Z cyklu "Wyobraźnia czytelnika zmaterializowana w twór żywy":
Szczęście z kontaktu z naturą, interpretacja "Szczęścia" J.Brzechwy puszczona wolno
Gdybym miała możliwość wyboru, przy którym stoliku chcę usiąść: czy przy wystawionym na rozsłonecznionej łące wśród kwiecia stoliczku ze szkła, przy którym usiadł już o świcie pogrążony z zadumie blady, niewyspany i ciężko raniony w serce Tuwim nad szklaneczką brendy, w której południowe słońce roztopiło dawno lód; czy też w głębi zrujnowanego wyszynku, gdzie od równie wczesnych godzin porannych unosi się smrodliwa bania z przypalonych mlek, sfajczonych niedopałków shajcowanych farb i wody kolońskiej "Szatan" a po kuchni biega nieumyty i nieuczesany Brzechwa, wybrałabym to drugie.
Wiersze powszechnie znane zakleszczają się w swej pełni i stają się z czasem nieinterpretowalne - niejeden balon zaraz by się znalazł, co by rugać nas, rozpasionych od ciężkiej lektury czytelników za naszą frywolność interpretacyjną.
Brzechwa, mniej znany w świecie, skory do zabawy fircyk, ze śmiesznie wykrzywioną stalówką za uchem, przyklasnąłby szybciej dziecinnemu głupstwu.
Bo każda u niego linijka pozostaje otwarta na przybycie rozchichranych gości tudzież konduktów kolorowych finokiów przechodzących pomimo, stąd nie wiadomo, gdzie się zaczyna i kończy sam Brzechwa a szukając go w kuluarach słów niejedno krzywe odbicie ukaże ktoś do niego podobny lub tylko niechcący tam weszły, nie wiadomo jak bardzo przedwczorajszy gość, zagubiony w korytarzach orgiastycznie kolorowych pełnych niedopowiedzeń wersów. W ten sposób poeta ma milion twarzy. Wyobrażam sobie, że tak zakamuflowany twórca nigdy nie pozwoliłby sobie na żadną jednoznaczność - podejrzewam że nawet w napisach na jego nagrobku gdzieś przyczaił się chochlik. Posłuchajmy pięknego liryku pt. "Szczęście" i wczujmy się w sytuację podmiotu lirycznego:
Ze snu wyłaniam się jak pijany
Od radosnego twego pobliża
I witam ciebie, znów zakochany
Spojrzeniem tkliwszym od znaku krzyża.
Ciągle tak samo i wciąż jak dawniej,
ciągle tak samo i wciąż na nowo
Tacy bezbronni, tacy zabawni
Śpiewamy jedno wesołe słowo.
Gramy w zielone, gramy i w śnieżne,
Wiosna i zima nam ręce splata
Chwile rozbieżne, chwile pobieżne
Przynoszą nowe, bezpieczne lata.
Coś ty za jedna? Jak Ci na imię
I skąd się wzięłaś na naszym świecie?
Dwie bose stopy drżą na kilimie;
Stopy kochane, dokąd idziecie?
Coś ty za jedna, kto ciebie stworzył?
I kto Cię całą sercem ogarnie?
Duszo pachnąca, fiołku boży,
Rozkwitający w mojej cieplarni!
Coraz nam słodziej, coraz nam młodziej,
Radość spełniona uśmiechem wskrześnie;
Dzień nas oszukał, dzień już odchodzi
I ty ode mnie odejdziesz we śnie.
Wieczór spojrzenia maluje sepią,
Szczęście przybliża się mimo woli,
Święci niebiescy nam garnki lepią
I od przybytku aż głowa boli.
Wyobraźnia czytelnika już od pierwszych słów wiersza przenosi go w rejony gdzieś na peryferiach miasta, gdzie nad ranem rozespany podmiot liryczny bieży z piękną inwokacją wprost do swojej małej szklanej cieplarni:
Ze snu wyłaniam się jak pijany
Od radosnego twego pobliża
I witam ciebie, znów zakochany
Spojrzeniem tkliwszym od znaku krzyża.
Co takiego hoduje on w tejże cieplarni, że pierwsze swe kroki od razu po obudzeniu się tam kieruje? Zdaje się że sam nie wie!
Jednak inwokacja skierowana jest wyraźnie do tajemniczej rośliny hodowanej w szklarni. Podmiot liryczny jest z nią związany emocjonalnie, nazywa ją tkliwie "swoją pachnącą duszyczką" (a więc ona pachnie, a po zażyciu prawdopodobnie oddziałuje na wnętrzności odpowiedzialne za rozruch duszy, skoro podmiot ją śmiało identyfikuje jako swoją rosnącą odrębnie duszę). Nie zna co prawda jej nazwy ("coś ty za jedna, kto ciebie stworzył?") ani pochodzenia ("jak ci na imię i skąd się wzięłaś na naszym świecie?"), ale niezależnie od tego jest od niej uzależniony: pijany od jej pobliża zasnął aby wyłonić się ze snów tylko po to, by znów ją powitać. Uzależnienie to prawdopodobnie trwa już jakiś czas, sądząc po wspomnianej to wiośnie to zimie, minimum dwa lata, a możliwe że dłużej, na co wskazuje zwrot "jak dawniej":
Ciągle tak samo i wciąż jak dawniej,
ciągle tak samo i wciąż na nowo
Tacy bezbronni, tacy zabawni
Śpiewamy jedno wesołe słowo.
Wrażliwy czytelnik w lot wychwyci pierwszy złamany akord wesołej melodii, z zacięciem się płyty na ostatniej linijce: czy cudowna roślina nie działa na podmiot nieco otępiająco? Prawdopodobnie ten cieszy się nią tak długo, że jest zdolny już tylko z nią czyli "pod nią" śpiewać i to tylko, o zgrozo, jedno jedyne słowo. Brzechwa z wrodzoną sobie delikatnością nie zawęża naszej wyobraźni, więc weź teraz i wpadnij na trop, jakie to może być słowo... Niezależnie od tego, wniknijmy głębiej w ukryty pod płaszczykiem radosnego peanu dramat:
Gramy w zielone, gramy i w śnieżne,
Wiosna i zima nam ręce splata
Chwile rozbieżne, chwile pobieżne
Przynoszą nowe, bezpieczne lata.
Z jednej strony roślina ma działanie rozluźniające, czas płynie leniwie, podmiot żyje ze swą rośliną w bezpiecznym kloszu.
Niby wydźwięk jest przyjemny i pochlebny dla rośliny, która opętała podmiot, jednak zwróćmy uwagę na podejrzanie zaszyfrowane przekazy: wiosna i zima ręce nam splata. Jakże to? Ze splątanymi rękami cóż począć można? Wyrażone są tu wyraźnie uczucia otumanienia szczęściem i jednoczesnego zablokowania w działaniu.
Jednocześnie, pomimo że świat tonie w bezpiecznej ułudzie, sam podmiot przeżywa lęki związane z brakiem kontroli nad sobą, co przedstawia w dwóch jakże wymownych wersach, stanowiących zapis stanów halucynacji lub pohalucynacyjnej paniki:
Dwie bose stopy drżą na kilimie;
Stopy kochane, dokąd idziecie?
Podmiot roi więc rozfragmentaryzowanie ciała, jego rozchodzenia się w różne strony izby.
I te ponure myśli, pozornie nijak odniesione do kontekstu:
Radość spełniona uśmiechem wskrześnie;
Dzień nas oszukał, dzień już odchodzi
I ty ode mnie odejdziesz we śnie.
Podmiot zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, widzi że znalazł się w pułapce szczęścia. Zwala wszystko za warunki zewnętrzne i otoczenie ("dzień nas oszukał"). W tych trzech linijkach mamy przebitkę z być może nieoficjalnego dziennika lub z jedynych prawdziwych zapisków czynionych na spodach garnków i patelni w chwilach kompletnej dezintegracji psychicznej osiąganej tuż przed szczytowaniem tak zwanego szczęścia. Podmiot pokazuje tu swoją dojrzałą twarz, ma świadomość, jaką cenę zapłaci za przeżywaną od kilku lat rozkosz. Zresztą jest już na etapie wypalania się, kiedy stanie na palcach, zobaczy siebie w stanie coma ("i ty ode mnie odejdziesz we śnie") leżącego na szpitalnym łóżku OIOM-u.
Podmiot liryczny ma świadomość, że przegina pałę, o czym świadczy ostatnia linijka tekstu ("I od przybytku aż głowa boli").
W zasadzie tylko przez nieoczytanie dyrektorów poprawczaków utwór ten nie stał się ich hasłem sztandarowym z walce z anonimową niewiadomego pochodzenia roślinnością nabywaną drogą letnich poszukiwań przez rozbrykanych wychowanków tego rodzaju przybytków.
Jednak, gdyby tak się stało, wówczas Tuwim, bliski przyjaciel Brzechwy, zapewne przewróciłby się w grobie ze śmiechu.