Nazwa "Wieliczka" sugeruje, że urocza ta mieścina posiada wiele liczek, czyli wiele różnych twarzy. Nic bardziej błędnego. Jej mieszkańcy nie uprawiają kultu Światowida, nie są wcale ani dwu ani tym bardziej wielo-licowi lecz są prawi, prostoduszni, prostolinijni, a nawet prostopadli. Jedyną ich cechą szczególną, która mogłaby wzbudzić zainteresowanie czytelnika z wielkiego miasta, jest ich upodobanie do słonych kawałów i historyjek. Według jednej z nich, wśród dzieł sztuki wystawianych w tutejszym muzeum znajdował się fallus misternie wyrżnięty z kryształu soli (tak, soli, bowiem, jak już niebawem zobaczymy, właśnie wokół tego minerału koncentruje się życie Wieliczki). Żona kustosza zabrała go kiedyś do domu w celu obtarcia z kurzu. Niestety, solny fallus w niewyjaśnionych okolicznościach prawie całkiem się rozpuścił, nie mógł więc wrócić do muzeum i ostatecznie jego resztki zostały stopniowo zużyte do zupy jarzynowej. Poza tą jedną (ale za to jaką!) inne cechy mieszkańców Wieliczki są raczej nieszczególne. Natomiast sama miejscowość także posiada tylko jedno oblicze, jedną, lecz doprawdy niezwykłą atrakcję - sól. Gdyby jej nie było, Wieliczka prawdopodobnie w ogóle by nie istniała, gdyż na jej miejscu urządzonoby ładnie położone na pagórkach pole golfowe, w dodatku nieopodal Krakowa. Sól ziemi wielickiej - sól, jej złoża, jej opady (sic!), wydobycie, obróbka i handel nią stanowią treść życia mieszkańców Wieliczki. Dlatego od wielu już wieków oświecone a także dobrze osolone głowy Wieliczan i Wieliczanek walczą z tradycją usiłując zmienić nazwę miejscowości na Solniczka. Jak dotąd, niestety, nieskutecznie.
Sól towarzyszy mieszkańcom Wieliczki od najwcześniejszego dzieciństwa. Sześcioletnie dzieci potrafią bezbłędnie napisać wzór NaCl, i to w obu wersjach: skróconej i strukturalnej. W tutejszych strumykach i stawkach woda jest słona, toteż zamieszkiwane są one jedynie przez florę i faunę morską. Wędkarze poławiają tu między innymi filety solone z makreli, co bardzo ułatwia przygotowywanie posiłków. W największym wielickim strumyku - Solance - widziano nawet rekina, który podobno molestował córkę dyrektora kopalni. Właśnie! - kopalni, słynnej wielickiej kopalni soli. Kopalnia ta jest zabytkiem klasy zerowej. Wykopano ją przed wiekami i od tej pory jest ona źródłem sławy i dobrobytu Wieliczki. Za zarobione dzięki pracy w niej pieniądze górnicy i ich rodziny mogą sobie kupić wiele różnych rzeczy, na przykład dużo soli.
Z kopalnią tą wiąże się także mądra legenda z królową węgierskiego pochodzenia Kingą w roli głównej. Królowa ta, wbrew pozorom, nie poślubiła Króla Kinga, gdyż już dość jej było tego, że sama nazywała się jak masło maślane, przepraszam, jak sól solna, (po węgiersku Królowa Kinga to po prostu Królowa Królowa) nie chciała więc równie monotonnie nazywającego się męża (Król King to po węgiersku Król Król) i poślubiła, dla odmiany, Bolesława Wstydliwego, po czym została świętą. I dobrze, bo inaczej wielickie dzieci rapowałyby od 700 lat:
KRÓL KING KUPIŁ KRÓLOWEJ KINDZE RING.
Chodzi tu o to, że Królowa Kinga łaskawie wrzuciła ten pierścień do jakiejś dziury gdzieś na Węgrzech a potem znalazła go w innej dziurze w Polsce, co doprowadziło do drobnego zatargu dyplomatycznego (a także powstania kopalni). Ostatecznie rząd Węgier zrezygnował z pobrania cła za pierścień, gdyż jak wiadomo, Polak i Węgier to dwa bratanki, zwłaszcza gdy usiądą przy butelce tokaju albo wódki i dobrej zakąsce (po węgiersku zakącse) np. ogórku, oczywiście nie małosolnym. Z powodu historii z pierścieniem Królowa Kinga bywa też nazywana Władczynią Pierścienia, powstała nawet poczytna trylogia angielskiego pisarza na ten temat.
Główną atrakcją kopalni jest to, że znajdując się na najgłębiej wydrążonych chodnikach - na głębokości ponad 300 metrów pod ziemią, jest się zarazem na poziomie morza, tak się bowiem składa, że Wieliczka leży akurat na wysokości około 300 m n.p.m. Zjechanie czy zejście na dół jest więc najszybszym sposobem znalezienia się na poziomie morza - wystarczy przebyć 300 metrów, podczas gdy, dla porównania, nad Bałtyk jest 600 km, czyli 2000 razy więcej!
Ale nie o kopalni chciałem opowiedzieć, gdyż jest ona miejscem powszechnie znanym, pomimo tego, iż ceny biletów za jej zwiedzanie są bardzo słone. Opowiem za to o innym niezwykłym, lecz mało znanym zjawisku związanym z wielicką solą, a mianowicie o jej opadach. Gdy nastaje zima, w Wieliczce nie pada śnieg lecz sól! Na pierwszy rzut oka trudno się zorientować, ale po bliższym przyjrzeniu się, a zwłaszcza posmakowaniu, nie ma wątpliwości: Wieliczka jest jedynym miejscem na świecie, w którym meteorolodzy notują opady soli. Zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione. Naukowcy przypuszczają, że przez cały rok ze słonych potoków i stawków, a także zup gotowanych przez Wieliczanki unosi się gaz solny, który zimą, w wyniku procesu resublimacji, przemienia się bezpośrednio w kryształki soli i opada niczym śnieg.
W Wieliczce nigdy nie próbowano sobie radzić z zimowymi opadami tak, jak robiono to w innych miastach - sypiąc sól. Byłoby to bowiem poczynanie bezsensowne, a właściwie jeszcze gorzej: dodatkowe posypywanie soli solą doprowadziłoby do efektów odwrotnych od zamierzonych. A Wieliczanie, choć ludzie prości, mają głowy nie z soli lecz na karku i świetnie sobie radzą z opadami: świeżo opadłą sól, nim zdąży się przybrudzić, zbierają a potem sprzedają.
Dopóki nie spadnie deszcz, wielicki solny śnieg nie topi się mimo dodatnich temperatur. Gdy zimy są suche, choćby nawet nie mroźne, w Wieliczce jest bardzo biało. Nie ma tam niestety odpowiednich stoków dla narciarzy, ale za to jest raj dla łyżwiarzy: szybkich, figurowych oraz hokeistów. To przecież w Wieliczce jest jedyne w Polsce słynne solnisko, to jest solne lodowisko. Na wielkim płaskim krysztale soli jeździ się równie dobrze jak na lodzie a chłodzić nie trzeba, wystarczy tylko polać solanką, gdy się za bardzo zetrze. Tutejszy zespół hokeja na soli, SÓL Wieliczka, awansował nawet raz do drugiej ligi. Wprawdzie SÓL niestety przegrywała wszystkie mecze wyjazdowe z zimna, gdyż zawodnicy przyzwyczajeni do gry na ciepłym solnisku jedynie w dresach nie wytrzymywali niskich temperatur na lodowiskach, za to u siebie byli niepokonani. Szczególnie narażeni na pocenie się bramkarze drużyn przeciwnych zwykle tracili w trakcie meczu po kilkanaście litrów potu, stąd przed bramką tworzyło się słone jeziorko, co upodobniało te mecze do rozgrywek piłki nożnej. Złośliwi twierdzą, że kałuże te zawierają nie tylko pot ale także i inne wydzieliny przestraszonych goal-keeperów. Według trenera mecz decydujący o utrzymaniu się w drugiej lidze SÓL przegrała z winy ich ówczesnego bramkarza, który stał na bramce jak słup soli i puścił aż 72 gole. Na wieść o tym hokejowym wyniku jego żona zamieniła się ze wstydu także w słup soli. Wcześniej jednak wypowiedziała kilka słów, o czym dobitnie świadczył grymas zastygły na jej twarzy. Obecnie małżeństwo znajduje się 100 m pod ziemią, gdzie zdobi jedną z kopalnianych komór udostępnionych turystom do zwiedzania. Wyraz twarzy żony hokeisty został nieco podretuszowany przez artystę-rzeźbiarza amatora, Józka Szczyptę. Takich figur solnych jest zresztą w kopalni więcej, niektóre powstały naturalnie - jak nasze małżeństwo, inne - całkowicie sztucznie. Mistrzowie rzeźbienia w soli mogą śmiało konkurować z mistrzami sporządzania figur woskowych. Istnieje nawet daleko idące podobieństwo między tymi dwoma rodzajami podobizn - jak się okazuje i z jednych, i z drugich można zrobić świeczki. Z tym, że świeczki - figury woskowe palą się znacznie lepiej.
Jak już wspomniałem, sól, która napadała przez zimę, nie topi się, dlatego po zakwitnięciu przebisoli - wielickiej wersji przebiśniegów - trzeba ją uprzątnąć, czyli pozamiatać. Dzięki temu pojawia się dodatkowa, sezonowa praca dla bezrobotnych. Ale to nie jedyna korzyść. Po oczyszczeniu brudnej, bo leżącej miesiącami na ziemi soli, polegającym na jej rozpuszczeniu w wodzie i przefiltrowaniu, z wytrąconych kryształów wyrabia się piękne pamiątki dla turystów. Wśród nich warto zwrócić uwagę na rzeźby i lampki solne, solne bryłki do lizania, w tym dla dzieci słynne lizaki solne i wiele wiele innych. Proszę zwrócić uwagę, że surowiec tych suwenirów nie pochodzi z podziemi lecz z nieba - z opadów. Jak bowiem wiadomo podziemne złoża soli są już od wielu lat nieeksploatowane - w kopalni znajduje się już tylko muzeum. Zresztą muzealnictwo kopalniane przynosi znacznie większe dochody niż prowadzenie urobku. Warto tu może dodać, że wzorem Wieliczki swoje problemy finansowe rozwiązała już jedna z kopalń węgla kamiennego na Śląsku, prawdopodobnie wkrótce deficytowe zakłady pracy zaczną masowo przekształcać się w muzea.
Uważny czytelnik kręcąc z niedowierzaniem głową gotów zapytać - dlaczego jedyna w swoim rodzaju wielicka zima nie jest znaną szeroko w świecie atrakcją turystyczną? Otóż mieszkańcy Wieliczki mając dość, a nawet więcej soli, nie odczuwają więc potrzeby podróżowania - ani nad morze, ani w góry. Zostają u siebie, ale za to jeżdżą w dół - w głąb ziemi do kopalni. Jak widać ich podróże są prostopadłe do podróży innych ludzi. Z tego zasiedzenia i braku porównania zimowe opady soli oraz inne osobliwości stanowią dla nich sól powszednią i dlatego, jako ich zdaniem, zjawisk zupełnie naturalnych, wcale ich nie reklamują. Natomiast słynna kopalnia soli w Wieliczce rozreklamowała się, że tak powiem, sama, wskutek intensywnych kontaktów handlowych.
Wiele by jeszcze można opowiedzieć o tutejszych słonych deszczach, kwasie solnym w studniach, słonych łzach Wieliczanek i innych jeszcze niezwykłościach. Tyle niech jednak wystarczy. Choć życie w Wieliczce upływa cicho jak opady soli, jest to miejsce warte odwiedzenia. Przyjedźcie więc koniecznie do Wieliczki, przyjedźcie najlepiej zimą, kiedy jest mniej turystów, ale za to więcej soli. Miasteczka tego nie zapomnicie nigdy, gdyż jest piękne jak kryształek soli. Pamiętajcie jednak, gdy gościnni tubylcy zaproszą was do stołu racząc tradycyjnym poczęstunkiem - chlebem i solą (tzn. paluszkami słonymi) i przypadkiem rozsypie się sól, nie mówcie, że będzie awantura...