[ 2002/02/28 ] Świety P, autor: Tomasz Jońca, kategoria: tekst

Wcześniej czy później musiał nastąpić ten moment, kiedy zaczął odzyskiwać jaźń. W końcu robił to co dzień.
Dopiero po jakimś czasie zaczął bawić się w próby klasyfikacji stanów w jakich przychodzi mu witać nowy dzień swojego życia do którego to stosunek zmieniał mu się z szczerze znienawidzoną częstotliwością. Nie chciało mu się otwierać oczu. Znowu leżał na brzuchu - oznaczało to, że spał dłuższy czas głową przekręconą w jedną albo druga stronę i że przez kilkanaście sekund obracanie nią będzie możliwe ale bolesne. Postanowił więc odwlec ten moment tak długo jak się tylko da. Leżał sobie oddychając płytko i w zasadzie czekał tylko na chwilę kiedy przestanie mu się chcieć oddychać. Czynność ta w tej chwili była dla niego tak kłopotliwa, że z każdą chwilą coraz bardziej jej nie znosił. Zaczął się zastanawiać, jak to jest wydawać ostatnie tchnienie - czy ono jest długie, czy krótkie, czy w ogóle ma jakieś znaczenie czy może przychodzi ot, tak i nawet nie wiadomo kiedy okazuje się, że to właśnie jest moment, kiedy żegnasz się z rzeczywistością. Czuł pod sobą wygniecioną powierzchnię tapczanu, która przez noc pracowicie dopasowywała się do jego ciała. Przez chwilę myślał o czymś w rodzaju wdzięczności tej materii. Starała się jak mogła. W ogóle była bardzo usłużna. Każdego swojego nowego pana traktowała z tym swoim charakterystycznym uniżeniem - takim jaki mają typowe materie wiernie służące przez dziewięć miesięcy swojemu właścicielowi a potem czekające w niepewności na przybycie - nigdy nie było do końca wiadomo kogo, bo ludzie nie czuli większego przywiązania do gąbki w materacu. A więc i tym razem owa materia chciała, by pomyślał sobie, że oto ma najwygodniejsze łóżko jakie tylko mogło się mu trafić więc próbowała ugiąć się tak, żeby nie było ani za twardo ani za miękko.
Być może to spowodowało, że nagle poczuł, że wsiąka w łóżko. Nie był to proces bolesny ale ledwo odczuwalny. Świadomość że - sam nie wiedział, jak to określić - ubywa go, docierała do jego jaźni coraz wyraźniej. W pierwszej chwili chciał się podnieść i sprawdzić, czy jest cały i w ogóle ale rozkaz powstania został natychmiast stłumiony przez drugą myśl - Nie, to jest bardzo ciekawe uczucie! Niech tak zostanie!
Zrezygnował więc ostatecznie z zamiaru pionizacji i starał się maksymalnie rozluźnić. Rzeczywiście - po chwili miał uczucie jakby powoli, bardzo bardzo powoli wsiąkał w swoje łóżko. Dobrze - pomyślał - zniknę na amen, nie znajdą mnie i będzie spokój. Wsiąkaj wsiąkaj.
Ale nagle wsiąkanie się skończyło. Widocznie gąbka w swojej miłości do pana nie darowałaby sobie, gdyby ten nie wstał na czas albo zaspał na zajęcia - wiedział, jak okropnie nie lubi się spóźniać i przerwała to cudowne zjednaczanie się.
Doszedłszy do wniosku, że głębiej już się nie da wniknąć w swój ulubiony mebel a to całe wsiąkanie to kolejny błąd obszaru mózgu odpowiedzialnego za przetwarzanie danych z receptorów czuciowych postanowił wstać. Najpierw zdjął z głowy poduszkę, żeby się ostatecznie przekonać, że ranek mu się nie przyśnił. Pręciki i czopki rozpoczęły kolejny dzień pracy rejestrując czerwonawe światło o cielistej barwie będącej wynikiem przejścia przez powieki. Po chwili je otworzył. Otwierał je i zamykał jeszcze kilka razy i miał za złe mózgowi, że jednak pomiarkował się w błędzie i przestał dawać mu do zrozumienia, że wsiąka w łóżko. Popatrzył w okno. Znowu było buro, szaro, mglisto i chciało się spać od samego widoku. Znów będzie musiał wstać - iść i słuchać rzeczy, które w zasadzie lubił ale czasami miał ich serdecznie dość. Nic nie musisz - tak mawiała jego dawna nauczycielka. No tak, tylko że... no tak, nie muszę. Nic nie muszę. Począł dokonywać typowych czynności porannych - takie tam zabiegi. Rzucił okiem po pokoju. Nic się nie zmieniło. Noc jest jakaś taka niekreatywna. W gniazdkach tkwiły wtyczki od kilku przedłużaczy, które rozprowadzały prąd po pokoju. Święty Prąd.
Cholera - pomyślał - pieprzona różnica potencjałów. Panoszy się wszędzie. Siedzi w tych swoich gniazdkach i gapi się na mnie. Gapi się i śmieje, bo wie, że jest dla mnie Bogiem.
Dziurki gniazdka patrzyły przenikliwie. Teoretycznie dwa martwe otwory w plastikowej oprawce miały w sobie jakąś dziwną finezję, mimikę. Oderwał od nich oczy. Wziął ręcznik, mydło i poszedł obmyć swoje oczy z organicznego kleju nocy.
Tu cię nie ma - rzekł do siebie. Odkręcił kran. Woda popłynęła normalnym strumieniem wody kranowej. Dobrze że kurki wskazują na to co trzeba - po głowie przebiegały mu setki wisielczych myśli. Dobrze że jest woda. Ostatnio często jej nie było. Ciągle się coś w pompach psuło. Woda. Ciśnienie. Pompy. Silniki. Prąd.
Szajse, tu też ? jak znam siebie zaraz pewnie wydedukuję, że umywalka jest zrobiona z prądu - łańcuszek skojarzeń począł przybierać tempo reakcji łańcuchowej. Ale ręcznik nie jest z prądu. Ale dzięki niemu powstał. To też - lista rzeczy, które Prąd opanował była coraz dłuższa. Rozejrzał się na boki - No nie, on we wszystkim macza palce!!! Nich go szlag!!!
Wrócił do pokoju. Jak zwykle rano musiał coś zjeść. Odruchowo podszedł do lodówki i otworzył jej drzwi. Pobudzona mocą Świętego żarówka rozświetliła wnętrza zimnej komory chłodzonej przez wyżej wymienionego. I tu... - powiedział do siebie tonem człowieka odganiającego się od chmary much w upalny dzień. Wziął czajnik. Znowu wrócił do łazienki z myślą, że oto po raz wtóry skonfrontuje się z tym czymś nad czym raczej nie zastanawiają się zwykli śmiertelnicy. Kiedy czajnik napełniał się wodą spojrzał na to wszystko z innej strony. Kto jest kim w tym związku? Kto komu służy? W zasadzie to on korzystał z Jego usług. Ów wszechobecny go grzał, karmił, dawał rozrywkę, wiózł, Był z nim od początku. Ale właśnie przez tą służalczość wykorzystując jego lenistwo robił z nim co chciał. On podsuwał mu informacje, rozwiązania; życie człowieka stało się łażeniem od urządzenia do urządzenia.
Woda zaczęła wrzeć. Zalał herbatę. Patrząc jak napar nabiera barwy wydawało mu się że on sam może o sobie powiedzieć: Nie ma Go we mnie! Łyknął kilka łyków gorącego płynu i dotarło do niego, że to, co teraz pije też jest Jego dziełem.
Gdyby się chciał tak bronić przed jego "dobrocią" musiałby pójść i rozpalić sobie ognisko. A Fakt! Jest jeszcze kuchenka gazowa. Święty Prąd nie ma z nią zbyt wiele wspólnego oprócz tego, że ją zrobił. Miał już dość. Zaczął intensywnie myśleć o czymś, co nie ma z Nim absolutnie żadnego związku. Przejrzał dziesiątki przedmiotów, których codziennie używał i nie znalazł. Rozejrzał się po ścianach. To cholerstwo było wszędzie. Wszędzie wszędzie. Zaraz wyjdzie z pokoju - będzie na niego spoglądał ze świetlówek, będzie mu się tępo przyglądać przez żarówki w windzie i tylko od jego łaski lub niełaski zależy czy dojedzie na dół. Jest pod ziemią, będzie go wiózł do jego miejsca przeznaczenia, będzie na niego patrzył z drutów trakcji. Dopiero teraz przypomniał sobie trzech chłopaków, których widział jak namiętnie kłaniali się gniazdkom na korytarzu budynku. Wtedy myślał, że są pijani albo nabrali się czegoś. A więc oni wybrali taką drogę? Podporządkowania się rzeczywistości, która wymknęła się spod kontroli i zamiast usłużnym narzędziem stałą się tyranem od którego zależy istnienie cywilizacji? O nie. Niedoczekanie.
Niech cię cholera weźmie - krzyknął i podbiegł do gniazdka. Święty Prąd siedział sobie cicho w dziurce i spoglądał ironicznie. Kurwa mać! Nie będziesz się tu na mnie gapił!! Chwycił ze swojego kawałek drutu - jeden z wielu leżących na jego Stole Kreacji.
- Wydłubię ci te ślepia !!!
Poczuł jak palce zaciskają mu się na owym narzędziu zbrodni a wściekły dreszcz przechodzi przez jego świadomość, mięśnie, narządy wewnętrzne, jaja i wszystko.

Ocknął się. Nie był w stanie wydedukować jak długo leżał na podłodze. Kątem oka spojrzał na tapczan. Widać było, że gdyby tylko mogła, gąbka z materaca wsunęłaby się pod ciało buntownika aby przynieść mu ulgę. Zdrętwiały spojrzał przed siebie. Znowu zobaczył dwie wścibskie dziurki. Groźne dziurki. Dziurki od gniazdka - przedsionka do pałacu Wielkiego Pana - Władcy Ziemi. Próbował wstać. Dziwne uczucie zdrętwienia nie ustąpiło zupełnie.
Wstał i na chwiejących się nogach głęboko pokłonił się Gniazdku.
Prawie tak pokornie jak tamci trzej, których widział na korytarzu.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 8 i 9 *:  
* - pola obowiązkowe.