[ 2002/06/07 ] Złotowłosa, autor: Tomasz Wilk, kategoria: tekst

Bajki na dzień dobry

Złotowłosa albo miłość w epoce atomowej


Jest rok 2058... nie wierzycie?! Na skutek nadmiernej emisji szkodliwych substancji do atmosfery większość zwierząt zamieszkujących okoliczne lasy dała za wygraną i przeniosła się do lepszego świata. Opadły ręce obrońcom przyrody, ponieważ nieuchronnie zbliżał się czas, kiedy jedynymi organizmami żywymi, które będzie można ochraniać, pozostaną ludzie, a do tego organizacje ekologiczne jakoś nie były przygotowane. Co prawda w ostatnich dziesięcioleciach byliśmy świadkami wielu obiecujących przemian w tym zakresie, kochaliśmy się w naszych psach, kotach, w koniach, chomikach, świnkach morskich, rybkach akwariowych, a nawet w wężach, jaszczurkach i jadowitych pająkach, które to zwierzaki dysponowały nie rzadko własnym urządzonym pokojem, łazienką, a nawet polem golfowym, tym niemniej okazywanie równie bezinteresownej miłości do homo sapiens nieuchronnie stawało się w tym zakątku wszechświata coraz mniej modne.
Wprawdzie tylko od czasu do czasu, ale jednak, zdarzały się trudne do wytłumaczenia przypadki zachowań wstecznych wobec powszechnie obowiązujących trendów; zdaniem znawców mogły być one wywołane przebytą w dzieciństwie ospą wietrzną bądź też rozszerzającą się groźnie dziurą ozonową jak również erupcjami podwodnych wulkanów na południowym Pacyfiku. Niekorzystnym wpływem promieni UVB oraz powikłaniami chorób dziecięcych tłumaczył więc sobie swoje nietypowe skłonności Marian K., mieszkaniec uroczego blokowiska przy otwartej niedawno kolejnej już stacji stołecznego metra. Osobnik ów za nic miał sobie psy i koty, nie interesował się nawet chińskimi myszkami ani rybkami akwariowymi. W odróżnieniu od większości mieszkańców jego osiedla, Marian nie wyrósł jeszcze z młodzieńczych romantycznych pragnień i nadal potrzebował bliskości oraz ciepła innego człowieka, zupełnie jak mały kurczaczek, mimo że był już starym, żylastym kogutem! Dotkliwie pogryziony przez samotność szukał więc szczęścia w ramionach kochanki z supermarketu...

*

Marian i Mariola spędzili ze sobą noc. Mówiąc dokładniej Marian spędził noc na Marioli, ponieważ jego kochanka nie protestowała, choć zmęczony nocnymi akrobacjami przygniótł ją jak zwalone przez burzę drzewo. Padł i zasnął krzepkim, zdrowym snem. Rano obudziło go jego własne donośne chrapanie.
Zaś zaraz po przebudzeniu złożył Marianowi wizytę pewien dziwny jegomość z gazowni. Kiedy Marian otworzył drzwi, zobaczył przed sobą mężczyznę w czarnej kominiarce. Był bardzo malutki, więc Marian myślał początkowo, że ma do czynienia z dzieckiem. Nagle jednak spod czarnej czapki wydobył się zniszczony głos mężczyzny po przejściach:
-Dzień dobry!
-Dzień dobry!
-Nie wpuści mnie pan do środka?
-A kim pan jest? Przepraszam, ale nie mam pamięci do twarzy...
-Ja z gazowni.
-Jakoś panu nie wierzę.
Zamaskowany mężczyzna odchrząknął.
-Tak naprawdę nie przyszedłem z gazowni ani z elektrowni... Mówiąc precyzyjnie okłamałem pana, przepraszam.
-Nic nie szkodzi. Ludzie tak rzadko mówią prawdę, że można się do tego przyzwyczaić. Takie czasy!
-To ja już sobie pójdę... Przepraszam jeszcze raz i do widzenia!
-Do widzenia!
Marian zamknął za nieznajomym drzwi, stanął przed lustrem i w milczeniu podrapał się w głowę, jakby spodziewał się wydrapać z niej jakiś komentarz do dziwnego porannego dialogu. Drapał jednak, jak się okazało, na darmo.
Po powrocie do sypialni usiadł na brzegu łóżka i ziewnął spoglądając na leżącą nieruchomo Mariolę. W czasie burzliwej nocy twarde sutki jego partnerki, wbiły mu się pod żebra zostawiając tam dwa czerwone ślady, teraz jednak Mariola zdawała się nieco bardziej zużyta i jakby mniej zaokrąglona. "Wygląda na to, że uszło z niej powietrze" - domyślił się Marian - "Trzeba by cię trochę podpompować" - powiedział z troską w głosie.

*

Myślał o tym, jak spędził dzień. Początkowo dzień stawiał opór, bronił się, drapał... wreszcie Marianowi udało się. Spędził go jak zwykle... jak wysoką gorączkę. Przy czym o ile do spędzenia gorączki używał czopka doodbytniczego, o tyle dzień umykał sam z siebie, a Marian jedynie przyglądał się jego ucieczce. Już rano wyglądał przez okno na wschodzące słońce i mruczał pod nosem:
-No i co... I co? I tak się skończysz za dwanaście godzin, założymy się?
Najpierw wstał z łóżka, gimnastykował się, zażył tabletki, pił dużo płynów. Następnie podjął kolejną próbę samobójczą, tym razem wieszając się na sznurku do bielizny, obok suszących się dwóch par skarpetek i podkoszulka. Marian podyndał tak sobie czas jakiś, aż wreszcie nabrał do życia odpowiedniego dystansu i doszedł do wniosku, że chciałby jednak jeszcze trochę pożyć. Odciął się więc przy pomocy przezornie schowanych do kieszeni spodni nożyczek. Potem zaś poszedł, jak zwykle o tej porze, po bułeczki i litr odtłuszczonego mleka na śniadanie, po czym udał się do pracy. W osiem godzin później opuścił miejsce pracy i skierował się w drogę powrotną do domu, wybierając miejskie środki komunikacji, tj. metro, tramwaj oraz autobus. Marian skasował bilet, ukłonił się spotkanemu w tramwaju sąsiadowi, ustąpił miejsca kobiecie w ciąży oraz dał pieniążek dziewczynce kwestującej na rzecz proekologicznej fundacji Uwolnić Żuka zajmującej się udzielaniem pomocy dla upokarzanych przez lata żuków gnojarzy, wymieniając toczone przez nich kulki odchodów na białe kulki ze styropianu.
Dodatkowo należy nadmienić, iż Marian dokonał drobnych zakupów w pobliskim supermarkecie, a następnie pokicał wesoło do domu. Pierwszym powodem do radości był fakt, iż dzień, zgodnie z jego przewidywaniami, miał się ku końcowi, drugim - że noc, która miała po nim nadejść, Marian postanowił spędzić świątecznie i wyjątkowo, oddając się grzesznej miłości z cudowną Mariolą...

*

Spod łóżka wyciągnął Marian małą pompkę do materacy, a wolną ręką nacisnął guzik pilota. Na szklanym ekranie ukazał się program z wybuchami.
Na podłodze leżało nie sprzątnięte opakowanie po Marioli, z którego wyglądała kolorowa ulotka:
Podręczna lalka rekreacyjno-towarzyska "Mariola". Gat. I. Końcówkę pompki osadzić na wentylku. Pompować aż do uzyskania pożądanej jędrności. Chronić przed ogniem i ostrymi przedmiotami. Testowane dermatologicznie i alergologicznie. Posiada atest PZH. W razie podrażnień lub uczuleń przerwać stosowanie. Pytania, porady tel. 0800 988 233. Powodzenia!
Na odwrotnej stronie zamieszczono kilka zdjęć najnowszych modeli lalek, które producent polecał w ramach uzupełnienia kolekcji. Były wśród nich lalki o różnym kolorze skóry, lalki-kobiety, lalki-mężczyźni, małe, duże, grube i chude, katolickie, żydowskie i lalki-protestanci, lalki-matki, lalki-prostytutki, lalki-tatusiowie, a nawet lalki-psy i lalki-koty. W ofercie znajdował się zestaw obiadowy: dmuchana kobieta albo dmuchany mężczyzna, dmuchane dziecko oraz dmuchany rasowy pudel z pozłacanymi medalami u szyi. Zestaw obiadowy przystosowany był naturalnie do siedzenia przy stole. Lalki można ubierać i rozbierać, w dłonie można im wkładać sztućce, sztuczne papierosy albo gazetę.
Marian postanowił nie wyrzucać ulotki do kosza, przedziurkował ją dziurkaczem i umieścił w segregatorze, w którym przechowywał rachunki za gaz, energię elektryczną, abonament za kanał z wybuchami i inne ważne dokumenty.
Program z wybuchami zapewniał Marianowi zachowanie względnej równowagi psychicznej poprzez odreagowywanie stłoczonych w czeluściach jego psychiki napięć. Przyglądał się teraz eksplozjom błyskającym kolorowo na ekranie telewizora, a pompka sapała miarowo pod jego stopą, jak staruszka, która złapała zadyszkę. Wybuchy pokrywały ekran telewizora kolorowymi plamami, a Marian czuł jak opuszcza go zmęczenie całego dnia, nudności, ból palca u prawej nogi, lęki egzystencjalne, którymi aktualnie żyją mieszkańcy tego zakątka planety oraz szereg obaw, na czele ze strachem przed otyłością, żydokomuną oraz inwazją z Marsa.

*

Marian podniósł Mariolę z podłogi i położył ją delikatnie na łóżku. Właściwie mógł kupić lalkę Wiolę, z ogrzewaniem, taką co mówi brzydkie wyrazy, kiedy się ją położy na brzuchu... On wybrał Mariolę zupełnie przypadkowo, nawet nie po to, aby z niej korzystać, ale dlatego, że była wyprzedaż. Znalazł ją na tyłach supermarketu, w pudle z przedmiotami za złotówkę, obok przeterminowanej sałatki z kangura i świecących prezerwatyw.
Naciskając udo lalki Marian sprawdził, czy nie brakuje powietrza, ale poczuł pod palcem spory opór i uspokoił się, wszystko było tak jak trzeba. Nalał w kieliszki czerwonego wina, pociągnął wódeczkę z piersiówki, wziął do ust papierosa na baterie i usadowił się wygodnie obok Marioli. Tymczasem czerwona lampka papierosa przestała się żarzyć. Marian zaciągał się raz po raz, lecz światełko mrugnęło tylko i zaraz zgasło. W szufladzie biurka leżała cała paczka Dromaderów schowana na czarną godzinę. Sięgnięcie po nią oznaczało jednak poniechanie nikotynowej abstynencji. Marian powalczył ze sobą chwilę, lecz ze względu na to, że jest pacyfistą i nie znosi wojen, szybko się poddał. Teraz jako zwycięzca i przegrany, z uczuciem triumfu i pogardy do siebie, wreszcie zapalił prawdziwego papierosa. Wieczór od razu nabrał żywszych kolorów. Marian umoczył usta w kieliszku z czerwonym winem, najpierw w jednym, a później w drugim, na koniec pociągnął z piersiówki i odstawił ją z powrotem pod stół. Lóżko zatrzeszczało pod ciężarem Mariana, a romantyczne sklepienie z betonowych płyt powoli zasnuwało się błękitną mgiełką.
-Dobrze ci ze mną?- spytał Marian leżącą obok lalkę.
-Tak, mam na imię Mariola. Dobrze mi z tobą. Mam na imię Mariola- odpowiedziała Mariola.
-Nie uciekaj ode mnie, przytul się!
-Wcale nie uciekam.
-To się przytul... Wygodnie ci?
-Tak. Mam na imię Mariola.
-Czy to nie dziwne, że spotykamy się dopiero teraz? Dlaczego musiało upłynąć aż tyle lat?... - westchnął Marian.
-Na pewno byłeś bardzo zajęty. Widać po zmarszczkach na twoim czole, że ciężko pracowałeś, musiałeś wypełniać wszystkie te bardzo ważne obowiązki, musiałeś słuchać swojego szefa, kasować bilety, załamywać ręce nad moralnym upadkiem wszechświata, znosić poranne szczekanie psa Kowalskich i głupie żarty tego wstrętnego bachora spod dwunastki. W twoim życiu nie było już czasu na miłość - powiedziała zmysłowym głosem lalka, powtarzając na skutek zwarcia trzykrotnie ostatnie zdanie.
-Tak, to prawda. Zamierzałem to zmienić, ale kiedy kończył się dzień, to zapadała noc, a kiedy kończyła się noc, wstawał dzień... I tak w kółko, wiesz, o co mi chodzi...
-Wiem - odparła lalka
-Chcesz sobie pooglądać telewizję? Obejrzymy sobie teleturniej albo jakiś filmik, co? - zapytał Marian.
-Wszystko mi jedno - lalka zamrugała kokieteryjnie długimi rzęsami z wysokogatun-kowego plastiku.
-Będziemy oglądać to, co chcesz. Ty będziesz sobie oglądać, a ja będę sobie palił papierosy. Który kanał ci nastawić?
-Niech zostanie ten z wybuchami...
-Podoba ci się? Ja też go lubię.
-Lubię intensywne kolory.
-To tak jak ja. Jak chcesz, to będziemy sobie codziennie oglądać telewizję, co? Chcesz? Będzie nam dobrze razem...
Marian podgłosił telewizor i przytulił się do Marioli, która ze swoimi rozwartymi szeroko ustami sprawiała wrażenie niezwykle zaabsorbowanej programem. Nagle w pokoju rozległ się huk! Eksplozja brutalnie wyrwała Mariana z zadumy i z bijącym na alarm sercem posadziła go na łóżku. Marian w ułamku sekundy sięgnął po schowany pod poduszką pistolet. Wróg nie pojawił się, coś natomiast z oszalałą prędkością latało po pokoju, odbijając się od ścian oraz wydając z siebie głośne pierdzenie. Trwało to tak jakiś czas, wprawiając Mariana w stan najwyższego osłupienia, aż wreszcie opętańczy lot dobiegł końca, a tubalne pierdzenie ustało. Na podłodze leżała pokurczona powłoka lalki, z której cichymi pierdnięciami ulatywały właśnie ostatnie resztki sex-appealu. Dopiero teraz Marian zauważył, że jest sam na łóżku, dostrzegł też tlącego się jeszcze niedopałka spoczywającego w miejscu, w którym Mariola opierała swój jędrny tyłeczek.

*

Uprzejmy i współczujący ojciec duchowny uległ prośbom Mariana i w drodze wyjątku (zmarła nie posiadała bowiem odpowiednich papierów) zgodził się poprowadzić trumnę ze świętej pamięci Mariolą. Jednak w skutek splotu nieszczęśliwych wypadków, nieszczęścia podobno chodzą parami, ksiądz nie mógł uczestniczyć w pogrzebie, ponieważ utknął w desce klozetowej, z której wydostano go dopiero przy użyciu specjalistycznego sprzętu ratowniczego. Mowę nad trumną wygłosił więc Hermann - czyli syntetyczny duchowny.
Marian słuchał w milczeniu pełnych patosu słów padających z zainstalowanego na głowie Hermanna głośnika, a wynajęte do pogrzebu trzy stare kobiety zanosiły się płaczem i raz po raz wysmarkiwały czerwone nosy.
Ceremonia robiła niezłe wrażenie. Niestety zamoczone podczas wczorajszej ulewy obwody Hermanna nie działały do końca poprawnie, w skutek czego robot pogrzebowy zaciął się fatalnie w połowie wygłaszanej mowy. Trzy stare kobiety zamilkły i stojąc nieruchomo nad trumną czekały z ciekawością na dalszy rozwój wypadków.
Z usług robota Hermanna korzystała przeważnie okoliczna biedota, której nie było stać na księdza o stałej temperaturze ciała. To skądinąd nowatorskie rozwiązanie miało jednak swoje wady. Bywające na cmentarzach dzieci często wymykały się spod kontroli rodziców, aby robić Hermannowi przeróżne kawały; podkładały mu nogi, pluły na niego z okien przelatujących w powietrzu taksówek, liczne szczeliny korpusu robota były regularnie zatykane papierkami od cukierków, a jego błękitne oczy zaklejane gumą do żucia, co prowadziło do tego, że zanim w grobie spoczęła trumna z nieboszczykiem, czasem pierwszy wpadał do niego oślepiony przez dzieciaki robot Hermann.
Pewien pracownik cmentarza, chłop rosły i czerstwy, podszedł od tyłu do księdza z blachy i wprawnym ciosem trzasnął Hermanna w potylicę. Robot zatrzeszczał i zabzyczał, a potem dokończył w spokoju mowę i odjechał na sześciu kółkach do kolejnego grobu, przy którym zgromadzili się już kolejni żałobnicy. Trzy stare kobiety wysmarkały porządnie nosy, splotły dłonie na obfitych brzuchach, popatrzyły chwilę w niebo, ni to zastanawiając się, czy ktoś tam mieszka, ni to przeczuwając nadchodzącą ulewę, po czym ukłoniły się grzecznie Marianowi i podreptały za robotem.
Pogrzeb właśnie się zakończył.

*

Marian od godziny sterczał przed lustrem, a głowę jego przebiegały setki bardzo niedorzecznych myśli. Podąrzając za jedną z nich zaczął się nagle zastanawiać, czy przypadkiem on też nie jest dmuchaną lalką. Dotykał swoich zwisających policzków, dotknął miękkiego brzucha. Sprawdził, jak głęboko może sięgnąć jego palec, a wnioski z przeprowadzonego doświadczenia wydały mu się zatrważające.
Grobową ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Po ich otwarciu Marianowi ukłonił się niewielki, zamaskowany mężczyzna.
-Dzień dobry! Ja z gazowni.
-Dzień dobry! To znowu pan? Już dziś raz z panem rozmawiałem.
Zamaskowany mężczyzna odchrząknął.
-Tak naprawdę nie przyszedłem z gazowni ani z elektrowni... Mówiąc precyzyjnie okłamałem pana, przepraszam.
-Nic nie szkodzi.
-To ja już sobie pójdę... Przepraszam jeszcze raz i do widzenia!
-Niech pan zaczeka. Nie wiem, jakie były pana intencje, ale obawiam się, że wzbudził pan we mnie współczucie. Może napije się pan herbaty? Zapraszam.
Marian wstawił wodę na herbatę. Cały czas chodził po kuchni szurając butami, a w dłoni ściskał metkę od Marioli.
-Nie wygląda pan na szczęśliwego człowieka.
-...
-Coś się stało?
-...
-Odłączyli panu program z wybuchami?
-...
-Boli pana ząb?
-Nie, nic mnie nie boli. Doszedłem jedynie do wniosku, że nie chcę już dalej żyć...
-Ach tak.
-Właśnie tak... Może zdejmie pan czapkę, klimatyzacja nie działa.
Mężczyzna ściągnął z głowy kominiarkę i otarł nią spoconą twarz.
-Na pewno nie chce pan dalej żyć? - zapytał Mariana.
-Zdecydowanie nie chcę... Dać cytrynkę?
-Tak, proszę. Może mógłbym panu jakoś pomóc...
-A czy pan się właściwie zajmuje?
-Jestem handlowcem.
-Handlowcem?
-Mówiąc precyzyjnie, zajmuję się pozyskiwaniem i dystrybucją ludzkich organów.
-Doprawdy?
-Człowiek musi sobie jakoś radzić. Wcześniej prowadziłem punkt dorabiania kluczy na Stadionie X-lecia, ale konkurencja była zbyt duża. Mam na utrzymaniu żonę i czwórkę dzieci, sam pan rozumie. Od dawna szukałem jakiegoś konkretnego zajęcia.
-Można z tego wyżyć?
-Wychodzę na swoje.
Facet bierze do rąk szklankę z wrzątkiem i przymierza się do picia.
-Niech pan uważa, gorąca! - ostrzegł Marian nieznajomego biznesmena. -Więc mówi pan, że mógłby pan coś dla mnie zrobić.
-Sądzę, że tak. Jestem, precyzyjnie mówiąc, przekonany.
-To bardzo dobrze... Mam jednak jeszcze odrobinę wątpliwości, resztki niezdecydowania... rozumie pan.
-Rozumiem. Niech się pan nie śpieszy. Ja podmucham na herbatkę, a pan niech sobie w tym czasie spokojnie pogłówkuje.

*

Ponieważ ciało Mariana było jeszcze w całkiem dobrym stanie, większość narządów znalazło od razu nowych właścicieli. Nerki zamówił pracownik banku, wątroba i serce trafiły do kierowniczki ekskluzywnego butiku na Trakcie Królewskim, członek po licytacji został nabyty przez skromnego nauczyciela języka niemieckiego, który na jego zakup przeznaczył oszczędności całego swojego życia plus spory kredyt z banku, natomiast piękne, bujne i czarne jak heban włosy Mariana trafiły do pewnego anonimowego duchownego, który przeszczepił je sobie na plecy. Z tego, co zostało, syntetyzowano żelatynę, którą po atrakcyjnej cenie sprzedano prywatnemu przedsiębiorcy produkującemu kisiel "Fantazja" o smaku malinowym. Do niczego nie przydatne resztki wrzucono do misek Azorowi i Pimpusi, dwóm rotweilerom strzegącym dobytku handlarzy, sprawiając im w ten sposób uroczą niespodziankę; psy miały już dość suszonej karmy z torebki, po której cierpiały na wzdęcia i bezsenność.
Przez fragment mózgu, zanim zdążyła go pożreć Pimpusia, przebiegła ostatnia, ledwo wyczuwalna myśl. Ponieważ ów fragment był rzeczywiście niewielkich rozmiarów, myśl która przezeń przemknęła nie należała również do najgłębszych i próżno by się po niej spodziewać jakiejś mądrej pointy dla całej tej historii. Resztka Mariana westchnęła więc cichutko:
-Eee tam.
I to by było na tyle.

Warszawa, 09.07.2058

 



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 1 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.