ranne.
nie mam co na siebie włożyć patrzyła z żałością
podchodziłam -- całowałam wybory ramiona
poranną kawę znosiłam znosiłam kobiece
przypadłości przeżywała moje rzęsy długo i z osobna
mówiła raz na jakiś czas jestem samotna kochanie
zwracała uwagę na programem telewizyjnym rozpoczęty
przegląd akcesoriów towarzyskich zapalniczka
dla podrywu moje papierosy pachniały
świeżo ona ogórkiem codziennością uczulona
na sierść kota na kanapie ja na proszek
do tkanin delikatnych w końcu rzuciła
palenie zanim ja poznałam analizowała
w knajpach smak wściekłego psa ja paliłam ciągle
przeglądając się co wieczór w patelni
szukała w sobie dziur nosiła luzem tampony a teraz
nie wiem gdzie ona gdzie ja chwilowo
dla niej upychałam godziny po kieszeniach
gdy wyszła po bułki nie mam kogo w siebie włożyć
[świtały wróble...].
świtały wróble; rozprasowawszy załamanie
pochyliłam się nad śniadaniem, na chlebie kładąc włosy;
niezakwitłe patyki wiśni
postawiłeś w wazonie, mówiłeś piękne haiku
chińska herbata między nami -
mówiłam, że śniły mi się wszy, mówiłeś, że potrzebuję.
Podałeś na papierze ryżowym swoją lepką dłoń
w czym mogłam pomóc - karmiłeś z ręki
w ramach codziennych zobowiązań;
wiosenna sukienka zajęła się potem.
chercher la petite bete.
Tego lata...
...szerszę spokojności pod chmurami jak hipopotami
- szerszymi dnia po nastaniu nocy, gdzie w liściach się plączesz
- obłemi. Spokojności, zanim cykl płciowy nie zamknie się.
I pszczoły, szerszenie jakby szersze od nadmiaru
- nadmiaru miodu wykradanego z dziewczęcych
odwłoków. Sukienką skrywającą pasiekę wyzywająco
szeleszczę. Mizerią chłodzisz usta wręcz obfite,
wiśniowym sokiem polane i wznosisz toast
że zdobyliśmy szczyt - szczyt wieńczący drzewo.
Między nami swojska woń gnojówki przypomina
dziecinne przekomarzątka po gałęziach gruch - tajne wędrówki
i wtedy palce mi wkładałeś w pełne uwargi, żeby
wyrwać dwójkę. Wyszerszam w końcu jedno - spokój wspomnień
i święte serce w szerszeniu górujące, spalone słońcem. Upolowane
hipopotamy przynosisz na obiad.
...kochany. Jeszcze brak mi słów.
tanie sentymentalizmy.
Spódnicę zadzieram wysoko
między kolanami aż mi w serce wgląda
i brak pola dla wyobraźni -
tak dosłownie te oczy twoje
w opowiadaniu niewysłowionych bredni
przez krągłości popadają w formę.
I emigrując po dokonaniu cudu
w okrągłe sterczące kanty poduszek dławisz
mnie ciastkiem wylosowanym własną ręką -
na własne życzenie zżeram twoją młodą
jurność wydaje ci się że me serce wstało
to wcięcie kręgosłupa moralnego
a to moja talia.
[kiedy przychodzą porozmawiać] wtedy
Malarz ze mnie niejako kiepskawy.
(Delfina Bezgeneracyjna)
maluje rozmowy z kobietami. rozkłada ręce skręca origami
rozłóż złóż trudnym się zdaje kiedy model podąża w krągłości
ona w wypukłości zagięć wypuszcza żurawia:
naturalne warkocze nienaturalne uśmiechy nadnaturalnie
unoszące biusty ramiona krępowane rękoma pełnymi
wnętrz autobusów wnętrz wózków łóżek jamy ustnej
zapełnia białe plamy. kiedy maluje kredki świecowe szparko
trzymane poruszają się płynnie śliście posuwiście w tę i tamtą
jak to z kobietami bywa. te namalowane wystudiowanym ruchem
rozchylają uda aby zasiąść w ramach. kiedy kończy wyciera
usta rozgiętą serwetką z wyznaniem - malarz ze mnie niejako
kiepskawy. autoportret kobieta wśród ud nie tłumaczy wiele.
zechciało mi się z księżycem pogadać.
Szumi dokoła las, pan Rożek na niebie, cześć,
panie Rożek, nie powiem, że dzień dobry.
Niech pan łaskawie nie popadając w formę
interwiejącą powie, spoufali:
- jak to jest, jak znajduje pan cywilną odwagę
na ujawnianie publiczne oblicza,
gdzie na policzkach pana, (w pana wieku !)
straszliwy trądzik wykwita wybujale?
Wie pani - wiosna przyszła.
Wie pani, jam mecenas
pryszczatych nastolatek
dających na huśtawkach
lirycznie romantycznie.
kwiczących niczym kotki,
kwitnących niczym bazie...
- ja podziękuję serdecznie za rozmowę.
Będzie mnie wkręcał, w krater chędożony;
tak bardzo chciałam pogadać, o poezji.
[dla ciebie...]
Dla ciebie ubieram się w papier
w kamień i nożyce i moknę
grając na nosie; spod szlafroka wyciągasz
życzenia dobrego dnia, ściskasz mocno
kolana; tam ukrył się nóż
którym kroisz chleb, papier, własne palce. Nóż
zawsze wygrywa, kiedy stoję przed twoimi
drzwiami, dmuchając na jeszcze ciepłą klamkę, a ty
szykujesz podbródek na bankiet, naciągając mnie
na jeszcze jeden kwadrans cierpliwości; ja czekam.
Jeżeli kroję mięso, to tylko nożyczkami.
Wykrawam gwiazdy, które zgasły zalepione klejem,
gumą arabską, w skrzynce listy
bez nadawcy znikąd przyszły, droga daleka -
ale zgasło niebo, kiedy ujrzały mój dom.
Zamknęłam drzwi przed własnym nosem
i w szybie rosa zasklepiona, jak mucha w bursztynie
kopulująca, skropisz nadgarstek
- doprowadzę cię korytarzem do temperatury pokojowej.
Spotkamy się, jak gdyby nigdy nic,
w muzeum masek papierowych, zobaczysz łzy swoje,
tam czeka portier i pora pojenia.
Przy wejściu proszę oddać klucze, krew i spermę,
nóż zostaw w domu, nożem gramy w czerwone,
obowiązują stroje wizytowe, uśmiechaj się, jak coś
do mnie mówisz.
Tak, żeby powiedzieć.
Spółkujemy z kotem raźno nad zwiędłą makrelą :
poeta potrafi wydoić swe i innych sny, mówi o tym
głośno. Aby przejść przez rzekę, urok odczynia,
w uroczy sposób zerwał kwiaty, więdną.
- ości w gardle dęba stają, dzielimy się jedzeniem
skoro za rękę wraz nam nie po drodze; jak zwykle
przeczesał niedbale moje palce, wyekspediował
porankiem po chleb, zarabiać trzeba, kobieto. Poeta
nie wie co to głód. Chłodu nie zaznał. Dostał stypendium,
poznaje laski w internecie, dba o twarz, ujęcia,
nie napiszę przecież ot tak, że mnie to wkurwia.
Bez mylącego gadania o pogodzie na powitanie dnia.
Wstając o świcie, trzeba chwalić boga.
- Poeta nie pije, by zapomnieć. Pije głośno
i zwraca w tłum, zwraca się do tłumu - słuchajcie,
bo nie będę dwa razy do tej samej rzeki
tymi samymi słowami, ale wcześniej napiszcie o tym
artykuł, bo zaginę. - Kot nie ma zdania na ten temat,
wyżarł wszystko.