Pour Nico
Pratteln
- Turek!!! Zwei menu, eine grosse salade, zwei stange, ein coca cola light mit citron und ein coca cola normal ohne citron bitte herr-maan!
Turek, który rządził w ich kuchni, w ich wyłożonym drewnem domu Swiss Challet zur Krummen Eich, pojawił się natychmiast: wielki i gruby, z rubasznie uśmiechniętą ogorzałą gębą okoloną strzechą czarnych włosów. Oddawszy dyskretny pokłon mistrzowi udał, że zapisuje skrzętnie w notesiku St. Pellegrino zamówienie małej Snooph Snooph Snoophy, choć w istocie dodał tylko dwie kreski do rysowanej codziennie mapy ich menu., która rozrosła się w wielką, (choć zamkniętą na przestrzeni karteczki) konstelację gwiezdną, gdzie symbolicznie oznaczane literkami zamówienia w kształcie kresek i kółek obrazować miały w jego mniemaniu filozofię życia mistrza Super Skunk i jego asystentki. Następnie pobiegł do odwalającego tego wieczoru czarną robotę Hiszpana i wyartykułowawszy mu zamówienie swoich guru (Hiszpan spojrzał na niego ze stoickim spokojem i zabrał się za przygotowywanie dwóch sałatek na bazie majonezu i jajka) ukrył się za filarem, oparł głowę o drewnianą framugę i z wysunięta przed oczami karteczką rozpoczął swoje cowieczorne studia: wsłuchiwanie się w rozmowę mistrza ze Snoophy i wyłapywanie z niezrozumiałego dlań polskiego dialektu tych elementów, które mogą być istotne, które należy odnaleźć na mapie menu lub zapisać w słowniku, a następnie, po ciężkiej pracy, nauczyć się na pamięć. Notował więc wiele mówiące i egzotycznie brzmiące słowa, z których kluczowym było słynne sformułowanie mistrza: Tip Top Ten, które w sposób mglisty i abstrakcyjny naszkicował jako rodzaj bermudzkiego trójkąta i umieścił w górnych poziomach mapy. Mapa ukazywała również liczne zagięcia, które Turek wydedukował z układu rąk mistrza Super Skunk oraz jego Snoophy. Czuł, że musi uwielbiać ten skomplikowany wszechświat, którego sensu na próżno szukał i dlatego czcił dwójkę obcokrajowców i szanował również ich kolegę, małego smutnego Fabrice, którego w początkowym okresie życia trójki gości w Swiss Challet próbował molestować technicznie zachodząc go od tyłu i waląc młotkiem aby wydusić w ten sposób jakieś informacje o przybyłej z nim parze, jednak bez skutku - Fabrice nie znał lub nie chciał zdradzać sekretów, co tak złościło Turka, że zachodził w końcu nocą do pokoju Fabrice i walił go młotkiem w głowę już automatycznie i bezcelowo, wyładowując swoją bezradną złość. Ale szanować go musiał, bo mistrz i Snoophy okazywali temu, coraz mniejszemu i smutniejszemu wskutek molestowania młotkiem chłopaczkowi, wiele atencji.
Na początku września zjechała do Challet Snoophy w towarzystwie Fabrice'a, który zajął obok jej rozległego pokoju 103 mały pokoik 102 dla służby, z czego Turek wysnuł błędny wniosek iż Snoophy jest princessą rosyjską a mały Francuz jest jej służącym. Wkrótce okazało się, że tak nie jest, że ukrywają oni bardziej skomplikowany układ personalny pod płaszczykiem instalowania się w pokojach skonstruowanych na użytek obowiązującej w Challet hierarchii stanów. Pod koniec września, kiedy Snoophy i Fabrice wyjechali na wielką powłóczęgę po innych hotelach, Turek był zdezorientowany i odczuł pierwszy niepokój w stosunku do tych dziwnych, egzotycznych gości, bo zobaczył jak Snoophy niesie za Fabricem worek z ubraniami oraz jego parasolkę. Nic jednak nie wiedział aż do pewnego październikowego poranka, gdy Snoophy zjawiła się z powrotem ze swoimi zielonymi bagażami w towarzystwie bardzo już małego Fabrice'a i jeszcze jednego mężczyzny, który nie wiedzieć skąd się wziął i zajął miejsce Fabrice'a w pokoiku 102, a samego Fabrice'a przeniósł do apartamentu 104.
Turek, zarządca kuchni, palił swoją bazylejską trawkę i rozmyślał nad trójką przybyłych próbując nakreślić jakąś ich historię, ale nic nie wydedukował i uznał póki co, iż trzeba się trzymać faktów zapisanych w papierach: rudowłosa dziewczyna, mały, smutny chłopaczek i zadowolony z siebie młody piękny mężczyzna są po prostu geodetami z firmy X, których firma X wysłała na pomiar terenu i umieściła w Challet, gdzie on królował wraz z piękną chudą Francuzką, zblazowanym leniwym Hiszpanem, wesołym i filuternym niemieckim Szwajcarem oraz stadem pokojówek portugalskich i włoskich, wśród których prym wiodła gruba Włoszka serwująca gościom poranną kawę. Turek długo był przekonany, że nowoprzybyli, tak jak reszta zamieszkujących Challet pracowników firmy X, zadowolą się poranną lurą serwowaną w dwóch dzbaneczkach (w jednym brązowa ciepła woda, w drugim rozcieńczone gorące mleko). Nie wiedział jeszcze, że przybyła do hotelu trójka uczy dzień w dzień serwującą kawę Włoszkę, że należy im podawać cafe normal, kleine cafe, a następnie (ku zdziwieniu i niezadowoleniu Włoszki) drei expressos. Dowiedział się tego dużo później, gdy wiedział już, że ma u siebie nie byle kogo, gdy było już jasne, że tak naprawdę to oni go mają na swoich usługach, że tak naprawdę to w dniu, kiedy Snoophy powróciła z tajemniczym trzecim mężczyzną, nastała złota epoka Challet Swiss, tej smutnej oberży rzuconej na przedmieścia Basel, we wsi Pratteln, gdzie panuje industrialna cisza i nie ma kina. Tak oto pewnego dnia, poprzedzonego krótkim pobytem w Challet Snoophy i Fabrice'a (jakby chcieli wybadać klimat tego hotelu aby wiedzieć, czy jest to odpowiednie miejsce na przyjęcie mistrza, aby wkrótce opuścić Challet na 2 tygodnie i sprawdzić jeszcze inne hotele ale Challet wypadł najlepiej) zjawił się Mistrz, Snoophy i Fabrice i oberża ciszy stała się Pałacem Szczęścia, Domem Zabawy i najciekawszym punktem w całym niemieckim kantonie, a sam Turek odnalazł wreszcie swoje prawdziwe miejsce: miejsce sługi i adepta tajnej wiedzy.
Teraz śledził zza drewnianej kolumny gesty mistrza i Snoophy: palili papierosy i rozmawiali od niechcenia na temat czasoprzestrzeni. Mistrz najwyraźniej kreślił przed roześmianą Snoophy mapę jej myśli, a Turek przerysowywał ją skrzętnie na bloczek sądząc, że coś mu się rozświetli: oto solarium, a dalej, za zakrętem w lewo, Fitness Club...
- Fitness Club - Mistrz z naciskiem walnął w stół tak, że zadrżały talerze, paczka papierosów ich ulubionej marki Marlboro Light, dwa mosiężne klucze do dwóch tajemniczych pokojów (które pod ich nieobecność Turek zwiedzał niczym dwie Mekki, wdychając dym i inne zapachy symbolizujące Totalną Tymczasowość) - A dalej znowu zakręt w lewo (Turek był na tyle rozgarnięty iż przeczuwał, ze zakręt w lewo jest prawdopodobnie tym słynnym zagięciem czasoprzestrzeni, które gdzieś tam musi się dziać i trwać i wykrzywiać (nie mógł wiedzieć, że pewnego dnia, w podróży do Warszawy Mistrz i Snoophy znaleźli się dokładnie na takim zakręcie w lewo - zdjęcie, które dostał z tej podróży ukazywało ich w samochodzie w podziemnym parkingu lotniska, gdzie palili trawę)- jednak czuł, że Super Skunk i Snoophy mają jakieś podzielone poglądy na temat tego zagięcia, że ich teorie się różnią w odniesieniu do punktu położenia i wielkości przestrzeni zagiętej i szóstym zmysłem wyczuwał jak bulwersuje mistrza mała, uknuta bez oparcia o dowody teoryjka Snoophy iż zagięcie odnosi się do więcej niż jednej czasoprzestrzeni - teoryjka nakładających się na siebie klisz, na których na zawsze trwa Turek za kolumną, oni przy kolacji A, oni przy kolacji B, oni w drodze donikąd, oni pod mostem w Basel zarówno 1.10.2000 r. o godzinie 21:30, jak i 1.10.2020 r. o godzinie 21:30, oni w normalnym, oznaczonym zegarkiem czasie, on - Turek - o 3:00 nad ranem w łóżku pod pierzyną itp.) za którym to zakrętem jest Teatrzyk....
- Teatrzyk? - zapytała z niepokojem Snoophy.
- Tak, teatrzyk - odpowiedział z uśmiechem Mistrz a Turek zanotował: TEA-CHIC tuż za zgiętą w lewą linią.
- Dalej zakręt w prawo - snuł Super Skunk - a za nim na rogu Kino, dalej znowu zakręt, za którym jest jeszcze mniejszy teatrzyk, a dalej...schodkami w dół...głębiej, głębiej...nie, już mi się nie chce mówić co dalej.
- Ale dlaczego, co jest niżej - dopytywała się Snoophy uparcie, jak mała dziewczynka.
- Dalej sama sobie dopowiedz - powiedział mistrz - Kiedyś ci zresztą dopowiem.
- Ale kiedy - pytała naiwnie Snoophy.
- Dobrze, już się pogodziłaś z tym, że nie teraz i chcesz wiedzieć koniecznie kiedy - śmiał się Mistrz.
- Tak, kiedy.
- Jutro "Ale kiedy" - przedrzeźniał ją mistrz.
- Nie, nie pytam "ale kiedy", wystarczy mi, że jutro, tylko mi obiecaj.
Ale Mistrz nie dotrzymywał niektórych obietnic.
Weszli do parkingu na -1, wsiedli do samochodu i paląc papierosy jechali we właściwym kierunku: na stację benzynową. "Sklepy na stacjach benzynowych to ich ulubione sklepy" - notował sobie w głowie Turek, który dostawał codziennie rano grubą kopertę zdjęć z ich pobytów na stacjach, drogach, autostradach czy pod ich ulubionym mostem w Basel. Zdjęcia te robił z ukrycia Herr Spring, jego zaufany przyjaciel z dzieciństwa, z którym grał w kapsle, co jak wiadomo zbliża chłopców na zawsze i przyjaźnie takie trwają przez cały okres męski aż do późnej starości. Turek kolekcjonował te zdjęcia: mistrza i Snoophy na stacji A (gdzie nie ma piwa ale są ich ulubione Snickersy i Redbull) połączonej ze stacją B (gdzie śmierdzi strasznie a sklep otacza szklany sufit przez co Snoophy nie moknie wychodząc z samochodu i drażni ją to, ponieważ w dany parszywy dzień kiedy wyszła z pracy o wiele za wcześnie i leje, chciałaby aby świat się zawalił, a tu nawet nie pada jej na głowę gdy przechodzi z mistrzem z samochodu do sklepu) ale za to jest piwo, Milka z orzechami, Stimorol ProZ oraz bibułki i zmywacz do paznokci.
Basel
Zdjęcia z Basel, gdzie o niewiadomej porze, w deszczu, Mistrz ze Snoophy siedzą godzinami w Sam's Bar jedząc amerykańską pizzę (Mistrz zamawia nieodzowny sos chilli, bez którego nie ruszyłby jedzenia), pijąc coca colę (Mistrz bierze wyłącznie light nie płucząc w niej ust, dopóki nierozgarnięte kelnerki nie wrzucą mu do niej cytryny), a potem expresso, (podawane przez dziewczynę o imieniu Alina, która wyglądała na wtajemniczoną, ale ich zdradziła nagle pewnego dnia przechodząc płynnie z ich ojczystego dialektu na niemiecki tak jakby się nigdy nie znali a ona była zwykłą kelnerką jedną z miliona). Stąd wychodzą, nadal rozmawiając stoją przy moście i grzeją dłonie nad gorącym garem pełnym kasztanów, a potem idą długo mostem i Snoophy traci kontrolę nad rzeczywistością, prosi najwyraźniej mistrza aby podał jej ramię ponieważ oba końce ich mostu wyglądają nagle identycznie i nie wiadomo, po której stronie rzeki zaparkowali niebieską Ibizę pachnącą marihuaną i kurzem bezustannych podróży. Mistrz uśmiechnięty podtrzymuje swoją asystentkę i przechodzi z nią do końca zalany mgłą i deszczem most: on nigdy się nie boi i nagły zakręt w lewo sprawia mu jedynie przyjemność. Idzie przy niej powoli jedząc kasztany i delektując się udzielającą się mu utratą poczucia czasu, a dla urozmaicenia (zresztą było zbyt zimno aby usiąść na nabrzeżu i porozmawiać o stojącej po ich lewej stronie rzeźbie kobieto-mężczyzny, który wyszedł po murze z okna pobliskiego hotelu i myśli patrząc w zielony Ren) mówi, że dziś Snoophy znajdzie dobre miejsce, gdzie można napić się czegoś i zapalić. Tak Snoophy, zagubiona w czasoprzestrzeni, szuka po omacku knajpy, ale prawie wszystkie omija szerokim łukiem i prowadzi mistrza przez arabskie i tureckie sklepy z tytoniem, przez obrzeża czarnych, podejrzanych dzielnic, zawracając i przechodząc znowu przez most (a jej śliskie buciki tupią i dodatkowo potęgują poczucie niebezpieczeństwa), gdzie skręca w lewo (lub też w prawo) i prowadzi Super Skunka w górę, w ulicę znużenia i zniecierpliwienia, gdzie mistrz ponagla ją coraz bardziej, przez co Snoophy traci udawane do tej chwili opanowanie i zdarza jej się raz czy dwa wejść do Nie-Tej-Knajpy-Co-Trzeba. Ale nic to nie znaczy, wychodzą z niej zaraz bo wiedzą, że usiąść mogą tylko w Rotten Angel i taka knajpa jak Rotten Angel jest tu gdzieś i jest ich przeznaczeniem (w słowniku Snoophy) lub też właściwym zbiegiem okoliczności (w słowniku Mistrza) i w końcu odnajdują ją i teraz Snoophy już wie, że tu i tylko tu i patrzy pytająco na Mistrza.
- Tak, dobra, tu siadamy - i siadają w towarzystwie zaczytanej rudej dziewczyny, którą Snoophy musiała tutaj spotkać ponieważ tak długo patrzyła na nią zeszłej nocy, gdy spotkała ją na jakiejś imprezie i ruda dziewczyna wypełniła pół przestrzeni swoim ordynarnym makijażem i wielkim dekoltem na chudych plecach, a teraz siedziała tutaj, w odmiennym stanie, skupiona na lekturze Simone de Beauvoir, wodząc po linijkach książki chudym palcem ozdobionym metalową zbroją (która podobała się Superskunkowi), czysta, skromna, bez śladu wczorajszej pornografii, delikatna i aseksualna. Pili więc obok piwo i było jasne, że ta knajpa ozdobiona obrazami i figurkami aniołów, z brudnym blatem baru, z drewnianymi, pełnymi prostoty stołami, z parą homo grających w warcaby, ze staruszkiem czytającym Schopenhauera jest ich knajpą, Rotten Angel, i nie ma sensu szukać innych.
- Sante chouchou - powiedziała Snoophy.
- Sante, merci chouchou - odpowiedział Superskunk.
- Servis
- Ca joue super, n'est pas?
- Oui, tip top, honey-bunney.
Teorią-eksplozją, punktem wyjścia, wielkim wybuchem, była teoria miast. Naszkicowała się sama w ich głowach w postaci ogromnej mapy, która najpierw była prawie biała z zaznaczoną na niej twierdzą mistrza: San Sebastian, otoczoną fosą, za którą stały liczne lecz małe i słabe stanowiska Snoophy: obozy miast-klocków z flagami Barcelony, Mediolanu, Krakowa, Saint-Marie-de-la-Mer, Madrytu czy Lizbony, które to stanowiska Snoophy śpiesznie obchodziła wywlekając swoje klocki i taszcząc je pod twierdzę Mistrza, gdzie rozgrywały się nierówne walki: Mistrz, paląc trawkę, od niechcenia zrzucał klocki do fosy. Mapa walk pokryła się z realnym usytuowaniem pary podróżników nad Renem, więc rozmawiając co chwila słyszeli plusk spadających do wody klocków. Ich potyczki obojętnie obserwował kątem oka niezaangażowany w sprawy tego świata, kontemplujący nurt rzeki 18-letni wyznawca filozofii Zen, którego libido podtrzymywała wyłącznie marihuana i frytki z pobliskiej budki: musiał słyszeć spadające do wody argumenty lecz twarz jego nigdy nie drgnęła. Wkrótce okazało się, że nie mogą uwolnić się od miast i choć wydawało się, że lont został ugaszony, San Sebastian obroniony, klocki Snoophy zatopione, choć wydawało się, że nie ma innych miast, nagle, na prostej czasu niezgiętego pojawiło się samo, zadeptywane przez nich codziennie Basel, które na swoją obronę miało drzewa o twarzach diabła, zamyślone rzeźby, Rotten Angel, Markt Platz, knajpkę schowaną na rogu, w której mieszkał Anioł i przy której zatrzymywał się co 5 minut tramwaj zwany pożądaniem, a także katedrę usytuowaną w pełnym kasztanów parku i fontannę skonstruowaną z plastikowych butelek przez jakiegoś matematyka-szaleńca - perpetuum mobile napędzane wodą, misterna konstrukcja niebieskich sznureczków.
Wkrótce Mistrz i Snoophy wyjechali z Basel.
- Aby od siebie odpocząć? Aby odpocząć od czasu i miejsca? - myślał głośno Turek.
- Nie! Po prostu tak się zdarzyło- odpowiedział Herr Allan Spring przytulając smutnego Turka, który leżał obok niego w ich wielkim czerwonym łóżku. - Ale oni nie umieją wyjeżdżać normalnie, wyjazd, który powinien być zakończeniem historii, jest dla nich zawsze początkiem nowej. Kochają podróżować. Ich wrześniowa wyprawa do Polski była przygotowana z najmniejszymi szczegółami już na początku ich znajomości, wyjazd ten zorganizowany był już wówczas, kiedy siedząc latem na jakimś lotnisku rozmawiali od niechcenia o dawnych czasach kiedy mieli po 18 lat. Snoophy powiedziała wtedy: "Szkoda, że nie znaliśmy się wówczas, bo doskonale sobie to wyobrażam.", a Superskunk odparł: "Tak, ja też, czuję się jakbym znał cię od bardzo dawna." Więc pewnego wrześniowego poranka, o 4 nad ranem pijąc w ciemności letnią i lurowatą kawę przygotowaną im zawczasu przez piękną Francuzkę i paląc pierwsze papierosy wiedzieli już dokładnie, że znają się od dawna i po prostu spotkali się jako dobrzy przyjaciele po dwudziestu kilku latach niewidzenia się, ale ten czas niewiele zmienił i można rozmawiać na tematy bieżące, ewentualnie wychylając się w czasie lekko do przodu, bez potrzeby informowania się nawzajem o wszystkim tym, co istniało w dużej ilości jako przeszłość i o czym przecież wiedzieli lub a priori to zakładali nie mogąc się pomylić, ponieważ ich szybkie myśli były nadzwyczaj trafne i nie występowały inaczej jak we wzajemnych zderzeniach w ułamkach tych samych sekund. Wypili więc kawę i o wyznaczonej o wiele wcześniej godzinie piątej wsiedli do Ibizki i pomknęli w podróż z przewidzianą pomyłką w postaci zjechania w innym niż oznaczony kierunku, zatrzymując się we właściwym punkcie, gdzie czekała już na nich od lat mapa w szklanej ramie ustawiona na zamglonym parkingu.. Zawrócili zgodnie z układem gwiazd i jechali rozmawiając od niechcenia o sprawach nieistotnych, trochę jedynie zdziwieni nieustającą ciemnością ... "Nasze podróże samolotami należą do bardzo udanych, prawda chou chou?" - spytała go. "To fakt, honey-bunny" - odpowiedział.
Zapalili trawkę w podziemnym parkingu, w miejscu gdzie aleja samochodów bierze ostry zakręt w lewo. Snoophy przestraszyła się czegoś i zmusiła Superskunka, aby przedefiladowali trzykrotnie w tę i wewtę wzdłuż budynków przy lotnisku. Przez odprawę przepłynęli jak przez wodę (białowłosy celnik z rudym wąsem przepuszczając Snoophy przez bramkę posłał jej łagodny uśmiech w stylu "make love not war" i skinął do niej głową w pełnym porozumieniu: odpowiedziała mu skośnymi od uśmiechu oczami) i polecieli szerokim łukiem, delektując się startem, wspaniałą stewardessą objaśniającą im zasady bezpieczeństwa na pokładzie i podwójną whisky, a po wylądowaniu powitało ich jeszcze większe słońce i ogromna ilość suchych, pachnących liści. Było gorąco: jadąc sobie taksówką skąpani w słońcu podziwiali zasypane liśćmi parki. Potem pożegnali się na kilka dni.
Sion (fragm.)
Superskunk i Snoophy kochają swojego mistrza Martineta, lat 36, zamieszkałego w Pont-de-la-Morge na rue de Pommiers w małym mieszkanku wychodzącym wprost na winnice. Martinet jest monterem samochodowym posiadającym kolekcję filmów klasy C oraz kilka albumów ze zdjęciami, z których Snoophy wyczytała pewnego razu smutną historię jego życia: urodził się z pięknej, czarnej kobiety, żony chudego bruneta jako owoc jej jednorazowego skoku w bok: niebieskooki, gruby chłopczyk. Którego mama nie kochała, a ojciec wręcz nienawidził.
Zurich
- Ich bin auf Banhoffstrasse - powiedział z wielką satysfakcją Mistrz.
- Banhoffstrasse - rejestrowała Snoophy - moja funkcja pamięci włącza się na zawsze, mistrzu.
- Und Uraniastrasse - ciągnął uszczęśliwiony Mistrz - Und Uraniaparkingplatz.
- Uraniastrasse, Uraniaparkingplatz - świergotała Snoophy - Musimy pożegnać się z White Widow, mistrzu.
- Urania! - podkreślił Mistrz - Zrobimy to pod komisariatem policji, maleńka. Póki co, przetnijmy srebrnym fleszem ciemną Banhoffstrasse, potem Uraniastrasse i wydajmy nasze ostatnie pieniądze wytłoczone z ociekającej krwią Żydowską sztabki szwajcarskiego złota w miłej niedrogiej knajpce, naszym ostatnim przystanku ostatniego widzianego wspólnie szwajcarskiego miasta, byle z widokiem na ulicę.
Usiedli więc w stylizowanej na Rzym restauracyjce z widokiem na wyłożoną kamieniem rzymską ulicę Zurychu.
- To nie jest Amsterdam, Amster-fuckin'-Dam, maann - użaliła się Snoophy, a słońce godziny dwudziestej zaszło dokumentnie w ciągu minuty i oto z mroku wyszła zimna dusza miasta banków, a przez ulice ciągnęli dziwacznie ubrani bankowcy, których ominą wszelkie kataklizmy ponieważ są czyści, punktualni i nieskazitelnie puści.
- Ale za to mamy widok na Snooph-Bar, którego szyld to boskie zestawienie zieleni, żółci i czerwieni. Dlaczego tam wchodzą starcy? - gorączkowała się Snoophy.
- Och, co za potwór wyszedł z tej knajpy. To jakaś antykampania na Amsterdam, to antyreklama idei marihuany - dziwił się Mistrz.
Pod szyldem reggae kryła się mordownia dla zdziwaczałych z nadmiaru pustki długiego i ubezpieczonego po zęby życia starców stojących w obliczu nadchodzącej punktualnie śmierci, śmierci w Zurychu. Pracowitość, oszczędność, bezkonfliktowość oraz cyfry na kontach i sterylność seksualna (szaleństwo protestantyzmu) uczyniło ich otumanionymi i zrodziło karykaturalnie wykrzywione myśli, odbite na twarzach przykrytych maską uprzejmości.
- Straszliwi mieszkańcy Zurychu - powiedziała Snoophy jedząc ostatnią szwajcarską pizzę i pijąc Pellegrini - ale zobacz, jaka staruszka idzie.
- Sami starcy, Snoophy, zobacz tu, jaki starzec wyszedł z rasta-baru, ja pierdolę!
- Rozmawiają teraz. Wymieniają info na temat zdrowia i ubezpieczeń zdrowotnych. Staruszka odchodzi, staruszek odchodzi.
- Trzęsie mu się główka, powoli odwraca się aby rzucić na nią okiem, być może po raz ostatni.
- A ona dwie sekundy potem robi to samo, ale on zdążył się już odwrócić.
- I w ten sposób stracili coś.
- Idę się odlać.
- Tylko wróć szybko. Wróć na czas, mistrzu.
Snoophy zostaje sama przy stoliczku. Rozważa następujący rachunek prawdopodobieństwa: staruszka pojawi się raz jeszcze. Z drugiej strony staruszek. W tym momencie musi wejść Mistrz, aby również zobaczyć tę scenę.
Snoophy siedzi i czeka. Obiecuje sobie wiele po tym rachunku. Są dziś oboje - ona i Mistrz - lekko rozedrgani i przygnębieni: jest to dzień pożegnania z White Widow, powrót do racjonalizmu i wszystkiego innego, co nie ma smaku. To rozedrganie na pewno wpływa na ich idealne dotąd porozumienie telepatyczne, jednak na ile wpłynie? On musi się zjawić, on i ona. I Mistrz - to ważne, aby usłyszał i widział. "Od tego zależy mój los" - Snoophy jest trochę przestraszona sobą: stawia wszystko na jedną kartę! (Podobnie jak wtedy, kiedy tuż przed wielkim inauguracyjnym otwarciem bazylejskiej świątyni konsumpcji siedzieli przy stole na dole w hotelu, gdzie na zielonym suknie leżały rozrzucone karty i mistrz od niechcenia wyciągnął jedną: była to dama z czerwonym sercem - wtedy po raz pierwszy spojrzał na Snoophy zaniepokojony, przeciąwszy ją wpół krótkim i ostrym jak laser spojrzeniem. Ona zapaliła papierosa chcąc ukryć swoje zażenowanie, ale skuszona nagłym olśnieniem wyciągnęła rękę po kartę: król o czerwonym sercu poraził ją wprost i ze zdenerwowania prawie połknęła papierosa. Oczywiście wszystko szybciutko pokryła doskonale graną szorstkością typu "wiesz stary, bardziej jestem kolegą niż kobietą" i jedynie Turek obserwujący ją zza rogu wiedział, jak bardzo jest zakochana i podziwiał ją za profesjonalizm, z jakim przerabiała te ogromne pokłady miłości na materię platonicznej, wiernej przyjaźni, tak że Mistrz nie czuł niepokoju i był wesół na co dzień i mógł jej opowiadać z werwą małego chłopca o swoich nowych miłosnych podbojach, a ona wybaczała mu to wszystko, ponieważ kochała go bez żadnych ograniczeń, bezwarunkowo i absolutnie).
Amster-fuckin'-dam
- Mam do ciebie prośbę - powiedział SuperSkunk do Snoophy - Tylko Jedną, Jedyną prośbę. Pierwszą i ostatnią.
- Tak? - zamarła czujnie Snoophy.
- Zapamiętaj nazwę ulicy, przy której zaparkowaliśmy wóz. Kloveniergsbulgwar.
- Kloveniergsbulgwar - rejestrowała Snoophy.
- Tutaj musimy wrócić, honney-bunny, nad ranem, i tu będziemy spać.
- O.K., chou-chou - odparła Snoophy - Zarejestrowałam.
- Dobrze. Teraz zapytamy kogoś jak znaleźć Czerwoną Dzielnicę. Jaki mamy czas?
- Jest pierwsza w nocy.
- O.K., so let's go, baby, now the real show, the real show tonight!
Amsterdam
Jak zimny i ogromny jest ten pokój. Jest 5 nad ranem, jestem w pokoju numer 407, nie pamiętam numeru pokoju Mistrza, jestem smutna i nie jest cool - zeszła ze mnie White Widow. Zdejmuję czerwone rajstopy ze złotymi nitkami. Myję powoli zęby oglądając się w kilku lustrach naraz. Próbuję dodać sobie kurażu nucąc uparcie "Funny Valentine", ale robię to dziwnie pośpiesznie, tak jak pospiesznie kończę mycie zębów i twarzy, tak jak pospiesznie wywalam za jednym zamachem wszystkie rzeczy z torby w poszukiwaniu papierosów i nie znajdując ich mam ochotę biec po pomoc do Superskunka lub choćby do niego zadzwonić, ale nie pamiętam numeru jego pokoju i w dodatku on już nie chce mnie dzisiaj widzieć. Kładę się więc pospiesznie do wielkiego podwójnego łóżka w ogromnym hotelu w Haarlem próbując zapomnieć o braku papierosów i o innych brakach w aktualnie zaistniałej sytuacji.
Zasypiam jak dziecko, a rano próbuję nie być smutna.
Jedziemy na śniadanie do knajpy niczym knajpa z Bronx i zamawiamy chujowe śniadanie niczym w Bronx: jajka na bekonie, frytki i fasolkę. Murzynki zza kontuaru urodziły się w Bronxie, włosy mają przylizane do skóry twarzy jakąś tłustą pomadką. Do śniadania zamawiamy jak zwykle CocaColę i ekspresso (jesteśmy również od tego uzależnieni). Potem zmęczeni wędrówką przez cofeeshopy wybieramy największy z nich: dwupiętrową La Caanę. Za ostatnie pieniądze zamawiamy tam lavazzę. Trzy piętra La Caany zawieszone są w dymie najwspanialszych gatunków trawy. Muzyka wciąga nas.
- Zajebiście podobała mi się ta bluzeczka "Out of the World", honney-bunny.
- Bo była zajebiście fajna, chou chou i ładnie byś w niej wyglądała.
- Jestem taka nieszczęśliwa, że nie mogłam jej kupić. Wszystko przez to, że chciałeś wziąć wczoraj osobny pokój bo się mnie bałeś
- Ja nie bałem się ciebie, tylko siebie.
- I w ten sposób nie mam bluzeczki. Ani pierścionka.
Chou Chou udaje rozgoryczenie aby rozśmieszać mistrza. Teraz już muszą wracać. Noc robi się bardzo szybko. To jedna z ich ostatnich podróży. Rozmawiają o przyszłości, która będzie szczęśliwa. Snooph Snooph Snoophy zasypia i widzi, jak mistrz z uroczym uśmiechem mówi "Czeska Chou" i daje krok w mglistą ścianę, znikając w jakiejś odległej czasoprzestrzeni. Nie może z nim tam wejść, czuje jednak, że jest to jakiś inny świat, pełen mrozu i śniegu, i czuje zapach jakiegoś taniego jedzenia i kiepskiej kawy i słyszy szuranie łopat i głosy wielu ludzi. Potem widzi go zanurzonego w wannie w jakiejś ogromnej łazience: Mistrz myje zmęczoną szarą twarz a jego myśli są pomieszane: konkret i abstrakt zlewają się w ciężkostrawną mieszankę. Chce tam wejść aby położyć mu dłoń na czole i usunąć wszystkie te myśli, aby zasnął spokojny jak dziecko, ale nie może, bo jest gdzieś dalej, o wiele dalej, gdzie ktoś jej dotyka, a ona, pełna kokainy, próbuje po raz kolejny zapomnieć o czymś, co było chyba ważne.