Mały r - dramat w biurowych odcinkach.
[odcinek 1]
28.07.2002
Dla R. zaczęły sie cieżkie dni. Pare osób ściga go za jakieś błędy w analizach, które jak sie okazuje nie są jego wina :((( Ciągle musi sie tlumaczyć, a wokół zero zrozumienia ...
Ale maly R. to twardy koleś ... nie poddaje się ...
[odcinek 2]
29.07.2002 - g.13
r. szedl za swoim szefem spokojnie - w koncu co ma byc to bedzie. Garb ciazyl mu coraz bardziej ale najgorsze bylo oczekiwanie egzekucji. Szef tez sie nie spieszyl. Po drodze uśmiechal sie do wszystkich izagadywal tak jakby upajal sie zwyciestwem i upokorzeniem malego r.
W końcu doszli do biura i szef rzucil przed niego papiery
- Co to jest ?
r . nie wiedzial. Wprawdzie przypominalo to jego nędzne zestawienia nad którymi ślęczał cały tydzień, ale nie był tego pewien więc się nie odzywał.
- No wiec, które jest dobre ? - zapytal szef z szelmowskim uśmiechem.
r . po namyśle wskazał jedną z tabel
- Ta jest lepsza. Zawiera wiecej danych. W tej są duże zaokrąglenia.
Szef przekreślił złą tabelę i pyta dalej - A to? - i wskazał na monitor.
r chcial powiedziec - "monitor" - ale ugryzł się w język i przyjrzał. To bylo zestawienie wyników za zeszły rok.
- Tu są błędy - powiedzial z triumfem szef i usmiechnął się jakby własnie szczytował.
- Być może. A w którym miejscu?
- Noooo - to się nie zgadza - wskazał na jakąś linię danych i usmiechał się dalej.
- Takie dane od Pana dostałem. Jeśli sa tu błędy to nie moja wina.
- Nooo ale to się było zmieniło.
- Dobrze - ale skąd mialem o tym wiedzieć? - r. poczuł grunt pod nogami i wiedział, że jest górą. Ale jak tu powiedzieć temu idiocie, że to jego błąd i powiedzieć to w taki sposób, żeby sie nie zdenerwował ?
Po namysle r. powiedział, że przygotuje to zestawienie jeszcze raz - poprawione z aktualnymi danymi. Szef był zadowolony - nawet ani razu nie uderzyl r. w głowe - co miał w zwyczaju robić od czasu do czasu, żeby pokazać, kto tu rządzi.
- Czym wyższe stanowisko tym wiekszy dureń - pomyslał r. i własnie gdy tak sobie myślał wpadł na Q.Z. - dyrektora generalnego. Ten od niechcenia podał mu rękę, ale ilość entuzjazmu jaką wkładał w to powitanie byla taka, że r. zrobiło się niedobrze gdy potrząsal jego sflaczałą rękę. To byl ten typ, który usłyszał na kursie, że w dobrym tonie jest się przywitać z pracownikami - ale nie doczytał, że powinno sie także uśmiechnąć i być miłym - tak więc każdy omijał go jak mógl, żeby tylko się z nim nie widzieć, bo takie powitanie psuło humor na dalszy dzień. r. miał ochotę wytrzeć ręce w spodnie po tym powitaniu, ale sie pohamował.
- Będę potrzebował takie zestawienie - powiedzial szef - no wiesz - mówil Ci P. [P. byl glównym przełożonym r.].
- Tak wspominał, że bedzie Pan to potrzebował. - wspominając o tym P. pukał się w głowe, bo byla to tak bezsensowna i pracochlonna rzecz, ze nawet on to wiedział, a nie miał o tym zbyt dużego pojecia. Ale ani P. ani r. nie wiedzieli, ze szef czyta własnie nową książkę o marketingu - prosto z Francji. I wyczytał, że takie zestawienie to prawdziwy hit i prawdziwy miernik rentownosci firmy. Nie doczytal niestety (od dziecka miał kłopoty z czytaniem), że powinno się to robić na nieco innych rodzajach danych.
r. oczywiście zrobił to zestawienie. Ale ...
[odcinek 3]
30.07.2002 g.15:17
r. pokazal Q.Z. zestawienie. Ten spokojnie na nie popatrzył i powiedział
- Dobrze. Zrobi mi jeszcze tutaj takie dwie kolumny.
- Dobrze odpowiedzial r.
Dostawienie tych dwóch p... kolumn zabrało mu prawie pół dnia. Zadowolony z wyników pracy, nie zrażając się panującym upałem i tym, że komputer zawieszał mu sie trzy razy, postanowil oddać prace.
Okazało się to dość ciężkim zadaniem bo o ile praca byla "super pilna" to teraz Q.Z. kompletnie nie mial czasu spotkać sie z r. Miał przecież inne obowiązki. r. jeszcze parokrotnie próbował zanieść tę"super pilną" pracę ale bezskutecznie.
- Nie ma go i nie wiem, gdzie jest ani kiedy wróci - mówila asystentka Q.Z.
- On ma teraz dużo pilnych spotkań. - dodała odrzucając zalotnie włosy.
Ładna była z niej bestia, nawet nie głupia, ale jej miny, świątobliwy ton głosu i usta, które gdy mówila ukladal w trąbke, doprowadzały r. do pasji.
Jednak mały r.. nie poddawał się ...
[odcinek 4]
30.07.2002 g.16.45
r. z trudem dotarł do Q.Z. Nie bylo to łatwe - bo kolejka była duża. Pokazał mu swoje dzieło. Wtedy Q.Z. zauwazył, że to nie jest jednak to, co widzial w swojej najnowszej książce.
- No - to jest złe - jak jest złe to po co mi to dajesz? Nie trzeba kończyc SGH żeby wiedzieć, że tak być nie może.
- Coś podobnego - pierdolisz ??? - pomyslal r. , który nawiasem mówiac nigdy w zyciu nie był nawet na SGH.
- Wiesz ja musze mieć tutaj ta kolumna. A potem zrób jeszcze raz i podziel to na równo. To nam dużo daje - z tego można dużo wyczytać. Zrób jeszcze raz.
- Dobrze - powiedzial potulnie maly r. i wyszedł. Kontem oka zauwazył jak Q.Z. rzuca niedbale wydruki do kosza. - O rzesz ty ch..u złamany - mrukanal do siebie R. i generalnie mial rację [w tym momencie należy w końcu rozszyfrować skrót Q.Z. - oznacza on Qtas Zlamas - przyp. narrator].
r. nie miał już siły ale nie poddawal się ...
[odcinek 5]
02.08.2002
r. pracował ciężko i dawał z siebie prawie wszystko. Niestety doba byla zbyt krótka a wymagania Q.Z. zbyt wielkie. Zresztą maly r. nie miał jeszcze wiele innych obowiazków z którymi musial sie uwinąć. Niestety nie dawał rady - Q.Z. najwyraźniej postanowil go pognębić.
W końcu zniecierpliwiony szef przysłał wysłanników z zapytaniem kiedy praca bedzie wykonana. r. przestraszył się bo wprawdzie miał już wszystkie dane ale przecież musiał je sprawdzić, poprawić, przetestowac etc.
Przestraszył się - bo miał inne zobowiazania a poza tym chciał wczesniej wyjść z pracy. Ale nie dość, że nie wyjdzie wczesniej to bdzie musiał przyjść jeszcze w sobote.
- do dupy z taką robotą - pomyslal r.
Ale nie poddawał się ... wiedział, ze jego bedzie na wierzchu !!!
[odcinek 6]
02.08.2002 - g.17.00
W poprzednich odcinkach: (zaczyna sie jak "Czarne chmury") r. walczy z przeciwnościami losu (to w zasadzie wszystko, co można powiedzieć o poprzednich odcinkach) - teraz walczy nadal (generalnie nie poddaje się).
Epizod ... następny
r. nie poddawal sie - zaparł się i postanowił, że teraz zrobi wszystko, żeby zadowolić Q.Z. [nooo - prawie wszystko - świntuchy - przyp. narrator]. Usiadł przy kompie i zaczął przeliczać. Nie bylo to proste, bo nie znal jeszcze metody opracowania pewnych danych - w końcu dopiero się uczył.
Tabele pietrzyly się, komputer pracował, przeliczał, słychać było szum przelatujących bitów (komputerowych). r, chciał skończyć za wszelką cenę ... Adrenalina szumiała mu w uszach, a serce walilo jak opętane, czuł jak drżą mu łydki. Jak to powiedział poeta "Pod koniec drogi tej nie czuł już lęku wcale..."
Po kilku godzinach drukarka zamruczała delikatnie i wypluła piękny wydruk. Maly r. był z siebie dumny - wiedział, że to co zrobił jest gówno warte, ale jednak był dumny. Czul się wspaniale. Emocje opadały łagodnie, puls malał, ręce robiły się bezwładne a powieki zamykały.
"To bylo coś" - pomyslał i zamruczał wesoło.
Q.Z. nie było już w biurze - była tylko jego asystentka. Popatrzyla na zmeczonego r.
- ach to ty. Już się martwiłam, że nie przyjdziesz.
Mały r . nic nie pomyślal bo był zbyt zmęczony, ale jak to przemyślał, to pomyśłal, że powinien pomyśleć "doprawdy ?".
Czuł się dobrze ale wiedział, że to nie koniec.
r. nie zamierzal się jednak poddawac ... Walczy nadal.
[odcinek 7]
03.09.2002
Maly r. wyszedł z depresji po ostatnich przeżyciach i nawet wyszedł na prostą. Odpoczął, zapomnial (nigdy nie był pamiętliwy) i już myslał, że wszystko będzie dobrze, ale ... Ale niestety pomylił się, bo zawsze, gdy już coś kończył, gdy już miał spokojnie wyjść do domu, gdy byl na bieżąco - komuś się przypominało, że jest coś do zrobienia - "na wczoraj".
I nie inaczej było tym razem - już miał spokojnie kończyc swoje comiesięczne zestawienia, gdy przyszedł po wizycie u Q.Z. jego szef P. i kazał mu zrobić coś, czego za cholerę nie da sie zrobić.
Malemu r. opadły ręce. Kubek zimnej wody wypitej jednym łykiem nie pomógł - ciągle nie wie, jak zrobić coś, czego nie da się zrobić ?
To wszystko zaczęło mu przypominać grę komputerową, w której po pokonaniu jednego potwora, jak już rozkoszujesz się zwycięstwem, przechodzisz do następnej planszy, gdzie czeka na ciebie jeszcze wiekszy sukinsyn, z którym za cholerę nie możesz sobie poradzić. A księżniczki jak nie widać tak nie widać !!! Ale wizja nieosiągalnej i nieznanej nagrody karze ci walczyć i walczyć i walczyć ...
A co jesli na końcu tej gry nie ma żadnej nagrody. Co jesli są tylko kolejne potwory i kolejne zmagania? Co to za cholerny "Matrix" ???
Maly r. jednak nie jest miękki i nie poddaje się ....
[odcinek 8]
10.09.2002
Czy zauważyliście, że zawsze jak nie macie parasola zaczyna padać deszcz? (jedno z praw Murphiego) To samo dzieje się w firmie - jak nie ma jakiegoś pracownika to jest on bardzo potrzebny.
Nie inaczej stalo się ostatnimi czasy. Maly r. spokojnie oddychał wolnością gdy nagle pojawił się nalot szefostwa z siedziby głównej - a trzeba wam wiedziec, ze r. pracuje tylko w filii wielkiej miedzynarodowej firmy.
Nalot zapoczątkował totalną wojne - każdy z każdym i przeciwko wszystkim. Groźba utraty stanowiska, a co gorsza zysków, spowodowały, ze wszyscy rzucili się sobie do gardeł. A maly r. był na końcu układu pokarmowego i całe gówno trafiło na niego. Ilość zestawien, jakie miał przygotować zawaliła jego i tak małe biurko. I nie byłoby to takie straszne, gdyby nie to, że każdy przychodził i mówił "moje jest najważniejsze - muszę to mieć na jutro".
- Ja muszę żyć - myslal r. - ale jego najwiekszą słabością było to, że nie potrafil odmawiać - kiwał tylko z rezygnacja głową i mówił - Zrobię, co będę mógł.
Ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że musiał wykonywać prace koleżanki, która właśnie byąa na urlopie. Nie byloby w tym wprawdzie problemu, gdyby nie to, że nie miał pojecia czym ona sie naprawdę zajmuje. Gdy pierwszy raz zobaczył jej tabele oniemiał"to nie ma sensu" pomyślał - "co to do cholery jest?" i w końcu "JAK JA MAM TO ZROBIĆ !?". Ale w końcu doszedł co i jak - zajęło mu to pare godzin (w zasadzie cały dzien), ale nie byl idiotą i doszedł co i jak. Co z tego, kiedy i tak nie mógł się z niczym wyrobić.
No i w tym momencie - deus ex machina - pojawiają się szefowie i życzą sobie, żeby maly r. im asystował. "od dziś robisz analizy tylko dla nas" - powiedzieli jakby byli jednością. "To musi poczekać". A następnie pokazali mu tabele, które trzeba zrobić "na wczoraj". Maly r. nawet nie stęknął - to go zabiło. Już się cieszył, że będzie miał chwile spokoju a tu ... "Co to ma być ???". To, co zobaczył było jeszcze gorsze od tego co kiedykolwiek widzial na oczy. Bylo gorsze od tabelek jego koleżanki i wszystkich innych tabel razem wziętych i podniesionych do kwadratu. To bylo ... to bylo ... to bylo ... zajebiste !!!!
Małe plamki zaczęły latać mu przed oczami - ale r. nie poddaje się ...
[odcinek 9]
19-09-2002
Zabieram się do napisania kolejnego odcinka już od paru dni ale nie mam czasu, więc robię to dopiero teraz.
Firma postanowiła zatrudnić paru konsultantów, żeby pomogli w organizacji biura i usprawnili działanie centrali. Pieniądze, jakie wydała na to były kosmiczne, ale było to tylko wybieg mający wyprowadzić trochę kasy do matczynego kraju.
Chyba tylko mały r. ucieszył się z przyjazdu konsultantow, bo dla niego oznaczalo to jakąś odmianę - nareszcie będzie robił coś nowego, a może nawet jeśli nie, to przynajmniej coś się będzie działo. Dotychczasowa monotnia i zawalenie robotą dawały mu ostro w kość - najgorsze, że dał sobie wejść na głowę. Parę razy zrobił coś od ręki i teraz cały czas robił wszystko "na wczoraj". To był błąd - r. po prostu nie potrafił odmawiać.
A wszystko zaczło się od tego, że do pokoju R. wpradl I. (jak sie okazało nowy szef małego r.) i powiedział
- Dobra odłączaj komputer.
W oczach małego r. musiał pojawić się wielki znak zapytania, bo pomimo, że się nie odezwał I. wyjaśnił
- przenosimy się do innego pokoju. Wiesz przecież. Będziesz teraz pracował razem ze mną.
P. przysłuchiwał się temu spokojnie i nic nie mowił - był albo kompletnie zaskoczony, albo było mu już wszystko jedno - jego twarz nie wyrażała dosłownie nic - kompletna obojetnosc. r. wywnioskował z tego, że musi już wszystko wiedzieć i spokojnie zaczął odłączać komputer.
- Ale gdzie sie przenosimy? - zapytał niesmiało
- Zaraz Ci pokażę. - powiedział I.
Pokoj był całkowicie pusty i znajdował się w całkiem innym miejscu w budynku. Mały r. musiał przydźwigać komputery, biurka i fotele - placy bolały go jak diabli, ale byla to mila odmiana od ciągłego siedzenia na krześle, więc nie narzekał [a czy kiedyś narzekał? - pyt. narrator]. I. byl zadowolony.
Konsultanci przyjechali następnego dnia - garnitury od Armaniego, koszule szyte na miarę, w rekach laptopy za 10000 $ sztuka. I. i r. przęlkneli głośno ślinę.
- Nic dziwnego, biorą za to taką kase ... - westchnał I., a skoro dla niego była to "taka kasa" to musiało to być naprawdę duuuuużo.
Nie deliberując długo wszyscy zabrali się do pracy. Tempo narzucone przez przybyszow było oszalamiające - Maly r. nie maiał nawet czasu na to, żeby zjeść. I. za to żadko pojawiał się w biurze, wiec r. nie dowiedział się jeszcze jaka jest jego rola w całym tym projekcie - co gorsza - Maly r. nie miał pojęcia co to za projekt !!! Ale miał za dużo do roboty, żeby się tym przejmować.
Zaskoczyło go dopiero, gdy Q.Z. powiedzial mu, że musi zrobić dokumentację ze wszystiego, co robią konsultanci.
- A co oni robia ? - zapytał go w mysli r. bo ciągle nie wiedział.
- I co ja tutaj robię? - zapytał sam siebie, bo też nie miał pojęcia.
Ale Maly r. nie poddaje się ...
[odcinek 10]
29-11-2002
Mały r. spóźnił się do pracy. Ostatnio dość często mu się to zdarzało, bo odkąd awansował, co polegalo na tym, że po prostu dostał dwa razy wiecęj pracy za ta samą pensję, zostawał w pracy do późnego wieczora, co przekladało się bezpośrednio na kłopoty z porannym wstawaniem.
Rano Maly r. byl jak cyborg - poruszał się stałą zaprogramowaną trasą od łóżka do łazienki, pod prysznic - z cały czas przymkniętymi powiekami, żeby nie starcić nic z kończącego się snu, ubierał się i wsiadał do samochodu. Niestety w porannym programie często występowały luki - czym bardziej Maly r. był zmęczony tym więcej zapominał - oczywiscie były to drobiazgi,
które zauważal dopiero w pracy - najcześciej zapominał telefonu, dokumentów, wkałdał dwie różne skarpetki, albo przychodził do pracy w trampkach. Ale tego feralnego dania zapomniał czegoś naprawdę ważnego jednej z najważniejszych rzeczy w firmie, rzeczy, bez której nie może poruszać się, a nawet zyć, żaden pracownik Firmy - zapomniał firmowego krawata !
Maly r. swoją wielką pomyłkę zauważył dopiero w pracy, kiedy zdejmowal kurtkę.
- Może nikt nie zauważy - pomyślał naiwnie.
Kiedy szedł spokojnie korytarzem do swojego biura spotakl J. - asystentkę jego byłego szefa.
- Nie masz krawata - powiedziała i zlapała się za policzki.
- A dzien dobry?
- Q.Z. kreci sie po centrali i właśnie skrzyczal B., bo nie miała białej bluzki. Lepiej sie schowaj dokładnie.
Dziwaczka - pomyslał r. - jak zwykle histeryzuje.
- Dobrze J. Nie martw się. Do nas do pokoju nigdy nie przychodzi.- odpowiedział.
Po drodze spotkał jeszcze dwie osoby i wszystkie zauważyly brak krawata.
- Paranoja jakaś, czy co - pomyslał kiedy uslyszal historie pracownika, który został wyrzucony za to, że przychodził w swoich prywatnych (sic!) krawatach.
Ale wszystkie te dziwne opowieści jednak podzialaly na Malego r. i trochę zaczął się bać. Pospiesznie poszedł do palarni. W palarni i w barku R. był bezpieczny - tam na 100 % Q.Z się nie pojawi - musiałby spotkać się ze zwyklym pracownikami, a to byłoby dla niego poniżajace - "Oni są tacy .... brudni - tacy mali ... " - myslal Q.Z za każdym razem, kiedy przechodził obok niego jakiś pracownik niższego szczebla.
W palarni pojawił się jego wybawca - Nie masz krawata - zauwazyl S. - spoko - ja mam pare zapasowych w szafie - nigdy nic nie wiadomo. Jak Q.Z. się rozchodzi to lepiej nie wpadać mu w oko. Poczekaj przyniosę Ci.
Prawie słychac było huk, kiedy kamień spadał z serca Małego r. Znowu mu sie udało. A było blisko - bardzo blisko - bo jak wracał do swojego biura natkanął się na ... na Q.Z. własnie.
[odcinek 11]
02-01-2003
Myślę, że należałoby przybliżyć w końcu postać nowego szefa małego r. - Wielkiego I.
Wiekli I. okazał się fajnym facetem z pozytywnym podejściem do pracy
- podejście to opierało się na paru trafnych założeniach
1. - nie przychodzić do pracy w soboty - pod żadnym pozorem
2. - jesli nie trzeba czegoś robić - nie robić
3. - jeśli coś jest zbyt trudne - zwalić to na kogoś innego
4. - odbierac telefony tylko od osób, które się zna
5. - pracowac tylko kiedy trzeba, ale zawsze być przygotowanym na spotaknie z Q.Z.
Pomomo, na pierwszy rzut oka, olewczej strategii pracy Wielki I. był profesjonalistą - wiedział czego chce i był zawsze dobrze zorganizowany, a ponadto inni pracownicy czuli przed nim respekt (prawdopodonie paru wywalił i wszyscy się go bali). Był typem playboya i szpanera, ale to były raczej zalety niż wady, bo koleś potrafił się dobrze sprzedać. Był całkowitym przeciwienstwem P., który raczej pracował po cichu. Wielki I. robil ze wszystkiego rozgłos i wszędzie było go pełno - i zawsze powtarzel "ze mną warto pracować" - co zresztą okazało się prawdą - zwłaszcza dla malego r.
- To jest duża firma - zagaił kiedyś rozmowę Wielki I. - na dużo możesz sobie pozwolić i masz pewność, że Cię docenią.
- Za krótko tu pracuję, żeby to odczuć - odpowiedział asekuracyjnie maly r.
- Zobaczysz - będą wyniki - będzie lepiej. Pracuję tu od początku i zawsze udawało mi się wywalczyć to, co chciałem. - przechwalał się I - Pewnie kiedyś też będziesz tu szefem.
To stwierdzenie zaskoczylo malego r. - Wiesz, ja jestem za słaby do takiej pracy - każdy dawałby mi tutaj popalić (jestem tylko malym r. pomyslał)
- Ja też kiedyś taki byłem - Wielki I. zapatrzył się w sufit - ale to się zmienia. Będziesz kiedyś twardy ...
Tak - będę kiedyś twardy - pomyslał maly r. ... kiedys będę dużym R.
[odcinek 12]
05-01-2003
Po ostatniej przygodzie z krawatem trochę się uspokoiło. Maly r. mógł bez problemów oddać się swojej pracy i ukochanym tabelkom. Przygotowaywał dane na szkolenia, które miały się odbyć już niedługo, a ponieważ były to ważne szkolenia, to i jego praca nabrała priorytetowego znaczenia, co przełożylo się na dość dużą swobodę. Nie niepokojony przez nikogo Maly r. tworzył coraz to nowe magiczne zestawienia i tabele. Był szczęśliwy.
Niedługo jednak trwał jego spokój. Tym razem poszło o interpretację slowa "priorytet". To, co bylo priorytetem dla całej firmy nie musi być priorytetem dla Q.Z. ani QB ani tym bardziej Centrali.
- Dalczego Ty nie robisz mi to zestawienie - zapytal QB ?
- Nie mam czasu - teraz przygotowuję szkolenia - odparl Maly r. i naiwnie wydawało mu się, że to wszystko tłumaczy.
- Ale Ty musisz robić mi to zestawienie. Ja muszę pracować. A kiedy mówie nie chcę czekać.
- Ale ja zajmuję się teraz czymś innym.
- To nie może czekać - dzwonili z Centrala i kazali zrobić.
Nikt, z kim rozmawial maly r., nie potrafił zrozumieć, do czego to zestawienie jest potrzebne - zresztą wiekszość zestawień
przysyłanych przez Centralę bylo idiotycznych - nikt też nie mógł zrozumieć dlaczego właśnie maly r. miał to zrobić. I nikt nie chciał mu pomóc ...
Ale maly r. jak zwykle dał radę ... priorytet z Centrali - rzecz świeta.
Hough
[odcinek 13]
25-03-2003
Maly r. pracował bez wytchnienia - ale nadeszły spokojniejsze dni. Żeby podkręcić adrenalinę i żeby coś się działo przestał chodzić w firmowej koszuli - zawsze to jakiś dreszczyk emocji - złapią go, czy nie? Ponadto nauczył się pewnej małej sztuczki - niezależnie co od niego chcą - robi strasznie zdziwianą minę i mówi, że to zajmie bardzo dużo czasu, nawet gdy jest to coś co już kiedyś przygotowywał.
- Nie - nie da rady - może po obiedzie - jakoś około poniedzialku.
- Co aż tak długo?
- Ale to nie jest proste - trzeba zrobić"konsolidację".
Konsolidacja to słowo klucz - nikt nie wie co to jest i na czym polega (wie to tylko mały r.). Wprawdzie jest to czynność automatyczna i nie wymaga od małego r. żadnych nakładów pracy, ale faktycznie trwa dość długo. Po takiej rozmowie zrezygnowany petent odchodzi a maly r. z premedytacją idzie na palarnie (adrenalina).
Kolejnym sposobem na udawanie zapracowanego jest włączenie programu, którego nikt nie zna - np. Accessa albo edtora Visual Basica - wygląda to całkiem inaczej niż to co ogladą się na ekranie biurowego komputera i na tyle egzotycznie, że nawet
gdy maly r, przez cały ekran pisze "mam was gdzieś" (adrenalina) to wygląda na bardzo zapracowanego.
System ten pozwolił mu osiągnąć odrobinę wolnego czasu i pozwolił zająć się tym, co naprawde lubi, czyli analizami, na które zresztą spadł popyt, odkąd maly r. zrobił na prezentacji taki wykres, którego kompletnie nikt nie zrozumiał (za wyjątkiem innego analityka). Od tamtej pory nakazano mu robić tylko i wyłącznie wykresy częstości i średnich - nic ponad to.
Ale mały r. nie podaje się - kiedyś zrobi im taki wykres średnich, że nawet tego nie zrozumieją.
[odcinek 14]
16-05-2003
Ostatnie dni płynęły dość lekko - mały r. spędzał je głównie nad zastanawianiem się co ze sobą zrobić. Pracy było niewiele, czasu aż nadto, a ponieważ rzucal palenie i omijał palarnie szerokim łukiem, miał naprawdę duży problem z nudą.
Oczywiście była to jak zwykle cisza przed burzą. Ten dzień zaczynął się równie niewinnie jak poprzednie - mały r. czekał na przyjście szefa, który jak wiadomo nie ma zwyczaju przychodzić przed 10. Jednocześnie starał się stwarzać pozory jakiejś pracy. Stwarzanie pozorów polegało na klikaniu na kolejne ikony na ekranie, tak, żeby w razie nagłego najścia wyglądało, że czegoś szuka.
Niefart chciał, że nadszedł QL (QL - czyt. Qtas Longes ... wcale nie byl ql) - bezpośredni szef szefa małego r. i zaczął niewinnie pytaniem o ostatnią analizę. To kompletnie zmyliło małego r. i pokazał mu swoje ostatnie zestawienia. QL pokiwał głową, przepisał pare cyfr i odszedł. Zaraz potem pojawił się Wileki I. i od razu został wezwany na spotkanie z QL.
- Jak ty to liczysz?! - zapytał Wielki I. małego r. po powrocie ze spotkania.
- Normalnie - różnicę z tego i tego dzielę przez to.
- Ale J. robiła zestawienie dla QL i wyszło jej inaczej.
- Hmmmm - bo ona robiła różnicę z tego i tego a potem dzieliła przez tamto.
- A to nie to samo?
- Niezupełnie - jeśli różnice z tego i tego podzielimy przez tamto to ... (tutaj nastapiło długie tłumaczenie współczynników, zależności i niezależności zmiennych oraz inne podstawy statystki) - mały r. sam był zdziwiony swoją wiedzą.
- Dobrze - powiedział prawie przekonany I. - ale czy możesz mi to pokazać krok po kroku?
Mały r. głośno przełknąl ślinę.
- Tak żebym mógł to wylumaczyć QL. - dodał po chwili I.
- Jasne, że mogę. Nie ma problemu - powiedział mały r. i zaczął się zastanawiać, jak on to do cholery naprawde liczył - wszystkie formuły popisał tak dawno, że sam nie pamiętał co wyliczało się z czego. Teoria teorią, a praktyka ... hmmm - z pratkyką było całkiem inaczej. Jednego był pewien - wyliczenia są dobre. Z ta myślą mały r. usiadl przed monitorem i ...
- O co tu chodzi? - zadał sobie pytanie gdy zobaczył dane źródłowe swoich analiz. Ręce spociły mu się i pewnie zbladl, bo I popatrzyl na niego podejżliwie.
- Wolałbym, żeby się zgadzało - powiedział tajemniczo I. i mały r. zauważył, że to nie przelewki.
- Jasne - zgadza się ... wszystko jest ok - dodawał sobie otuchy, chociaż czuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg, a głowa zaczyna wpadać do tłowia. Wzrok I. palił go w plecy.
- Zaraz zaraz - już robię - dodawał sobie otuchy.
Pierwsze rozbicie funkcji tak bardzo zdziwiło małego r. , że natychmiat je skasował - wyszedł mu kompletnie inny wynik - podobnie bylo z kolejnymi dwoma próbami.
- Policz to tak jak mowileś - podpowiadał I.
Jasne - łatwo powiedzieć ... tylko, że to się za cholerę nie zgadza! - myślał mały r. i już zaczynał się zastanawiać nad nową pracą, gdy nagle olśniło go i udało się wszystko policzyć w logiczny sposób, tak że wyniki się zgodziły.
- No - już myślałem, że coś spierdolileś - powiedział I.
- Sam tak myślałem - pomyślał mały r.
- Ale ... zaraz zaraz ... a dlaczego nie możemy pokazywać lepszego wyniku? Takiego jak zrobiła J.
To pytanie kompletnie rozwaliło małego r.
- Hmmm - możemy pokazać nawet jeszcze lepszy. - chcial zażartować.
- No to dlaczego tego nie robimy - przeciez czym lepszy wynik tym lepiej - podniecał się I.
- taaaaak - ale ... to nie do końca prawda.
- Jak to nieprawda - powiedzial I., z pewnością eksperta w głosie - różnice z tego i tego dzielilmy przez tamto. No i wychodzi dwa razy lepiej. - uśmiechnął się triumfująco.
Mały r. został zbity kompletnie z tropu - czy ja mu już tego nie tłumaczyłem? - zaczął się zastanawiać.
- Tak ale nie możemy z dnia na dzień pokazać dwa razy lepszych wyników! Jakby to wygladało - trzymajmy się jednego wskaźnika przez cały czas.
I. popatrzył na malego r. i po chwili wypalił
- OK - Ale ze rok użyjemy tego lepszego.
Mały r. nie załamał się, choć nigdy nie był tego tak bliski ...