[ 2002/04/09 ] Większa połowa, autor: Maciek Motuk, kategoria: tekst

Imię jest dość precyzyjnym wyznacznikiem charakteru człowieka. Robert Tik usłyszał nad sobą tubalny głos wykładowcy, który w brutalny sposób właśnie wyrwał go ze słodkiej drzemki, którą odbywał podczas wykładu. "Przykładem są imiona polskich władców; wszyscy Bolesławowie mieli jakiś znaczny wkład w historię Polski..."
Robert zastanawiał się nad tym, co właśnie powiedział profesor. W gruncie rzeczy to była prawda, na przykład w stosunku do kobiet; wszystkie Anny i Joanny, jakie znał, a było ich około piętnastu, były, z niewielkimi wyjątkami, naprawdę niesamowitymi dziewczynami, które w jakiś sposób wyróżniały się z tłumu i, co ciekawe, każda robiła to na swój totalnie indywidualny i niepowtarzalny sposób. Inaczej natomiast sprawa przedstawiała się w odniesieniu do osób noszących imię Iwona. Nigdy, odkąd pamiętał, nie żywił szczególnej sympatii do żadnej Iwony, jakoś tak wyszło. Kasie były natomiast w jego mniemaniu bardzo inteligentne, choć nie taki ładne, jak Asie i Anie.
"Co ja robię?! Przecież to wszystko bzdury! Osądzanie osoby pod kątem jej imienia jest największą, po faszyźmie głupotą, jaką można sobie wyobrazić" - pomyślał nagle Robert. Rzeczywiście Robert był osobą, która, mimo bujnej wyobraźni, twardo stąpała po ziemi i jak to nieraz się wyrażał "Takie idiotyzmy nie robiły na nim wrażenia".
- Dziękuję państwu za uwagę i zapraszam na kolejny cykl wykładów, dotyczących metod projekcji astralnej i jej wpływu na psychikę człowieka - zakończył wykład profesor - a pana proszę o pozostanie w sali jeszcze przez chwilę - zwrócił się do Roberta.
Profesor był idiotą, przynajmniej tak uważał Robert. No kolejnych wykładach wygłaszał idiotyczne teorie na temat bliźniąt, magii, stygmatyków, UFO, telepatii, a teraz znaczenia imion. Robert właściwie sam nie wiedział, czemu zapisał się na te wykłady, może po to, żeby coś sobie udowodnić, ale w chwili obecnej nie potrafił sobie przypomnieć co.
Profesor poczekał, aż wszyscy słuchacze opuszczą salę. Podszedł do Roberta i przenikliwie spojrzał mu w
oczy. "Kretyn" powiedział do siebie w myślach Robert, ale słowa, które wypowiedział w ciągu następnych pięciu sekund zelektryzowały Roberta. Spodziewał się po profesorze wszystkiego, tylko nie tego.
- Proszę mi powiedzieć, dlaczego uważa mnie pan za, jak to pan właśnie wyraził, kretyna?
- Ja? - zapytał niewinnie Robert, a w myślach dodał: "Niemożliwe, to głupi zbieg okoliczności".
- Tak, pan. I nie jest to żaden zbieg okoliczności - odpowiedział profesor. - A osądzanie osoby pod względem jej imienia nie jest wcale takie bezsensowne, jak się panu wydaje.
Robert zdębiał, przypomniał sobie, co chciał sobie udowodnić, chodząc na te wykłady. Chciał udowodnić
sobie, że się nie myli, ale doszedł do wniosku, że nie miał racji. Teraz jednak, zamiast powiedzieć jakieś logiczne zdanie, zaczął się powoli cofać, a przewróciwszy się na którymś z wysuniętych krzeseł, wstał i wybiegł z sali. Biegł przez korytarze budynku, dopóki nie znalazł wyjścia. Wyszedł na zewnątrz i owionął go lodowaty wręcz podmuch listopadowego wiatru, który jednak w tej sytuacji wydał się Robertowi po prostu orzeźwiający. Spiesznym krokiem ruszył do odległego o jakieś pięćset metrów akademika. Idąc chodnikiem obserwował ludzi, z których większość była tak pospolita, że Robert wyglądał wśród nich jak żółty kanarek wśród szarej masy wróbli i to nie bynajmniej ze względu na strój. On do wszystkich starał się uśmiechać, ale do niego nikt nie chciał się uśmiechnąć, a nawet odpowiedzieć uśmiechem na jego uśmiech. Mało tego, Robert odnosił wrażenie, że ludzie po prostu nie chcą zauważyć jego uśmiechu, bo to wymagałoby od nich włożenia jakiegoś wysiłku intelektualno-fizycznego żeby przyjąć do wiadomości to, że ktoś się właśnie do nich uśmiecha, a następnie odpowiedzieć własnym uśmiechem na uśmiech.
To wszystko musiało się stać w ciągu najwyżej dwóch sekund, kiedy Robert miał z daną osobą kontakt wzrokowy, a to zdecydowanie przekraczało możliwości pospolitego szaraka. "Uśmiecha się, jak głupi do sera" słyszał przy każdym uśmiechu. I właśnie w tej chwili zdał sobie sprawę, że profesor wcale nie był idiotą, że to, jak się człowiek nazywa ma wręcz kolosalny wpływ na jego charakter i że telepatia jest nie tylko możliwa, ale nawet dość pospolita i on, Robert Tik właśnie się nią posługiwał. Stanął na środku chodnika i zaczął krzyczeć z radości. Udało mu się wreszcie udowodnić sobie coś, w co nie potrafił nigdy uwierzyć. "Wariat" - usłyszał w myślach, więc przestał krzyczeć i pobiegł do akademika.
Był zimny listopadowy wieczór, a w akademiku zapowiadała się trzecia w tym tygodniu impreza i Robert miał nadzieję, że będzie coś na rozgrzewkę, bo w akademiku nie było praktycznie niczego oprócz
studentów, karaluchów i zapowietrzonych kaloryferów.
Rzeczywiście było. Robert rozgrzewał się Nicolausem przywiezionym przez kumpli ze Słowacji.
Rozgrzewanie się zajęło mu dobre dwie godziny. Kiedy było mu już dostatecznie ciepło, po prostu poszedł spać, okrywszy się uprzednio szczelnie kołdrą.
Kiedy następnego dnia Robert się obudził, było już południe. Mimo iż odczuwał silną potrzebę uzupełnienia płynów i zażycia czegoś na ból głowy, zerwał się z łóżka i zaczął pospiesznie się ubierać. Wybiegł z pokoju, nie umywszy nawet zębów. W korytarzu spotkał Asię Lipko rzucił jej tylko szybkie "Cześć" i chciał już pobiec dalej, kiedy usłyszał jej głos:
- Dokąd tak pędzisz?
- Na wykłady - powiedział spiesznie, ale zatrzymał się i popatrzył na Asiaczka.
- Przecież dzisiaj sobota - roześmiała się Asia - nie masz po co tak się spieszyć.
Robert uderzył się w czoło otwartą dłonią i stwierdził, że nie było to dobrym pomysłem, bo ból głowy jeszcze bardziej się po tym nasilił. Wysiłkiem woli uśmiechnął się.
- No tak, sobota. - powiedział i zawrócił do pokoju. Przejrzał wszystkie parapety i znalazł na jednym z nich piwo, na szczęście jeszcze nie otwarte. Otworzył puszkę zębami i wessał wydobywającą się z niej pianę. Pił łapczywie, wielkimi łykami, nie zważając na to, że piwo wylewa mu się bokami. Kiedy osuszył puszkę, trochę zakręciło mu się w głowie, ale zaraz poczuł się lepiej - głowa przestała boleć, w ustach już nie czuł takiej suszy. Teraz dopiero zauważył, że pijąc, cały się polał, ale to nie miało znaczenia, bo odczuł nagłą potrzebę pozbycia się nadmiaru wody. Ruszył więc do ubikacji. Po załatwieniu potrzeby postanowił wziąć prysznic i przebrać się w coś suchego. Kiedy tak rozbierał się w łazience, zauważył w lustrze, że ma na plecach bliznę, mniej więcej w połowie ich wysokości - poprzeczną bliznę.
Wyglądała, jakby ktoś chciał go w tym miejscu przeciąć toporem na pół. Po chwili wpatrywania się w wykwit na plecach, zaczął go boleć kark i Robert nie mógł już dłużej oglądać blizny. Wziął prysznic i zaraz poczuł się znacznie lepiej. Wyszedł z łazienki, wytarłszy się uprzednio ręcznikiem i zaczął szukać jakiegoś odzienia.
Nagle do pokoju weszła Asia, ta sama Asia, którą spotkał pół godziny temu na korytarzu. Trochę zdziwiło go to, że weszła bez pukania, ale jego zdziwienie było niczym w porównaniu z szokiem, jakiego doznała Asia, wchodząc do pokoju, który nawiasem mówiąc, natychmiast opuściła lekko zarumieniona. Robert zdziwił się jeszcze bardziej zachowaniem Asi, ale po chwili zrozumiał ją, gdyż zapomniał, że był nagi. Szybko się więc ubrał i udał się na poszukiwania przyjaciółki.
Szukał jej po całym akademiku przez prawie godzinę, ale nigdzie jej nie znalazł. Usiadł więc na korytarzu drugiego piętra zrezygnowany. Dotknął blizny na plecach - wydała mu się nieco szersza, niż poprzednio. "Nie, to na pewno tylko wrażenie optyczne" - pomyślał Robert i zapomniał o tym, do czego walnie przyczynił się głód, gdyż Robert od wczorajszego dnia niczego nie jadł. Poszedł więc do swojego pokoju, który dzielił z Mateuszem Robakiem - kolegą z którym znał się od podstawówki, wziął kurtkę i wyszedł do baru mlecznego, znajdującego się po drugiej stronie ulicy.
Wyszedł na ulicę i przeszedł przez jezdnię. W barze była chorendalna kolejka. Robert stanął więc w ogonku i czekał na swoją kolej. Po piętnastu minutach stania w kolejce, zauważył, że dziś jest w całości ubrany na granatowo; granatowe spodnie, granatowa bluza, kurtka, pantofle... Zaraz! Pantofle, wyszedł z akademika w pantoflach! Mniejsza o to, teraz nie było już odwrotu, musiał stać w kapciach, skupił się więc na sprawdzaniu, czy rzeczywiście wszystkie częśći jego garderoby są granatowe; stwierdził więc, że ma również granatową koszulkę, granatowe skarpetki, a nawet granatowe bokserki. Nagle przejął go chłód. Dotknął swojej blizny na plecach - była jeszcze szersza, wyraźnie szersza. Trochę go to zaniepokoiło. Kiedy dotarł do brudnego kontuaru, zamówił gołąbki, które już po chwili były tylko wspomnieniem. Wyszedł z baru. "Dzisiaj sobota" - pomyślał - "Szykuje się kolejna impreza". Wrócił do akademika i
postanowił jeszcze raz poszukać Asi. Zastukał najpierw do drzwi jej pokoju, potem delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Widok, jaki ukazał się jego oczom był zabawny, a zarazem tragiczny; Asia siedziała na środku pokoju, cała oblana przezroczystą substancją zapachem przypominającą jaśmin i głośno płakała. Robert zbliżył się do niej.
- Co się stało? - zapytał delikatnie.
- N-nie wiem - przez łzy odpowiedziała dziewczyna - kiedy zobaczyłam cię gołego w twoim pokoju, przyszłam tutaj i poszłam do łazienki. W łazience zobaczyłam, że w kabinie prysznicowej leci niepotrzebnie woda, weszłam więc tam w ubraniu i wtedy to się stało - z prysznica nagle zaczęło lecieć to - tutaj wskazała na to, w czym była upaćkana - i całą mnie oblepiło. Zakręciłam kurek i przestało lecieć.
- Więc czemu płaczesz?
- Bo to cały czas tam może być!
- Wiesz, mnie też dzisiaj w łazience zdarzyło się coś dziwnego - Robert obnażył się do pasa i wskazał jej bliznę na plecach, która teraz już właściwie nie była na samych plecach, tylko zaczynała sięgać coraz dalej na boki - wcześniej tego nigdy nie miałem.
Kilka godzin później blizna już opasywała jego ciało. Sytuacja nie była wesoła, ale wszystko wskazywało na to, że dalsza eskalacja blizny nie nastąpi, gdyż nie było na to miejsca, ponieważ blizna nie poszerzała się.
Tego wieczoru stało się to, co przewidział Robert - zorganizowano następną imprezę, na której Robert
świetnie się bawił. Około godziny trzeciej położył się spać w swoim łóżku i nagle poczuł, że oprócz niego ktoś w nim leży. Tym ktosiem była Asia - rzuciła się Robertowi na szyję i zaczęli się całować. Zwarli swoje ciała. Asia przytuliła się mocno do Roberta, a że była znacznie od niego niższa, objęła go rękami mniej więcej w połowie tułowia, dokładnie na wysokości owej blizny, i mocno przycisnęła się do niego.
Nagle poczuła że jej ręce, tak czule obejmujące ciało Roberta, zapadają się w nie, jednocześnie poczuła, że Robert jest cały mokry, aż wreszcie Robert... wyśliznął się jej z rąk. Popatrzyła na niego i z przerażeniem stwierdziła, że Robert leży teraz martwy w dwóch częściach.
Z krzykiem wybiegła nago z pokoju, cała brudna od krwi Roberta. Wybiegła z akademika na jezdnię i wpadła pod rozpędzoną ciężarówkę z kapustą. Zginęła na miejscu.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.