[
2004/11/11 ]
Plątanina półcieni w kokijkach, autor: Ania Sieńska, kategoria: wiersz
ulice złamane deszczem
jeden but głośniej niż drugi tyka
lewy krok kuśtyka metalowa wtyka
idzie z teatralnie skrojoną rękawiczką skajową
wetkniętą w gardziel kołnierza
przez wiatr, przez przewiewy niebiańskich lufcików
lodowata kukła niedoszłego poety
świat nie ubrany w słowa jest tylko mętną plamą
toksyczną fantasmagorią roztartą w krawędzi źrenicy
nienazwane wrażenia parzą i bolą a uczuć zbyt wiele
by zgarnąć je w skrzętne w kolumny
kotłuje w elipsie łba
danie główne: plątanina półcieni w kokijkach
kipi ciecz mózgu
zgotowana w ukropisku krwawym
przypadkowe zderzenia pierwiastków
okazują się być zdalnie sterowane
przez mechanizm który jest jak fabryka
logiki i pochodnych jej izmów
dowolnie rzuconych na wierzch
bulgocącego myślenia
kulę się w sobie
wychodzę do pracy
zarysom cichych dni formalnie niezarejestrowanych
o poranku nieswoja ulica
stawiam kroki nie me
idąc oglądam się
za siebie
tam wszystko skręca w górę
brudnego klosza nieba
zamknięte usta latarni
wchłaniają nocne cienie
unieruchomienie
i "śmierć wysokich lotów"
idę naprzód
w witryny szklane
moja poważna postawa
skrojona w kulę
się cała
świt ratio
codziennie mnie tu dopada
oczy zmęczone welonem
bezustannie poprawianym
z tych dni wykaraskam jedynie
obrazy w eter stleniane
przedmioty podrasowane
do powagi sytuacji
śmiercionośne przenośnie
pochylenia wchłaniania
pożerania z butami
binokl laser
nigdy nie będziemy sobie opowiadać żadnych bzdur
jakimi karmią się inni jestem nimi tak nafaszerowana
jakbym była kaczką na niedzielnym stole niezdolną już
do żadnego prawdziwego posunięcia możemy uciekać
w stronę finezyjnych myśli które przeważnie nas okrążają
bo niewątpliwie przy całej czułości czasu w którym
dusze nasze jak zwierciadła odbijają się w sobie nawzajem
uczestniczymy w wielkim polowaniu
każde z nas ma strzelbę wymierzoną
we własny cień
inni nazywają to gonieniem wolnego obłoku to coś
bez wątpienia podszywa nasz niepokój i rozgorączkowanie
które dziś mi każe
nerwowo spojrzeć w lustro nim otworzę ci drzwi
będziemy się jednak wystrzegać niepotrzebnych kłamstewek
się mocno trzymać faktów
schwytasz bezlitośnie mój bezwład w bezsenny binokl instrument
wyłapujący dramatyczne epizody nierównych oddechów
i słów rzucanych na oślep przez sen i przygarniesz mnie czule
ty zwierzę mnie zwierzę
wszystko to trzeba będzie zarejestrować w kolumnie "nieznane
niewybaczalnie silne, intensywne, tak że może trujące"
wobec czego do końca pozostaniemy nieufni
choć zanurzeni w to coś najgłębiej jak się da
wygwizdowo świata
chcę, żeby kołysanka miała zapach chińskiej wiśni
ale stoimy oboje w kwaśnym deszczu, sam widzisz
i prowadzić cię nie mogę przez aksamitny las
bo nasze buty po kolana w błocie
a ostry wiatr wydyma nasze plastikowe kurtki
na wielkim placu budowy nowej europy
* * *
właścicielka sztywnych palców szuka pióra
myśli pisanie czyli skreślanie
wczorajszych godzin
zerwane
kalkulują się gorączkowo
niefakty
nie litować się nad sobą równanie jest proste
kontenery z wodą niepotrzebnie śnione
zdychające zwierzęta w odstępach faz R E M
są tylko chemicznym snem
przebicie
energetyczne
na linii czasu
jeśli dusza jest nieśmiertelna
to jednocześnie czas kula
toczy się super szerokim torem
dziś
dziś czuję przez komórki ciała
jak zgęstniała kosmiczna zawiesina
w której buja się kokon ziemi
może pękła błona rozdzielająca czasy
i przestrzenie
i przelała się w eter fala nowych dusz
leżę z otwartymi oczami
słucham klaksonów aut mknących w pyle
czuję że znikłam już dawno
że reminiscencja boskiego życia
rozwija powoli złotą nić
przed jakimś ostatecznym ruchem
spowiedź nocna
mam tak mało czynów
na swoim koncie
mam nadzieję że
nagrywasz moje myśli boże
krótkotrwałość lotu
jestem już wyłączona
potok
niewidzialny słyszalny
myśli wciśnięte w obręb metra i pół
potrzeba mi nieco miejsca na głowę i kawałek tułowia
ćwiczę bezszelestnie krok
ale zdradza mnie hałas z wody
udaję więc gospodynię domową
kryształowa ciemnia
jej eksplorowanie
przyprawia mnie o zawrót głowy
sny
śnię jak pies
w snach obwąchuję wnętrza ludzi
których kocham lub nienawidzę
wybiegam z nich potem boso
porażona wracam
w ich jasne odbicia na jawie
ruja w sieci
- widziałem cię myjącą podłogę
zakładającą zasłony bolały cię ręce
myślałaś o brzuchu
że coś tam się urwie
jeśli jesteś zapłodniona
największą z miłości
- na wszystkich piętrach
świeciłeś laserem lornet
wcielony w kolejnych plejbojów
farbując pazury co noc na inny kolor
i okresowo liniejąc
w końcu jednak
połapałam się zdradziło cię twoje ip
Marie Bloom otrząsa się ze snów
światło wpełzało na szafę
firanki i okno drewniane, skrzyp desek
wiatraczków nadasznych, maszynek do kawy
"śnieg skrzył w kryształ zbity"
pełen białego powietrza po brzegi
była wysoko, tu w górze jesteśmy bliżej nieba
gdy szła, była zawsze nieco nad podłogą
na tle zielonej glazury
migocze trupie ciało
lśni kokietuje słabością
w kropelkach wody różanej
alternatywna wersja monologu Rolanda
zresztą już kończę
mój koń się skrada w oddale
wlokąc za szelki
wstrząśniętych moich giermków
chodzi o to żeby było jak talala
czyli męczarnie nonsensownych randek w ciemno
kupiła dziś dla niego czerwoną szmatę na szyję
zjadła ciastko a wcześniej grillowaną rybę
która była tak mała że pewnie
nie zdążyła się jeszcze oswoić ze sobą
ani ze swoim bratem pożartym przez niego
amatora ostrych jazd dla zmyłki
wyglądała jak anioł ale jej lubieżna
myśl wychyliła się niechcący wraz z ością
z pyska dookoła walały się rachunki i ktoś grał na skrzypcach
słyszała gramolenie się przyciężkiej duszy z przyciężkiej źrenicy
i zły akcent w rzadko używanych słowach
wykuty na potrzebę chwili
faune endormi
pamięci edme bouchardona
faun, głupi faun, co stracił w czasie palce cztery
śpi, jak zabity, widać, że o złych figlach śni
i nie wzruszają go żywi tam w dole
elementy miłości: buszowanie w smyku
znamy się od trzech dni przyjechałaś
w nowej dostawie z chin, ja jestem z uzbekistanu
nie dzieli nas nic
i podczas gdy mogłybyśmy swobodnie przejść
na tę prawdziwszą niż plastik stronę
wolimy tkać misterne wzory
drobnych plotek
przez które widzimy świat sklepu
czy dziejemy się pod kontrolą
tego co nami rządzi?
to nie ma znaczenia, kiedy zasypiamy
rozpamiętujemy zazwyczaj upadki bez krzyku
kiedy ręce dzieci strącają nas w dół
tajemnicze podejrzenie co do haut-couture
syntetyczne atłasy wielkomiejskich cipek
puszczonych na telewizyjne wybiegi
mają inny cel niż zatykanie dziur
w seksualnych kajutach chorych męskich jaźni
To nie był Pogrzeb. To Rozgrzeb.
transportuję na powierzchnię świtu
jej śmierć zamkniętą w wierszu
ze świata
gdzie było nam dane jej szukać
w grubej ścianie
dziewczyny N.N.
zdarzyło nam się
wejść w głęboki mrok:
"N.N.
zaświadczą o niej najlepsze tkaniny
któreśmy razem tej nocy wybrali
zrywałam tynk mdlejącymi paznokciami
wydobywałam jedwabne kołderki, makrele, cząstki pomarańczy
i najprzedniejsze gatunki róż amerykańskich
opowiadałeś mi jej śmierć
przez dowody istnienia
czerwień - mówiłeś -to były jej depresje,
żółty-prorocze sny
niebieski-chodziła do szkoły,
zielony-ona już nie żyje i tylko my o tym wiemy"
usuń tę pylistą duchotę
zanim dokopiesz się do podpisów
Starania podtrzymania
Sebastian Flyte: "Wybieram palcami Briteshead z popiołów pamięci"
Sprawy proste są dobre ale powiedz jak długo
Takimi pozostają kim byłabyś bez swej traumy
Bez komplikacji natury szczególnej
Może się mylę
I szukam dziury w całym zamiast pokutować
za grzechy naszego dzieciństwa
Sama widzę co się kryje w ze strachu tkanych brzydko
Nikczemnych kłamstewkach kiedy po 10 latach
Wypytujesz mnie o Atwood, nie, nie znam jej
Powtarzam, nie wyciągaj jednak z tego żadnych
Usprawiedliwień
TIME OVER, jestem bezbronna, nie umiem ci nic
Wynagrodzić, możesz dowolnie pociągnąć jeszcze wątek
Mnie odnalezionej wyrwanej z obcych ci rzeczywistości
Choć sama widzisz, nie trzyma się głowy pióropusz
Nie chcę być oporna, przeciwnie, zrobię wszystko
Co zechcesz, lecz czy nie poruszasz mną w pustce
Mówiąc: "interesuje mnie tylko kolejne spotkanie
Nic więcej"?, widzę tu kolosalne bankructwo
niewprawnych maszynek mózgowych
Mielących wspólne wspomnienia
poupychane ze wstydem marzenia Błądzimy
na różne sposoby choć to nie nasza wina zwalmy to wszystko na
Przypadek i złe licho, na czas
Spowija nas chłód on nie wziął się z nas
samych czy jakikolwiek wiersz to wyrówna

Brak komentarzy