[ 2003/05/14 ] Zimowa miłość, autor: Ania Sieńska, kategoria: tekst

Rozdział I
Miłość Joli


Marcowe słońce świeciło pełnym blaskiem odbijając się w bryłach śniegu zgarniętego do kupy szuflami przez stróżów miejskich. Jola wysiadła z autobusu 106, przeszła przez usłany psimi kupami kobierzec zgniłej o tej porze roku trawy, której połeć rozpościerał się przed blokiem na Trębackiej i zadzwoniła domofonem do mieszkania swojego narzeczonego Ravelle'a. Jak zwykle ze ściśniętym gardłem wbiegała na czwarte piętro mówiąc do siebie: "kurwa" i "co ja tu robię", lecz oczywiście jako dwudziestoletnia, naiwna i zupełnie zielona w sprawach życia blondynka nie miała pojęcia, że zamiast wbiegać i zadawać sobie te niemądre pytania należy wiać, wiać gdzie pieprz rośnie!
Okrutny Bóg śmiał się do rozpuku w swej bezgranicznej złośliwości, gdy zadzwoniła do drzwi swojego podtatusiałego lowelasa. Otworzył jej jak zwykle z papierosem w gębie (tak samo, jak ona na jego, tak on silnie reagował na jej przyjścia, choć byli ze sobą od dwóch lat przechodząc w tempie ekspresowym wszystkie fazy małżeństwa o pięćdziesięcioletnim stażu przy zachowaniu nierównowagi psychicznej z obu stron, przy czym on - 38-letni amerykański playboy i psychopata bał się wyraźnie ostatnimi czasy, a ona była chodzącą eksplozją rozgoryczenia i buntu wynikającego z nadzwyczaj szybkiej utraty wszystkich ideałów młodości, czemu winien był on, Ravelle, ze swoim wielkoświatowym a podszytym głęboką prowincją Ohio snobizmem rozłożonym na setki orgii pijackich, powłóczęg po nocnych klubach, dyskotekach i bibliotekach. Zgrywał intelektualistę, odkąd pamiętała, w ich kolejno wynajmowanych domach walały się zawsze pobite okulary (ślady dawniejszych, miłosnych awantur, które stanowiły tajemnicę dla Joli jedynie przez dwa pierwsze słodkie miesiące zupełnej naiwnej niewiedzy co do sytuacji i człowieka, z którym znalazła się w tzw. romansie) oraz polskie, tłumaczone przez niego na amerykański (przepisane niewprawnie - był ukrywającym się analfabetą - z kieszonkowego słownika polsko-angielskiego słówka w rodzaju "nic", "tylko", "kolaboracja" , przy czym wyrazy typu "kolaboracja", brzmiące egzotycznie, podkreślał dwukrotnie stylowym parkerem) tzw. Bibułki, podziemna prasa z lat 80-tych...Ravelle zaciągnął ją bowiem do łóżka na "doktorat z Solidarności" - a naiwna Jola, niczym dziewczyna do wzięcia urwana z nieznanego jej wówczas filmu, dała się wpakować do tego ich pierwszego lepszego łóżka, pachnącego spermą i petami, co wówczas miało dla niej, dotąd śpiącej w czystej pościeli w kwiatki w domu swojej matki - jakiś niepowtarzalny, intelektualny urok...nie zwróciła w zaślepieniu uwagi, że te pozerskie materiały naukowe są rozwalone po całym domu w wyrachowanym porządku logicznym (nie ona pierwsza nabrała się na ich słodki lep oraz towarzyszącą im aurę czarnej kawy pitej o świcie po całonocnej pracy twórczej, Louisa Armstronga i koncertów smyczkowych (te ostatnie będące pozostałością po jakiejś demonicznej seksbombie z klasycznym zacięciem), a drugą stronę wysmakowanej aranżacji a la Sartre stanowiły zbyt późno przez nią odkryte, walające się pod lodówką, pralką i łóżkiem świerszczyki).
Stojący w drzwiach Ravelle poza okularami miał na sobie wymiętą szarą koszulkę rozpiętą niedbale, spoza której wyziewał owłosiony tors ...na nogach lekko podśmiardujące skarpetki, na pupie bokserki, na które nerwowo wciągał również przybrudzone dżinsy. Z pobliskiej łazienki dobiegał tymczasowy, ulotny smrodek właśnie co zrobionej kupy oraz bardziej długoterminowa stęchlizna nie wyschniętych, różowych ręczników z jakimiś obcymi jej inicjałami i nadrukami (kradzione w hotelach), uwalanych mydlinami, pianką do golenia i kępkami kurzu, który zbierał się w tej łazience (tak jak i w poprzednich) odkąd Ravelle wprowadził się na Trębacką, czyli od sześciu miesięcy. Wszystkie łazienki w poprzednich mieszkaniach wyglądały zresztą tak samo: Jola, w przypływie gospodarności i opiekuńczości zrywała się czasem z zajęć na uniwerku, zakupywała środki czyszczące i spędzała całe godziny szorując to wszystko: podłogi, ściany, kibel i kabinę prysznicową. Kiedyś robiła to z miłości do Ravelle'a, a teraz sama już nie wiedziała czemu: nienawidziła go przecież, a jednak syf, w jakim mieszkał, budził w niej litość, więc zamieniała się w babcię klozetową, w kurę domową, posługaczkę, praczkę i sprzątaczkę, co zresztą było mu obojętne poza kilkoma razami, gdy prosił ją aby zakładała do tej roboty czarne samonośne pończochy i maleńki fartuszek (zakupił go specjalnie dla niej w jednym z sexshopów) i wówczas lubił się z nią kontaktować na tych do połowy zmytych podłogach i to były te ich lepsze momenty. Lecz od pewnego czasu zdarzały się one coraz rzadziej: przerobili podczas tej dwuletniej szarpaniny całą bibliotekę pornosów i na koniec zostało im niewiele: jej - rozgoryczenie i lekka nienawiść oraz poczucie zupełnego zeszmacenia i pustki, jemu - znudzenie ciągle tym samym białym tyłkiem i potrzeba nowych zdobyczy.
Poprzednią noc przehulał więc w towarzystwie pewnej osiemnastoletniej smarkuli o brzoskwiniowej cerze, początkującej kurewki poderwanej w Czarnym Lwie: Jola dzwoniła do niego tej nocy w jakimś straszliwym zapamiętaniu, aż w końcu zasnęła w swoim łóżku zalana bezsensownymi łzami.

- Cieść, Jolu, what's up? - zapytał siląc się na towarzysko-przyjacielski ton, zaciągnął się przy tym głęboko niebieskim camelem.
- Cześć, Pit - weszła do środka mijając go bez pocałunku i wparowała do kuchni. Jak zwykle stało tam czarodziejskie pasmo górskie filiżanek i talerzyków, wijące się od wypełnionego nimi po czubek krateru umywalki poprzez kolejne blaty aż po okno. W filiżankach sterczały kępy śmierdzących, pogaszonych w nich nerwowo niedopałków oraz resztki jakiegoś spleśniałego makaronu i przypadkowo zakupionego chleba. Ponure pasmo wieńczyła rozsypana przy oknie kawa. W worach na śmieci walały się prezerwatywy. Jola nie miała pewności, kiedy i z kim zostały one zużyte (używali prezerwatyw, patenteksu i pigułek równocześnie - takie oto obwarowanie ich miłości fizycznej było obsesją Ravelle'a).
Jola przeszła bez słowa do pokoju. Łóżko było jak zwykle rozgrzebane i zmięte. "Nic z tego nie będzie, przecież mnie nie ma" powtarzała w myślach i znowu robiło jej się niedobrze. Szybkim spojrzeniem przeglądała rozwalone pobojowisko pokoju próbując wyłapywać i zapisywać w pamięci pozostałości z ich wspólnej przeszłości, po które, jak postanowiła w nagłym olśnieniu, przyjechała tutaj.
- Gdzie byłeś wczoraj w nocy, Pit? - spytała, aby pociągnąć jakoś rozmowę.
- Byłem w domu. Byłem w Burger King, potem w domu, spałem. A wiesz, spotkałem Ala i Mariolę, Mariola is pregnant z Alem, you know? Mariola mówiła...
- Pit - przerwała mu Jola - chciałabym, abyś zwrócił mi pierścionek, który dostałam od ciebie. Zaręczynowy.
- Ach....nie wiem, gdzie jest, poszukam go i oddam ci, O.K?
- Tu jest - Jola otworzyła szufladę.
- Tak...zamknij oczy...wsuwam co go do kieszeni...albo nie, bo zgubisz...
- Wsuń mi go na palec, daj.
- Nie, zgubisz...lepiej niech zostanie tutaj, w szufladzie - kręcił jak pijany, pocąc się w oszołomieniu i leciutkim strachu. - No, co słychać u ciebie?
- Oddaj mi pierścionek.
- Nie! - krzyknął - Nie, Jolu. Będzie tu na ciebie czekał.
- Ty skurwysynu - rozpłakała się - I hate you, you broked everything - szarpała się.
- Calm down, calm down. Sit down.
- Zrób mi kawy.
Między nimi wszystko już było skończone. Jola rozwalona na kanapie patrzyła tępo w okno rozwarte na oścież, przez które wpadało mroźne, orzeźwiające powietrze marcowe. Niebo było nieskazitelnie błękitne, dachy Ministerstwa Kultury rysowały się ładną kreską na turkusowym tle, tworząc iluzje nieznanych miast. "Oby ta zima się skończyła, może latem uwolnię się od niego, a może już wiosną. Byle uwolnić się od uzależnienia..." bełkotała w myślach nie patrząc prawie na niego, rozwalonego na krześle obok, palącego kolejnego papierosa z równie jak ona tępym, zaciętym wyrazem twarzy. Chwilami jej oczy prześlizgiwały się po tej bandyckiej postaci, rejestrując jego zacięte usta, skrzyżowane ramiona, purchawkowaty nos i wyzierające zza ekscentrycznych binokli błękitne oczy skrzywdzonego, chorego umysłowo dziecka. Oczy te już od dawna straciły dla niej swój uwodzicielski blask. On cały był zaś po prostu przepity i nieogolony.
- Jadę do pracy zaraz.
- Jak to, jest niedziela - udała zdziwienie choć wiedziała, że ten człowiek nie ma co ze sobą zrobić z niedzielę rano, kiedy na klub jest jeszcze za wcześnie, a nie sposób siedzieć w tym potwornym zaduchu i syfie kawalerki. Od dawna nie liczyła na jakiekolwiek miłe spędzenie z nim czasu, ponieważ jedyne, co jej mógł zaproponować, to wypad do pubu. Ona zaś była domatorką.

Rozdział II
Obiad rodzinny Joli


Siedzieli w mieszkaniu matki Joli nad tzw. niedzielnym obiadem, złożonym z pieczonego kurczaka, kartofli i surówki z majonezem (do tego rozwodniony kompot) w mdłym światełku oszczędnościowych żarówek przyszpilonych do złoconego kiczowatego żyrandola upozowanego na późny antyk. Przy przyćmionym mgiełką żółci stole, o godzinie 16:30 (za oknem ściemniało się błyskawicznie) na honorowym miejscu zasiadał Ojciec Joli, który od nieprzespanych z powodu pechowego romansu córki z jakimś podejrzanym starzejącym się typem "znikąd" miał podkrążone oczy, lecz jak zwykle przytrzymywał na obliczu dobrą minę do złej gry i dyplomatycznie chrząkając rozmawiał o pogodzie z nieuczesanym i sprawiającym wrażenie kompletnie nienormalnego Ravellem. Ten mówił niewiele, odpowiadając z rzadka, zajęty pożeraniem pierwszego od tygodnia ciepłego posiłku. Matka Joli paliła papierosa spozierając na Pita z odrazą, a Jola słyszała dudniący mlask gniecionych językiem kartofli i robiło jej się słabo od dymu papierosowego i potwornie intensywnych perfum narzeczonej brata (Radka) - Beaty, zimnej żmii siedzącej wprost naprzeciw niej i wlepiającej beznamiętny wzrok w nienaturalnie bladą twarz Joli przypruszoną tanim pudrem. Jola nie mogła jeść, od rana wymiotowała. Rozglądała się po przyćmionych dymem ścianach i modliła się, aby obiad dobiegł końca wcześniej niż powinien.
Pit pożarł w końcu kurczaka, poprosił o kawę i ciastko, zapalił papierosa, wstał i podziękowawszy ubrał się pośpiesznie, popychając do wyjścia Jolę. Wyszli na ośnieżoną, ciemną uliczkę fabryczną robotniczej Łodzi, gdzie znajdował się jej dom rodzinny.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 3 i 3 *:  
* - pola obowiązkowe.