[ 2002/06/28 ] Wieś, autor: Tomasz Wilk, kategoria: tekst

Bajki na dzień dobry

Wieś


Wiesiek nie ruszał się, nie mówił, nie śmiał się, próbował nawet nie oddychać aż zapadła noc. Noc była piękna, gwieździsta i cicha jak owa noc w Betlejem. Wiesiek wyciągnął palec z nosa jak wtyczkę z gniazdka i przestał myśleć. Gwiazdy gwieździły się nad jaworem i nad głową Wieśka, zabłysnęły też małymi refleksikami na fikuśnej buteleczce zagranicznej wódeczki.
-Co ja z tobą mam...- powiedział do siebie Wiesiek. Wiesiek potrząsnął buteleczką, ale nic z niej nie wytrząsnął. westchnął więc, bączka puścił mizernego pod rozgwieżdżone niebo i odstawił buteleczkę grzecznie, jakby siedział przy stoliku w dobrym barze, a nie na śniegu pod jaworem. Zmarzniętą ręką pomachał Wiesiek dziecięcej buzi przyklejonej do szyby przejeżdżającego właśnie samochodu. Dłoń odmówiła posłuszeństwa. Wiesiek chciał odegnać nadlatującego komara, ale dłoń dało się ruszyć tylko z ogromnym trudem, więc zaniechał prób, nadstawił owadowi swój czerwonosiny policzek. Tym razem komar zatrzymał się w pół drogi i zawisł w powietrzu. Pewnie się zastanawiał. Wiesiek, widząc niezdecydowanie komara, nadstawił mu drugi policzek, który był nieco bardziej rumiany, nieco mniej siny, ale za to udekorowany kawałkiem psiego łajna, na które Wiesiek był złożył swą zmęczoną głowę do drzemki. Trwali więc tak jak dziwaczni bohaterowie dziwacznej kreskówki tworzonej przez Pana Boga: Wiesiek - z uniesioną w geście pozdrowienia dłonią oraz z nadstawionymi policzkami, a przed nim bzyczał zamyślony komar zmieszany widokiem nędzy ludzkiej. "W mieście jest tylu ludzi, których można ugryźć, tyle umytych i odkarmionych, cieplutkich półdupków. Dlaczego miałbym pić krew z tego nieszczęśnika, który ze swego nieszczęścia stracił na dodatek rozum i sam nadstawia mi policzki?- zastanawiał się komar. Jakże jesteśmy do siebie podobni: on z obsikanymi i twardniejącymi z zimna spodniami siedzący w lutym pod jaworem, i ja - komar brzęczący w lutym pod tym samym jaworem, podczas gdy wszyscy moi krewni napełniwszy sobie brzuszki już dawno poszli spać... Nie urżnę cię. Żegnaj mi przyjacielu! - zakrzyknął zachrypniętym głosem komar, pomachał skrzydełkami na do widzenia i bzyknął w czeluść lutowej nocy.
Kolejne samochody mijały jawor i Wieśka, woziły ludzi do kościoła, bo to była niedziela, a potem przywoziły ich do domu. Samochody śpieszyły się i wybierały najkrótszą drogę, bo było zimno. Przed godziną Wieśkowi też było zimno, ale teraz Wiesiek nie odczuwał nic, a nawet gdyby coś odczuł, i tak nie wiedziałby, co z tym zrobić, bo jak wiemy, umysł Wieśka był od godziny nieczynny z powodu przerwania dostawy alkoholu. Gdyby pozostała w jego korze mózgowej chociaż jedna zdolna do myślenia komórka, z pewnością poinformowałaby Wieśka o powadze sytuacji. Robiło się coraz zimniej i coraz mniej szans było na to, że któryś z kierowców zatrzyma wóz i wyjdzie sprawdzić, co to śmieszny kształt wystaje z ziemi obok drzewa. Zresztą Wiesiek, przykryty warstwą śniegu, jak zawodowy komandos wtopił się w otoczenie i mógł z powodzeniem udawać karłowaty świerk albo stertę porzuconego drewna.
Dwie dziecięce buzie przyklejone do szyby mignęły przed szklanymi oczyma Wieśka. I nagle ni stąd, ni zowąd coś ruszyło. Wiesiek uruchomił rezerwy i rozpoczął włączanie pamięci, z której zamierzał wydobyć odpowiedź na jedno jedyne pytanie:
-Co ja tutaj?... Zaraz, zaraz... Był ranek, Wiesiek poił się płynem do chłodnic chroniącym przed mrozem, aby był w stanie pójść do sklepu. Sklep okazał się naturalnie zamknięty, bo była niedziela... Zaraz, zaraz... Potem był ten facet w kożuchu, co dał Wieśkowi buteleczkę wódeczki z zagranicy: "kocha Polska. Papijerz i Walesa! Kocha to miasto! Sbogiem! Jaksiemasz! Kielbasa!" Uściskał Wiesława i poklepał po plecach. Wiesiek był uratowany.
-Zaraz, zaraz... - obijało się po pustej czaszce.
Wiesiek robił się coraz zimniejszy i zimniejszy, coraz sztywniejszy i sztywniejszy... Płyn do chłodnic nie zdał się na wiele. Wiesiek siedział oparty o jawor i wyglądał jak duża, porzucona lalka. Było cicho i mroźno.
Wszystkie samochody pojechały na ciepłą herbatę z powidłami.
Gwiazdy poświeciły jeszcze trochę, a potem zgasły jak światełka na choince.
Po zimie zaś przyszła wiosna. Lody puściły. Wiesiek odtajał. Dzieci z pobliskiego przedszkola zabrały przybory do rysowania i trzymając się za rączki ruszyły z panią przedszkolanką w plener.
-No, dzieci, przyjrzyjcie się dokładnie temu panu. Tylko proszę nie dotykać! Marysiu, zabierz tę nogę, bo jak się pan obudzi, to będzie zły! Karolu, spróbuj opisać nam twarz tego pana. Skup się i powiedz nam, co widzisz.
-No, bo ja wiem?... Fioletowa w czerwone prążki...
-Zgadzacie się, dzieci? Kto chciałby coś dodać?
-Proszę pani! Bo Maciek się bije!
-Jak się bije, to ciebie nie boli.
-Sama zaczyna...
-Dzieci proszę, kto ma jeszcze inne spostrzeżenia? Popatrzcie, co my tu jeszcze mamy... Włosy posklejane, ... z ust cieknie ślina... Zwracam waszą uwagę, kochani, na tamtą kolorową kałużę pod drzewem. Co to takiego, Madziu?
-Nie wiem, prose pani.
-No, Madzia jest oczywiście teraz myślami przy swoim narzeczonym...
-Lowe krowe!
-Marcin, przestań dłubać w nosie i zajmij się szkicowaniem! Nie będziemy tu sterczeć do wieczora... Czy wszyscy mają kredki?
-Zielona! Ja nie mam zielonej!
-Kto pożyczy Michałkowi zieloną kredkę?... Wracając do owej zagadkowej kałuży, są to oczywiście wymiociny, najprawdopodobniej tego właśnie pana. Żołądek napełniony zbyt dużą ilością alkoholu zareagował tak zwanym odruchem wymiotnym - skurczył się, opróżniając swoją zawartość na chodnik... Maryniu, to nie jest do zabawy! Maciek, nie puszcza się łódek po kałuży wymiocin! To bardzo nieładnie!... Dzieci, to mają być tylko szkice, a nie gotowe dzieła! Tylko szkice! Proszę się pośpieszyć! Zdaje się, że właśnie dostałam okres... Muszę założyć podpaskę, a chyba nie chcecie, żebym to robiła na środku ulicy, co?...
-Chcemy, chcemy!...
-Ale byłoby mi wtedy bardzo smutno, bo tędy przechodzą ludzie i widzieliby mnie nagą... Zwykle takich spraw nie załatwia się na ulicy... Zrobiłoby mi się bardzo przykro i, kto wie, może bym się nawet rozpłakała...
-Chcemy, chcemy!
-Nienawidzę was! Zasrańce! Macie szczęście, że to jest katolickie przedszkole, bo porozmawiałabym z wami inaczej!... Proszę bardzo, pakujemy kredki! Raz, dwa!
-Ale ja jeszcze nie skończyłam!... Jeszcze trochę, prose pani!
-Powiedziałam?! Wszystko spakowane?! Proszę bardzo, wszyscy mają parę?!... Idziemy! Bezczelne szczeniaki.

 



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 5 i 4 *:  
* - pola obowiązkowe.