[ 2005/03/09 ] Sen pułkownika, autor: Jakub Urbańczyk, kategoria: tekst

 

Skrzyp - skrzyp, skrzyp - skrzyp. Emilia bujała się na huśtawce popychanej przez wiatr. Skrzyp - skrzyp. Na dole inne dzieci wołały coś w obcym języku, a ona huśtała się coraz bliżej ciemnego nieba, po którym pędziły chmury. Skrzyp - skrzyp. Nagle wiatr stał się przeraźliwie zimny, a niebo przesłoniła wielka, biała chmura.
- Patrzcie, rusza się. - krzyknął ktoś gdzieś z dołu.
Jakieś światło padło na jej twarz przebijając się przez zamknięte powieki. Zimno, było przejmująco zimno.
- Nie bój się dziewczyno, zaraz cię ściągniemy.
Otworzyła oczy, ale zaraz zamknęła je oślepiona światłem latarek.
- Hej, nie bździć jej tam po oczach!
Światła przygasły tak, że w końcu mogła się rozejrzeć. Otaczały ją ginące gdzieś w mroku grube, ośnieżone konary i splątane gałęzie. Na dole błyskały światła. Spojrzała w ich kierunku. Daleko, pod jej bujającymi się w powietrzu nogami ruszały się jakieś niewyraźne sylwetki. Zakręciło jej się w głowie. Co ona tu robi, wisząc w nocy wysoko nad ziemią w środku jakiegoś lasu? Wytężyła pamięć, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Zimno, wszystko zagłuszał przeszywający mróz. Emilia odpłynęła w ciemność.

 

***

 

Mężczyzna ocknął się na tylnej kanapie rozkołysanego samochodu. Minęło parę sekund, nim zorientował się, że obudził go własny krzyk. Czuł jak mokra, zimna koszula lepi mu się do ciała.
- Coś się stało, towarzyszu pułkowniku? - Spytał kierowca. - Mam się zatrzymać?
- Nie. - mężczyzna machnął ręką i zamyślony spojrzał za okno. Jechali wąską, zaśnieżoną drogą mijając białe od szadzi wierzby i topole. Czarna Warszawa na państwowych numerach pruła świeży śnieg sprawnie omijając co większe zaspy.
- Zastanawialiście się kiedyś, Kowalski, czy oprawcy miewają koszmary? Miewają.
Kierowca wiedział, że bezpieczniej będzie nic nie mówić. Zresztą pułkownik wydawał się nie oczekiwać odpowiedzi. Po chwili sięgnął po czarną aktówkę, z której wyjął gruby plik tekturowych teczek. Władysław Zaremba, Jan Żuławski, Florian Lesiak - na każdej z kilkunastu teczek widniało czyjeś nazwisko, a w środku leżał mniejszy lub większy plik dokumentów. Pułkownik szybko przejrzał je wszystkie, aż dotarł do najcieńszej teczki zatytułowanej "Emilia". Przez chwilę ważył ją w ręce, poczym zaczął uważnie czytać. Siedział tak z papierami na kolanach, aż minęli tabliczkę z napisem "Romanowa 2". Samochód wjechał w gęsty las, który po chwili urwał się gwałtownie, ukazując oczom pasażerów małe, zaśnieżone miasteczko. Warszawa witana szczekaniem psów wjechała pomiędzy pierwsze niskie, drewniane domy.
- Pod Komitet. - Rzucił pułkownik. - Prosto do rynku, a potem druga w lewo. - Dodał widząc pytający wzrok kierowcy.

 

W gabinecie podobnym do setek innych, jakie zwykli zajmować partyjni urzędnicy, Władysław Zaremba nerwowo przeglądał gazetę. Szybko przerzucał strony Trybuny Ludu w tą i z powrotem nie zawieszając wzroku na żadnym akapicie. Poprzedniego dnia dostał cynk z województwa, że dziś przyjedzie jakaś szycha z bezpieki. Kontakty Zaremby z Urzędem Bezpieczeństwa ograniczały się obecnie do złych wspomnień i wolałby, żeby tak pozostało. Dziś był najważniejszą osobą w powiecie, co samo w sobie było dowodem na to, że czasy się zmieniły, ale wiele z koszmarów przeszłości wciąż miało się dobrze. Na dodatek, do starych strachów dołączyły nowe. Ktoś zniszczył senny spokój miasteczka i Zaremba miał niejasne przeczucie, że jego prywatny spokój też. Z rozmyślań wyrwał go ostry dzwonek telefonu.
- Towarzyszu sekretarzu, pułkownik Brodzki z Urzędu Bezpieczeństwa chciałby się z panem widzieć. - poinformowała go szybko zdenerwowana sekretarka.
- Towarzyszu sekretarzu? - powtórzyła, podczas gdy Zaremba siedział blady jak ściana nie mogąc wydobyć z siebie głosu. - Panie sekretarzu, słyszy mnie pan?
- Tak, tak, pani Basiu. - zdołał wykrztusić Zaremba. - Proszę podać panu pułkownikowi kawę. Zaraz go poproszę.
Odłożył słuchawkę i wziął parę głębszych oddechów. Powoli wstał z fotela i podszedł otworzyć barek. Trzęsącymi się lekko rękami otworzył pierwszą z brzegu butelkę, nalał pół szklanki i wychylił ją jednym ruchem.
- Pani Basiu - rzucił do telefonu - proszę wpuścić towarzysza pułkownika.
Po chwili otworzyły się drzwi i do gabinetu wszedł wysoki człowiek w szarym, źle skrojonym garniturze.
- Julian! - Sekretarz Zaremba nerwowo cofnął się o krok. Zaraz jednak rozluźnił się i zaczął lustrować przybysza. - No, proszę. Towarzysz Julian "Sinica" Brodzki. Nie myślałem, że odważysz się tu wrócić. Chyba zrozumiesz, że nie podam ci ręki?
- Mam gdzieś twoją rękę, Władek. - Odparł zimno gość. - A właśnie, jak tam palce? - Spytał ze złośliwym uśmiechem.
- Słuchaj, Julian! - uniósł się Zaremba. - Mam w dupie twoją fałszywą troskę o moje palce. Mam w dupie, czemu zdecydowałeś się tu przyjechać. Już się ciebie nie muszę bać. Rób swoje i postaraj się nie wchodzić mi w drogę.
Pułkownik podszedł do Zaremby tak, że znaleźli się twarzą w twarz. - Powinieneś się mnie, Władek, bać, bo ja jeszcze wiele mogę. Uważaj.
- Ty już gówno możesz, Julian. - Odparł twardo sekretarz, ale wyraźnie zbladł. - Zejdź mi z oczu.

 

W prokuraturze rejonowej w Romanowej trwały ostatnie przygotowania przed wizytą pułkownika. Ostatnio nie często zaglądał tu ktoś z UB, a zastępcy komendanta wojewódzkiego Romanowa nie widziała chyba nigdy. Sprzątaczka po raz trzeci czyściła klamkę od gabinetu pani prokurator Łozy, młodsi funkcjonariusze biegali w te i z powrotem po korytarzu udając, że dopinają wszystko na ostatni guzik. Oczywiście, pułkownik nawet na nich nie spojrzał. Wszedł po schodach ignorując powitania i udał się prosto do gabinetu pani prokurator.
- Witam, witam towarzysza pułkownika. - Łoza aż wyskoczyła zza biurka.
Brodzki tylko skinął głową.
- Nie mam czasu, towarzyszko. Mówcie.
- Towarzysz pułkownik na pewno wie już wszystko z raportów. - Zaczęła prokurator, ale widząc wzrok ubeka szybko dodała - Ale, oczywiście, wszystko towarzyszowi pułkownikowi sama opowiem.
- Cztery lata temu, dwudziestego trzeciego lutego zamordowano Lesiaka Floriana - rzeźnika. Żona znalazła go rano powieszonego na bramie. Nikt nic nie słyszał, ale na śniegu były ślady walki. Z początku myśleliśmy, że to rabunek, ale bandyta nawet nie zabrał mu portfela.
- Może ktoś go spłoszył?
- A gdzie tam, w środku nocy? Po prostu drań go napadł, powiesił i spokojnie sobie poszedł. Ślady urywały się na drodze.
- I co dalej?
- Nic. Przymknęliśmy paru podejrzanych, ale tak naprawdę na żadnego nic nie było. Zresztą Lesiak był burżuj i reakcjonista. Sami wiecie, towarzyszu, bo przecież siedział u was w województwie za udział w akowskiej bandzie.
- Tak, wyszedł właśnie cztery lata temu.
- No, właśnie. Dalej, znaczy się dokładnie rok później, równo dwudziestego trzeciego lutego był Bartosik Jan - kułak i też reakcyjny bandyta. Powiesili go w studni.
- Oni?
- No, jeden to by chyba nie dał rady takiemu chłopu. Ale podwórko było tak zadeptane przez rodzinę, że jak przyjechaliśmy już nic się nie dało znaleźć. Potem przez dwa lata był spokój.
- A Żuławski? - przerwał pułkownik.
- No, tak, to było równo rok po Bartosiku, ale ten to się sam powiesił.
- Skąd wiecie? Może też mu ktoś pomógł?
- List zostawił. Pisałam o tym w raporcie. Ale wywrotowy element zaczął puszczać plotki, że to my.
- A to nie wy?
- A gdzie tam, towarzyszu pułkowniku!
- Dobrze, dacie mi później listę osób, które to powtarzały. - pułkownik machnął ręką. - Mówcie o towarzyszu Dylewskim.
- Dwudziestego trzeciego. Patrol milicji znalazł go w stawie. Żadnych śladów, oprócz jego własnych. Może się potknął, może lód się załamał, ale co on robił po nocy na stawie? Ja w taki zbieg okoliczności nie wierzę. Wy, towarzyszu pułkowniku, chyba też, skoro przyjechaliście?
- Nie bądźcie tacy bystrzy towarzyszko, bo jeszcze was przeniosą na odpowiedzialne stanowisko. A w papierach wpisaliście samobójstwo. Dlaczego?
- Samobójstwo? Towarzyszu pułkowniku! Przecież...
- Nie kręćcie. W raportach było inaczej, ale najpierw wpisaliście samobójstwo, prawda?
- No, tak. Dla świętego spokoju. Ale jak tylko...
- Dobra, dobra. Nie chciało wam się dochodzić sprawy, albo zwyczajnie nie umieliście. A z lekarzem, który wam to podpisał jeszcze pogadam. Macie raporty z sekcji? Albo nie, dajcie mi tu tego felczera, co to robił. - dodał widząc zakłopotany wzrok Łozy.
- Kłopot w tym, że to według niego to naprawdę był wypadek lub samobójstwo. - odparła prokurator sięgając po telefon.
- Dobrze, nie dzwońcie. Jeśli będziecie mieli coś nowego łapcie mnie na komendzie.

 

Po wyjściu z prokuratury pułkownik nie skierował się do czekającego samochodu. Machnął ręką na szofera i wolnym krokiem ruszył w kierunku rynku. Szedł zamyślony nie zwracając uwagi na nielicznych przechodniów. Niektórzy z mijanych ludzi zwalniali na jego widok uważnie mu się przyglądając. Dwóch, czy trzech zbladło i sztywnym krokiem przeszło na drugą stronę ulicy. Pozostali przez chwilę usiłowali sobie coś przypomnieć, poczym wzruszali ramionami i mijali go obojętnie. Przed samym rynkiem pułkownik stanął i wezwał sunący z tyłu samochód. Nagle ktoś pociągnął go za róg płaszcza.
- A ja pana znam. - bąknął nieśmiało mały chłopiec w wielkiej czapce.
W tej samej chwili podbiegł do nich chudy człowiek o zmęczonej twarzy.
- Adaś!
Chłopiec momentalnie schował się za jego nogą.
- Ale nie boję się - zawołał do zdezorientowanego Brodzkiego - bo pan i tak umrze.
- Adaś, co ty mówisz! Przepraszam pana. - mężczyzna uśmiechnął się nerwowo.
- Ale mama mówi, że ten pan jest koszarem, który śni się za karę. - nie ustępował chłopiec.
- Przepraszam pana bardzo. - mężczyzna odwrócił się szybko, złapał chłopca z rękę i pociągnął go za sobą. - A z tobą, gówniarzu, zaraz pogadam.
Pułkownik przez moment zastanawiał się, czy ich nie zawrócić, ale w końcu wsiadł do samochodu.
- Widzicie, Kowalski? Matki straszą tu mną dzieci.
Kierowca na wszelki wypadek nic nie odpowiedział.
- Pod kościół. Pierwsza w lewo i prosto.
Szofer spojrzał zdziwiony na pułkownika.
- Tak jest. - odpowiedział tylko.

 

***

 

Khe-khe. Emilia zakrztusiła się gryzącym dymem. Niewielki ogień wesoło trzaskał na palenisku wypełniając ziemiankę przyjemnym ciepłem. Khe-khe. Pod ścianami siedzieli lub leżeli ludzie w brudnych mundurach różnych armii. W większości młodzi, paru starych, niektórzy w bandażach. Jedni spali, inni wpatrywali się w ogień lub w Emilię.
- Uda nam się. - zaczęła monotonnym głosem. - Uda nam się tak, jak udało się wczoraj. Musimy tylko wierzyć. Posłano mnie, bym przyniosła temu krajowi wolność i tak się stanie. - jej głos przypominał modlitwę. - Jeszcze niedawno oddziały Witaszki i Czerwońca strzelały do siebie częściej, niż do Niemców. Czasem strzelali też do was. - Emilia zaczęła kiwać się w tył i przód. - Wczoraj było inaczej. - parę osób pokiwało głowami. - I tak może zostać. Jeśli będziemy wierzyć. Jeśli powstanie zgodnie cały kraj. Jeśli...
Skrzyp. Otworzyły się drzwi. Do środka wpadł wiatr burząc spokój sunących się powoli nitek dymu. W drzwiach pojawiła się głowa w wojskowej czapce.
- Czas już na nas, Emilio.
Nagle silny podmuch otworzył drzwi na oścież. Płomienie zachwiały się i zgasły.

 

***

 

- Julian! Miałem nadzieję, że jednak nie przyjedziesz.
- A dla czego ksiądz myślał, że mogę przyjechać? Ksiądz coś wie, prawda?
- Wiedza to czasami wielkie brzemię, ale wy tego nigdy nie zrozumiecie.
- Wiedzieć, to moja praca.
- Niektórych rzeczy nawet ty wolałbyś nie wiedzieć, uwierz mi.
- Dawno przestałem księdzu wierzyć - parsknął pułkownik - a na każdą tajemnicę mamy sprawdzone metody.
- Nie groź mi! I lepiej wyjedź stąd dla własnego dobra. Nie powinieneś tu wracać.
- Czyżby teraz ksiądz próbował mi grozić? - Pułkownik uśmiechnął się.
- Tobie? Ty się Boga i ludzi nie boisz, to czym ja ci mogę grozić? Ale pamiętaj, że nic dobrego cię tutaj nie czeka.
- Nic dobrego nigdy mnie tutaj nie spotkało.
- A Emilia? Nie była czymś dobrym?
- Tak, ma ksiądz rację. - Odparł ubek po chwili namysłu. - Tylko co z tego?
- Gdyby cię teraz zobaczyła...
- Gada ksiądz... - Żachnął się pułkownik. - Dużo wody upłynęło, że tak powiem.
- Mścisz się Julianie. - Westchnął proboszcz.
- Ksiądz wybaczy - pułkownik spoważniał - ale zemsta nie ma tu nic dorzeczy. To dobre dla romantycznych głupców.
- Skąd więc to całe zło, Julianie? Skąd wzięło się nagle w tobie tyle okrucieństwa?
- Pewnie ciężko będzie to księdzu zrozumieć. - Pułkownik przerwał i na chwilę spojrzał w kierunku ołtarza. - Ja to po prostu lubię. - Ciągnął. - Lubię zadawać ból, sprawia mi przyjemność upadlanie ludzi, dobrze się bawię niszcząc czyjeś życie. Ot, takie drobne, perwersyjne przyjemności. - Dodał z uśmiechem.
- Wiesz, może i bym ci uwierzył? Może i bym ci uwierzył, tyle już zła widziałem, ale znam cię od dawna. Kiedyś taki nie byłeś.
Pułkownik wzruszył ramionami.
- Wie ksiądz, że kiedyś przez przypadek zamiast pociągu z zaopatrzeniem wysadziliśmy transport rannych z frontu wschodniego? Zostałem pilnować jednego z ocalałych wagonów, podczas gdy chłopaki szukali jeszcze jakiejś broni. Nagle jeden z Niemców spróbował nieporadnie wyciągnąć broń. Zastrzeliłem go, a potem władowałem cały magazynek w pozostałych. Ze dwudziestu rannych. I wie ksiądz, co? Tamtej nocy, ani żadnej następnej nie miałem kłopotów ze snem. - Pułkownik uśmiechnął się.
- Wojna jest straszna i zostawia blizny, ale ... - zaczął proboszcz.
- Nie rozumie ksiądz. - Przerwał Brodzki. - Nie ma żadnych blizn. Pamięta ksiądz Romka "Rydza"? Wielki bohater. Wszyscy go podziwialiśmy. Zamknąłem go niedługo po wojnie. Potrzebowałem trzech dni, żeby wsypał pół okręgu WIN i kolejnego dnia, by zaczął pracować dla nas.
- Wiem. Aresztowaliście go na chrzcinach syna.
- Właśnie. Zauważył ksiądz, że bohaterowie na ogół nie mają rodzin? Łatwiej być wtedy bohaterem. A Romek się ożenił i zmieniły mu się priorytety. Mało rzeczy sprawiło mi taką przyjemność jak skamlący "Rydz" czołgający się we własnym gównie.
Od strony kościoła dało się słyszeć czyjeś kroki. Pułkownik przerwał. Po chwili do zakrystii wszedł mały, jasnowłosy chłopiec. Stanął zaskoczony widokiem gościa.
- To Julek. - Ksiądz uśmiechnął się krzywo. - Opiekuję się nim od wojny. A to pan, przepraszam, towarzysz Julian Brodzki z UB.
Julian spojrzał ciekawie na swego imiennika. Chłopak mógł mieć może z dziesięć lat i był, jak na swój wiek, raczej wysoki. Pułkownik spodziewał się zobaczyć na jego twarzy strach lub chociaż ciekawość, ale ku swemu zaskoczeniu dostrzegł w zimnych, niebieskich oczach tylko ciekawość. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i to Brodzkiemu zrobiło się nieswojo.
- Możesz poczekać na mnie na plebani. - wtrącił się ksiądz.
Chłopiec skinął głową i posłusznie wyszedł.
- Kolejna sierota? - Spytał pułkownik kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Tak, sierota. Nie wiem, co masz na myśli? - Proboszcz uniósł brwi. - Po wojnie tyle ich...
- A wie ksiądz? - Przerwał pułkownik. - Na pewno ksiądz wie. Chodziły plotki, że ksiądz jest moim ojcem. - Patrzył proboszczowi prosto w oczy. - Nie, niech ksiądz nic nie mówi. - Dodał widząc, że ten otwiera usta. - Nie chcę wiedzieć.
Stary duchowny popatrzył na niego smutno.
- Nie powinienem cię puszczać do lasu, Julianie, pomiędzy wilki.
Pułkownik odwrócił się w kierunku drzwi.
- Niech ksiądz uważa na tą swoją sierotę. - Rzucił na odchodnym. - Kiedyś mogą być z nim kłopoty. Zresztą, co ja tu księdzu mówię... - dodał ze śmiechem.

 

W sekretariacie komitetu powiatowego pułkownik nawet nie spojrzał na panią Basię i wszedł do gabinetu. Sekretarz Zaremba zerwał się z fotela.
- Znowu? Nie wystarczy, że raz cię wyrzuciłem?
- Zamknij się, Władek. Pomożesz mi...
- Ani myślę! - przerwał Zaremba.
- Pomożesz mi, bo to tak samo twój problem, jak mój. - ciągnął niezrażony pułkownik. - Widzisz, że smród tych trupów doszedł już do województwa.
- Nie bój się, damy sobie radę bez ciebie. - odparł sekretarza wskazując na drzwi. - Wynoś się!
Brodzki puścił to mimo uszu.
- Może dacie, ale ja nie dam sobie rady bez ciebie. Jeśli mi nie pomożesz, wmieszam cię w poczwórne morderstwo. - stwierdził spokojnie.
Zaremba zrobił się czerwony.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz? To już nie te czasy! Nikt nie uwierzy, że to ja!
- Wiem, że to nie ty. Ale jeśli mi nie pomożesz, to będziesz ty. - odparł z satysfakcją pułkownik.
- Ty skurwysynu...
- Wiem. - uśmiechnął się Brodzki.
- Czego... Czego chcesz?
- Na dobry początek zacznij udawać, że jest, jak za starych dobrych czasów.
- Niedoczekanie. - zaperzył się sekretarz.
- Dobra, nie musimy być przyjaciółmi, ale uznaj, że prowadzisz tą sprawę ze mną.
Sekretarz wrócił na fotel i wziął głęboki oddech. Pułkownik przysunął sobie krzesło i także usiadł.
- No, dobrze, w czym ci mogę pomóc? - zaczął ostrożnie Zaremba.
- Znasz sprawę, czytałeś akta.
- Cztery trupy, zbieżność dat, wiele plotek i trzech kiepskich podejrzanych.
- Dobra, Władek, mówmy wprost. Obaj wiemy, o co w tym chodzi.
- Pewnie nie tylko my.
- W takim razie ci inni trzymają gębę na kłódkę, bo Łoza na nic nie wpadła. Poza tym, ufam tylko tobie. - uśmiechnął się pułkownik.
Zaremba skrzywił się.
- Ktoś zabija tych, którzy ją opuścili.
Pułkownik kiwnął głową.
- Dlaczego? Czy ja będę następny?
- Może? - odparł z namysłem Zaremba. - Chyba, że chodzi o ukaranie zdrajcy. Wtedy ty, wiemy o tym, jesteś wykluczony.
- Może ktoś myśli inaczej i chciał mnie tu ściągnąć.
- Czy u was w bezpiece wszyscy mają paranoję?
Brodzki wzruszył ramionami.
- Ale przyznasz, że motyw polityczny też nie trzyma się kupy.
Sekretarz odpowiedział wzruszeniem.
- Wróćmy do podejrzanych. - pułkownik wyciągnął raport. - Wacław Szczerba - widziano go w pobliżu miejsca dwóch pierwszych morderstw. W lesie zawsze wpatrywał się w nią jak w obrazek.
- Podobnie, jak większość oddziału, z tobą na czele. Zresztą, w czasie ostatniego wypadku był w Kielcach.
- Eugeniusz Cember. Miał duże długi u wszystkich trzech ofiar.
- I u połowy Romanowej. - sekretarz tylko machnął ręką. - Przez tą wódę ledwo chodzi nie mówiąc o napadaniu kogokolwiek.
- Zofia Dylewska...
- No, nie...
- Miała romans z Lesiakiem. - stwierdził Brodzki. - Jej ojciec mógł...
- Daj spokój. Ktoś jeszcze?
Pułkownik zamyślił się.
- Oficjalnie nie.
- A nieoficjalnie?
- Ja.
- Ty?! - Zaremba prawie podskoczył.
- Oczywiście tylko wtedy, gdyby ktoś wiedział tyle, ile wiemy my dwaj. Miałem motyw.
- Myślisz, że ktoś próbuje cię wrobić? Rzucić podejrzenia, że się mścisz?
- Czy ja wiem? Ale nie, to niedorzeczne.
- Też tak myślę. - przytaknął sekretarz.

 

***

 

Bum - bum grzmiało gdzieś w oddali. Emilia spojrzała w niebo, na którym nie było ani jednej chmury. Bum - bum. Zbliżał się front. Emilia stała na ganku starej leśniczówki otoczona przez kilku wąsatych mężczyzn. Inni biegali po śniegu prowadząc konie, przygotowując sanie. Bum - bum.
- Wiecie, co przekazać w swoich oddziałach. - zaczęła Emilia, ale myślami była gdzie indziej. - Ważne, żeby w całym okręgu zacząć jednocześnie. Znacie cele.
Zebrani pokiwali głowami.
- Zaraz po spotkaniu z lejtnantem Prokopowem poinformuję was o terminie.
Paru z mężczyzn wyraźnie się zasępiło.
- Musimy skoordynować działania z Armią Czerwoną, już o tym mówiliśmy. - dodała widząc ich miny.
Wolnym krokiem Emilia zeszła z ganka i ruszyła w kierunku sań. Pozostali podążyli za nią.
- Żeby tylko można było im ufać. - mruknął młody chłopak.
- Przecież wiesz, Władku, że jadę z Czerwońcem.
- Tego właśnie się boję. - odparł drugi mierząc się wzrokiem z milczącym mężczyzną w furażerce.
- Nie bój się, Julianie.
Bum - bum.

 

***

 

Samochód zatrzymał się przed ruinami leśniczówki. Resztki popalonych, przegniłych ścian wciąż stały na swoim miejscu. Pułkownik z sekretarzem wyszli z samochodu.
- To już ponad dziesięć lat. - zamyślił się Zaremba.
Pułkownik nie zwrócił na to uwagi.
- Jak można, kurwa, coś takiego ukryć w tym zapyziałym miasteczku, gdzie każdy, kurwa, wie, kiedy sąsiad pierdnie?
- Zrób to, co zwykle, Julian - aresztowania, przesłuchania. Wasze, psia mać, ubecki śledztwo.
- Śledztwo? Zgłupiałeś, Władek? Nie będzie żadnego śledztwa. Nie w sprawie tych głupich trupów. Chcę wiedzieć, co się stało z Emilią.
- Przecież wiesz. Powieszona dwudziestego trzeciego lutego czterdziestego piątego za...
- Niekoniecznie. - pułkownik spojrzał na Zarembę. - Chciałem zarządzić ekshumację, ale nie wiadomo, gdzie ją pochowano.
- Kto, jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, jak to jest. Zbiorowe groby, bezimienne doły,...
- Może - Brodzki wzruszył ramionami - ale jest jeszcze parę rzeczy, o których nie wiesz.
Zaremba spojrzał na niego pytająco.
- Wiesz skąd się wzięła?
- No, przyszła od "Borsuka". - mruknął niepewnie.
- Tak, ale wcześniej? Rozmawiałem z "Borsukiem", nim zmarł w więzieniu. Nie miała żadnych dokumentów. Twierdziła tylko, że została przysłana z góry, żeby przygotować wielkie powstanie przeciw Niemcom. Młoda dziewczyna zrzucona w środek Generalnego Gubernatorstwa, by wypędzić okupanta! - Brodzki zaczerpnął tchu. - Albo ją, albo kogoś w Londynie poniosła fantazja!
- Myślałem, że to była wielka, zaplanowana operacja.
- Wszyscy tak myśleliśmy. W końcu do "Borsuka" przybył kurier z rozkazami. Dowództwo nie wiedziało nic o żadnej "Emilii". Rozkaz - zlikwidować. W oddziale nie było już nikogo, kto by taki rozkaz wykonał, więc stary, głupi komendant sięgnął do klasyki. Kazał dwóm chłopakom odprowadzić ją do naszego oddziału. Tam mieli oddać naszemu staremu list z prośbą o pozbycie się "Emilii".
- Przyszli, gdy Szkopy dobierały nam się do dupy i mieli pecha...
- Albo i nie. Zaraz potem oddział "Borsuka" wpadł w niemiecką obławę. Coś za dużo tych szczęśliwych wypadków, nie uważasz?
- Sugerujesz, że to była jakaś prowokacja? Że ktoś za nią stał? - zamyślił się Zaremba.
- Nie wiem, ale jak wytłumaczyć tą całą historię?
- Od dawna nie chodzę do kościoła, ale...
- Daj spokój. - machnął ręką Brodzki.
- Ale przyznasz, że przy tym wszystkim była trochę nawiedzona. I bardzo religijna.
- Kto wtedy nie był? Bóg, honor, ojczyzna i inne bzdury.
- Wariatką nie była.
- Nie, nie była.- przyznał pułkownik.
- Kto mógł to zorganizować? I po co?
- NKWD?
- Przecież ją powiesili. Nie, Julian, gubimy się w domysłach. Jeszcze ta twoja spieprzona akcja z więzieniem.
- Nie było mnie tam i mam wrażenie, że tam jest klucz do zagadki.
- Wracajmy, Julian, tu niczego nie znajdziemy.

 

***

 

Plam - plam - plam. Po kilku dniach trzeba było dużego wysiłku, by usłyszeć krople spadające regularnie na podłogę celi. Plam - plam. Od nie wiedzieć ilu godzin, aż mózg przestał je rejestrować. Emilia spróbowała dostrzec okno. Tak, to ta mała, jaśniejsza plama na czarnej ścianie. Obudziło ją nieodparte przeczucie, że coś się wydarzy. Usiadła na pryczy. Miała nie tylko siennik, ale i gruby koc - rzadki luksus w tym więzieniu. Plam - plam. Juro zacznie się proces, czy też raczej jego parodia. Pewnie gdzieś ją przewiozą. Plam. Bam - bam- bam - huknęły strzały. Kropla zatrzymała się w powietrzu. Emilia poderwała się do okna, ale kanonada dochodziła z innej strony budynku. Dało się słyszeć jakieś krzyki, tupot nóg. Rozterkotały się karabiny maszynowe. Emilia stała tak nie wiedzieć jak długo, aż wymiana ognia poczęła zamierać. Bam - odezwał się ostatni strzał. Czekała, czy ktoś przybiegnie, otworzy celę, ale w końcu zmorzył ją sen. Plam.

 

***

 

Ksiądz proboszcz czytał gazetę, kiedy trzasnęły drzwi.
- Proszę księdza, proszę księdza! - chłopak wbiegł zziajany na plebanię.
- Co się stało, Julku?
- Niech ksiądz zobaczy, co znalazłem za konfesjonałem! - wysapał podając proboszczowi małe pudełeczko.
- A co ty robiłeś za konfesjonałem?
- Noo, bo...
- Nieważne. - ksiądz z uwagą przyjrzał się urządzeniu. - A niech mnie... Głowę dam, że to jakiś podsłuch. Gdzie to znalazłeś?
- Mówiłem, leżało na podłodze za konfesjonałem.
- Zaglądałeś już tam kiedyś?
- Noo... - chłopak z zakłopotaniem opuścił wzrok.
- I nie widziałeś tego wcześniej?
- Nie, nie widziałem.
- Hmm. Być może ktoś chciał, żebyśmy to znaleźli właśnie teraz. Przynieś mi płaszcz.

 

W małym pokoju stał tylko tapczan, stół i dwa krzesła. Pułkownik i proboszcz siedzieli nad dwiema pełnymi szklankami wódki. Pułkownik odchylił się do tyłu.
- Po co właściwie ksiądz przyszedł? - spytał
- To chyba wasze. - odparł ksiądz kładąc na stole podsłuch.
- I co? - wzruszył ramionami pułkownik.
- Wstydu nie macie.
- Chyba nie.
Przez chwilę panowała cisza.
- Nigdy nie miałem okazji cię o to spytać - przerwał milczenie ksiądz - dla czego z czerwonymi?
Brodzki zamyślił się.
- Wie ksiądz, co tu się działo, gdy odeszła. Wszystko wybuchło ze zdwojoną siłą. Front był tuż, tuż, a my strzelaliśmy do siebie. Front się przewalił, a nam wciąż kazali strzelać do swoich, do Polaków.
- To nie byli swoi, Julianie, to byli komuniści. Zresztą... - żachnął się proboszcz - Przecież podobno ty to lubisz.
- A ksiądz coraz bardziej odważny. - uśmiechnął się Brodzki. - Owszem, lubię, ale z sensem. Poza tym, pomijając politykę, inaczej już dawno bym wisiał, a tak? Robię to, co lubię i to w interesie ludu pracującego.
Ksiądz pokręcił głową.
- Czasy się zmieniają, Julianie. Nawet ty musisz to widzieć.
- Stare czasy jeszcze wrócą, księże. One zawsze wracają.
Ksiądz znów pokręcił głową. Znów zapadła cisza.
- Wie ksiądz, jak to było naprawdę z tym odbijaniem? - tym razem przerwał pułkownik. - To była prowokacja. Ktoś mnie postrzelił przed akcją. A potem ich podpuścił, wprowadził w pułapkę. Ktoś z naszych! I wbrew temu, co mówią ludzie, to nie byłem ja.
- Tak, wiem.
- Skąd... - pułkownik zmrużył oczy.
- Różni ludzie do mnie przychodzą rozliczyć się ze swoich win. Nie wszyscy w kościele.
- Więc ksiądz wie kto? - spytał Brodzki próbując zachować spokój. - Zgaduję, że sam mi ksiądz nie powie. Kiedy się ksiądz dowiedział?
- Rok temu, niedługo po poprzednim morderstwie.
- W końcu się przestraszył?
- Chyba tak. Na to przecież liczyłeś, Prawda? - duchowny popatrzył smutno na pułkownika.
- I dał mu ksiądz rozgrzeszenie?
Proboszcz wzruszył ramionami.
- Nie jest ksiądz typem męczennika.
- Nie, nie jestem. - przyznał smutno ksiądz kładąc na stole małą, złożoną kartkę.
- Dziękuję. - Brodzki nie sięgnął po kartkę.
Ksiądz spuścił wzrok.
- Od wymierzania sprawiedliwości jest Bóg. - powiedział wstając od stołu. - Żegnaj, Julianie.
- Nie wypił ksiądz...
- Żegnaj.
Pułkownik zamknął drzwi za wychodzącym gościem i podszedł do telefonu.
- Halo? Połączcie mnie z sekretarzem Zarembą.

 

Dochodziła dziesiąta w nocy, kiedy pułkownik Brodzki zadzwonił do drzwi sekretarza. Po chwili obaj siedzieli przy stole nad butelką wódki.
- Wiesz już, co ich zabiło? - spytał Zaremba.
- Chyba kto? Nie wierzę w niewidzialną sprawiedliwość, nie wierzę w bezimienne zło.
- Ale to jednak była sprawiedliwość.
- Co za różnica? - odparł Brodzki. - W rękę opatrzności też nie wierzę. Za każdym czynem, dobrym czy złym, ktoś stoi.
- Co ty robisz w tym gównie, Julian? Mógłbyś być, kurwa, filozofem.
- Przed wojną byłem dwa lata w niższym seminarium.
- Tak, słyszałem. Ale wracając do sprawy...
- Coś jeszcze łączyło wszystkie ofiary. Na parę dni przed śmiercią wszyscy byli u spowiedzi. Nawet towarzysz Dylewski. Źródła operacyjne. - dodał z uśmiechem widząc pytający wzrok Zaremby.
- Myślisz, że stary ksiądz mógłby...?
- Nie.
- Więc co to według ciebie było? Przypadek?
- Nie sądzę, żeby miało to jeszcze jakieś znaczenie. - w głosie pułkownika dało się słyszeć zmęczenie. - Nie dla mnie.
- To po co mnie tu wezwałeś?
- Wszyscy, którzy ją zdradzili nie żyją. Oprócz jednego.
- Tego, kto udaremnił odbicie. - stwierdził sekretarz. - I co? Myślisz, że to ja?
Pułkownik wzruszył ramionami.
- Przyznaj się, Władek. I tak się w końcu przyznasz. Jeśli zrobisz to teraz, nie ruszę twojej rodziny.
- A jeśli się nie przyznam?
- Może pozwolę ci poczekać do kolejnego dwudziestego trzeciego lutego. Zostanę tu i będę patrzył, jak z dnia na dzień co raz bardziej się boisz.
- Chcesz powiedzieć, że to ty...?
- Ktokolwiek to robi, już wie. I zostawił cię sobie na deser.
- A gdybym uciekł?
- Wiesz, że stąd nie można wyjechać.
Zaremba z rezygnacją pokiwał głową.
- I nie chcesz wiedzieć dla czego to zrobiłem?
- Nie.
Sekretarz spojrzał na niego zaskoczony. Przez chwilę obaj milczeli.
- I tak ci powiem. Nie chciałem ci tego mówić, Julian, mimo wszystkiego co mi zrobiłeś, ale teraz... Wierzysz w diabła? Pewnie nie, ale ona była jak diabeł.
- Co ty bredzisz, Władek?
- Wiesz dlaczego nie znalazłeś ciała? Widziałem ją parę lat temu w Moskwie. Nie, nie byłem w Moskwie, ale kiedyś w kronice pokazywali pochód. Maszerowała kolumna pracownic Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Emilia szła w drugim szeregu.
Tym razem Brodzki wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
- Po co by był cały ten wysiłek, to udawanie?
- Ty, ubek, pytasz o takie rzeczy? Sabotaż powstania, które i tak by ktoś zorganizował.
Brodzki zamyślił się.
- Nie wierzę ci. Ale sprawdzę. Jednak, nawet, jeśli to prawda, nie mogłeś wtedy o tym wiedzieć. - powiedział wstając od stołu. - Załatw to szybko.
- Julian!
- Żegnajcie, towarzyszu sekretarzu. - odparł wychodząc.

 

***

 

Oskarżona, oskarżonej, oskarżoną... Nieprzerwany bełkot niewyraźnych postaci w togach i mundurach zlewał się szum. Ludzie wchodzili, wychodzili, pytali, odpowiadali, niektórzy podnosili głos. Emilia siedziała wciśnięta pomiędzy dwóch mundurowych i powoli kiwała się w tył i w przód. Ten ruch ją uspakajał. Przez chwilę zastanawiała się, czy na końcu też będzie się tak kiwała - w tył i w przód, w tył i w przód... A może gdzieś ją przybiją? Nie pamiętała. A tam, na zewnątrz z kolejnych głów cały czas wylewał się szum. Czasem ktoś do niej podchodził, o coś chyba pytał, coś krzyczał. Oskarżona, oskarżonej, oskarżoną...

 

***

 

Rano w pokoju Brodzkiego rozdzwonił się telefon. Dzwonił dopóki zaspany pułkownik nie podniósł słuchawki.
- Brodzki, słucham.
- Dzień dobry, panie pułkowniku. Mówi prokurator Łoza. Przepraszam, że budzę, ale w nocy był wypadek.
- Kolejny trup. - raczej stwierdził, niż spytał Brodzki.
- Tak. Leśniczy znalazł sekretarza Zarembę przy starej leśniczówce.
- Jakieś ślady?
- Wygląda na to, że strzelił sobie w głowę z dubeltówki. Oczywiście to tylko do pana wiadomości. Oficjalnie prowadzimy dochodzenie w sprawie morderstwa.
- Bardzo dobrze. To koniec, towarzyszko Łoza. Nie będzie więcej morderstw.
- Skąd wiecie, towarzyszu pułkowniku?
- Nie będzie i koniec. Bez dyskusji.
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku. Ale kto to robił?
- Aresztujcie Wacława Szczerbę. - ziewnął Brodzki.
- Szczerbę? - spytała niepewnie Łoza. - Ale Szczerba jest niewinny, wtedy był u rodziny w Kielcach.
- Tu wszyscy są winni, towarzyszko. - odparł twardo pułkownik. - Zrozumieliście!? - prawie krzyknął w słuchawkę. - Wszyscy! A Szczerba to wróg ludu i do wszystkiego się przyzna. - dodał spokojniej. - Jeśli będzie trzeba, przyzna się, że zabił własną matkę.
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku.
Ledwo Brodzki odłożył słuchawkę, rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Wpuść mnie, Julianie! - zażądał proboszcz.
- Za chwilę. - pułkownik powoli usiadł na łóżku i zaczął się ubierać. - Już otwieram. - odpowiedział podchodząc do drzwi.
Ledwo otworzył zamek, do środka wpadł wzburzony ksiądz.
- Przyszedł ksiądz po swoje trzydzieści srebrników? - przywitał go kwaśno Brodzki.
- Nie bluźnij! Jeśli to ty, to obaj będziemy smażyć się w piekle!
- Nie powiem księdzu, czy to ja. Dowie się ksiądz na sądzie ostatecznym.
- Myślisz, że morderstwami coś naprawisz? Żałuję, że cię nie zostawiłem samemu sobie, ty czerwony oprawco! - proboszcz zrobił się czerwony z gniewu.
- Szybko ksiądz uwierzył, że mogę być zły. - uśmiechnął się pułkownik.
- To... To tacy, jak ty zgubili Emilię, to... To tacy odebrali nam nadzieję! - proboszczowi aż drżał głos.
- Emilię zabiła historia. - odparł zimno Brodzki.
- Zabiła? A co ty możesz o tym wiedzieć?! - oburzył się ksiądz. - Widziałem ją, jak leciała nad więzieniem. Leciała na białym spadochronie. Leciała w górę, coraz wyżej i wyżej. Robiła się coraz mniejsza i mniejsza. Aż w końcu znikła wśród chmur... - oczy księdza błyszczały. - Ale co ty możesz o tym wiedzieć?
Pułkownik roześmiał się głośno.
- He-he. Sam ksiądz nie wierzy w to, co mówi. Tak, czy siak, czy siedzi w Moskwie, czy u Pana Boga za piecem, to już przeszłość, po której nic nie zostało. - stwierdził. - Tylko trupy. - dodał sięgając po szklankę z wódką.
- Mylisz się Julianie. Ten mały chłopak z plebani, twój imiennik, to jej syn.
- Co?! Ale... - Brodzki aż się zaksztusił. - Nie, to nie możliwe. - sapnął.
- Na ludzki rozum nie, ale tak jest! - odparł z przekonaniem ksiądz.
- Nie wierzę. - warknął pułkownik. - Kochała tylko tego swojego Boga.
- No, właśnie! - proboszcz prawie krzyknął w uniesieniu.
- Co mi tu, kurwa, ksiądz próbuje wmówić!? - zagłuszył go Brodzki.
Proboszcz spojrzał na niego półprzytomnym wzrokiem, jakby wyrwany z religijnego transu. Przez moment próbował chyba coś powiedzieć, ale tylko odwrócił się i wyszedł z pokoju.
- Idź do diabła! - rzucił trzaskając drzwiami.
Pułkownik jednym haustem opróżnił szklankę, odłożył słuchawkę z telefonu i rzucił się na łóżko. Zasnął natychmiast.

 

***

 

Dziewczyna miała jasne, krótkie włosy i ładną twarz o niezdrowej cerze. Była młoda i zepsuta - gniła. Musiała rozkładać się już od paru dni. Leżące w płytkim dole ciało niedoskonale przykrywały pospiesznie narzucona ziemia i śnieg. Nieopodal leżały dwie porzucone łopaty. Sine ręce trupa leżały złożone jak do modlitwy na wydętym brzuchu. Po całym ciele dostojnie spacerowały wielkie, zielone muchy, których nie powinno być o tej porze roku. Tłuste, ślepe larwy pracowicie wgryzały się w martwe uda, nieświadomie znacząc białymi odwłokami linie losu świata. Zresztą świat pewnie i tak niedługo się skończy, bo z czterech stron nadleciało czterech czarnych padlinożerców. Przez chwilę krążyły z rechotem, wyraźnie rozbawione swoją rolą w tej wersji apokalipsy. Jeden po drugim opadły na leżące ciało - przedstawienie uznano za rozpoczęte. Dwa kruki przysiadły na wzdętym brzuchu i bijąc skrzydłami zaniosły się śpiewnym charkotem. Jeden wylądował na ładnej piersi i nie przejmując się braćmi zaczął dziobać drugą. Czwarty zatoczył jeszcze jedno koło i wbił szpony w sine wargi. Przez chwilę wpatrywał się w zimne oczy, po czym dziobnął. Raz, drugi, trzeci - nerwowo, jakby w strachu. Łapczywie pożarł galaretowatą miazgę zostawiając przerażony oczodół. Już, już miał sięgnąć po drugie, gdy stało się to, co w lepszym świecie stać się nie powinno. Ciało drgnęło niepomne tego, że od dawna jest martwe. Przeszedł przez nie dreszcz, który wysłał w górę czterech rozkrakanych oprawców, ziemię, śnieg i kłębowisko much. Nogi ściągnął nagły skurcz. Kopnęły ziemię, jakby w powtórnej agonii. Brzuch zaczął pulsować rozrywając tu i ówdzie skórę i mięso. Bryznęła wodnista posoka, a po chwili zaczęło ukazywać się coś oślizgłego i pokracznego. Po lesie rozniósł się krzyk dziecka.

 

***

 

Budząc się pułkownik poczuł nagłe olśnienie. Przez chwilę ważył w myślach wszystkie za i przeciw, po czym sięgnął po telefon.
- Tu Brodzki. Z prokurator. - polecił.
- Łoza, słucham towarzyszu pułkowniku. - odezwała się po chwili prokurator.
- Załatwcie mi, żeby proboszcz wyjechał na godzinę.
- Proboszcz? Ale po co? Jak?
- Nie obchodzi mnie jak. Możecie go wezwać do umierającego w jakiejś wsi. Za kwadrans ma go nie być.
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku.

 

Pułkownik wyglądał ostrożnie zza rogu otaczającego kościół muru. Gdy tylko furmanka odjechała spod plebani i zniknęła za pierwszym zakrętem, Brodzki ruszył w stronę furtki. Na ulicy pojawili się już pierwsi przechodnie, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Pułkownik szybkim krokiem podszedł do drzwi plebani. Nacisnął klamkę. Tak, jak się spodziewał, drzwi były otwarte. Owiało go ciepłe powietrze. Wszedł do środka nawet nie próbując zachować ciszy.
- Halo! - krzyknął.
Zza rogu wychyliła się głowa Julka.
- Proboszcz w domu? - spytał pułkownik.
- Nie, ksiądz pojechał do chorego. - chłopiec przyglądał mu się z ciekawością.
- Mogę wejść?
- Nie wiem. - odparł niepewnie Julek. - Ksiądz chyba by nie chciał...
- Nie będę czekał na księdza. - Brodzki ominął chłopca i wszedł do pokoju. - Przyszedłem porozmawiać z tobą.
- Ze mną? - Julek wszedł za pułkownikiem. - Dla czego chce pan ze mną rozmawiać?
- Jesteś synem Emilii, prawda?
- Nie wiem, ksiądz mówi, że tak. - stwierdził niepewnie chłopiec.
- Tak, teraz widzę. - pułkownik przyglądał mu się uważnie. - Masz jej oczy, jej włosy, nos. - stwierdził zamyślony. - Jak to możliwe?
- Nie wiem, proszę pana.
- Nie ważne. - warknął Brodzki. - Nie bawmy się w kotka i myszkę!
Chłopiec popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Nie wiem, kim jesteś, ale wiem, że to ty! - pułkownik stanął w drzwiach blokując wyjście.
- Nie rozumiem, proszę pana. - chłopiec zrobił wielkie oczy.
- To ty ich wszystkich zabiłeś, Julianie! - rzucił oskarżycielsko Brodzki.
- Kogo? - chłopiec zbladł i cofnął się o krok.
- Florka, obu Janków, Dylewskiego...
- Pan zwariował! Ja nikogo nie zabiłem! Czego pan ode mnie chce?!
- Nie wiem, co w tobie siedzi. - stwierdził drżącym głosem pułkownik. - Nie wierzę w piekło, nie wierzę w niebo, ale z tym skończę! - Brodzki wyciągnął z kieszeni pistolet.
Julek krzyknął i uciekł w kąt za szafą. W chwili, kiedy zamykał oczy, usłyszał strzał.

 

***

 

Skrzyp - skrzyp, skrzyp - skrzyp. Emilia bujała się na huśtawce popychanej przez wiatr. Skrzyp - skrzyp. Na dole inne dzieci wołały coś w obcym języku, a ona huśtała się co raz bliżej ciemnego nieba, po którym pędziły chmury. Skrzyp - skrzyp. Nagle zrobiło się przeraźliwie zimno, a niebo przesłoniła wielka, czarna chmura.
- Nie rusza się. - odezwał się ktoś gdzieś z dołu.
Jakieś światło padło na jej twarz przebijając się przez zamknięte powieki. Zimno, było przejmująco zimno.
- Ściągnijcie ją.
Otworzyła oczy, i nie zamknęła ich pomimo oślepiającego świata bijącego z oddali.
Odgłosy z dołu przycichły. Otaczała ją ciemność. W oddali płonęło oślepiające światło promieniujące przyjemnym ciepłem. Spojrzała w dół. Daleko, pod jej bujającymi się w powietrzu nogami ruszały się jakieś niewyraźne sylwetki. Zakręciło jej się w głowie. Co ona tu robi, wisząc gdzieś wysoko nad ziemią? Wytężyła pamięć, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Ciepło bijące z góry rozpraszało wszystkie myśli. Emilia odpłynęła w kierunku słońca.

 

***

 

Pułkownik Brodzki obudził się z krzykiem na tylnej kanapie Warszawy sunącej przez ośnieżone pola.
- Oto moje piekło. - pomyślał.

 

~k3-si4



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 5 i 5 *:  
* - pola obowiązkowe.