Idź się najpierw umyć. Śmierdzisz po tym meczu jak rolnik. Jak rolnik? To interesujące.. ˇ kokietujesz mnie jeszcze. Nie, skądże tam. Nie taki jak myślisz. Zdechły już, w sposób naturalny i równie naturalnie rozkładający się. Może chociaż uwędzony na słońcu, na skale. Proszę, nie bądź taka obcesowa. Mówię ci jak jest ˇ odpowiadam ˇ a czego się spodziewałaś po poetce. Iluminacji jakichś?
- Dres, dres, dres po prostu.
- Jaki dres? Jaki dres?
- Chodzisz jak dresiara po prostu.
- Pierdolisz...
Naprawdę nie rozumiem , jak możesz siedzieć tu, w stanie ABSOLUTNEGO UPOJENIA chwilą...na oko siedemnasty września. Dwa tysiące trzy. Dziś w nocy znowu krzyczałaś, że nie chcesz umrzeć. Ale co ciekawe, tym razem pomiędzy wykrzyknikami pojawiły się ledwie widoczne.. znaki przestankowe .. dwu i trzykropki...których esencja , sentencja, impotencja...nie, jednak sentencja...choć i esencja by się zgadzała brzmi: twój rozwój ...jeszcze się nawet nie zaczął, poczwaro..(co się tak kulisz jak pianista przy fałszywym akordzie? Nawet nie pianistka. Pianista zwykły, potargany, na imprezie, z petem w gębie).
- Orany, wyglądasz jak pianistka...Anno !!! ˇ zakrzyknęła oszołomiona, jeszcze nie zaniepokojona Kitty.
Spójrz na to zdanie, ostatnie jakie napisałam: ˇNawet nie pianistka. Pianista zwykły, potargany, na imprezie, z petem w gębieˇ.
- Metamorfoza ˇ powiedział obserwujący ją śmiałym lub: zaniepokojonym ˇ przemyśleć, nie oddalać się od prawdy ˇ obserwujący ją jakim wzrokiem Charlie ˇ zamieniasz się w to, co piszesz. Kim się czujesz bardziej ˇ dodał zaglądając jej głęboko w oczy (precyzyjniej: w oko) ˇ żulem czy pisarzem?
- Żulem czy pisarzem? Chyba żulicą czy pisarką ˇ to wtrącić może tylko Kitty
- Nic nie odpowiadasz ˇ dmucham mu dymem w twarz ˇ tymczasem ja się martwię, czy pewien ladaco z którym przespałam się rok temu nie ukradł mi pomysłu na powieść...długo już się w mieście nie pokazuje...co on tam skrobie?
Nie ma sensu, żeby stali. Niech usiądą. Trochę tu brudno. Nie jestem dobrą gospodynią. W lodówce tylko woda, na stole druga woda i pół coca-coli. W dodatku wlanej już do szklanki. Czego się napijecie? ˇ nie, nie zadam tego pytania, zabrzmi jak ze środka kryminału...akcja była ognista...teraz trzeba kazać czytelnikowi usiąść i wlać sobie setkę. Ponieważ to już środek, strona jakaś siedemdziesiąta, więc nie ma sensu, żeby akcja wznosiła się zbyt szybko w stan napięcia...nie musimy się śpieszyć... wystarczy babrać się w sytuacjach, bardzo powoli, bez stresu, że c.d. nie jest znany...sam jakoś się urodzi. Przerwanie pisania. W ten sposób nie można, czuję wewnętrznie (czuję wewnętrznie...no nie wiem), że to nieuczciwe.
Że co, że co? Moja dusza miałaby mieć niby jakiś powód, żeby chcieć opuścić to być może skromne i nie własne, ale za to znane wygodne mieszkanie? Dobrze skonstruowane, choć kiepsko przyozdobione? Absurd. Czego ona chce? Do lufcika tak daleko, jakiś schowany w głębi. Jeszcze miesiąc temu otwierałam balkon na noc, wychodziła ze mnie około jedenastej, sądząc po świetle dziennym. Nawoływałam ją od niechcenia...nie wiedziałam, czy warto by wracała. Gdzie byłam, tu w tym ciele rozmemłanym i gorącym, czy tam, u karnisza, głową waląc prosto w szyny? W każdym razie zespolenie nastąpiło...wstałam, słońce w pełni, niebieskie niebo, zamykam balkon. Już po wszystkim. Krótki lot, ale jaki mocny. Rozpęd wzięłam w przedpokoju.
Pan Albert jest daleko. Pustelnia, czyli pusta patelnia, w niej resztki jajecznicy. Zapasy wyczerpane. ˇUdaję sięˇ po chleb, po drodze uświadamiam sobie, że jest to fikcja, jaki znowu chleb. Wracam jak na żula przystało z gorzką żołądkową w kieszeni. Rozpakowywanie prezentów pomniejszych: zapalniczka, papierosy, kawałek haszyszu. A nie, to tylko kawałek kory z drzewa. A więc oszust. Nowy dealer okazuje się być szemranym oszustem. Powybijam mu spróchniałe sztachety zębów, ale to jutro. Zasiadam póki co do pianina. Wyobrażam sobie kino trzydziestego któregoś wieku, wieku ostatecznej degrengolady. Urodzeni w uzależnieniu od środków antydepresyjnych, przez to kompletnie wydziedziczeni z kasty tzw. prawdziwej ludzkości. Szare zmięte papier-mache smętnie zawisłe na kosmicznych fotelach. Awangardowe filmy z podkładem dźwiękonośnych klawiatur. Dane. Fatum. Dane. Oliwione czipy. Nauka i sztuka, które przerosły naturę. Tak zwana natura oglądana przez sterylne soczewki w dalekonośnych maszynach czasowych. Wiem to, bo widziałam sztuczne oko wybite z tła powietrza. Jutro muszę spojrzeć rodzonemu bratu w oczy. Trudne to będzie. Nie znam go dobrze, choć kąpali nas w jednej wanience. Niby paliłam z jakimś chłopcem papierosy za domem, ale czy to mógł być on? Czy on jest aby na pewno moim bratem? Szukanie podobieństw. Tylko fizyczne. Fizyczność nic nie znaczy. Bywa zabójczo zwodnicza.
Zielony golf. Pomarańczowe odblaski. Fotografia kochanki. Surowe sklepienie blatu, strzaskana klawiatura, zmięta stówa (należy ją wyprostować zawczasu, co by nie prasować jej maniacko w kolejce) klamka u drzwi, schody, drzwi, drzwi, ulica, przemykam dosłownie po ścianach do najbliższego spożywczego. W stanie upalenia preferuję większy supersam, gdzie panuje postsocjalistyczna degrengolada . To kraina przedindustrialna, preneweage’owska, choć postrolnicza. Coś w rodzaju lotniska w Kambodży w latach pięćdziesiątych. Chodzi mi tylko o coca-colę i może mleczko do kawy na rano.
Wracam w połowie podwórka ˇ kupiłam już przecież Królewskie. Dlaczego jest tu tak zimno? Sezon grzewczy już ruszył.
Czy kiedykolwiek mogłam podejrzewać w najśmielszych marzeniach, że powiem: Sezon grzewczy już ruszył ?
Czy to znaczy, że jestem już dorosła? Jakiś palant ostatnio nazwał mnie gówniarą. Możliwe, że jeszcze nie widać, jak bardzo się stałam dorosła. Chichot? Ewidentny. Ta śmieje się, a więc nie jest jeszcze tak źle. Pilnuję jej, niech się lepiej za bardzo nie oddala.
Jak by się chciało umrzeć? W locie, najlepiej w samolocie. Roztrzaskać się pod wpływem wybuchu bomby podłożonej pod fotel.
Archiwum zaginionych:
2003-08-27 Anna Sieńska
Po jakiej ziemi stąpasz?
Stąpam twardo po ziemi ubitej z betonu i farby
W którą wsiąka kwas
Gdyby to łóżko przeniosło się w lata siedemdziesiąte, nie taki miałabyś zapach. Zamiast perfum Armaniego, woda kwiatowa we włosach. Zamiast podgrążonych na zielono oczu, oczy podgrążone na bladego kanarka. Zamiast warg spierzchłych od chianti, pachnących cygarem, usta mokre od łez i dopiero co spalonego carmena. Sweter pachnący Perłą i mrozem, grube pończochy i biały ser w lodówce wraz z samogonem kupionym na Mazurach.
Lola miała to co chciała
Straszne doły więc łapała
Chciała mieć to czego ni ma
Zaczęła na dworcach kimać
Felek skupiony na sobie
Pełen bólu list skrobie
Nie wie biedak że Lola
Kiedy wypije jabola
Potrafi i zadrwić sobie
Z byle felka namola
Mam trzydziestaka na karku i przeczucie, że zbliżam się do zagłady. A mogłabym przecież umeblować swoje mieszkanie na wzór katalogów meblowych. Spędzać czas na świeżym powietrzu. Kupić groch i go wyłuskać. Zdaje się że na tym moja wyobraźnia alternatywna się kończy.