Ostatnia noc lateksowej Cindy
loki w spray'u, rozkołysane biodra
fosfor na bransoletkach, szybki tupot szpilek
pik pik, turkusowe czubki piersi
opięte śliskim gorsetem wsiadają
od mojej prawej strony, wita mnie
błękitnym połyskiem oka
jedziemy ona maluje paznokcie
hamuję zbyt ostro wylewa się lakier
na jej niebieskie rajstopy
kupione w printemps haussmann, jest
zła na mnie, ściąga je szybko, wyrzuca przez okno
jej kolana są teraz nagie,
wyniosłe spiczaste lodowe
po godzinie
wchodzi w rytm extasy
uśmiecha się, ciepleje, jak kota głaszcze swoje kostki
jest już gorąca gdy popycha srebrne drzwi i wchodzi płynnie
w wibrującą muzykę, jest bosko, wpada w rytm
pulsującego gorąca, faluje, jest miękka, znika
w czeluściach toaletowego mordoru
światło, którego nie zna
na drodze, którą nie szła
przenika ją, nagą
jak zwierzę odczuwa
dziwność pełni, chce wyć
film trwa sekundę
wyświetlił się w ciszy
budzi się, wraca nie mówi zbyt wiele, nie chce
żebym wszedł w nią tej nocy,
opuszcza mnie, muska
mój policzek, wchodzi do ogrodu
do domu, pije wodę z kranu, kładzie się na wznak,
czarne źrenice migoczą w odbiciach luster
zaciska szczęki, myśli o
polach czerwonych zapałek, o drodze donikąd,
o retrospekcjach leśnych, o statkach kosmicznych
wnętrze głowy rozjaśniają czerwone refleksy
ręce i stopy tężeją
zastyga w satynie jej brązowe ciało
składa do snu plastikowe rączki
w burzy loków
ze szklanym wzrokiem
odchodzi
Otwarte usta japońskiej kurtyzany
Byłeś naprawdę ohydny
W bezdusznym rozkraczonym staniu
Z łojotokiem na słuchawce czerwonego telefonu
Z tą kaleką gramatyką którą zryłeś
Moje uszy tak jak później pazurami moje nogi
Byłeś ohydny w swym rozlaniu twardym włosiem
Z pękniętą okularą z potłuczonym paznokciem
Z dudniącą mosiężną stopą
Z dupskiem co przeczyło cudowi poranka
W przybrudzonym ubraniu z uchem obrosłym sierścią
Z dziurawymi tekami pełnymi alibi akt
Z grubymi biodrami tańczącymi godowy tan
Pod prysznicem wyświnionym mokrymi kępkami kurzu
Wśród tabletek, pudeł, brudu, koneksji w ambasadzie
Naszpikowany terminami, bełkotem korporacyjnym
Moczem oddanym pod łóżko i petem w rannej kawie
Ty, urzędniczyna, potomek samuraja
Porwałeś się ze mną w niebezpieczny nocny tan.
Cóż ci pasowało we mnie, kurtyzanie jednej z wielu
Piskotliwe kłamstwa rzucane w piosence wieczoru
Czepliwe uwagi, nadąsane krowie wargi
Podejrzliwość co do twoich pomiętych dwusetek
A może małe piersiątka udające guziki
Do windy, którą marzyłeś wjechać na jakieś wyżyny
Seksualnego harakiri?
A może moja spięta usztywniona krepą pupa
Lub ręce kwadratowe brylne szorstkie zimne
Lub czerwone od soczewek skośne oczy
Kobiety z marginesu świadomości, mój zapach
Mój kaszel, moje przekleństwa lub taniość zamyśleń
Których płytkie tajemnice rozłupałeś już pierwszym pytaniem?
Było z tobą czarno biało, tematycznie dennie:
Emerytury rozlazłych obudzeń
Brudne wejścia po nocach w spoconą pościel współ-snu
Snucie planów na życie choć plany były zabite
Tymi pięcioma stówami,
Godziną trzecią już jutro, którą spędzić nam przyjdzie
Każdemu w jego nowej fikcji. Od nowa samemu.
Piekielna podróż
Upał.
Cienie skwierczą z gorąca.
Nie bądź taki patetyczny, jeszcze ci nie weszło.
Jesteś pewna? Dziwnie się czuję.
Jestem pewna, jesteś przytomny.
Smród tropikalny.
Orientalny.
Smutek istnienia wymalowany na twarzach tych zagłodzonych dzieci.
Daj temu pieniążek. Tylko się nie pochylaj, bo złapią cię za rękę.
Rzucę im, daj miedziaki.
Dusi mnie smród. To nie działa.
Jedziemy już piątą godzinę i rzeczywiście nie działa. Ile ich zjadłeś?
Miskę, Krystynko. Może uodporniłem się już na chemię.
To tak jak ja. Wylizałam tę miskę, co do okruszka. Te poranne głody, te rzygania...
piekło Indii. Może dodali za dużo bakalii lub cukru.
To białe, to było czyste opium, nie żaden cukier.
To opium ma taki smak?
Zobacz, przed nami dżungla. Powoli się ściemnia.
Tam przenocujemy...tracę wzrok...przesiądź się do mnie.
Kim jesteś?
Kto? Ja? Boże, nic nie widzę. Gdzie jesteś?
Kim pani jest? W jakim języku pani mówi?
Walę cię po mordzie, przeklęty prestidigitatorze, taniocho męska, ja zaraz oszaleję!
Bejbe, świat zakręcił, straszny jest ten wiraż i duchy spadają z każdego z drzew, bądźmy blisko..
Co to za blask!
Schodzę, zostawiam karawanę, biegnę przed siebie, upadam,
podnoszą mnie, wycierają mi twarz, błoto, liście ostre
tną mi policzki, białka mam wywrócone. Przypominam sobie o twoim istnieniu,
ale jesteś jakąś obcą kobietą, nie rozpoznaję pani.
Jednak błagasz mnie, schrońmy się w jakiejś chacie.
Tu wokół jest mnóstwo bambusowych melin,
ostatnią resztą sił wyłuskuję z woreczka banknoty,
tylko błagam,
pokazuję na migi, dajcie mi spokój,
ta kobieta będzie spała ze mną,
Andrzeju, krzyczysz, twój głos tak obcy i szorstki ,
odbija mi się zwielokrotnionym echem w głowie.
Twoja bluzka, twoje sari, twoja tunika, twoje piersi,
jesteś kosmicznym demonem z wnętrza piekieł,
ale płaczesz,
płaczesz tak mocno. Wyjesz.
Z twoich ust spływa piana.
Połóż się tutaj.
Leż spokojnie, nie ruszaj się,
spróbuję resztką sił nastawić
pranie, cała koszula jest mokra, twoja suknia też.
Chodź.. nie szarp się!
Wykręcasz mi ręce, wijemy się,
jesteśmy piskorzami w mokrych szmatach,
w końcu mdlejesz, ściągam z ciebie ubranie,
w kącie wiadro z wodą, detergent biorę w obie dłonie
sypię - spadam -
- leżę teraz na wznak
Pamiętasz
te trzy słoneczne popołudnia,
kiedy wracaliśmy na dzikie plaże?
Każdy z tych dni był natchniony.
Cholera, jak świeci jak mnie oślepia
Wstań i zgaś światło, ja już umieram
To nie światło idiotko
Chodzę po omacku klepię
Każdy fragment ściany
Szukam kontaktu
To słońce idiotko
Oślepia ci gały
Pić mi się chce
Nie ma wody umieramy
Wypiliśmy wody całe wiadro
W oknie mokre ubrania
Namoczone do umierania
Kładź się
Już wieczność po tych ścianach się obsuwasz
Nie ma kontaktu, ale zaraz samo zgaśnie
Połóż się tu, umieramy.
Nikt nas nie znajdzie