[
2004/05/12 ]
Ciemne brylanty nocy, autor: Ania Sieńska, kategoria: wiersz
poemat radioaktywny
Nasza dyskusja do niczego nie prowadzi
Nienawidzę kiedy używasz głosu
Dźwięk głosu jest agresywny
Nienawidzę nawet kiedy piszesz
Myśl do mnie
W ostateczności pisz wiersze, byle krótkie
Ograniczmy się do kilkunastu słów
Patrz
Siedzi w elipsie wizjera długi i czarny jak średniowieczny clown
Tutaj nawet szaleńcy są cholernie kulturalni, zabrał ze sobą popielniczkę
Pomimo że nie włożył butów na ten ziąb
Il est toujours la
Chodzi o ustalenie, kto go wywołał, ty czy ja
Idiotko
Twój ciasny móżdżek ciągle chce coś ustalać
Nie pomyślisz, że nie ma tu nic do ustalania
Że po prostu krzyknęłaś trzykrotnie na głos - interesuje mnie świat czarowników!
Teraz masz go na wycieraczce, nawet nie wiesz co cię skłoniło wyjrzeć
Zrywasz się w środku dyskusji i pędzisz jak długa
Nie pamiętasz nic, a pamiętasz te trzy do czterech klisz nałożonych na siebie, te słynne déja vu
Déja vu w paryżu kosztują pięć razy drożej niż w kutnie
Pewnie dlatego, że są kilkuwarstwowe
Zresztą zapłacić możesz potem, na razie jedziesz na krechę
Opinie przełożonych znajomych są gówno warte raz wypowiedziane
Chyba że tamci mają przeczucia, wtedy należy się szacunek
Gratuluję ci wyczucia
Il a fumé et il est parti
Gratuluję wyczucia
A mogłaś otworzyć drzwi
I sprawdzić z której jest bajki
Tymczasem zsunął się już po schodach
W spiralnej ciemności, a ty pozostaniesz na gałęzi krzesła
Z podwiniętymi nogami, z patykiem między zębami
Którym wydłubujesz już drugą noc
Niewymawialne zgłoski
Proszę, nie rozmawiaj ze mną racjonalnie
Jeżeli mogę coś powiedzieć, to nienawidzę kiedy słowa składają się w logiczny ciąg
Proszę, nie - kiedy do mnie mówisz,
Nie bądź mały
A dlaczego jestem mężczyzną?
To atawizm. Nawet w poemat wkrada się król seks. Nikt nic nie musi rozumieć,
Dlatego myśleć mogą co chcą.
Ich agresja jest formą obrony, nie należy się zbytnio przejmować.
Jakaś konkluzja na koniec? Duże litery, to wszystko co może twoja maszyna
Do robienia słów, na które inni stracą kwadrans
Dobre i to
Kwadrans mi wystarczy żeby powiedzieć, że poemat nie będzie miał ceny
Konkluzji ani też żywić nie można nadziei,
Że w imię jego kiedykolwiek cokolwiek gdziekolwiek i co lepsze - razem.
Twoja walka z materialnością, twoje mrzonki o nieistnieniu
Twoje manifesty marzyciela muszą pozostać puste
Niech je zasypie radioaktywny pył myśli
Skumulowanych w kręgu wokół tej prostej formy
Jaką jest wiersz. Z tym, że nic go zabić nie może
Poza podejrzeniem o brak ortografii, a o to się martwić nie musisz.
poeta widzi jasno pozwala sobie na drwinę
dopieszcza się specyficznie
mówiąc że jej głowa jest pusta
dopieszcza się
autoironicznie
życie doczesne
niedotykalne
przybiera formę
kulisto - szklaną
okiełznaną
przez wrażenia
ustrukturalizowane
osiąga pełnię
w wieku 30 lat
wszystko staje się jasne
30 lat pracy
nad zrozumieniem życia
zza kurtyny snu
wyłania się tajemnica
przyjazna życiu i śmierci
spersonifikowana nicość
ubrana w szaty domorosłych pojęć
orzechobójcy
którzy zasadzeni jedni na drugich
przywołani przez światło do bycia
nie usłuchali przesłania zza światów
zasklepieni w trójkątach i szyfrach
rozdrobnieni w tupotach i skrzekach
wyimaginowane misje
geometria i hipnoza
oto co knują w katedrach
orzechobójcy
przesłaniający głowami slońce
gwałciciele sezonu akacji
którzy zakwaszają sny
spustoszenia wykryte podczas inwentaryzacji czasu
chcąc niechcąc
leciałam pamiętam głową w dół
w szare żwirowisko życia
moje płuca z dnia na dzień
stawały się cięższe
ja
lekka z natury
ja dusza
świeżo oderwana od nieba
trzydzieści raptem lat temu
bujająca swobodnie w obłokach
opadałam
jakbym miała u nogi ołów
prędkość spadania zawrotna
dlatego moi drodzy pijemy wódkę
palimy skręty wrzucamy chemię
ułuda że leci się w innym kierunku
niż w dół
jest drogocenna
tak zawrotna że budziłam się w nocy
myśląc gorączkowo poczekaj
wynurz się zobacz
za oknem przepływa metafizyczna rzeka
a w niej wszystko co nie istnieje naprawdę
co ma największą wartość
gorączka
podwórko: ziarnisty kamień
taksówka: blaszane zło, w nim zakonserwowani złodzieje
z uwagi na tępe stukoty drzwi, z uwagi na śnieg podszyty mrokiem, z uwagi na
złowrogość tynków skutych lodem, jestem w permanetnej akcji
mam plan na każdą minutę
gdybym na chwilę stanęła, prawdopodobnie oszalałabym ze strachu
ponieważ widzę
jak w podczerwieni
ukrytą naturę świata
niebo jest ciemne
twarze złodziei trupie
jesteśmy wszyscy dobrymi ludźmi
tylko czemu nasze usta są wykrzywione
krzyk może zabić
księżyc może spalić
biegnę osierocona
szukam klucza do drzwi którymi ucieknę
zło we mnie
jest tylko tym co przefiltrowuje się
przez zasłony rzeczywistości
ale płynie przeze mnie niezmiennie
każdego dnia od urodzenia do śmierci
obrabiam ciemne brylanty nocy
chcę być tego świadoma
ale moja dusza
ma nową bruzdę wśród bruzd
ten kto wstał wie co robić
kto wstał jako ktoś inny
kolorowa feeria, dziecinne sekrety
wiodą mnie w wielkie światło
wokół fruwają "odbicia ego"
wolno
spokojnie
ogniście
zmieszane z powietrzem
***
kobieta w czerwonej sukience
podała nam ogień
stała jak posąg
sycząc gazowym płomieniem
rzeczywistość miała ostre kanty
obrębiające nicość
siedziałyśmy w niej
mląc słowa nic nie ważące
eksplozja pustki
eksplozja ego
stały się faktem
dnia tamtego
w którym trzymałam cię za rękę
noc
deszcz który pada
nie jest złoty
to czarna woda
lejąca się
w rozwartą gardziel ziemi
ludzkie zwierzę
które za dnia udaje anioła
dyszy w norze pościeli
z trzecim okiem wyłupionym
w rozkołataną grzmotami noc
gdy zniknie odwaga
jaką się puszy w słońcu
co mu zostanie
gałązka oliwna w ryju
i marzenia o życiu wiecznym amen
obiecuje w ciemności w strachu
od jutra w pocie czoła łatać ziemię
dlatego
przydatne są apokalipsy
nieprzewidziane w prognozach pogody
elektrowstrząsy
w postaci huków za nieznanym brzegiem
podane na tacy zimnej wody
fin de temps réel
ich wszechświat
złożony z przestankowych znaków
pewnej nocy eksplodował
i zniknął w czarnej dziurze
kopie serc
wpisane w zerojedynkowy system
odpaliły w awaryjnym trybie
w nieznany bliżej kosmos
kilometry amplitud
w których on
kosmiczny najemnik
układu syriusza
złożony z drobnych kostek
alfa canismaior
i ona
jego fizjologiczna igraszka
zafiksowana w plątaninie cyfr
i wyniki z ich nocnych studiów
nad nierównościami chodnikowych płyt
tysięczne zapisy błędów
w blednięciach nieba
o szóstej trzydzieści
podczas kiedy ptactwo stało za nimi
zwartym szeregiem
od świtu na baczność
nic nie zostało
download downland
a mówiła mu przecież że jest skurwysynem
co oznaczało, że jego gwiazda
rozświetli na zawsze jej mrok
Południe
Byłam daleko, nie odnajduję się jeszcze
kiedy otwieram oczy. Zerkam z lękiem
na ciało. Nadal trzyma się kupy
bryła lśniącego mięsa, gładka i obła.
Przez długi czas to wszystko co wiem.
Niezgrabne ruchy gałek ocznych
W stronę płonących stor: tak płonie dzień przebudzenia
Daleko burzą się topole, gdzieś skwierczy niebo, zdycha
Z nadmiaru wrażeń miasto, a jeszcze wlecze za sobą
Gnidę nocy i moje płuca ciężkie od dymu. Sierpniowy czas
Spadających gwiazd, w pyle brodzące latarnie i skwery
Na moich skroniach osiadł kwaśny szron
I zanim powiem pierwsze słowo
Które przywróci mnie w stronę, gdzie mam nazwisko i długi
Oraz twarz, przez noc zbitą, kiedy ja-zwierzę spało,
stoję i patrzę i chwieje się moje istnienie
A dzień jest królewski i szklany
Światło powietrze pocięło i domy
Tu kręciły się młyny
Tam w chodniki historie psów bezdomnych
wpisane
i katastrofy zepsutych latarni
różowe obłoki znaczą Paryż w zenicie

Brak komentarzy