A dziś szczególnie przemawia mi do wyobraźni słowo "TERAPIA".
Powtórzcie głośno, proszę: "TERAPIA".
Okropnie popularne słowo, co nie? AromaTERAPIA, fotoTERAPIA - naświetlanie na jesienne deprechy, muzykoTERAPIA - nie wiem na co, ale na coś tam jest. Modna ostatnio tlenoTERAPIA. KrioTERAPIA. BioenergioTERAPIA. Dzieci z autyzmem bywają leczone psoTERAPIĄ (dogoTHERAPY) - bawią się z psami i dobrze im to robi. KonioTERAPIA (hipoTHERAPY) dla osób z porażeniem mózgowym. DelfinoTERAPIA - wspólne pluskanie się i zabawy z delfinami - dla osób na przykład z autyzmem lub anoreksją.
Tak tak, to wszystko prawda! Takie bogactwo TERAPII i jeszcze o wiele większe!
Czy można nadużyć słowa "TERAPIA"? I w jaki sposób? Pewnie jakoś można, ale kto jest władny stwierdzić: "Nie no, stary, tym razem przegiąłeś, to nie jest żadna TERAPIA"? Kto ma prawo decydować, co TERAPIĄ może być, a co nią być nie może?
No kto?
Mój "Komputerowy Słownik Języka Polskiego i Wyrazów Obcych PWN" (wersja piracka), twierdzi, że TERAPIA to "przywracanie zdrowia chorym ludziom i zwierzętom za pomocą różnych środków lub zabiegów; kuracja, leczenie". Przykłady zastosowań: TERAPIA bodźcowa (???!!!), tkankowa, wstrząsowa, TERAPIA grupowa, rodzinna, TERAPIA pracą (błeee...). Później wpisałem jeszcze słowa: "zdrowie", "chory" ("Chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć." "Nie każdy chory, co stęka." "Zdrowy chorego nie zrozumie.") i "prawidłowy", ale to nudne było wszystko. Moje myśli zaczęły oscylować w banalnych rewirach: "No dobrze, zdrowy na ciele to jasna sprawa - wszystko mu działa jak trzeba. Ale gdzie wzorzec dla zdrowia umysłowego? Czy grzyboTERAPIA, tzn. oczywiście miałem na myśli psychoTERAPIĘ, ma za zadanie prawidłowość przywrócić, czy ustanowić?", aż w końcu zacięły się na: "Pranie mózgu... Pranie mózgu? Pranie mózgu!"
Słowo "TERAPIA" wydaje mi się o wiele bardziej inspirujące, niż na przykład słowo "zdrowie".
Prowokuje do wymyślania sobie różnych TERAPII, co nie?
Zamiast prostackiego i w ogóle dawno utopionego w odmętach zapomnienia "będę doktorem", można odpalić sobie między uszami taśmę z kawałkiem "będę TERAPEUTĄ" (akcent koniecznie na u, jak w słowie "astronauta")...
Brzmi fajniej, nieprawdaż?
Bardziej obiecująco...
Z pewnej stronki (www.nerve.com) przyszła do mnie niedawno informacja o nowościach. Szczególnie ciekawie zapowiadał się tekst pt. "I Did It for Science. Infantilism", więc klik na link.
Tekst okazał się raportem. Autor wybrał się do manhattańskiego studia, prowadzonego przez panią o ksywce Mistress Caress. Prócz klasycznych fetyszystycznych tematów, studio oferuje usługę polegającą na tym, że gość traktowany jest jak dzidzibobo. Sympatyczna, na oko sądząc, Mistress Caress (której imię, przez swe syczące brzmienie, przywodzi mi na myśl pewną postać literacką, znaną z tekstu: "Ssskoszszsztuj... No wieszszsz... Dla nauki!"), w asyście asystentek (Baby i Suzy: "Aw, what an adorable baby!") pudruje mu pupkę, przewija, karmi dziecinnym papu - przeciery gerbery (nie, niestety nie jabłkowe, marchewkowe), wtyka do buzi specjalny wielki smoczek, do rączki grzechotę itd. Czasem gość zalicza parę klapsów. Ani przez chwilę nie zostaje bez opieki. Program jest elastyczny - można wprowadzać własne modyfikacje. Koleś poddał się temu i napisał, jak mu było (źle). Zamieszczono nawet foty, słowem - full wypas ;-)
Wracając do tematu: czy takie coś możnaby nazwać TERAPIĄ?
Hm?
Czy Mistress Caress bywa dla kogoś, czasem, TERAPEUTKĄ?
Przeczuwana odpowiedź: "Taaa, ychy, i co jeszcze?"
I jeszcze...
I jeszcze...
I jeszcze: Wandalizm TERAPIĄ na stres życia w mieście!
Malowanie graffiti TERAPIĄ przeciwko poczuciu alienacji!
Fajnie byłoby założyć stronkę, na którą ludzie z całego świata (A właśnie, że tak! Z całego świata!) przysyłaliby własne pomysły TERAPII. Proste i skomplikowane. Z wykresami, harmonogramami, rejestrami rekwizytów. TERAPII grupowych i indywidualnych. Może nawet zdjęcia z planu? Filmy? Dokumentacje zrealizowanych eksperymentów TERAPEUTYCZNYCH? Mogliby się tam chwalić sukcesami, zapraszać nawzajem do swoich grup, wymieniać doświadczeniami.
Oczywiście nic z tego nie wyniknie - już jutro nie będzie mi się chciało ruszyć palcem w tej sprawie (obecnie mój entuzjazm czerpie energię właśnie z ruchu palców na klawiaturze... Szybciej! Sxybcij1).
Ot, na przykład:
TERAPIA ŚNIEŻNA (dalsza krewna krioTERAPII) - polega na grupowych zabawach na śniegu w ładnej okolicy. Program obejmuje m. in. lepienie bałwana (albo bałwanicy, co może sprawić niektórym nawet więcej radości...), bitwę na śnieżki, zjeżdżanie na reklamówkach z górki, obwożenie się nawzajem na sankach. Leczy się nią sztywność ciała, odblokowuje czakramy spontanizmu. TERAPIA ta pomaga także ludziom, co za dużo chcą w swoim życiu kontrolować. Pomaga im pogodzić się z nieprzewidywalnością kierunku, z którego nadleci śnieżka (życie przypomina czasem bitwę na śnieżki, co nie?). Wszyscy w kombinezonach narciarskich, może nawet w goglach i nausznikach. I wywalanie się, tarzanie po śniegu, ganianie i uciekanie!
TERAPIA NA DOKUCZLIWE POCZUCIE MARNOWANIA CZASU - polega na celebracji skracającego się odcinka czasu między dziś a najbliższymi świętami (dla niecierpliwych - między dziś a najbliższym weekendem).
TERAPIA ODMŁADZAJĄCA (to powinien być hit!) - polega na urządzeniu imprezy (najlepiej urodzinowej) w McDonaldzie i sproszeniu starych (!) znajomych. Z udziału mogłyby skorzystać także hostessy, które normalnie obsługują tego typu zabawy w tego typu przybytkach. To już by od nich zależało, co by zyskały, a co straciły... Wszystko musiałoby odbyć się jak należy. Przepisowo. Zgodnie z rozkładem i cennikiem. Uczestnicy TERAPII dostaliby szpiczaste czapeczki i baloniki, odbyłby się konkurs rysunkowy. A zwykli goście tej... err... restauracji by patrzyli i kibicowali! Dzieciaki, co przyszły z rodzicami na lody ("Tatku, czy ci ludzie mają nierówno pod sufitem?"), kolesie w skórach i ich koleżanki na szpilkach ("..."). A tam: malowanie twarzy! Każdy komuś! "Jezaaa!", "Łaał!" i śmichy-chichy! A gdyby ktoś chciał się przyłączyć, to: "Serdecznie witamy i zapraszamy, załóż czapeczkę, wystaw mordeczkę." A później każdy w taryfę i na dalszy ciąg imprezy. Bo na zabawę do Mc Donalda trzeba by przyjść trzeźwym i w ogóle "na czysto", a w dalszym ciągu owszem, używanie do woli. Co kto lubi. Osobiście polecałbym szczególnie Drinka-O-Zapachu-Chińskiej-Gumki-Do-Ścierania: Cinzano Bianco + Oranżada Hellena Biała + Plasterek Cytryny + Lód. To by też była TERAPIA na nudę życia towarzyskiego i zestarczenie stosunków. Wskazane, by w składzie grupy TERAPEUTYCZNEJ przeważały osoby stanu wolnego i bez zobowiązań. Bo przecież malowanie komuś twarzy to prawie jak pieszczota. Intymny kontakt. A sceny zazdrości mogłyby zagrozić harmonii i sprowadzić na grupę deziluzję - to ponure, rozkrakane ptaszysko (widmo deziluzji krąży zapewne nad rozmaitymi grupami TERAPEUTYCZNYMI i jednostkami poddającymi się TERAPII indywidualnej, co bynajmniej nie musi świadczyć o słabości TERAPII jako takiej).
Wtedy sytuację mogłaby uratować już chyba tylko TERAPIA PRZECIWKO DEZILUZJI!
Jakieś propozycje?
Hm?