustumetrowy loft na Bielanach. Co roku lata z żoną na wakacje do Singapuru i Tajlandii, teraz planują safari w Kenii. Kiedy popatrzyła na niego przed wyjściem, wiedziała już, że punkt G ma w kręgosłupie, szybko reagującym pod delikatnymi palcami Orgazma. Do jej ust wrócił smak Jacka Daniela, a sutki pod cienką bluzką zalotnie zaczęły sterczeć. Pocałował ją na pożegnanie w policzek. Nacisnęła jak zwykle zero w elewatorze, ale ten gest był jak naparcie grubego, sztywnego prącia na rozgrzany do czerwoności otwór między nogami, pośród odwiniętych na boki warg sromowych. Wydawało jej się, że leci do góry zamiast zjeżdżać na parter. Zatrzymała windę między piętrami i palcami dopieściła mokrą cipkę. Erazm stał się pełnoprawnym Orgazmem. Zawaliła zlecenie i miała pieniądze już tylko na ostatnią, czwartą wizytę. „Mam trzydzieści lat, jestem zgrabna, nie muszę za to płacić. – pomyślała. – Zresztą Zara wypuściła w tym sezonie taki model kurtki, że jacierpiedolę!, a stary męczy tylko, bym dołożyła się do rat kredytowych.” Znowu pojawił się plastelinowy kadr z osiedla, który nie dał się nijak uformować przez nadchodzących sto dwadzieścia miesięcy życia, a dzieci w wózkach młodych matek wyciągały nachalnie rączki z tysiącami pojemników coraz to nowych kremów rewitalizujących skórę. „A jeżeli będę potrzebowała wkrótce liftingu?” – pomyślała z niepokojem. Tym razem była zdenerwowana, ale przecież leżała twarzą odwróconą do powierzchni stołu. „Erazm nic nie zauważył.” – pocieszała się i zastanawiała jak to rozegrać. Kiedy skończył masaż, wychodził jak zwykle do aneksu kuchennego, by mogła swobodnie się ubrać. - Słuchaj! – podniosła jakoś nienaturalnie głos. – Zapomniałam dzisiaj portfela, spieszyłam się…ale…może ty też się…odprężysz? – dokończyła siadając na stole i jednocześnie zrzucając ręcznik z pupy na podłogę. Kiedy się odwrócił miała rozłożone na bok uda i delikatnie masowała ogoloną podczas domowej kąpieli cipkę. Była już mokra, bo magiczne palce Erazma na kośćcu zawsze przynosiły wilgoć podbrzusza. Erazm nie był zniewieściałym metroseksualistą, tylko rasowym chłopakiem po AWF-ie. Podszedł i włożył członek w jej usta. Szybko osiągnął wzwód, a Ula marzyła o Jacku Danielu. Zerżnął jej krocze bez ceregieli, bez kondoma, jednocześnie ściskając nabrzmiałe sutki, a potem przewrócił dziewczynę na brzuch i wszedł ostro między nerki. Jęczała pieszcząc wzgórek dłonią. Spuścił się w jej odbyt z głuchym pomrukiem. Nie doczekała się zapachu whiskey, za to między pośladkami ściekało cenne dla skóry białko. - Wiesz, tak naprawdę już dawno nie układa mi się z żoną i chyba powinienem się rozwieść. – odpowiedział z zalotnym uśmiechem, kiedy odwróciła głowę w jego stronę. Gdy wyszła po prysznicu, Erazm dokładnie zamknął gabinet, a potem wsiadł do dwunastoletniej Hondy Civic. „Pieprzona dziwka. – myślał – Ale było mi tego potrzeba.” Wrócił do starej, do czterdziestometrowej komunałki w Śródmieściu, o przechodnich pokojach i kuchni wydzielonej z łazienki sąsiadów. - Kochanie, jestem kompletnie zjebany robotą, rozluźnij mnie, jak zwykle. – zawołał do Ewy piekącej w dresach kurczaka. Rozebrał się do naga i uklęknął na stoliku ikei z MDF-u, z limitowanej, ekologicznej serii, jedynym ciekawym meblu w mieszkaniu. A potem przywarł głową do jego blatu, wystawiając szeroki tyłek. Ewa zrzuciła ubranie, założyła stringi z grubą atrapą penisa i włożyła plastik między jego pośladki posuwistym ruchem. - Mocniej, mocniej! – charczał z otwartymi ustami i zmróżonymi oczami. – Bardziej do góry! – A konkubina wkładała sztuczny penis z zaangażowaniem. Kiedy doszedł, czuł się jak Ula po jego masażu. Erazm stał się pełnoprawnym Orgazmem. Tym razem wyłącznie swoim orgazmem, tylko dla siebie. Robili tak odkąd masażysta znalazł w Internecie stronę barmleczny.com i doczytał się w felietonie znanego autora i podróżnika o orgazmie prostatowym. Erazm nigdy nie miał zapalenia tego gruczołu i zawsze odczuwał przyjemność. Lubił stal, plastik, MDF i drobne podniety. Jego świat nie wznosił się z miękkiej plasteliny. Ula dojechała metrem na Kabaty. Kiedy weszła do domu jej zapracowany stary znienacka pocałował ją w usta: - Na twoje trzydzieste urodziny jedziemy do Berlina. Kupiłem bilety na pociąg w necie, gdy byłaś na masażu. Jak kręgosłup? Lepiej, kochanie? Ula wyjrzała przez okno wprost w gardło mażącego się wniebogłosy i puszczonego samopas dzieciaka i pomyślała, że wydaje dźwięki jak zwierzę na safari w Kenii. Ciepłe słońce nad głową berbecia podkreśliło błękit jej głębokich oczu. Autor pragnie podkreślić, ze wszelkimi zasobami słów, myśli i zachowań rządzi czysty przypadek, a świat jest ograniczony. |