[ 2002/09/26 ] Poduszka dla Luizy, autor: Andrzej "Andre" Świech, kategoria: tekst

Obudziłem się, niepewny, czy to już życie, czy wciąż pornograficzny sen o rudej dziewczynie z ogromnym, sztucznym penisem. Starając się zapomnieć strach, jaki mi towarzyszył, gdy zobaczyłem, że dziewczyn jest więcej, wygrzebałem jego resztki spod powiek kilkoma niepewnymi przetarciami oczu. Dreszcz mnie przebiegł na wspomnienie wyrazu oczu dziewcząt ze snu, gdy zbliżały się do mnie, ich ogromnych, naprężonych mięśni, wolałem nie myśleć, co by było, gdybym zachował się, nie tak, jak chciały. Potrząsnąłem głową, żeby pozbyć się obrazów błyszczących mi pod powiekami i spojrzałem na śpiącą Luizę. Obróciła głowę na poduszce, a blond kosmyk wylądował tuż przy jej ustach, coś wymruczała przez sen. Nieco podniosła głowę nie czując mnie przy sobie. Leciutko uchyliła powiekę i łypnęła zielono-brązowym oczkiem, przekonując się, że siedzę tuż obok. Gdy opadła z powrotem w swoje kolorowe sny, odsunąłem kosmyk na bok i pogłaskałem po policzku.
Wstałem, z mocnym postanowieniem napicia się czegokolwiek i wkrótce, z zimnym piwem w ręce, usiadłem przy stole. Wiedziałem, że nie zasnę, nie chciałem nawet zamykać oczu. Włączyłem komputer i zgasiłem lampkę, Luiza nie lubi spać przy świetle, dlatego zawsze ona kładzie się później, bo ja boję się zasnąć bez światła. Nie zdecydowałem, czy coś napiszę, czy tylko pogram sobie w jakąś grę nie wymagającą wysilania mózgu. Ostatni błysk oświetlił Luizę, kiedy uśmiechała się kącikami ust, obejmując poduszkę. Tę cholerną poduszkę.
-Szkoda, że nie masz łusek - powiedziała chwilę potem.

Poznałem Luizę, jako śliczne blond zjawisko pochylone nad książką, gdy wszedłem do czytelni, szukając swojego miejsca. Podniosła głowę i wtedy się zakochałem w tych lekko rozchylonych zdziwieniem ustach, w tych zielono-brązowych oczach za okularami i tym głosie:
-Mogę siedzieć po tej stronie? Jestem leworęczna... - i przepraszający uśmiech, w którym też się zakochałem.
-Ja też jestem leworęczny i wolę siedzieć po lewej - powinienem powiedzieć. - Oczywiście. Dla pięknej kobiety wszystko - powiedziałem zamiast tego.
Tylko uśmiechnęła się w podziękowaniu i wróciła do lektury, a ja rozsiadłem się z jej prawej strony, wyciągnąłem, dumny z jego posiadania, laptopa i książkę, zanurkowałem pod stolik, żeby go podłączyć (oczywiście, nie pominąłem okazji, by sprawdzić, jaki kolor mają jej majtki). Szukałem w książce miejsca, na którym ostatnio skończyłem. Kątem oka dostrzegłem, że ona zezuje w stronę mojej dumy, a że komputery przenośne do dziś nie są codziennością - poczułem się podwójnie głupio, że na tapecie mam około setki kobiecych tyłków. Czym prędzej włączyłem edytor tekstu i, widząc, że wciąż patrzy na ekran, zwiększywszy czcionkę do dwudziestu czterech punktów, napisałem:
ŁADNE MAJTECZKI. MOŻE SPOTKAMY SIĘ NA KAWIE?
Nie dała mi w pysk, choć powinna. Roześmiała się krótko, ale tak głośno, aż kilka zgorszonych polonistek (poznałem po okularach jak denka butelek po pepsi) spojrzało wymownie w jej stronę. Udała przerażoną zamieszaniem, jakiego narobiła i zakryła usta dłonią z przekomicznym wyrazem twarzy. Przesunęła sobie laptopa bliżej i wyklepała dwoma palcami:
A TY, KOCHANIE, JAKIE MASZ DZIŚ MAJTKI?
I poszliśmy na kawę, po drodze oglądając poduszki.

Luiza lubi poduszki. Zbiera je, jak inni kolekcjonują znaczki i kapsle, albo podstawki pod piwo czy pudełka po zapałkach. W tym celu kupiła sobie mieszkanie trzypokojowe, by jeden pokój przeznaczyć tylko na swoją ogromną kolekcję. Czego tam nie było: poduszki okrągłe, trójkątne, kwadratowe, rożki, wałki, serduszka, pieski, kotki, owoce... Poduszki w kształcie gwiazdek i księżyców z rękami i nogami, ogromny pluszowy tygrys, którego brzuch służy jako poduszka, pyszczki bohaterów kreskówek - szczególnie z �Kubusia Puchatka", którego Luiza bardzo lubi. Lawina kolorów i kształtów - tak wyglądał ten pokój. Poduszki walały się wszędzie - na podłodze, na szafkach, pozornie bez ładu i składu. Tylko kilka było ułożonych obok siebie w jakim takim porządku na małym regale - wyglądały przepięknie: bogato zdobione, delikatne w dotyku i zmieniające barwę w zależności od kąta padania światła, były małymi dziełami sztuki. Luiza powiedziała, że to najważniejsze poduszki, najbardziej cenne i najpiękniejsze. W głowie mi się kręciło. Luiza oglądała je godzinami, codziennie sycąc się widokiem każdej z nich, lub tylko wybranych. Dopiero potem, gdy już się wprowadziłem, zauważyłem, że Luiza czasem także mówi do swoich poduszek i długo trwa ceremoniał wybierania tej, na której dziś złoży swoją śliczną główkę. Ja musiałem sobie kupić poduszkę - powiedziała, że nie da mi żadnej ze swojej kolekcji, choć wiedziałem, że ma kilka takich, których sama nie używa i nawet nie ogląda. Kupiłem sobie poduszkę, oczywiście wybierając ją z Luizą. Byłem nieco zły na nią za to skąpstwo, lecz przeszło mi, gdy zrozumiałem, że poduszki były dla niej nie tylko kolekcją, ale wprost przyjaciółmi i przyjaciółkami. Zazdrościłem trochę Luizie tej szalonej pasji i tego, że ma środki na jej realizację - tam, gdzie mieszkałem, nie było miejsca na to, by jeden pokój przeznaczyć tylko na cokolwiek. Zresztą nie miałem takiej pasji zbierackiej, wszystkie moje skarby: figurki krasnoludów, kapsle i podstawki pod piwo, figurki kotów mieściły się na dwóch niedużych półkach i jednej planszy powieszonej na ścianie. Przed wejściem do sanktuarium Luizy musiałem zdjąć buty. Tym samym skazałem się na opowieści o poduszkach, historii każdej z osobna i wszystkich naraz, choć myślałem tylko o tym, jak chcę się kochać dziś, teraz.
Warto było poczekać, biorąc pod uwagę kondycję i umiejętności miłosne Luizy.

Kupiłem Luizie poduszkę. Co innego mogła dostać w rocznicę naszej znajomości? Dzień wcześniej obejrzałem całą kolekcję pod jej nieobecność. Zrobiła mi zresztą straszną awanturę, że dwie poduszki z górnej półki małego regału leżały na półce niżej, ale dziś już o tym nie pamiętałem. Cieszyłem się, że udało mi się kupić poduszkę, jakiej u Luizy nie widziałem. Co prawda kosztowała mnie, jak na poduszkę, mnóstwo pieniędzy, ale byłem zadowolony.
Kwadratowa - jakieś trzydzieści na trzydzieści centymetrów, z aksamitu, pokryta wzorem imitującym motywy orientalne ze smokiem pośrodku z jednej strony, z drugiej w kropeczki ułożone w geometryczne kształty, wykończona falbanką - powinna się spodobać Luizie. Jak na mój gust, powinny być co najmniej dwa smoki, po jednym na każdą stronę, ale nie jestem specjalistą. Człowiek, który mi ją sprzedawał - stary, zasuszony Chińczyk, z siwą kozią bródką i wyglądem mistrza sztuk walki z filmów klasy Z - opowiadał jakieś szalone historie, żeby tylko podbić cenę, ale słuchałem go jednym uchem, bynajmniej nie wierząc w to, że poduszka należała do cesarza jakiegośtam - wtedy kosztowałaby kilkanaście razy więcej. Interesowało mnie raczej, żeby sprzedał mi ją jak najtaniej. Udało się, dzięki wysłuchaniu trzech następnych historyjek o smoku zaklętym we wzór z jedwabnych nici, o łzach zakochanej dziewczyny, które wypłakała w tę poduszkę (kropki z drugiej strony) i o, zaklętej w falbankę, mocy śnienia o wspaniałych krainach. Mimo że zyskałem tylko dziesięć złotych, i tak byłem zadowolony.
Luiza też pamiętała o rocznicy i zrobiła cudowną, romantyczną kolację przy świecach, oczywiście w poduszkowym pokoju. Po odsunięciu kilku poduszek było miejsce, by postawić świece i nie zachlapać woskiem niczego, a kilkanaście innych utworzyło stół, który, jak potem sprawdziliśmy, mógł równie dobrze pełnić rolę łóżka. Luiza chciała mieć mój prezent pod głową, gdy wchodziłem w nią mocno i z kontrolowanym pośpiechem doświadczonego kochanka. Krzyczała z rozkoszy, jak nigdy wcześniej - i przypisałem to ilości wina, które wypiliśmy.

W jakiś miesiąc potem dostałem poduszkę.
Rzadko miewałem sny, zwykle śniłem tylko krótkie, szarobure fragmenty, które zapominałem wcześniej, niż zdążyłem się obudzić. Luiza nie narzekała nigdy na brak snów. Opowiadała mi co rano ciekawe historie, szczególnie, gdy spała na poduszce ze smokiem. Były to marzenia każdego rodzaju - podróżnicze, sensacyjne, erotyczne, niefabularne fantasmagorie... Żartowałem, że takie bogactwo nie może się marnować, i powinna wszystko zapisywać, żebym miał tematy do powieści fantastycznych. Popatrzyła na mnie wtedy z rozbawieniem w oczach i powiedziała, że każdy ma, na co zasłużył.
-Sny są jak seks - dodała jeszcze, tym razem bardzo poważnie. - Każde z nas przeżywa inaczej to uczucie na końcu. Dla mnie sytuacja wygląda tak, jakbyś zapisywał swój orgazm, a ja próbowałabym go potem opisać. Czujesz?
Nie odpowiedziałem.
Następnego dnia kupiła mi poduszkę - wtedy przyszło mi do głowy, że nigdy nie widziałem, jak Luiza kupuje swoje poduszki. Zapragnąłem się dowiedzieć, gdzie kupiła tę poduszkę dla mnie i jak ją wybrała, zapytałem nawet o to, ale Luiza nie odpowiedziała. Zasłoniła się tym, że kupiłem jej bardzo ładną poduszkę i przecież wiem, gdzie, co i jak. Ta, którą dostałem była oczywiście nie tak wymyślna, jak ta, którą ja kupiłem kilka tygodni wcześniej, ale też ładna. Okrągła, bardzo sympatyczna, w nowoczesny wzór na niebieskim tle. Gdy potem wszystko to analizowałem na spokojnie, przypomniałem sobie, że ta poduszka wzdychała przy naciśnięciu, ale wtedy byłem zbyt logiczny, żeby w to uwierzyć.
-Kolorowych snów kochanie - powiedziała Luiza, całując mnie na dobranoc i gasząc światło. Jeszcze nie bałem się ciemności.
Sny były kolorowe - naprawdę. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak, że w ogóle były.

Kochałem Luizę i jej poduszki, nie wyobrażając sobie, ani Luizy bez poduszek, ani poduszek bez niej. Szczególnie po tym, gdy udało mi się podpatrzeć Luizę przy kupowaniu. Zaczęło się od tego, że zobaczyłem dziewczynę o długich blond włosach, przypominającą mi Luizę, na Floriańskiej. Pamiętałem, że miała dziś na sobie niebieskie dżinsy i zieloną kamizelkę narzuconą na czarną bluzkę, a ta osóbka przede mną dokładnie tak była ubrana. Przyspieszyłem kroku i przekonałem się już na pewno, że to Luiza - tylko ona w ten sposób odgarniała włosy, a chwilę potem obróciła się profilem. Już chciałem zawołać, ale przypomniałem sobie, że miała dziś wybrać się do jakiegoś sklepu, by kupić poduszkę do kolekcji. Doskonała okazja, by wreszcie się zorientować, gdzie zaopatruje się Luiza.
Skręciła w św. Tomasza, a ja, na wszelki wypadek, wciąż dbając, by jej nie zgubić z oczu, zdjąłem kurtkę i szybko obróciłem ją na drugą stronę - miałem więc na sobie białe, a nie czarne ubranie. W plecaku leżała pognieciona czapka, wątpliwe, by Luiza pamiętała, że jeszcze ją mam. Założyłem i, gdy spojrzałem na siebie w najbliższej wystawie, byłem zadowolony z efektu - moja dziewczyna nie powinna mnie poznać, gdy się obróci.
Szliśmy tak skręcając Szpitalną na Mały Rynek, Sienną i wreszcie Starowiślną. Ni z tego ni z owego Luiza skręciła w jedno z wielu, niczym się niewyróżniające, podwórko i tam weszła w drzwi, które okazały się wejściem do małego sklepiku. Mogłem patrzeć, jak kupuje, nie wchodząc, gdyż wszystko widziałem przez szybę wielką na całą ścianę.
Pierwszym zaskoczeniem był sprzedawca. Głowę dam sobie uciąć, że to ten sam dziadek, który sprzedał mi poduszkę na rocznicę, a kupiłem ją na Karmelickiej, po drugiej stronie Rynku, ładny kawałek drogi stąd. Nigdy więcej nie udało mi się trafić tam jeszcze raz. Próbowałem też znaleźć sklepik na Starowiślnej, ale ile razy przychodziłem, nie było go. Ani cienia dziadka.
Drugim zaskoczeniem był sposób wybierania poduszek. Słuchała, i owszem, bajań dziadka, dając ucho jego pomysłom i nieprawdopodobnym historiom o wiele bardziej, niż mnie się to zdarzyło. Poza tym nie wybrała swojej poduszki sprawdzając, czy jest dobrze wykończona, czy nie ma zadartych nitek, czy jest miękka lub twarda - tak jak ja robiłem. Nawet nie patrzyła na wzory, kazała tylko dziadkowi przynosić wszystkie poduszki, a potem brała je w dłonie, jakby ważąc - tak przeprowadzała wstępną selekcję. Potem dotykała lekko policzkiem, albo lepiej - przytulała się na pornograficzną chwilę tak intymnie, że poczułem się zazdrosny. Wreszcie, po prawie godzinie, wybrała trzy poduszki.
Wtedy spojrzała w szybę, a ja - mimo że prawie zapadł zmrok i nie powinna mnie widzieć - poczułem się jak podglądacz. Jakbym nie stał za szybą sklepu, lecz tuż nad Luizą w ubikacji naszego mieszkania - to mniej więcej ten poziom intymności.
Luiza była tak szczęśliwa, gdy pokazywała mi swój nowy zakup, że byłem gotów uwierzyć, że wtedy, pod sklepem, mnie nie zauważyła.

Nie rozumiem poduszek Luizy. Kiedyś przyszedłem wcześniej, niż ona i chciałem zrobić jej niespodziankę, przygotowując jakiś dobry obiad. Luiza lubi spaghetti z sosem, bez mięsa, choć nie jest wegetarianką. Wiedziałem, że wróci około szóstej, więc miałem dwie godziny po powrocie z pracy. Poświęcę się, pomyślałem i raz zjem bezmięsny obiad.
-Kochanie, jesteś taki słodki. Moje preferencje postawiłeś nad mięso... Tego się nie spodziewałam - już słyszałem tego szczebiotania Luizy po powrocie do domu.
Nie lubię otwierać drzwi tak, żeby mnie słyszeli wszyscy sąsiedzi. Luiza nawet śmieje się ze mnie, że wchodzę do własnego (ciekawe, nie jesteśmy małżeństwem, a jednak ona mnie traktuje jak męża) mieszkania jak złodziej.
Uderzyły mnie dźwięki - nie gwar, nie szum. Raczej jednostajne pomrukiwanie, ciche mruczenie w rytmie, a czasem bez rytmu. Zaczynało zmierzchać, więc w przedpokoju było właściwie ciemno. Włamanie, pomyślałem na początku. Jeszcze ciszej postawiłem torbę na ziemi, zamknąłem drzwi i ruszyłem w stronę głosów. Dochodziły z pokoju poduszek Luizy. Głupie myśli przychodzą człowiekowi w czasie zagrożenia. Myślałem wtedy, że byłoby strasznym ciosem dla mojej dziewczyny, gdyby zginęła jej ta mała poduszka z kotkiem, lubi ją przecież tak bardzo. Im bliżej podchodziłem, tym bardziej głos wydawał mi się znajomy, choć pojawiał się w różnych tonacjach. Może jakiś znajomy odwiedził Luizę, pomyślałem, albo tylko poczuła się źle w pracy i ktoś odwiózł ją do domu. Odrzuciłem możliwość, że ktoś nas odwiedził, Luiza nie miała kolegów, koleżanek, mnóstwa znajomych. Tylko kilkoro przyjaciół - wiedziałem, ile przygotowań czyniła, gdy odwiedzała nas którakolwiek z tych osób. Musiałem biegać po sklepach muzycznych i sprawdzać, czy nie ma nowej płyty Tiamatu, bo przychodzi Andre. Kupowałem opiumowe kadzidełka, bo przychodzi Basia. Szukałem po całym Krakowie wina Martini Bianco w półlitrowej butelce, tylko z tego a nie innego roku, bo Agnieszka nic innego nie pije. Albo innym razem - goniłem za dżinem dla Gosi, bo najbardziej lubi pić dżin z tonikiem - który musiał być oczywiście też specjalny, nawet nie pamiętam jakiej firmy. Tym razem nic nie załatwiałem, bo Piotr przychodził dopiero za kilka dni i za nowym, metalowym chorążym beardsmanów, który podobno dopiero wyszedł, miałem czas się nabiegać. Swoją drogą - ciekawe, skąd Luiza wiedziała o takich szczegółach, skoro figurek dziennie wychodzi pewnie coś koło dziesięciu, a ona wiedziała akurat o tej, która interesuje Piotra. Dopiero tuż przed pokojem naszła mnie pierwsza poważna myśl o tym, że powinienem mieć jakąś broń. Nie miałem.
Mimo to otworzyłem drzwi kopem, jak w porządnej komedii sensacyjnej. Ten widok... Te poduszki, wszystkie, jak jedna... PATRZYŁY na mnie, namacalnie, w półmroku pokoju. To one mruczały. Trzęsły się pornograficznie (nie wiem, skąd to skojarzenie) i podrygiwały przy wydawaniu dźwięków. I, do cholery, zwracały się do siebie, a ja czułem się jak idiota, za którego mnie zresztą uważały. Tak czułem. Słyszałem już nie tylko pojedyncze słowa, najgorsze jednak, że wreszcie skojarzyłem głos. One wszystkie mówiły głosem Luizy. Opowiadały fragmenty snów, mruczały podniecone, jęczały tuż przed orgazmem i prowadziły nasze dyskusje. Natłok słów był tak ogromny, tak gwarny, coraz bardziej agresywny, że nie wytrzymałem. Zsunąłem się po ścianie, niestety przytomny i niezdolny do żadnego ruchu.
Nie zrobiłem obiadu. Od tej pory boję się ciemności, bo przypominają mi się te poduszki. Muszę przynajmniej widzieć zarysy. I staram się nie wracać do domu przed Luizą.
-Kochanie, co się stało? - Luiza tuliła mnie i próbowała pocieszyć. Gdy przyszła po szóstej, zastała mnie na podłodze, gdzie się przewróciłem próbując podejść do drzwi, pijanego w sztok. Nigdy nie udało mi się tak szybko upić. Wypiłem pół butelki piwa duszkiem, gdy tylko dopadłem do lodówki. Wtedy mój wzrok padł na wódkę chłodzącą się dla Artura, który miał przyjść jutro. Dopiłem piwo porządnym haustem, a następnym opróżniłem prawie ćwierć litrowej butelki. Zapomniałem o poduszkach i tym pieprzonym pokoju. Nie byłem w stanie myśleć o czymkolwiek i pamiętać czegokolwiek. Dokładnie o to chodziło. Luiza wyciągnęła mi spomiędzy zdrętwiałych palców butelkę, w której zostało ledwo co na dnie. Chciałem jej opowiedzieć... wszystko wydawało mi się jednak tak nieprawdopodobne, że nie chciałem wyjść na jeszcze większego idiotę. Dziwne, jak trzeźwo myśli czasem pijany człowiek.
-Kochanie, co ty robisz? - łzy Luizy kapały mi na policzki, ale nie wiedziałem, która Luiza płacze. - Dlaczego znowu pijesz? Wiesz, że boję się ciebie, gdy jesteś....
-To te poduszki - przerwałem jej bełkotliwie. - Wszystko... przez... poduszki....

Poduszki Luizy znów zrobiły ze mnie idiotę, jak zwykle, gdy wróciłem do domu wcześniej.
Zawsze we wtorki siedzę z kolegami pijąc piwo do późna - a gdy przeprowadziłem się do Luizy, która mieszkała na Dietla, mogłem siedzieć jeszcze dłużej. Zwykle wracam więc około 23 czasami nawet po północy. Luiza, choć nie lubi fantastyki, często mi towarzyszy - wtedy powiedziała, że troszkę niedobrze się czuje i żebym sobie nie przeszkadzał. Obiecałem, że wrócę ostatnim autobusem - co wychodziło właściwie na to samo - gdyż szedłem dwadzieścia minut, a jechałem piętnaście. W połowie drugiego piwa postanowiłem zrobić Luizie niespodziankę i wyjść za jakieś półtora piwa, czyli dwa poniżej normy. Byłem w domu około dwudziestej pierwszej.
Chciałem, żeby moje wejście było doskonałym wstępem do poprawienia nastroju Luizy, albo nawet igraszek miłosnych. Kupiłem po drodze różę - herbacianą, bo takie najbardziej lubi Luiza. Wszedłem cicho i włożyłem ją w zęby, bo wszystko musiało wyglądać romantycznie, jak z najtańszych tandetnych komedii. Zamknąłem drzwi, nie zapalając światła, trochę przesiąkało leciutko z pokoju Luizy. Wystarczyło, żebym widział, jak dojść. Usłyszałem głos Luizy, mówiący cicho, ale wyraźnie słowa. Wiedziałem, że jest w domu, więc nie zaskoczyło mnie to i nie bałem się, że znów poduszki robią mi diaboliczny żart. Zaskoczyło mnie co innego - wyczuwałem w głosie Luizy podskórne napięcie, podniecenie, podobne do tego, gdy rozpoczynaliśmy grę miłosną, delikatne podchody, nie znaczące pieszczoty, lub tylko graliśmy role, jakie sobie nadaliśmy na jeden, szalony wieczór. Luiza kochała te przebieranki. Teraz była co najmniej podekscytowana, ale tembr głosu mówił, że była podniecona, tym seksualnym podnieceniem, wyuzdaniem i całą pornograficzną wyobraźnią. Czyżbym już się jej znudził? Coś ukłuło mnie gdzieś pod mostkiem... Cicho, jak kot podszedłem do drzwi - nie były zamknięte. Pchnąłem je lekko...
Wypiłem tego wieczora kilka piw. Chciałbym wierzyć, że byłem pijany w sztok i tylko wydawało mi się, że widziałem, co widziałem. Chciałbym wierzyć, że wszystko to było chorym snem wyprodukowanym przez jedną z tych cholernych poduszek. Gdyby chociaż Luiza była sama... albo żeby była z facetem, przystojniejszym, wyższym, inteligentniejszym, jakkolwiek lepszym ode mnie.
Luiza leżała naga na łożu z poduszek, tym samym, które widziało tyle uniesień i słyszało tyle jęków. Na jej ustach zastygł właśnie ten wyraz napięcia, tuż przed momentem, gdy jest gotowa na wszystko. Między jej nogami leżała poduszka, ta, którą jej kupiłem. Dam sobie głowę uciąć, że smok z tej poduszki długimi, podejrzanie miękkimi ruchami języka i ogona, pieścił ją. Wyglądałoby to może śmiesznie, gdybym widział to na filmie anime, teraz jednak widziałem na żywo moją dziewczynę - i było to obrzydliwe. Nie brzydkie, lecz odpychająco brzydkie. Okropne.
Powinienem krzyknąć, powinienem wpaść w szał i, podbiegłszy, trzasnąć Luizę zdrowo po twarzy. Powinienem przynajmniej tam wejść i przerwać tę scenę. Powinienem cokolwiek zrobić. Powinienem, ale człowiek czasami zachowuje się kompletnie nie tak, jak powinien, kompletnie nielogicznie i nieadekwatnie do sytuacji. Luiza jęknęła z rozkoszy każdą kroplą wypitego przeze mnie alkoholu.
Róża wypadła mi z ust, przymknąłem drzwi, po omacku podszedłem do wyjścia i nie troszcząc się już o delikatność trzasnąłem porządnie, wyrzucając tym samym dużą część agresji, jaka się we mnie nagromadziła. Dopiero zimne powietrze wieczoru otrzeźwiło mnie i przywróciło tę wyjątkową jasność myślenia, jaką mam tylko w chwilach ekstremalnego napięcia. W ciągu sekundy zdecydowałem co dalej. Jak przez mgłę słyszałem głos Luizy na schodach, wołający mnie, może zorientowała się...
Pół sekundy zajęło mi obliczenie drogi, na której zniknę jej najszybciej z oczu. Dwie następne - obliczenie najkrótszej drogi do fantastów. Potem poszedłem pić. Trafiłem doskonale - akurat wychodzili, choć mój nieludzko wyczulony umysł wymyślił dziesiątki możliwości na wyciągnięcie ich stamtąd. Łącznie z kupieniem litra Johnny Walkera, bo wiedziałem, że Luiza przyjdzie za mną. Chłopcy tak samo zdziwili się tym, że jestem z nimi, jak butelką, bo wyciągnąłem ją zaraz na spotkanie. Wiedzą, jak bardzo kocham Luizę i dlatego przestałem spędzać noce na alkoholowych wyprawach przez Kraków, a tutaj jeszcze Johnny Walker. Zrozumieli, że coś się musiało stać, nie pytali, patrząc na moją minę. Jak za starych, dobrych czasów, piliśmy do piątej nad ranem, a potem jeszcze ponad godzinę siedziałem na Plantach i trzeźwiałem. Wróciłem do domu przed siódmą - Luiza czekała na mnie. Nie spała chyba całą noc - poznałem po oczach zaczerwienionych z niewyspania i płaczu.
-Szukałam cię... - szepnęła w moje ramiona, gdy wszedłem.
Rzuciłem ją na podłogę, tam wziąłem ją bez słowa, szaleńczo, przypominając raczej drapieżnika rozrywającego swoją ofiarę, niż kochanka. Każdym gestem tłumaczyłem jej i sobie, że jest moja i niczyja więcej. Została, pijana moim oddechem i przyjemnością, w przedpokoju, wśród rozrzuconych fatałaszków, a ja szybko zaliczyłem prysznic i przebrałem się.
-Wrócę dziś - powiedziałem na pożegnanie.

Poduszki, czy ja? To pytanie przewijało się nie raz. Zastanawiałem się sto razy, co się liczy dla Luizy bardziej. Po tamtej nocy ze smokiem gotów byłem przysiąc, że wybór pada na mnie, choć nie rozmawialiśmy o tym. Luiza próbowała zacząć temat, dowiedzieć się, może wytłumaczyć.. Nie chciałem słuchać, bo bałem się, że zwariowałem. A jednak coś się zmieniło. Może seks. Może uczucia. Może tylko zbladł cień uśmiechu Luizy. Może po prostu zacząłem zwracać uwagę na drobne szczegóły, które przedtem mi umykały.
Na przykład moje kolorowe sny. Nic w tym niby dziwnego - sny zwykle są kolorowe, lecz moje były wprost przekoloryzowane. Były tak nienaturalnie przesycone kolorami, że przerażały mnie czasami, nawet ponad swoją treść. Zaczęły się z pierwszą poduszką od Luizy, wybieraną w tajemniczy i pielęgnowany sposób. Stawały się coraz gorsze, coraz okrutniejsze, coraz cięższe.
Wtedy też pojawiła się pornografia - ostra pornografia, o której, chciałoby się rzec, nawet mi się nie śniło. Od znajomego dostałem za darmo hasło Adultcheck, otworzyły się przede mną tyle stron internetowych, o takich treściach, że nigdy nie myślałem, że coś podobnego jest możliwe, choć wydawało mi się, że znam się na seksie. Tylko dlatego założyliśmy sobie stały dostęp do sieci. Dziś mam wrażenie, że to Luiza popychała mnie do oglądania, sama też naprawdę to lubiła. Dziś mam pewność, że to ona w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób była prowokatorką moich snów, nie wiem przy jakim współudziale swojej poduszki ze smokiem. Oglądaliśmy wszystko, według katalogu. Doszliśmy do kategorii Fetish - była to nawet dobra zabawa przez jakiś czas, niektóre elementy nawet wprowadzaliśmy do swojego repertuaru. Wkrótce zauważyłem, że to nie jest śmieszne - Luiza z wyuzdanym zafascynowaniem patrzyła na te wszystkie zdjęcia, czytała opisy, pisała własne świńskie opowiadania i naprawdę doskonale się czuła w tej skórze.
Chyba wtedy zorientowałem się, że z Luizą i tymi poduszkami jest coś nie tak.

Boję się poduszek Luizy. Nie tylko dlatego, że rozmawiała z nimi. Nie tylko dlatego, że poduszkami się onanizowała. Nie tylko dlatego, że poduszki mówiły między sobą jej głosem. Były niezwykłe pod każdym względem, dlatego właśnie tak długo je wybierała. Jednak to poduszka ode mnie pobiła wszystkie swoją niezwykłością i chyba dlatego tak bardzo Luiza ją lubiła. Nie dlatego, że to podarunek ode mnie, lecz dlatego, że w tej poduszce była moc tajemnic, o jakich mi się nie śniło.
Obudziłem się w nocy, z koszmarnego snu o perwersjach, jak zwykle. Tym razem mój sen był pełny kału, moczu i wszystkiego, co brudne. Moja poduszka była mokra od potu, zbudziłem się z krzykiem. Luiza spała dalej, położyła sobie na twarzy poduszkę, TĘ poduszkę. Było ciemno, więc chciałem zdjąć ją z twarzy Luizy.
Nie spałem potem do rana. Siedziałem przed komputerem, kolejny raz podczas pożycia z Luizą, grając w odmóżdżającą grę, żeby zapomnieć i chciałem znaleźć się wszędzie, tylko nie w tym miejscu, gdzie akurat byłem. To nic, tłumaczyłem sobie potem i tłumaczę sobie teraz. Każdy normalny człowiek by mnie wyśmiał i powiedział, że bać się to i owszem, ale czegoś takiego?
A czego się bać w lesie, w środku nocy - gdy wszędzie wokół panuje tylko cisza? Przecież, nie ma nic strasznego, gdy jesteście tylko we dwoje: ciemność i TY. To jednak w tej ciemności jednak czai się cały twój strach i czeka na dogodny moment, by wyjść. Ciemność zaprasza cię, a każdy krok po wejściu w nią to mierzenie się ze strachem. Dlaczego w takiej chwili, gdy ktoś bezgłośnie wyjdzie za tobą na drogę, boisz się zwykłego powitania? Dlaczego wtedy drzewa nie są drzewami, a ptaki baraszkujące wśród gałęzi stają się dziwnie ogromne i potworne? Tak samo przecież nie ma się czego bać w ciemności nocy, we własnym mieszkaniu, prawda? Gdy jesteś sam ze swoimi myślami, a wyobraźnia podsuwa ci najdziwniejsze wizje, kroki na schodach i stuk okiennicy, którą zapomnisz domknąć. Czasem chwytasz się na tym, że prawie krzyczysz ze strachu, bo coś chwyta cię za nogę, gdy opuszczasz stopę na podłogę. Nie krzyczysz jedynie dlatego, że gardło ci się zaciska i nie masz siły... a gdy zapalasz światło okazuje się, że to nic więcej, jak tylko ręcznik, który rzuciłeś na podłogę, bo twoja kobieta zdarła go z ciebie tuż przed stosunkiem.
Przypomniałem sobie bajania dziadka i byłem gotów uwierzyć. Poduszka Luizy była mokra od wykropkowanej strony, a leżała ta stroną do góry. Poczułem, że jest przesiąknięta wodą, gdy zdejmowałem ją z twarzy Luizy. Zapaliłem światło i przykryłem Luizę swoją poduszką. Gotów byłem przysiąc, że smok głupio się uśmiechał.

To przez poduszki wyjechałem. Ustalaliśmy dość długo, wśród wielu dyskusji - od argumentowanych spokojnie do karczemnych kłótni. Luiza nie chciała mnie puścić, lecz wreszcie zrozumiała, że nie ma najmniejszego znaczenia, czy mi pozwoli, ale wolałbym usłyszeć miłe słowo na pożegnanie. Dwie noce przed moim wyjazdem przeprowadziliśmy poważną rozmowę.
Obudzić Luizę w środku nocy naprawdę nie jest łatwo. Na pewno nie udałoby mi się, gdybym był trzeźwy. Byłem jednak pijany, więc nie czekając ugryzłem ją w nagie, apetycznie wyglądające spod kołdry, udo. Poskutkowało. Najpierw z okrzykiem bólu, potem przeglądając na oczy, wreszcie klnąc mnie, na czym świat stoi, po czym poznałem, że już jest w pełni świadoma, Luiza popatrzyła na mnie swoimi pięknymi oczami małego, zaspanego lewka.
Wytłumaczyłem jej, że muszę wyjechać, gdyż inaczej zwariuję. Błagałem, żeby sprzedała te poduszkę, którą jej kupiłem. Żeby wyrzuciła ją na śmietnik. Żeby zrobiła z nią cokolwiek, tylko, żeby ona tu nie została. Luiza nie chciała mnie słuchać. Wreszcie stanęło na tym, że wyjeżdżam. Potrzebuję odpoczynku od wszystkiego. Staję się nerwowy i zbyt dużo piję. Dwa dni później wyjechałem w Tatry, załatwiwszy w pracy urlop w trybie pilnym i biorąc tylko laptopa, z mocnym postanowieniem poprawy, obiecując sobie, że nie dotknę alkoholu.
Cztery butelki wódki kupiłem w pierwszym sklepie, który spotkałem w Zakopanem. Nie dlatego, że był pierwszy. Dlatego, że to właśnie przy nim przypomniałem sobie słowa Luizy, gdy przytuliłem ją ostatniej nocy przed opuszczeniem Krakowa.
-Szkoda, że nie masz łusek - powiedziała, patrząc na mnie całkiem trzeźwo.

Wariuję przez poduszki, pomyślałem. Odbija mi, odwala, mam kuku na muniu.
Dlatego tyle piję, tłumaczę sobie, patrząc w okno. Przede mną Tatry i cztery flaszki wódki, z czego jedna całkiem, a druga w połowie pusta. Poszedłbym do górali, gdybym nie był tak pijany. Poszedłbym w góry, gdybym nie bał się śmierci tak bardzo, jak się boję. Otwarty laptop, w którego wklepuję ostatnie wrażenia, wspomnienia, jak stary człowiek przed śmiercią. Chcę, żeby ktokolwiek jeszcze to przeczytał. Wiem, że nie umrę. Wiem, że nie zginę, Luiza nade mną czuwa, nie pytaj, skąd to przeświadczenie. Wiem, że przy niej nic złego mi się nie stanie.
Kim ona jest do diabła? - to pytanie przewija się przez moje myśli z idealną częstotliwością - dokładnie co pół godziny. Wiem, jakie ma wykształcenie, wiem, gdzie pracuje. Wiem, jakie ma zainteresowania poza poduszkami. Wiem, jakie jedzenie lubi, gdzie chodzi na spacery i jakie filmy ogląda. Wiem, jak lubi się kochać. Poza tym nic. Nie wiem, czym są dla niej poduszki, lub czym ona dla nich. Rozmawia z nimi, a one przemawiają jej głosem. Snuję hipotezy o tym, kim naprawdę może być Luiza. Może za dużo książek się naczytałem, albo sam czuję się jak bohater książki czy raczej tandetnej komedii, z której na pewno bym się nie śmiał. Czarownica, tłucze mi się po głowie. Albo ktoś w tym rodzaju. Przeraża mnie prawda, którą mógłbym pewnie wypowiedzieć.
Ten strach pozostanie. Mimo że, a może właśnie dlatego, że kocham Luizę. Jak ćma, która kocha płomień lampy, dlatego zawsze do niej wrócę.

Pieprzę, mówię sobie. Piję. Piszę. Za dużo w tych zdaniach rzeczy na �p". �P" jak �poduszka".
Koję nerwy, jak umiem. Patrzę na Tatry z cichego pokoiku w cichym pensjonacie na Pardołówce i piję z butelki stojącej obok laptopa. Niewiele rozumiem. Niewiele będę rozumiał. Wszystko co wymyślę i tak będzie tylko hipotezą, bo sama Luiza na pewno mi nie powie.
Właśnie obiecałem jej, zmęczonej do granic wytrzymałości, że nie będę już pił. Śpi, tu obok mnie na łóżku, mój umęczony anioł i moje przekleństwo. Blond włosy opadają na policzki, oplatają je, jak wąż, jak smok oplata ogonem księżniczkę. Smok. Znów trzeba się napić. Nie pytam, skąd wiedziała, gdzie będę, nie zostawiłem adresu, tylko telefon komórkowy. Może to jakaś elektroniczna sztuczka? A może magia? Czekam, może sama mi kiedyś powie? W powietrzu wisi jakieś napięcie, kula, która musi wybuchnąć, wystrzelić, pęknąć. Może dzięki temu dowiem się prawdy o Luizie.
-Kocham cię - wyszeptała, gdy pojawiła się kilka godzin temu, z wyczerpania słaniająca się na nogach.
-Ja też cię kocham - powiedziałem przez alkoholową mgłę obejmując ją i w ten sposób ratując przed upadkiem. Posadziłem ją na łóżku, oczy się jej zamykały. Wyglądała jak naćpana. Odwracała głowę z powolną gracją pijaka po kilku flaszkach. - Skąd ty, tutaj?
-Kochanie - popatrzyła na mnie. Zignorowała moje pytanie, a jej oczy miały taki wyraz, jakby zbudziła się w środku nocy. - Nie pij już więcej, dobrze?
Gdy tylko się z nią zgodziłem, zasnęła - jak siedziała. Położyłem ją troskliwie i opatuliłem jedynym kocem, jaki posiadałem. Wiedziałem, że na pewno przywiozła z sobą jakąś poduszkę. Sięgnąłem do jej plecaka i wymacałem kształt...
Nie myślałem nawet, żeby zapytać, skąd wiedziała, gdzie mnie znaleźć. Potrzebowałem się po prostu napić. Wiedziałem tylko, że na pewno nie była to żadna triangulacyjna sztuczka. To ta cholerna poduszka.

Kocham Cię, Luizo. Nienawidzę poduszki.
Chcę, żebyś o tym wiedziała, gdybym nie wrócił, specjalnie zostawiam dla Ciebie włączony komputer. Gdy tylko się obudzisz, zobaczysz te słowa. Jesteś chora, Ukochana, a ja Cię uleczę, nawet za cenę Twej nienawiści. Zabij mnie potem jeśli chcesz, ale muszę...

Ta poduszka krzyczała, niech mnie Bóg kocha i partia pieści.
Szedłem z nią długo, w porannej rosie i mgle na szczytach gór. Przygotowałem się porządnie. Nie wyciągałem jej nawet z torby Luizy. Wziąłem z sobą nóż, stary, wysłużony w wielu wyprawach, naostrzony, nie wiedzieć czemu, tuż przed wyjazdem na żyletkę - nawet przeszła mi przez głowę myśl, czy będę mógł się nim ogolić. Może do takich operacji przystępuje się jedynie ogolonym?
Luiza spała, gdy wychodziłem. Nigdy nie budziła się przed ósmą, do pracy szła na dziewiątą. Na moim zegarku, porządnej, szwajcarskiej Delbanie, dochodziła piąta. Pędziłem, jakby mnie diabeł gonił. Wyjechałem na Kasprowy Wierch jako jeden z pierwszych turystów i poszedłem w stronę Wielkiej Kopy. Byłem sam. To tutaj. Niech Luiza mi przebaczy w imię miłości. Niech Bóg, o ile jakiś Bóg istnieje, przekona diabła, którego obudziłem.
Wyciągnąłem poduszkę i, góry mi świadkiem, ten smok zezował na mnie. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy. Sięgnąłem do pasa, namacałem zapięcie noża, nie mogąc oderwać oczu od poduszki i łusek smoka. Palcem przejechałem po ostrzu, poczułem jak przecina mi skórę i to mnie uspokoiło. Głupio brzmi, ale ucieszyłem się, gdy poczułem, że nadal jestem człowiekiem, skoro w moich żyłach nadal płynie krew. Wtedy dopiero spojrzałem w oczy smoka, podnosząc nad nim nóż.
-Kochanie - dobiegł mnie głos z tyłu. - Co chcesz zrobić?
Odwracałem się co najmniej trzy wieki, nie wierząc w głos za sobą. To było niemożliwe, a jednak Luiza stała za mną, wściekła jak sto diabłów.
-Nie próbuj mnie powstrzymać Luizo... - powiedziałem, mimowolnie zaciskając zęby. - Ten smok jest naszym przekleństwem, a ty dobrze o tym wiesz...
-Co cię opętało, kochany? - Luiza podeszła kilka kroków. - Przecież dostałam tę poduszkę od ciebie, z okazji rocznicy. Dlaczego chcesz zniszczyć swój prezent?
Popatrzyłem na Luizę.
-Kocham cię, wiesz? - powiedziałem, wbijając nóż w szyję smoka. Efekt przeszedł mistrza.
Luiza zawyła. Smok zaskowytał. Poczułem, jak poduszka wybucha pod moimi palcami. Za wiele wrażeń. Może dlatego nic więcej nie pamiętam.
-Ty durniu - nie wiedziałem, kiedy Luiza zdążyła mnie dosiąść i zacząć jednocześnie dusić i naciskać wyrwanym mi nożem gardło. - Ty cholerny durniu!!!! Nie rozumiesz? Wciąż nie rozumiesz?
Do dziś nie wiem, co powinienem rozumieć. Wydawało mi się, że Luiza przecięła mi szyję, ale tylko zemdlałem.

Może Luiza istniała dla poduszek? Może poduszki dla niej? Może tylko smok i Luiza byli z sobą związani? Może to ona była księżniczką, której łzy były zaklęte w poduszce? Może rzeczywiście była czarownicą i czerpała moc z tej poduszki? Może ona i poduszka były tylko częściami jednej całości? Może poduszka była katalizatorem i obudziła prawdziwą Luizę? A może to wszystko jest tylko cholernym snem, pijackim omamem? Pamiętam, przecież wszystko pamiętam...

-Kochanie, chodź do mnie wreszcie...
Luiza leży z głową na poduszce. Jednej ze swojej kolekcji, na szczęście nie TEJ, która spoczywa cicho, gdzieś daleko w Tatrach, choć nie powinno się zaśmiecać parku narodowego. Dopiero się obudziła i przeciera właśnie pociesznie swoje cudowne oczka. Włosy opadają jej na prawie nagie piersi. Tylko cieniutka koszulka dzieli je od wolności, od drogi do moich dłoni i ust, proszą o pieszczotę prawie namacalnie. Siedzę od kilku godzin i piszę sycąc się poczuciem bezpieczeństwa.
-Chwileczkę, Luizo. Tylko skończę akapit, dobrze?
Luiza jest teraz inna, jakby straciła serce dla swoich poduszek, jakby nie chciało się jej już ich zbierać. Jakby uważała, że to zbędne graty w naszym (jesteśmy małżeństwem całe dwa dni i właśnie wybieramy się w podróż poślubną) mieszkaniu. Coś przeskoczyło...
-Wiesz, od kiedy zacząłeś pisać to, czego mi nie chcesz pokazać, jesteś niemożliwy....
Przysiągłbym, że w jej oczach zabłysło coś nieludzkiego. Może oczy smoka, tego z poduszki? A może jestem rzeczywiście przewrażliwiony?
-... a ja jestem zazdrosna, że zamiast wdzięków swojej od dwóch dni żony wolisz ten swój komputer, wiesz? - dokończyła zdanie Luiza. - Wyrzucę ci go przez okno, razem z tym tekstem, zobaczysz...
Teraz na pewno w jej głosie zabrzmiała nuta złośliwej zemsty. Nikt mnie nie przekona. I uśmiech też jest złośliwie mściwy... Czyżbym znów zaczynał wariować?
-Ależ piszę ten tekst dla Ciebie. Właśnie kończę i dam ci przeczytać, jak chcesz. Tylko niecałe trzy zdania, napiszę, dobrze? Zobacz, tu nawet jest dedykacja...
-Tekścik dla Luizy? Ładnie brzmi, kochanie...

Kraków, 2001-07-30

Dedykuję ten tekst pewnej, bardzo ważnej dla mnie (Lu)Izie, bez której by się to nie udało. I wszystkim tu wspomnianym.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 2 i 6 *:  
* - pola obowiązkowe.