[ 2006/03/08 ] Gorączka tropikalna (Pappataci fever), autor: Rafał Nowakowski, kategoria: tekst

1.
- Mam paranoję! Nie jestem w stanie napisać nic oryginalnego! Autorskiego! Ale czuję ciągły przymus pisania, więc przepisuję wycinki i cytaty, fragmenty artykułów, dosłownie jak maniak! - krzyknął Habdank wyłamując palce. - Mam manię pisania! To jest grafomania! - Pochylił się i wycelował w niego palec. - Zapisuję sobie rzeczy, które mam do zrobienia. Ale zauważyłem, że właśnie tych rzeczy potem nie robię!

 

Adrian niespokojnie poruszył się w fotelu. Miał ochotę spytać: "dużo palisz?", ale zrezygnował. Pacjent najlepiej sam siebie wysłuchiwał, oceniał i karał. W pokoju było stanowczo za duszno.

 

Jakieś dzieciaki krzyczały na podjeździe. Przychodnia psychiatryczna, w której mieścił się gabinet Adriana, miała szeroki podjazd dla samochodów, ale i wygodny dach, z którego można było startować motolotnią. Zastanawiał się, czy powietrze nie jest zbyt ciężkie na swobodny lot. Jak wróci do domu? Ponad parkami czy wzdłuż szerszych arterii?

 

- Ja po prostu nie wiem, o czym pisać! - krzyknął Habdank z goryczą w głosie.

 

Zwykle wychodził ze spotkań oczyszczony, bo mógł zrzucić swoje problemy na kogoś, a jednocześnie zyskać trochę uwagi. Potem zabierał się do pracy, czyli na ogół jeździł swoim copperem z napędem hybrydowym na imprezy mafgiji w "Szanghaju".

 


A o czym mógłby napisać? Zacząć choćby od tego, co jest naokoło nas, myślał Adrian, czujnie balansując drążkiem swojej motolotni. Skrzydła wypisały w powietrzu kąt ostry, podobny do arabskiej siódemki wystylizowanej na znak japońskiej hiragany. Takie same wystylizowane cyfry pojawiały się na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu ogromnego zegara wiszącego na dziwacznej, zrujnowanej wieży w centrum miasta, którą nazywano Pałacem Kultur. Zegar pokazywał godzinę: 17.22, a potem datę: 27.07.77.

 

Powietrze wokół niego rozsadzały wrzaski mew. Motolotnia spłoszyła ptaki, które kołując odleciały nad Wisłę. Z tej wysokości parujące rozlewiska rzeki, pozostałość Potopu, wyglądały jak ogromne, potłuczone lustro spięte w klamrę dwóch symetrycznych autostrad, przecinających tkankę miasta jak szramy zarośniętych blizn. Z jednej strony biała nitka wielkiej Autostrady Wschodniej, wzniesionej na betonowych słupach pośród podmokłych lasów, wiodła prosto w bezdenne przestrzenie Chińskiej Demokracji. Z drugiej strony lustra, jak negatyw, rozwijał się czarny asfalt Autostrady Zachodniej, prowadzącej w głąb Europy. Unia Europejska, wciśnięta w swój kąt, na mapie rzeczywiście wyglądała jak pochylona kobieta uciekająca przed ogromnym bykiem Azji.

 

Na przecięciu tych szlaków handlowych, jak dawniej, znajdowała się Warszawa, przestępcze miasto, podzielone między chińską, wietnamską a koreańską mafię. Stolica pogranicza, w której Francuzi, Anglicy i Niemcy załatwiali swoje interesy z Dalekim Wschodem. Tylko co w tym wszystkim robią Polacy? Ale to już problem Habdanka...

 

Nagle uświadomił sobie, że mewy umilkły. Zbliżała się kolejna tropikalna burza. Wichura porywała śmieci z ulicy i wznosiła je w opętańczych wirach powietrza. Gęste chmury zbierały się nad dachami jak ogromne fraktale w barwach od głębokiej szarości, wręcz granatu, aż do jarzącej się bieli.

 

W ostatniej chwili sprowadził motolotnię na ziemię, bowiem nagle wszystko zamarło w ciszy i duszącym upale. Gwałtownie spadło ciśnienie, aż przechodnie poczęli się słaniać. W pewnym momencie zerwał się wiatr, a niebo pociemniało. Na horyzoncie rozbłyskiwały pioruny. Chmury o ociężałych, granatowych brzuszyskach pożółkły groźnie na obrzeżach. W tym świetle ściany i krawędzie domów rozświeciły trupią, nienaturalną bladością...

 

...i nagle zapierająca dech ściana ulewnego deszczu! spienione strumienie w rynsztokach! wiatr smagający strugami wody! całe miasto eksplodujące histeryczną euforią!...

 

A w samym środku tej orgii, wśród aluminiowych kości dawnego dworca kolejowego, Adrian próbuje zachować zimną krew. Woda ścieka mu po brodzie, łaskocze w podbródek i skapuje na papierosy w kieszeni. Gdyby zdecydował się na krótszą drogę, nie stałby teraz tutaj. Mieszkał na dachu starego domu przy Alei JP II, w specjalnym, przenośnym kontenerze, praktycznie samowystarczalnej konstrukcji. Leżąc popołudniami na łóżku, wpatrywał się w błękitny prostokąt okna i obserwował beznamiętnie, jak jego materac wzbiera wilgocią. Czasami przykrywał się foliowym workiem po chemikaliach, który rozdarł i przypalił na brzegach, aby uzyskać czarną, zaokrągloną krawędź. Tak samo krople wzbierały na krawędzi parapetu, a potem, jak zwielokrotnione jing i jang, skapywały na mozaikę dachów jadłodajni, salonów paczinko, herbaciarni i palarni opium.

 

Jest 2077 rok, a on wciąż dryfuje przez życie, jak siedem lat temu. Gdyby nie ukończył tego kursu, wciąż przemykałby się od jednego dnia do drugiego, bez przywiązania do czegokolwiek, obumarły emocjonalnie i zdziczały. Pewne rzeczy przychodziły bez trudu: dom, jego motolotnia, utrzymanie, to wszystko nie wymagało szczególnego wysiłku. Ale jak w tej sytuacji poczuć wolę życia? Żył, bo wtłoczono go tutaj i siłą rozpędu spadał, jak kulka w paczinko, odbijał się od band i toczył wyżłobionymi koleinami. Jeszcze jeden niepotrzebny mężczyzna, przyglądający się światu, chyboczącemu się jak pijak nad krawędzią rynsztoka. O tym wszystkim mógłby napisać Habdank...

 

 

* * *
Adrian miał do czynienia z wieloma nietypowymi schorzeniami wywołanymi klimatem. Najczęściej występujące to po prostu chroniczne zmęczenie tropikalne, które objawiało się znużeniem, osłabieniem, drażliwością i "zespołami neurastenicznymi". Tak stwierdzał pożółkły, wielokrotnie przemoczony podręcznik medycyny. Niektóre osobliwe zwroty niepokojąco działały na wyobraźnię. Na przykład przypadek udaru słonecznego wykazywał "maskowatość twarzy, przekrwienie spojówek, niezborność ruchową i wymioty".

 

Czasami podczas krytycznych upałów, kiedy znad stepów nadciągały radioaktywne burze, zdarzały się przypadki kurczy cieplnych. Gwałtowne napady bolesnych skurczy mięśni, nudności i wymioty chwytały ludzi na ulicy, spoceni ocierali się o ściany porośnięte mchem, wpadali między wielkie krzaki krwawnika porastające każdy wolny skrawek gruntu. Ponieważ ataki powodowało obniżenie ilości elektrolitu w ciele, dlatego niektórzy nosili ze sobą duże bryłki soli.

 

Wieczorne powietrze po burzy było jak naelektryzowane. Karol dyskretnie rozejrzał się na boki, a potem spojrzał w górę. W salonie mieszkania na drugim piętrze było ciemno już trzeci dzień, a okno obok zasłaniały firanki. Najlepiej wejść tamtędy, przez mały pokój...

 

Jedynie zielone kontrolki klimatyzacji migały w niektórych oknach, gdzieniegdzie pobrzękiwały wirniki i woda skapywała z rurek chłodnic. Wejście po pniu brzozy nie sprawiało mu większego kłopotu. Bujne listowie zasłaniało go przed kamerami podwieszonymi do ulicznych latarni. Sodowożółty lateks kombinezonu był praktycznie niewidoczny. Metody nie zmieniały się od stuleci. Robocze rękawice i piorunochron. Od drugiego piętra dzieli go jakieś siedem metrów wspinaczki. Dobrze mieć alpinistyczny karabińczyk. Jeszcze tylko syntetyczne ostrze do szkła i Karol oddycha lekką stęchlizną dawno nie wietrzonego pomieszczenia.

 

Należał do jednego z najstarszych klanów złodziei, jeszcze sprzed kryzysu. Uczył się bycia niewidzialnym przez całe życie. W zasadzie został do tego zmuszony. Zaczęło się już w szkole podstawowej, kiedy nagle stwierdził, że on jako błękitnoooki blondyn należy do znerwicowanej mniejszości w klasie, w której dominowały śniade, skośnookie dzieciaki. Musiało jednak minąć kilka lat, zanim dotarło do niego, że ta sytuacja to już niezmienny porządek jego świata. Ponieważ nie mógł jej zmienić, musiał się przystosować. A w sferze cienia tajemnice przechodziły z jednego anonimowego człowieka na drugiego.

 

Faktem jest, że trzeba stać się niewidzialnym, aby nauczyć się obserwować. Teraz od kilku dni obserwował to mieszkanie na zachodnich obrzeżach miasta, gdzie zaczynały się malaryczne trzęsawiska dawnych cmentarzy. Pokoje, widać dawno pozostawione same sobie, zdążyły już zarosnąć roślinnością, kwiaty doniczkowe wykwitły jak chwasty na terminalu, projektorze, kuchennym podgrzewaczu.

 

Przypadkiem znalazł na stole otwarty album. I zaczął go przeglądać...

 

 

2.
Zdarzały się dni suszy, kiedy błoto nad Wisłą twardniało i pękało jak potłuczona porcelana, a o zachodzie słońca powierzchnie zabarwiał jednakowy brzoskwiniowy odcień. Błękit nieba był tak przejaskrawiony, jakby wypalony słońcem. Popołudnia przypominały nieco nastrojem małe miasteczka na Śląsku, gdzie winnice porastały dawne hałdy fabryczne. Tu w Warszawie, czuło się jednak bardziej klimat portowego miasta, z tymi dżonkami na Wiśle i gigantycznym bazarem w Pałacu Kultur...

 

Wszyscy siedzieli w herbaciarni "Akwarium Katedralne", gdzie brzoskwiniowy odcień zabarwiał tłuste kłęby haszyszowego dymu. Na fotelach i kanapach spoczywali przedstawiciele najróżniejszych ras i grup społecznych. Łączyło ich jedno: raczej trudno byłoby znaleźć ich dane w Urzędzie Podatkowym. Często spotykali się tu przywódcy zwalczających się gangów i konkurencyjnych mafii. Tutaj był teren neutralny. Nikt nie rozmawiał o interesach.

 

Wielki O już wyszedł. Opalony chłopak z tatuażami brnął w monolog, jakby ujeżdżał naćpanego muła:

 

- U nas to jeszcze, ale w mniejszych miasteczkach można oberwać za byle co. Gangi napierdalają się między sobą. Nawet klientom się dostaje.

 

- No tak, społeczeństwo się rozwarstwia... - zripostował ktoś niekoniecznie do tematu.

 

Dziewczyna z pomarańczowymi wstążkami wplecionymi we włosy rzuciła na stół czarne plastykowe pudełko, krzyknęła "Na razie!" i trzasnęła drzwiami. Wybiegła na jakąś sesję.

Adrianowi został w nosie jej zapach. Przebił się przez haszysz i zaczął drążyć coraz głębiej jego tkanki, rozpadał się na coraz drobniejsze i subtelniejsze cząstki, wnikał do układu nerwowego i szarpał neurony. Cierpki, kwaśny zapach, jak zimny prysznic, jak sok z owoców, jak ostre zimowe światło słońca...

 

- Ultramarynka jak zwykle zakręcona... - ktoś mruknął pod nosem.

 

- Co to jest? - zaciekawił się wytatuowany chłopak, wskazując czarny prostokąt z dwoma białymi kółkami. Adrian z trudem rozerwał spierzchnięte wargi:
- Stary nośnik danych. Dawniej nazywali to „kasetą wideo"...

 

Ultramaryna naprawdę nazywała się Marianna. Jej nickname pochodził ze starego filmu animowanego. Ostatnio zapanowała moda na stare plejery zwane magnetowidami, które można było kupić na bazarze. Ultramaryna rysowała komiksy fantastyczne. Czasem przerysowywała postaci z filmów. Poszczególne kadry rzadko łączyły się w jakąś logiczną całość. Na przykład:

 

Biały prostokąt. Czarne koło. Czarna dziura rozwija swoje atramentowe macki. Z czarnego słońca skapują czarne drzewa, wzlatują czarne ptaki, czarne witriomole pełzną między źdźbłami czarnej trawy.

 

Drgania czarnej wskazówki na tarczy chronometru. Drgania włosków na skórze. Na skórze mojej ręki.

 

Tak, to nadal my. Agenci Ministerstwa Wyobraźni. Wracamy z kolejnej wyimaginowanej podróży.

 

Obecnie w Ministerstwie Wyobraźni pracujemy na Wehikułach Czasu. Jak wygląda Wehikuł Czasu? To zwykła powlekana tabletka. Używamy metod biochemicznych do poruszania się w czasoprzestrzeni. Czym zajmujemy się w Ministerstwie Wyobraźni? Wymyślamy rzeczy, które potem zostaną wynalezione, opracowane i wykorzystane przez innych.

 

Czarny prostokąt. Białe koło. Spodek filiżanki, który rozbiłam u mojej ciotki. Wspomnienia, które powtarzamy, aby przez pomyłkę powiedzieć coś nowego. Bo przecież to w końcu i tak tylko wrażenia, nieskończone nici, z których splata się świat: ceglasta czerwień, wołanie na obiad, krople na czole, migotanie gwiazd...


Pałac Kultur dzielnie przetrwał wszystkie atmosferyczne i społeczne nawałnice. Pozbawiony okien, na wpół zrujnowany i obwieszony bannerami upodobnił się do architektonicznego upiora. Wreszcie założono tam ten wielki bazar. Na wyższych piętrach, poszczególne pomieszczenia zajęły różne firmy i instytucje. Mongolski Uniwersytet Medycyny Naturalnej z Ułan Bator miał tu swoją katedrę, która służyła oczywiście jako przykrywka kontaktów z chińską mafgiją. Na ścianach wisiały stare tablice anatomiczne do akupunktury i wielkie noże rzeźnickie. Z kolei na 32 piętrze znajdowała się sanga buddystów zen. Jednak w większości pomieszczeń odbywał się bardziej lub mniej uczciwy, legalny i moralny handel. To tutaj najłatwiej było kupić organy do przeszczepu. Oczywiście w Pałacu jedynie załatwiano transakcje, a zabiegi odbywały się w prywatnych klinikach.

 

Marianna szukała w Pałacu Kultur starych kaset wideo. Stoisko handlarza starymi nośnikami oświetlały małe czerwone i pomarańczowe lampki.

 

- Ma pan pierwszego "Terminatora" na VHS? - spytała rozpinając zamek swojego skafandra.

 

- Tylko ostatnie części na DVD...

 

Kasety leżały w tekturowym pudełku oklejonym ductapem. Adrian na stoisku obok przeglądał książki w skrzynce po pomarańczach.

 

- Yukoso. Cóż, chyba nie znajdę tu tego, czego szukam.

 

- Wychodzisz? Stali pod głównym wejściem do Pałacu.

 

Elektroniczny wyświetlacz pokazywał wiadomości w języku japońskim. Chińskie ideogramy okazały się zbyt trudne do przyswojenia przez Europejczyków. Dlatego na tutejszy użytek zaimportowano hiraganę, japoński system sylabicznego zapisu obcych słów. Teraz służyła jako "kuchenna chińszczyzna". Hiragana była zapisywana fonetycznie, jedynie kilka podstawowych znaków pojawiało się na wyświetlaczach, bo okazywały się nadzwyczaj łatwe do zapamiętania.

 

- Wpadniesz do mnie?

 

- A masz kawę?

 

- Zostało mi jeszcze trochę syntetycznej.

 

- To już coś...

 

Kawa było trudno dostępna. Chińczycy mieli dużą awersję do kawy, a ich zwyczaje trudno zmienić. Jednak zachodni inwestorzy i agenci handlowi nie zamierzali rezygnować ze swoich nawyków. Stąd prawdziwą kawę, jako towar egzotyczny i luksusowy, można było dostać jedynie w drogich restauracjach i w hotelach dla obcokrajowców.

 

* * *
Rozmawiali spacerując Świętokrzyską. Kwietne baldachimy ogromnych, zdrewniałych krzewów krwawnika zwieszały się nad nimi jak białe parasole. Szeroki chodnik przecinały riksze, niczym kłusujące kanapy. W oddali, wzdłuż idealnie wyrysowanej linii perspektywy, gęstniały ciemne sylwetki trzech wieżowców. Podchodząc bliżej, zobaczyli liany wynurzające się z wieczornej mgły. Zwisały ze ścian jak ogony gigantycznych szczurów, chowających się za bilboardami.

Minęli neon:

 

 

 

 

- Ciekawe, jak w hiraganie wygląda japoński język miłości...

- Mam słownik elektroniczny - Adrian wyjął z kieszeni listek swojego poketa i zaczął czytać: - Miłość - ai, lotos - hasu, kochać się - neru, perwert - chikan, włosy łonowe - innmow, krzyczeć - naku...

- Wiesz co, ułożyłam właśnie wiersz haiku:

"Tam gdzie rozległe składowiska zużytych komputerów
Jest za dziesięć pierwsza i noc pachnie mokrą trawą:
Piękne mleko umysłu".


Na ścianie po drugiej stronie ulicy, akurat pod jego oknami, ktoś napisał sprejem: AMNESIA. Schizofreniczne migotanie jarzeniówki w korytarzu.

Miał przedpotopowy magnetowid, który podłączył do ekranu organicznego i augmentywnego projektora poprzez mikser wideo, chyba równie stary, co odtwarzacz. Kiedyś musiały mnóstwo kosztować. Teraz wszystkie powoli zżerała wilgoć. Na sprzęcie można było w realnym czasie miksować filmy, a augmentywne gogle pozwalały dodawać własne komentarze, efekty, czy wręcz całe postacie.

Ostatnie chwile „Królowej Wiedźm", kiedy

Anjelica Huston zamienia się w mysz...

- Czasami, kiedy oglądam film - Marianna zsunęła gogle - jego akcja toczy się w zupełnie nieinteresującym dla mnie kierunku, to znaczy wątek podąża w zupełnie inną stronę, niż moja uwaga. Chciałabym wiedzieć, co dzieje się z bohaterami, akurat wtedy, kiedy nie pisze o nich scenarzysta. Nie chcę dodawać własnych wątków, chcę poznać niewidoczną stronę każdej historii.

- Zakładasz więc, że istnieją jakieś regiony fabuły, których autor mógł nie odkryć, terrain vague, który porasta lasem fikcji?

- Coś o czym nie wie twórca? Autor? Tylko wtedy, gdy na to pozwoli, jeśli zostawi miejsca niedomknięte... W istocie od tego zależy istnienie tych miejsc... Od decyzji twórcy.

- Ale jak zostawić miejsca niedomknięte w dziele opisującym poglądy na świat?

- W dziele metafizycznym? Może tak? Zróbmy reality show, w którym widzowie będą wybierać, który z uczestników przechodzi dalej, a który odpada. Wystawimy odpowiedni zestaw typów charakterologicznych. A potem będziemy wzmacniać napięcie. Doprowadzimy do tego, że jeden z graczy nie wytrzyma presji i popełni coś nieodwracalnego, samobójstwo, nie wiem, wyłamie się, czy załamie, cokolwiek. A potem ogłosimy, że w rzeczywistości był to psychotest dla publiczności i podamy w wynikach, kto do tego doprowadził...

- Żartuj sobie, żartuj, a to kwestia istnienia wielu postaci realnych i literackich...

Na kasetach najczęściej nagrane były jednak stare filmy porno. Taśmy często marszczyły się od wilgoci i wkręcały w magnetowid. Rozłamywali pudełka i owijali się połyskliwymi serpentynami... Jarzeniowe światła przefiltrowane przez firankę i jego kręgosłup zarysowany pod nagimi plecami, opleciony czarną taśmą, czarna taśma na jej sutkach, która nagle odbiła żółtoniebieski abażur lampki...

Habdank mógłby napisać na przykład tak: Seks jest jak alkohol. Wpędza cię w trzydniowe transy, po których pamiętasz tylko rozmazane wrażenia, albo konkretne oderwane sceny. A przedtem i potem uczucie wyczerpania, osłabienia, oddalenia od świata. Uniesienia są coraz słabsze, ale przez to próbujesz jeszcze częściej i jeszcze dalej odlecieć, aż wpadasz w nawyk, a potem w nałóg. Odczuwasz jednocześnie pociąg i wstręt do siebie za ten pociąg. Masz rozchwianą równowagę. Próbujesz kompletnie zerwać. Następuje apatia, znieczulenie, ogólna niechęć. Masz gwałtowne nawroty. Próbujesz "drogi środka": trochę weź, trochę zostaw. To na nic, no więc zaczynacie się szarpać. Rżnąć się w nienawiści i pożądaniu. W ten sposób niszczysz człowieka. Znowu próbujesz odstawić. Wkrótce wracasz w ciąg, tyle że z innym dragiem.


Trzepak na podwórku przed blokiem. Nic tu się nie zmieniło od siedemdziesięciu lat, jeśli nie liczyć tego, że zawaliła się ściana szczytowa jednego z bloków budowanych z wielkich żelbetowych płyt. Zwisające druty porastały ciemnozielonymi, mięsistymi liśćmi bluszczu. W zarwanym pionie zagnieździli się bezdomni i narkomani, ale resztę bloku zamieszkiwały zwykłe, biedne, wielodzietne rodziny, czasem po trzy pokolenia w dwóch pokojach. Stąd część życia społecznego już dawno temu przeniosła się na klatki.

Dwóch chłopaków nerwowo spoglądających na zegarek. Karol dobrze znał taki widok.

- Czego wam trzeba?

- Keta. Dwie sztuki.

Niezmiennie ergonomiczny gest: wymiana uścisków na przywitanie, w zagłębieniu dłoni dwa małe pakunki zawinięte w metalową folię spożywczą.

- Dzięki - drugi chłopak wysunął dłoń ze zwitkiem banknotów.

Karol przysiadł na chwilę, żeby wyjąć z plecaka swojego plejera.

- Co to jest? - nagle spytał jeden z chłopaków pokazując palcem grzbiet albumu wystający z plecaka. Karol zmieszał się, choć nie na tyle, by tamci mogli to zobaczyć.

- Znalazłem to na peronie kolejki. Album jakiegoś frika.

- Jakiegoś frika... Znam go dobrze... To album Kim-Ika!

- Co ty powiesz?!

- A ten imprint na okładce, to on ze swoją dziewczyną! Jak ona?... Karolina?... Nie widziałem Kim-Ika od tygodnia!

- A co mi do tego? Znalazłem to na przystanku...


Letni wiatr rozdymał pomarańczowe zasłony w otwartym balkonie, przez który słychać było odgłosy letniego popołudnia, kroki, riksze, nawoływania handlarzy owocami. Zaraz wstanie, wypije resztkę kawy i wyjdzie na ogarniętą tropikalnymi burzami Warszawę... Powracając z jakiś odległych wszechświatów, wpatrywał się w nagie uśpione ramię. W tym samym momencie Marianna westchnęła i poruszyła się. Poczuła się nagle strasznie wygłodniała, jak zwykle po dobrym seksie.

Mówiła ubierając się na środku pokoju:

- Zastanawiam, jak to jest, że tyle jesz, a jesteś taki chudy. A przecież wystarczy, żebyś zrobił kilka razy tak - pokazała kilka seksownych ruchów biodrami, jakby ćwiczyła z hulahoop - i już.

Napis AMNESIA bielał coraz wyraźniej w gęstniejącym zmroku.

Spacerowali wzdłuż Alei JP II. W ciepłym, krystalicznym powietrzu letniego wieczora mijały ich riksze, solarne samochody i wagoniki kolejki elektrycznej. Pod powieki oczu sączyło się migotanie kolorowych świateł i neonów oświetlających wejścia do salonów paczinko, sex shopów, lucky holes i kin erotycznych. Gdzieniegdzie tylko bielała pusta witryna zakładu akupunktury i masażu leczniczego.

Koreańczycy świetnie asymilowali się z tym otoczeniem. Bardzo polubili polską kulturę. Już dawno temu przetłumaczyli "Pana Tadeusza". Podobno bardzo podobał im się typ Zosi, niewinnej blondynki.

- Wiesz jaka jest różnica między dawnym pinballem a obecnym paczinko?

- A co to jest pinball?

- U nas nazywano je flipery. No więc we fliperze miałeś jedną kulkę i ta kulka toczyła się wzdłuż band, a ty musiałeś odbijać ją i uważać, żeby nie wpadła do slotu. W paczinko wiele kulek spada na dół i w zależności, która z nich wpadnie do którego otworu, tak wielka jest twoja wygrana. Chodzi o maksymalizację trafień... To kwestia ekonomii.

- Tak, w przypadku gdy nagrody to krakersy, marynowane śliwki, papierosy i cukierki.

Zajrzeli do baru specjalizującego się w daniach rybnych. Para unosiła się znad wouków.

- Wciąż jestem cała mokra.

- Wiem.

- Skąd?

- Poznaję po oczach.

- Moje oczy błyszczą tak radośnie, bo wpuściłam sobie atropinę pod powieki. Nic ponadto.

Wracając musieli przejść przez niewielki mostek nad Bełczącą, jedną z małych rzek, które w wyniku Potopu, po setkach lat powróciły na swoje dawne łożyska. Ultramaryna była kiedyś świadkiem wypadku na moście. Widok barierki chroniącej pieszych w nieuchronny sposób wzbudzał wspomnienie tego wydarzenia. Zwieszała wtedy głowę i zagryzała kosmyk włosów razem z kolorową wstążką. Scena była tak gwałtowna i okrutna, aż odrealniona, wynaturzona. Jakaś dziewczyna leżała na asfalcie. Nylonowe pończochy świeciły dziurami, a podarty stanik wystawał spod bluzki. W jej zoperowanych piersiach pękły sutki i teraz brocząc krwią z krzykiem zalewała się łzami. Ultramaryna stwierdziła ze zdumieniem, że ten widok ją podniecił.


Światło przeświecające przez kurz zawsze wprawiało go w stan przyjemnej lekkości umysłu. Tym razem kurz unosił się spiralnymi smugami w korytarzu piwnicy. Dwóch chłopaków siedziało na starych fotelach samochodowych słuchając skrzeczącego plejera. Ten, który go zaprosił wskazał Adrianowi wolne miejsce.

- Mamy do ciebie sprawę.

- Tak?

- Zaginął nasz kolega.

- I co mi do tego? Jestem psychologiem, a nie detektywem.

- Ale wygląda nas to, że odszedł do jakiejś sekty. Chyba nawet wiemy, do jakiej. Znaleźliśmy jego pamiętnik.

Album miał wypukłą okładkę, pokrytą imitacją skóry. Gniazdo poketa wydłubano.

- I jaka ma być moja rola?

- Wyciągnij go z tego.

Kurz wirował w promieniach letniego słońca. Z albumu wystawała krawędź naddartej strony.

 


3.
Na witrynie sklepu z tajwańskimi zabawkami zobaczył zdalnie sterowany model poduszkowca. Pojazd wymalowany na kartonowym pudełku nadjeżdżał w fioletowej radioaktywnej chmurze, jednocześnie jakby atakował wyludnioną ulicę, która odbijała się w szybie. Poduszkowiec zmierzał wprost na kilku Pakistańczyków, którzy drobnymi krokami przemykali pod ścianą po drugiej stronie ulicy.

Z trudem oddychał po kolejnej burzy, tym razem elektromagnetycznej. Wyładowania elektryczne jak zwykle paraliżowały działanie bezprzewodowych sieci poketów i terminalów. Zaledwie czterdzieści minut nawałnicy, ale ciśnienie rosło od samego rana. Czy dlatego się pokłócili? Faktem jest, że nie obyło się bez scen. Świetny materiał dla Habdanka, z płaczem, klękaniem i szarpaniną, z latającymi szklankami, książkami i plamami na ścianach w tle. Wreszcie ostateczna sentencja: "Spierdalaj, ty sadystyczny pedale!" syknięta z odrazą, a jej pomarańczowe wstążki tną powietrze jak nóż. Nawet trochę żałował, że nie mógł patrzeć na to z boku.

Stanęła na środku pokoju, w czarnych pończochach na tej swojej drewnianej podłodze, która przetrwała wszystkie pory deszczowe i krzyczała: „Wynajmę dwóch wielkich sterydów! Przyjdą po ciebie, pobiją cię, zwiążą i zgwałcą! A ja będę patrzeć, ty gnoju!". Zaraz potem rozpętała się apokaliptyczna burza, pioruny bijące w drzewa na środku ulicy, strumienie wody tryskające z nabrzmiałego nieba. Pół godziny później wszystko minęło i zapanował spokój, jakby natura usnęła wyczerpana po mocnym orgazmie. A jednak aż do wieczora między ludźmi wzbierało niemal materialne napięcie.

Na rogu ulicy przy herbaciarni stał jeden ze Zdeprywowanych Sensorycznie. Przekazywał swoje szyfry ptakom. Zza szyby migała zwinięta gazeta, której używał jak batuty. Adrian przy filiżance zielonego gun powder kontynuował swoją historię dla Habdanka: „Psycholog pracujący dorywczo przy leczeniu nerwic, angażuje się w niebezpieczne przedsięwzięcie..."

Z trudem usiłował skupić się na albumie Kim-Ika. Z początku wyglądał jak typowy pamiętnik nastolatka, gdzie plastykowe kartki pokrywały wdrukowane zdjęcia z imprez i podpisy fluomarkerem. Na fotografiach widniał ten sam niepozorny chłopak o skośnych oczach, lekko rozchylonych, pełnych ustach i odstających uszach. Jednak pod koniec wpisy stawały się coraz bardziej osobiste i niepokojące:

Chyba muszę stoczyć się i skończyć na dnie. Taki mój los, fatum, droga życiowa. Wszystko co robię, by temu zapobiec, skazane jest na porażkę. Jakby każdorazowe fiasko zawracało mnie na stary tor.

Obok wsunięta ulotka z napisem: Życie to gra, w której zwycięzcy ustalają reguły. Jedyny sposób na wygraną to postawić na Nieposłuszeństwo!

Poniżej charakterystyczne logo sekty guru [ ].

Z albumu wysunęła się naddarta strona z imprintem. Kim-Ik, w niewyraźnej aureoli kropel, obejmuje dziewczynę, która wykrzykuje coś z uśmiechem. Pod spodem słowa napisane fluomarkerem:

"Wierze w Ciebie. Umrzesz ze starości. Depresja!? W twoim wypadku najwyżej arogancja. W-szawa 6.07.77"

Adrian znał tę dziewczynę.

Kim-Ik spotykał się z Karoliną, bardzo chudą, szaloną dziewczyną. Ona poznała go z sektą. Kompletna wariatka, spacerująca po mieście z wielką zieloną walizką, pełną czasem kwiatów, a czasem starych gazet. Tak właśnie zapamiętał ją Adrian wtedy na Pradze, u Filozofa. I tam też gdzieś była sekta guru [ ]. Filozof miał z nią kontakt. On mógł zaprowadzić tam Kim-Ika. Cóż, czas wybrać się na Pragę!... Na Pragę!... Na Pragę... Słowa odbijały się w jego czaszce, jakby nieskończonym pogłosem, ale pogłos ten rozbrzmiewał w czasie, zawieszał się, a potem rozciągał z monumentalną niewzruszonością poprzez lata, jak metalowa struna, aż do poprzedniego stulecia, aż do okrzyku „Na Pragie! Na Pragie!" warszawskich taksówkarzy po drugiej wojnie światowej.

 

Aleja JP II wciąż prowadziła do ruin dawnego dworca kolejowego. Nastrój tego miejsca nie zmienił się, odkąd mógł sięgnąć pamięcią. Jakby spływało się rynsztokiem do kanału ściekowego. Przy wejściu do nieczynnych podziemi śmierdziało fekaliami. Omijał wielkie kałuże, mięsiste i porosłe mchem.

Na środku skrzyżowania stał chłopak w koszuli w kratę i z niewielkim plecakiem. Był kompletnie zezowaty. Jedno oko patrzyło w jedną stronę, drugie w przeciwną. Śledził kogoś? Rozglądał się? Czekał? Wskazywał drogę? Na piersi miał tabliczkę z napisem: Certyfikat Mózgownic. Minął go cichy solarny smart mobil.

Sekty rozwinęły swoją działalność, urosły w siłę i stanowiły osobne enklawy społeczne. Zresztą w ogóle nastąpiło pogłębione rozwarstwienie w społeczeństwie. W zamkniętych dzielnicach luksusowych domów, z ogrodami na dachach i basenami w podziemiu, każdy żył według reguł, jakie sam ustanowił. Z kolei większość ludzi wciąż jeździła rikszami i kolejką naziemną, które okazały się najlepszą alternatywą wobec zalanych tunelów metra.

Adrian z Rudym wepchnęli się do zatłoczonego już wagonu. Z gwizdem i trzaskiem kolejka poderwała się do nierównej, chybotliwej jazdy. Wzdłuż estakady biegły poziome węże szarych kabli, odłażące ze słupów plakaty powiewały we wzbudzonym pędzie powietrza. Rudy przytrzymywał pomięty, zmoczony kapelusz.

- A co, jeśli Marianna miała napad gorączki? Sądzę, że zaraziła się, może właśnie od Karoliny.

- No tak, ale czym?

- Jakąś chorobą zakaźną. Powiedzmy pappataci fever, albo dengue dengue, nazywaną przez beduinów une fiévre du dandy...

- Co takiego?

- Rodzaj choroby tropikalnej, jak malaria czy febra, a co myślałeś?

- Przecież to są choroby dawnej Afryki. U nas jest bardziej wilgotny klimat!

- No to gorączka siedmiodniowa! Zakażenie wywołują gryzonie i owady, a objawia się depresją, bólami głowami i zapaleniem spojówek!

- Daj spokój...

- No dobrze! To w takim razie amok! Nie powiesz, że to niemożliwe. Najpowszechniej występował w Laosie i Tajlandii. Teraz tutaj jest podobny klimat. Sama nazwa „amok" pochodzi z malajskiego i oznacza „zaangażować się z furią w walce". Objawia się gwałtownym pobudzeniem, zaślepieniem erotycznym połączonym z agresywnym zachowaniem. Dawniej opisywano całe fale epidemii, w Indochinach, na półwyspie Malajskim, czy w Laosie. A co, jeśli to wirusowa mutacja amoku? Wirusy przenoszone przez owady? Wyobraź sobie taką scenę. Wielka, pusta sala w świetle ultrafioletu, a na środku podryguje kilku chudzielców w snopach czerwonych reflektorów. Ultramaryna podchodzi do uderzająco chudej dziewczyny w czarnej, koronkowej spódnicy. Całują się. W tym momencie z potu na policzki Karoliny (bo to ona na zejściu starej dobrej benzedryny złapała lekkie przeziębienie) przenoszą się zarazki, a dokładniej, jeszcze nie ożywione wirusy amoku. Może wcześniej ugryzł ją komar? Adrian stoi obok, sącząc drinka. Oczywiście mógłby je ostrzec. Ale skąd ma o tym wiedzieć? Zrozumie to dopiero dużo później, słuchając swojego przyjaciela i wpatrując się w ptaki, które kołują nad przybrzeżnym przystankiem kolejki...

- Zapędziłeś się. Chodźmy już.

 

* * *
Stadion Dziesięciolecia, otoczony dżonkami i prowizorycznymi pomostami, wznosił się jak forteca na północnym przylądku Saskiej Kępy. W czasie Potopu cała Praga-Południe została zalana, a kiedy wody opadły, okazało się, że Wisła zmieniła nurt i Saska Kępa, jak dawniej, stała się wyspą. Osuszono ją, a potem postawiono tam ekstrawaganckie drapacze chmur, apartamentowce i luksusowe wille, przeznaczone wyłącznie dla najbogatszych Azjatów. Tym samym, niemal w środku Warszawy powstała miniatura Hong-Kongu, gdzie Polacy mogli być tylko śmieciarzami albo służącymi. Most Poniatowskiego prowadził z Kępy wprost do centrum, a dalej łączył się z Zachodnią Autostradą. Dawny nasyp kolejowy zawalił się pod naporem wody i szkielet Mostu Średnicowego stał absurdalnie na samym środku rzeki, jak industrialna buddyjska stupa. Pod jednym z przęseł zacumowano płaskodenną kanonierkę „Ho Szi Min", która strzegła spokoju Kępy, z lufami groźnie skierowanymi w stronę Solca. Wystarczyło, by oddała jedną salwę, a pół nadrzecznej dzielnicy ległoby w gruzach.

Bazar na Stadionie przetrwał jako swego rodzaju hołd złożony przeszłości. Wśród barów i straganów z nielegalną elektroniką organiczną można było dostać syntetyczną adrenalinę i stymulatory szyszynki w plastykowych dozownikach. Gwałtowny rozwój technologiczny z początku XXI wieku załamał się w wyniku światowego konfliktu. Kiedy Chińczycy, za sprawą kilku głowic nuklearnych, pokonali zarówno dawne Stany Zjednoczone jak i islamskich fundamentalistów, opanowali faktycznie całą Azję i dużą część Europy. A teraz Chińska Demokracja i Indie zazdrośnie strzegły tajemnic przemysłowych swoich technologii i patentów. Jednak niektóre rzeczy wypływały właśnie tutaj, na Jarmarku Europa.

- Yukoso, chłopaki. Muszę dostać się na Niebiańskie Wzgórza.

Jak wiadomo, w Warszawie nigdy nie było większych wzgórz. Teraz jednak, kiedy pół miasta pokrywała woda, suche i bezpieczne tereny zyskały na cenie. Dlatego w południowej części Saskiej Kępy usypano sztuczne wzniesienie i wybudowano zamknięte osiedle zwane Niebiańskimi Wzgórzami.

- Przecież nawet nie dadzą ci tam wejść bez passwordu. Dobrze wiesz, że trzeba specjalnej karty.

- A co, jeśli się wkradnę?

- Kamery wszędzie, a jak nie kamery, to alarmy. Musisz mieć kartę.

Systemy alarmowe i kontrolne rozwinęły się w osobny przemysł. Kamery, alarmy, czujniki ruchu i temperatury połączone w inteligentne, samosterowne systemy... Wiadomo, że jak w każdym mieście pogranicza, tak i tutaj łatwo było o różnych outsiderów, ekstremistów i bojówkarzy. Ostatnimi czasy mówiono wszędzie o dziwnej organizacji terrorystycznej, która nie stawiała żadnych żądań, a jedynie podpalała szpitale, przedszkola oraz redakcje czasopism. Służba zdrowia i media zostały poniekąd sparaliżowane.

- Słyszałeś o tym młodzieżowym gangu, „Drużyna Żbika"?

- Kto to taki?

- Używają nazwy propagandowej organizacji młodzieżowej, utworzonej wokół starego, zeszłowiecznego jeszcze komiksu "Kapitan Żbik". Erudyci... znowu jacyś studenci... Może oni ci pomogą?

- Skoro tak, trzeba będzie się z nimi zaprzyjaźnić...

Niedaleko Stadionu przeleciał helikopter, jakieś trzydzieści metrów nad ziemią, zaraz nad dachami. Z liny pod nim zwisał mężczyzna. Helikopter lądując na podwórku znikł z pola widzenia, słychać było tylko warkot silników i wystrzały.

- Nie wiecie, gdzie można znaleźć Ultramarynę?

- Nie. Wiesz jak to było? To był plan Rudej i Grubej.

- Kogo? Rudej i Grubej?

- No tak, Rudej i Grubej. Postanowiły wyjebać ją z knajpy.

- I co?

- I się załamała.

Powoli przypominał sobie ten dzień. Marianna była wtedy we frywolnym nastroju. Kiedy spytał ją o pracę, powiedziała, że "puściła to wszystko z nurtem rzeki" i bawili się razem cały wieczór.

Faktem jest, że potem wyłączyła zarówno swój poket, jak i domowy wideofon. Wizualizował się u niej tyle razy, aż włączył się standardowy wygaszacz ekranu z absurdalnym widoczkiem ośnieżonych szczytów górskich. Adrian beznamiętnie przyglądał się witriomolom, które zagnieździły się we wgłębieniu kabiny terminala. Insekty ospale wyjadały czerwony pleksiglas. Po sczerniałych, stopionych krawędziach spływały krople ni to deszczu, ni to wilgotnej mgły. Na ścianie kabiny ktoś wykleił hologramową ulotkę. Wokół obrzeży hipnotyzującego fraktala widniał tekst: Życie to gra, w której zwycięzcy ustalają reguły. Zagraj w Nieposłuszeństwo!

Nagle pojawił się charakterystyczny wysoki pisk w głośnikach, dźwięk jakby zakręcający się do własnego wnętrza. Nadejście znajomych wyładowań. Kolejna burza elektromagnetyczna. Przez najbliższe popołudnie nic już nie zrobi.

- A jeśli Kim-Ik został poddany farmakologicznej kastracji?

- Że co, proszę?

- No jeśli w tym ośrodku on, jako jeden z wielu, został naszprycowany tak, że nie może powielać swojego kodu genetycznego? Jeśli zrobili z niego bezpłodnego impotenta?

- Co ty gadasz...

Zamieszanie wokół baru. Czyjeś napuchnięte ręce szybko chwyciły notes Kim-Ika. Chwilę później przekazały go dłoniom w czarnoczerwonych rękawiczkach kolarskich.

Adrian z niedowierzaniem przetrząsał swoje kieszenie. Obok stało kilku gości w skórzanych kurtkach. Napompowani sterydami po uszy. Jeden z nich drgnął nerwowo zaciskając napuchnięte pięści. Teraz zbliżał zdecydowanie.

Na stoisku ze sprzętem elektronicznym stary Rosjanin naprawiał jakiś mainboard. Steryd zawadził o róg stołu. W tym momencie Adrian chlusnął mu w oczy odrdzewiaczem. To silny środek żrący, którego rozcieńczona kropla wystarczy, by wywołać silne swędzenie i pieczenie. Niektóre części elektroniczne mogą wypalić się pod wpływem odrdzewiacza, żelowe części klawiatury, gąbka przewodząca...

Teraz steryd w skórze wczepił paznokcie w oczodoły, a Adrian usłyszał syk i bulgot gotujących się gałek ocznych.


"Marianna, śpiiij!" usłyszała nagle szept spod drzwi. Czy to jej się śniło? Gdzie on teraz może być?

Powoli mijała gonitwa myśli, a pokój przestawał wirować. Miała spieczone usta, jednak ręce miała tak wiotkie, że nie byłaby w stanie unieść szklanki. „Kurz na szybie, skąd?" dotarło do niej w okrutnym przebłysku dziennego światła.

Wstążki snuły się po poduszce jak sierść kota. Każdy gwałtowny ruch głową powodował torsje. To nawet byłoby do zniesienia, gdyby nie uporczywe, paraliżujące zawroty głowy.

Podeszła do okna. Nie widziała podwórka od dwóch dni. Chodnikiem przetoczyło się trzech mężczyzn w krótkich, zapiętych pod szyję ortalionowych kurtkach. Zakołysali się, jakby zaczepieni o coś głowami.

Na podwórku rosła wybujała morwa z obłymi liśćmi w kształcie serc o poszarpanych krawędziach. Na ogół morwy mają różowe, czerwone albo fioletowe owoce, ta jednak pokrywała się małymi białymi kulkami, jak perły albo krople mleka. Biel jest chińskim kolorem żałoby. Poszarpane serca i owoce żałoby, poszarpane serca i owoce żałoby, powtarzała bezwiednie Ultramaryna.

 


4.
Stara warszawska łódź podpływała wolno w górę prowizorycznych nabrzeży ciągnących się wzdłuż dawnej ulicy Grochowskiej. Refleksy wody odbijały się w sufitach pustych mieszkań za oknami pozbawionymi szyb. Tubylcy, przechyleni przez zardzewiałe barierki balkonów, przyglądali się im bez cienia wstydu. Z podwórka w głębi rozlegał się dźwięk archaicznego instrumentu.

- Lepiej jak najszybciej minąć tę bramę.

Echo warczącego silnika odbiło się od ścian wyłożonych dziewiętnastowiecznymi jeszcze kafelkami. Białogranatowa glazura pokryła się smugą ciemnozielonych glonów. Tej części miasta nigdy nie osuszono. Woda zalała ulice Szmulowizny i Grochowa, tworząc sieć kanałów, podobną do archaicznej Wenecji. A dalej znajdowały się na wpół zatopione magazyny i nieczynne hale fabryczne.

- A jak tu jest w nocy?

- W nocy? - taryfiarz obruszył się. - W nocy może i opłaca się bardziej, ale ja tu nie zaglądam.. Gangi i dżanki to tylko najmniejszy problem. Mój znajomy z innej korporacji pływa tu regularnie, no bo ma taka jedną klientkę... I wiesz pan, co mówi? Najgorsze są mutanty... Pływające, dzikie i wściekłe psy... Ogromne raki... Jakieś inne cholerstwo...

- Tutaj? Na Mazowszu?

- A dlaczego by nie? Afganistan też był kiedyś pustynnym krajem, a nie archipelagiem. A morze nie zaczynało się w Płocku. To wszystko przez tę czeską elektrownię atomową...

Tylko tyle zostało mu z albumu. Połowa zdjęcia, z Karoliną, ale bez Kim-Ika. Zabrakło ostatniego wizerunku. Urwał się ostatni trop. Obracał w ręku przemoczoną, oddartą połowę imprintu. Cały obraz był rozmazany i widać było tylko krzyczącą dziewczynę, jakby pokazywała z radością, że zaraz zaleje ją wodospad...

Nie, ta łódka nie tylko była mokra od środka. Ona śmierdziała szczynami...

- I wie pan - mówił taryfiarz - czasami jak wiozę małolaty, takie jak te dwie dziś rano, to trzeba być ostrożnym...

...wodospad, no właśnie, ta łuna to odblask na kroplach wody. Przecież to fontanna...

- A wie pan, które z osiedli ma na dziedzińcu fontannę?

Wszystko wskazywało na Niebiańskie Wzgórza. Tylko tam możliwy był taki luksus, jak fontanna na osuszonym terenie sztucznego wzgórza. Jakby na ironię padającym deszczom.

- A słyszał pan o ośmiornicach? Zalęgły się w podziemiach pod starym dworcem. Chwytają człowieka mackami, a potem powoli pożerają otworem pełnym małych szarpiących zębów. Mają gębę i dupę w tym samym otworze, więc to co zjedzą, jednocześnie wysrywają. Czasem ofiara dusi się odchodami, które pochodzą z jej poszarpanej i strawionej dolnej połówki. Podobno najbardziej lubią młodych chłopców, prawiczków!

Zatrzymali się koło kamiennego słupka. Za nim zaczynała się posesja Filozofa. Piwnica była zalana i niewielka kamienica wyglądała trochę jak dom stojący na kamiennych palach.

- Yukoso, Filozof.

- Chodź do środka.

Drewniana podłoga w kuchni pokryta była plamami farby.

- Widzisz? Hoduję chiński chrzan.

- Jedno krótkie pytanie. Co wiesz o sekcie guru spacja?

Filozof machnął ręką pokazując sufit.

- Chodźmy na dach, do ogrodu.

Usiedli pośród pnączy i ogromnych liści, zwisających hamaków i huśtawek, porozrzucanych drewnianych zabawek. Dziewczyna Filozofa zrywała owoce, jak zwykle niedbale ubrana i jak zwykle niebezpiecznie seksowna.

- Tak, słyszałem o tej sekcie. Więcej, kiedyś się nimi interesowałem. Teraz wolę trzymać się od nich z daleka. A czemu pytasz?

- Szukam kogoś... Możesz mnie tam zaprowadzić?

- Tak. Ale to nie będzie łatwe, dobrze wiesz. Musimy przepłynąć Pekin, a potem wejść bez zezwolenia na Saską Kępę.


Po dwóch dniach wyszła wreszcie na balkon. Od tego czasu szyby miniaturowej szklarni zdążyły zaparować i pozielenieć. Karmazynowe rurki pylników jej hibiskusa sterczały obscenicznie z mięsiście czerwonych owoców. Poniżej, jakby w geście poddaństwa, wiły się białe, pierzaste pędy jaśminu, przetykane żółtymi kwiatami. Obok, w rozecie długich pstrych liści, promieniała złocista kula ozdobnego ananasa, jak ukoronowanie tego alchemicznego procesu.

Ultramaryna przeglądała się w zakurzonym, zielonkawym lustrze. Zobaczyła nienaturalnie błyszczące oczy, spoconą i czerwoną twarz, napuchniętą jak gumowa zabawka. W głąb tafli szkła wysyłała wszystkie swoje opętańcze, wściekłe i agresywne myśli. Wzbierająca furia zaślepiła ją jak srebrzysty błysk pioruna. Pełnym głosem złorzeczyła całemu światu.


Poczekali w ogrodzie Filozofa do wieczora. Skróty przez miasto znał jego przyjaciel Beniek, który bez przerwy opowiadał o konieczności wywołania miejskiej rewolty. Przeciwko komu? Przeciwko chińskiej mafgiji. Skąd właściwie ta nazwa? Rosjanie tak ją nazwali, z połączenia „mafia" i „magiczeskaja". Beniek zmusił ich do obejrzenia amatorskiego filmu z jednej z akcji mafgiji:


Zaplecze salonu gier. Metalowe drzwi, zakratowane okno. Stare plakaty filmowe. Facet o dziobatej płaskiej twarzy, koło czterdziestki, z kruczoczarną grzywką, jak każdy Chińczyk, ubija w ręku papierosa i mówi:

- Tendy jusz nikt nie przejcie po twuciestej, rosumiesz?...

Mówiąc to wbija w plecy mężczyzny rozżarzone igły i wypisuje nimi egipskie hieroglify: "wąż", "jaszczurka", "mały ptaszek, który żeruje na gnoju". Same złe znaki. Skóra skwierczy i topi się jak plastyk.

- Wy Europejczycy wieszycie f jakąś głębie, f śfiat fewnentrzny, f fewnentrzną moc, jak rycerze czedaj. A tak naprawde nie potraficie sie zmienić i dostosofać do nofych okoliszności...


Przeciwko takim magikom z mafgiji należało walczyć. A Beniek, jak się okazało, należał do Drużyny Żbika. Nie był zbyt dyskretny. Kiedy płynęli przez getto na Pekinie (jakby skradali się przez szachownicę cieni i przebłysków miedzianego słońca wśród zalanych wodą bloków), on wciąż opowiadał im o planach swojej organizacji:

- No wiecie, wystarczy z Portu Czerniakowskiego ostrzelać "Ho Szi Mina"...

Na Wiśle co jakiś czas odbywały się potyczki warszawskich i azjatyckich gangsterów. W ruch wchodziły motorówki, żaglówki i starowarszawskie pychówki wyposażone w karabiny maszynowe, repliki słynnych maksimów. Niektórzy opowiadali o dziwnych ruchach wykonywanych w od dawna nieczynnym, ale wciąż sprawnym Porcie Czerniakowskim, na wysokości Saskiej Kępy. Mówiono, że w stoczni powstaje prawdziwy rzeczny monitor. Wymieniano nawet nazwę: „Książę Poniatowski"...

Niebiańskie Wzgórza rozsiadły się wyniośle na tle nocnego nieba ponad Warszawą, jak klasztor osadzony na górskich szczytach wysoko ponad zwykłą ludzką krzątaniną. Osiedle, mamroczące litanię pulsujących od upału świateł, oddzielała od reszty miasta żółtawa chmura smogu, niczym buddyjski habit.

- No i patrz, trochę sprytu i żaden szyfr nie ma dla nas tajemnic... - Beniek machnął Adrianowi przed nosem kopią elektronicznej karty. - Dalej idź sam.

Adrian poczuł nagle obezwładniające wahanie, wzbudzone gwałtownym atakiem paniki. Co on tu robi? Dlaczego w ogóle tutaj stoi? Czy to jest właśnie rzeczywistość? I jaką on w niej odgrywa rolę? Dlaczego właściwie podjął się tego zadania? Żeby uciec od własnych problemów? Żeby przełamać rutynę życia i poczuć się wyjątkowym? Może tak naprawdę w ogóle nie interesuje go ten chłopak? Może chce mu pomóc ze zwykłej próżności, by potem móc napawać się własną ofiarnością?

- Nie chcę cię poganiać, ale nie możemy tu tak stać... - Beniek rozglądał się nerwowo. - Poza tym mam coś jeszcze do zrobienia...

- Tak, tak, przepraszam, zamyśliłem się. Bardzo ci dziękuję. Idź już.


Wynurzył się z ciemności poćwiartowanej światłem zza krat. W perfekcyjnie regularnym ogrodzie, za pagodą i niewielkim, okrągłym jeziorkiem, w krzakach mignęła czerwona kontrolka alarmu. Do rozbrojenia całego skomplikowanego systemu wystarczyła jedna karta dostępu, topornie sfałszowana przez Benka.

Skradał się wśród papierowych przepierzeń, pomazanych smugami cieni. Główna sala świątyni była obszerna, choć niska, a przepierzenia wzdłuż ścian tworzyły rodzaj korytarza. Przed zgromadzeniem uczniów w jednakowych fioletowych kombinezonach, guru [ ] głosił swe nauki:


- Często pytacie: jaki jest sens życia? Powiadam Wam: jako takie, życie nie ma sensu. Życie jest grą, i tak jak gra nie ma znaczenia. Ważne jest tylko, aby wygrać. Życie nie jest systemem, równaniem, w którym po przypisaniu odpowiednich wartości wszystkim iksom, otrzymasz odpowiedni wynik. Życie jest zbiorem reguł, których musimy przestrzegać, i zestawem ruchów, które możemy wykonać, aby osiągnąć sukces. Co jest sukcesem? Coraz sprawniejsze poruszanie się w obrębie planszy, w zakresie reguł. Oczywiście, każda kombinacja ruchów, układy i rozgrywki tworzą związki, regularności, rytm, metafory, a więc wartości i znaczenia... I one pozwalają sprawniej się poruszać - to sens Waszej rozgrywki lub Wasza mądrość życiowa. A jednak na wszystko ostateczną odpowiedzią jest miłość. Niech żyje różnica!

Życie to taka okrutna gra, która zawsze kończy się śmiercią gracza. Dlatego możesz być spokojny o swój los, bo i tak nie masz żadnych szans. Oczywiście można myśleć, że to coś złego, ale takie są reguły. Nieważne, czy ktoś ma młodego ducha w starym ciele, czy jest mężczyzną, a czuje się kobietą. W oczach innych ma już ustaloną rolę w grze. Może starać się jak najlepiej rozegrać swoją partię, może przejść na inną stronę, lecz strony pozostaną stronami, a gra będzie się toczyć dalej w tym samej układzie sił.

Ale oczywiście reguły gry można zmienić. Jednak tylko wtedy, kiedy przerwie się poprzednią grę. rozpoczynając nową. A można to zrobić za pomocą jednego jedynego ruchu. Trzeba zagrać w NIEPOSŁUSZEŃSTWO. Nieposłuszeństwo wobec rządu, nieposłuszeństwo wobec ludzkości, nieposłuszeństwo wobec natury, nieposłuszeństwo wobec kosmosu.

Wyobraźcie sobie świat jako kalambur. Aby odkryć prawdę o nim, trzeba poprzestawiać sylaby. Pytanie: czy istnieje pierwotne, właściwe ustawienie? Czy każda relacja jest właściwa?...


Guru mówił dalej, ale z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Adrian omiótł wzrokiem adeptów. Wreszcie wypatrzył znajomą twarz. Kim-Ik nie zmienił się wiele, szczerze powiedziawszy wyglądał nawet lepiej. Wiara i przekonanie rozświetlały jego twarz wewnętrznym blaskiem.

Nagle Adrian bardziej przeczuł, niż zobaczył jakieś poruszenie w pajęczynie cieni. Gdy próbował zlokalizować jego źródło, zgęstniałą ciszę sali rozerwały odgłosy strzałów. Adepci poderwali się na równe nogi, jak stado ptaków spłoszone przez kota.

Jedynie dwie postaci zachowywały nienaturalny spokój. Kim-Ik i guru osuwali się w dziwnej pozycji: jeden w objęciach drugiego. Spomiędzy przepierzeń wystawała ręka dzierżąca nowoczesny rewolwer próżniowy z plastyku niewykrywalnego przez czujniki metalu. Śniady mężczyzna patrzył Adrianowi prosto w twarz, bez mrugnięcia okiem, jak lateksowy odlew. W czarnoczerwonych rękawiczkach rowerzysty obracał oddartą połowę imprintu.


W zamieszaniu nikt nie zwracał na nich uwagi. Ciało Kim-Ika, odpechnięte przez uczniów stłoczonych wokół guru, było tak pełne spokoju, że aż niewidoczne. A śniady mężczyzna wcale nie zamierzał uciekać.

- Kim ty jesteś?! I co im zrobiłeś?

- Ja? Jestem twoim cieniem. Jak twój cień podążałem za tobą, aż przyprowadziłeś mnie tutaj. A teraz twoja historia przestała się liczyć. Ważniejsza stała się historia twojego cienia.

- I jako mój cień zabiłeś tego dzieciaka?!

- Nie, jako twój cień pomogłem ci poznać siebie. Może opowiem ci tę historię od s w o j e g o początku? Jestem Zheng. Zacząłem walkę z guru, kiedy jeszcze służyliśmy w tym samym szamańskim oddziale chińskiej armii... Guru spacja, który nazywał się wtedy jeszcze Enq, prowadził specjalne szkolenia... Trenowali i doskonalili nowe, psychotroniczne metody kontrolowania i likwidowania ludzi, jak choćby zbiorowa hipnoza prowadząca do mimowolnych aktów samobójstwa, czy tortury oparte na magii i technice. Na przykład błyskawiczna liposukcja, nagłe odtłuszczenie organizmu. Efekt przypominający trochę liofilizację, czyli nagłe odwodnienie, ale tutaj tarcie między wysuszonymi organami i kośćmi jest jeszcze bardziej bolesne. W końcu ofiara zamienia się w proszek. Cóż, zbuntowałem się przeciw przeprowadzaniu śmiercionośnych doświadczeń na żołnierzach. Enq oddalił mnie, a potem wykorzystał w swoich doświadczeniach, a wreszcie zamordował dwie kobiety. W tym moją żonę. Może i chcesz słuchać dalej, ale reszty nie mogę ci opowiedzieć. Nic byś nie zrozumiał. Dzia-nié.

Zheng schował swój plastykowy rewolwer próżniowy za połę kożucha. Dopiero teraz Adrian zauważył, że śniady mężczyzna nosił gruby, syntetyczny kożuch. I w tym momencie, jak gasnący hologram, Zheng rozpłynął się w mroku przepierzeń.

 

* * *
„Historia nie kończy dobrze, ani dla Kim-Ika, ani dla nikogo innego. Wina spada na Adriana, oczywiście. Zheng wraca teraz na Syberię, zawinięty w swój sztuczny kożuch zżarty przez witriomole i pewnie opowiada sobie całą tę historię od s w o j e g o początku. A Ultramaryna, co z jej wątkiem? Pozostanie otwarty?..." Motolotnia lekko zakołysała.

„Opowiedzieć to wszystko Habdankowi?", pomyślał i przez moment zastanawiał się, czy nie zapisać choćby kilku słów.

„Nie, lepiej nie", zdecydował.

Minęła go dziewczyna na motolotni. Wstążki w jej włosach i foliowe skrzydła furkotały do wtóru wiatru.

 

Powyższy tekst to fragment, który przeobraził się z czasem w książkę RDZA, wydaną nakładem wydawnictwa Świat Książki.

 



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 8 i 9 *:  
* - pola obowiązkowe.