"I would probably die doing nothing."
Anna Ohura zapytana, jak spędziłaby
swój ostatni dzień na Ziemi
Bea
Bea Peestachio, jedyna spadkobierczyni Nutty Gush, pławiła się w swym basenie pod gołym niebem. Basen był w kształcie nerki, w kolorze błękitu kafelki, woda - przejrzysta jak kryształ. Zanurzone w niej ciało traciło pozornie na wadze tyle, ile ważyła ciecz przez nie wyparta. Księżyc mięciutko dawał po oczach. Był sam środek nocy.
Panna Bea spędziła prawie cały dzień, wypróbowując na różne sposoby nowe wspaniałe łóżko z muślinowymi kotarami i teraz wcale nie chciało jej się spać. Stare łóżko trzeba było wyrzucić, bo Bea zlała się w nie z pełną premedytacją, najpierw na leżąco, "Żeby przypomnieć sobie, jak to jest", a potem jeszcze raz na stojąco, "Dla zabawy." I tak było zapadnięte na środku od skakania, nie za bardzo, ale wyczuwalnie. No i nie miało takich fajnych kotar.
"Zamówione łóżka powinni dostarczać dopiero pod wieczór" - stwierdziła, po raz któryś już tej nocy. "Moja wina. Jakbym udawała, że mnie nie ma, przyjechaliby później. Ale któż zdołałby oprzeć się urokowi tak wspaniałego sprzętu? Nowiutkim sprężynom i tym różowym zasłonkom? No, ktoś może i tak, ale raczej nie ja. Szkoda, że nie pamiętam, o czym był mój pierwszy sen na nowym wyrku... Oswajanie mamy już w każdym razie za sobą. Nasz pierwszy wspólny raz... Bardzo inspirujące łóżko, trzeba przyznać, bardzo. Może powinnam zamówić drugie do ogrodu? " - zastanawiała się.
Dała nura, wypuściła całe powietrze z płuc i opadła łagodnie na dno. Obróciła się na plecy. Przez szybkę maski i metr dwadzieścia wody wyraźnie widać było księżyc, z lekka tylko pomarszczony. "Ahoj! Wy tam, na księżycu! Rzućcie mi linę! Nudzę się tu jak mops!" - pomyślała z naciskiem, by myśl zdołała pokonać dystans trzystu osiemdziesięciu czterech i pół tysiąca kilometrów, dzielący planetę, na której żyła Bea, od księżyca. Wyobraziła sobie balonik z napisem "Help", wydobywający się z jej ust, wyskakujący spod wody i wznoszący się ku niebu, niczym duch zdechłej kijanki. "Balonik i tak nie pokonałby kosmicznej próżni" - uświadomiła sobie z pewną przykrością. "Pękł by. Poza tym ci z księżyca raczej nie kumają naszych języków."
Bea uwielbiała obserwować ciała niebieskie, ich ruchy, przekręty, nagłe wzloty i upadki. Każdego pogodnego wieczora, o ile nie zapomniała, pozdrawiała znajome konstelacje. Mówiła im "Dobry wieczór kochaniutkie" i machała do nich łapką, a niektórym nawet posyłała soczyste buziaki. Lubiła wyobrażać sobie, że mieszkańcy księżyca obserwują powierzchnię ziemi przez gigantyczne lunety. Wiedziała oczywiście, że na księżycu nie istnieje żadne życie, co bynajmniej nie przeszkadzało jej pomyśleć sobie czasem: "Może oni też do mnie machają?"
Bea wypłynęła na powierzchnię i przez chwilę bawiła sie w wieloryba. Brała w usta trochę wody i wypluwała najwyżej jak potrafiła, aż się zmęczyła. "Pluć i łapać, co za pomysł... To dopiero musi wymagać kondycji!" Już prawie miała wychodzić, gdy wtem spostrzegła, że na dnie coś błyszczy, podpłynęła więc bliżej, aby zbadać sprawę. "Kieliszek? Niebezpieczeństwo! Koniecznie wyłowić!" Bea raz już rozdeptała w swoim basenie kieliszek. W trakcie którejś z imprez paru gości próbowało pić pod wodą szampana przez słomki. Poustawiali kieliszki na dnie, a po zakończeniu eksperymentu oczywiście zapomnieli je posprzątać. Prawie nie bolało, ale zaskoczenie było nieprzyjemne. No i dużo krwi. Tym razem to nie było żadne szkło, tylko niewinna zabawka - kilka złotych kulek z plastiku, połączonych nylonowym sznurkiem. "Moje kuleczki! Skąd się tu wzięłyście? Szukałam was dzisiaj trochę!"
Większość tego, co panna Bea w ogóle raczyła robić, robiła tylko "trochę". Wiedziała, że to właśnie stąd, w znacznej mierze, bierze się jej permanentne poczucie nudy, lecz nic nie potrafiła na to poradzić. "Do cholery! Staram się jak mogę" - odparłaby zapytana, swym zwykłym tonem niezbyt dobrze ułożonej kotki. "Niełatwo jest żyć z fortuny rodziców."
Bezkonkurencyjna Nutty Gush zdominowała bez reszty lokalny orzechowy rynek, a był to rynek jak żaden inny, rynek bezsprzecznie wart zdominowania. Majętny, ustabilizowany i gotów pochłonąć każdą ilość orzechów. Wszelkich orzechów, bez względu na cenę. Bea miała z czego żyć.
Wyłowiła zabawkę, zakręciła nią nad głową i cisnęła na brzeg. "Jak się znam i tak zaraz zapomnę, że tam są."
Bea miała wyjątkowo krótką pamięć, ale nie dokuczała jej zbytnio ta usterka. "W moim życiu i tak nie dzieje się nic godnego zapamiętania. Wspomnienia bywają takie... Och, sama nie wiem... Takie nudne... Czasem lepiej po prostu zapomnieć, jak mawiał ten... No, ten... "
Jenny
Jenny miała strasznie smutne dzieciństwo. Bita i wykorzystywana, wyrosła na jedną z tych puszczających sobie krew bulimiczek o seksownie podkrążonych oczach, na jedną z tych, co to potrafią pochłonąć nieprawdopodobne ilości pożywienia, by za chwilę wszystko zwrócić. W mgnieniu oka pożerała na przykład: dwie tabliczki czekolady z orzechami, jedną z nadzieniem kokosowym, półlitrowe pudełko lodów pistacjowych, trzy czwarte słoika masła orzechowego, dwanaście kromek pieczywa tostowego, szklankę mleka w proszku i pół litra niskokalorycznej coli. Przez chwilę czuła się OK, lecz zaraz dopadały ją wyrzuty sumienia i wstręt do samej siebie. Sadowiła się wygodnie na łóżku z białą emaliowaną miską między nogami i wkładała sobie palce do gardła. Rzyganie, choć na ogół skuteczne, nie zawsze jednak przynosiło jej ulgę. Jeżeli napięcie utrzymywało się, wchodziła do wypełnionej gorącą wodą wanny i nacinała brzytwą (żyletki były trudno dostępne z racji ekspansji jednorazowych maszynek, poza tym Jenny brzydziła się banałem) żyły w górnej części przedramienia, tuż pod zgięciem (nie chciała szpecić nadgarstków bliznami). Pozbywała się w ten sposób szklaneczki krwi, mniej więcej... No, może czasem ulało się półtorej... To ją uspokajało. Po zabiegu czuła się leciutka, oczyszczona, wyprana z negatywnych emocji, uwolniona od dręczących ją demonów. "Cały ten syf w mojej krwi, te wszystkie cukry, wszystko spłynęło do ścieków! W oczyszczalni zrobią z tym porządek. Organizm musi to nadrobić, podejmie dodatkowy wysiłek, będzie potrzebował więcej energii... A skąd ją weźmie? Stąd!" - odpowiadała sobie, klepiąc się po kościstym tyłku, "I stąd" - szczypała się w uda. Nigdy nie dopuszczała do ubytku na tyle poważnego, by nie być w stanie wyjść z wanny o własnych siłach. Czuła, kiedy należy założyć opatrunek. Pewnie byłaby się jednak od tego puszczania wcześniej czy później przekręciła (wiadomo - chwila nieuwagi, zbyt głębokie cięcie, utrata przytomości i cześć), ale uratowały ją delfiny. Jenny spotykała się z nimi dwa razy w tygodniu, w specjalnym basenie, połączonym podwodnym korytarzem z oceanem. Delfiny były całkiem wolne. Żyły sobie w oceanie i przypływały do basenu kiedy im pasowało, to znaczy każdego popołudnia. Widać lubiły spełniać dobre uczynki... Codziennie co najmniej jedna spragniona miłości, poraniona przez życie młoda kobieta w piankowym kombinezonie czekała na brzegu basenu na przybycie delfinów, a gdy się zjawiały, zawsze punktualnie, wskakiwała do wody i witała się z nimi radośnie, nazywając każdego po imieniu, myląc częstokroć Miguela z Mauriciem. "To było po prostu wspaniałe" - wspominała Jenny na podwieczorku grupterapii, przy kawie i ciastku. "Te długie na 2-3 metry ssaki naprawdę cieszyły się ze spotkań ze mną! Uwielbiały być głaskane, obejmowane, całowane... Bawiliśmy się piłką i gumowymi kółkami... To było po prostu wspaniałe! Kochały mnie! Akceptowały taką, jaka jestem! Wiem, że gdybym ważyła choćby i 100 kilo, akceptowałyby mnie mimo wszystko. Były moimi jedynymi przyjaciółmi, ale za to jakimi przyjaciółmi! To dzięki nim uwierzyłam, że mogę być komuś potrzebna, poczułam się bezinteresownie kochana, przestałam otwierać sobie żyły, powoli udało mi się pogodzić z własnym ciałem, przerwać błędne koło żarcia i rzygania. Delfiny uratowały mi życie. One wyczuwały, w jakiś cudowny, delfini sposób, zapewne telepatycznie, że jestem w kiepskim stanie. Zaopiekowały się mną! Uzdrowiły mnie! Delfiny to święte istoty! I jakie miłe w dotyku..."
Tak, Jenny była jedną z wielu osób w dziejach świata, którym delfiny uratowały życie. Większość z tych osób stanowili oczywiście różnej maści rozbitkowie... Jenny zresztą też lubiła myśleć o sobie, jak o cudem uratowanym rozbitku (nie uważała wcale, że to banalne porównanie). Po zakończeniu terapii, gdy zaczynała odczuwać potrzebę obżarcia się, gdy drżącymi rękami rozszarpywała opakowanie drugiego orzechowego batonika, nim skończyła przeżuwać pierwszy, Jenny była w stanie nagle się opanować i spokojnie odłożyć batonik do lodówki, na później. Układała się wygodnie na wodnym łóżku, nastawiała płyty z głosami delfinów i nakładała słuchawki. Zamykała oczy. To ją uspokajało. Mózg zaczynał funkcjonować w rytmie alfa, tętno stawało się wolniejsze, Jenny traciła świadomość granic swej cielesnej powłoki, szum oceanu i głosy delfinów wypełniały ją, wypełniały przestrzeń wokół niej, Jenny była oceanem pełnym delfinów, była delfinem baraszkującym w bezkresnym oceanie...
-----------------------------------------------------------------------------------
TO MIEJSCE CZEKA NA TWOJĄ REKLAMĘ!
-----------------------------------------------------------------------------------
Nadia
Nadia Vanilina była najlepszą przyjaciółką panny Bei. Żyła sobie w jednej z najdroższych dzielnic miasta - VI Centralnej, na dachu Najwyższego. Stanowił on (Najwyższy) własność Nutty Gush.
Najwyższy miał w środku pomieszczenia biurowe i gospodarcze, audytoria i kręgielnie, garaże i oranżerie, sale konferencyjne i gimnastyczne, basen ze zjeżdżalnią i dyskotekę, windy szybkobieżne i pokoje na godziny, stację metra i fontannę, sauny i kawiarenki, sklepy i sklepiki, muzeum orzecha i mnóstwo innych atrakcji. Wyglądał, jakby był zrobiony z czterech ogromnych zwierciadeł, wbitych prostopadle w ziemię, zwróconych w cztery strony świata. Wyglądał, jakby spadł z księżyca. U jego stóp rosło w skupieniu stadko palm kokosowych, a na dachu był niewielki domek.
Domek Nadii.
A przy domku - szklarnia.
Nadia hodowała w niej masę tropikalnych roślin o bajecznie kolorowych kwiatach, oraz burego lemura z Madagaskaru. Rośliny potrzebowały słońca. Lemur wolał ciemność. Miał oczy jak spodki i przylgi na palcach. Nadia nazywała go Torsjuszem, bo żywił się robalami. Myślała, że, gdyby sama musiała zjeść takiego robala, to pewnie zaraz dostałaby torsji. "Jakby mi ktoś na przykład zatkał nos i wrzucił stonogę do ust... Błeee... Wstrętokropne!" Czasem zastanawiała się: "Czy to zwierzę myśli, że moja szklarnia jest dżunglą? A może ono wie, że coś jest nie tak? Wyczuwa? Że za mało miejsca i w ogóle? Bo przecież zwierzęta potrafią wyczuwać... Różne rzeczy... Podobno..." Torsjusz wypluwał półgębkiem owadzie skrzydełka, a one opadały bezsilnie na podłogę szklarni, pokorne wobec grawitacji jak suche liście. Nocami zwieszał się z gałęzi i zastygał w najprzedziwniejszych pozach. Nadia potrafiła godzinami obserwować go przez nokowizor. Jak łapie robale. Jak się nimi żywi. Jak wytrzeszcza gały. Jak się przewiesza z gałęzi na gałąź. Ten widok miał dla niej posmak nierzeczywistości, podglądania innego świata. "To stokroć lepsze niż telewizja" - powiadała. "Moje małe, prywatne reality-show..." Za dnia Torsjusz zaszywał się w chaszczach i spał jak suseł.
A Nadia za dnia, jeśli akurat nie odsypiała zawalonej w szklarni nocy, uwielbiała puszczać bańki mydlane. Miała całą kupę specjalnego sprzętu: wiaderka, rurki, słomki, wymienne końcówki... Bańki i tak zawsze wychodziły okrągłe, ale, w zależności od zastosowanego sprzętu, czasem wychodziło dużo małych, czasem jedna duża. Można było nawet zamykać małe bańki wewnątrz dużych, choć wymagało to, oczywiście, nie lada wprawy.
Trudną sztukę puszczania baniek Nadia opanowała, gdy była jeszcze mała i mieszkała z matką na ostatnim piętrze wyjątkowo obskurnej kamiennicy w XIII Wschodniej. Matka często zostawiała ją samą, czasem na cały dzień, nieraz na dwa. Przed wyjściem instruowała: "Obiad masz na kuchni. I pamiętaj - pod żadnym pozorem nie wolno ci otwierać okna, bo możesz wylecieć. I nie wpuszczaj nikogo do domu. Najlepiej w ogóle nie zbliżaj się do drzwi, jak usłyszysz, że ktoś puka. Nie odbieraj telefonów. Nie wydzwaniaj po koleżankach. Zajmij się czymś. Pooglądaj telewizję, albo co..."
Nadia zajmowała się budowaniem zamków z kart przez pół godziny po wyjściu matki, której zdarzało się wracać po różne zapomniane przedmioty: a to parasol, a to paralizer, a to brzytwę, a to perukę, a to szminkę, a to rękawiczkę...
Po upływie mniej więcej trzydziestu minut od wyjścia matki, Nadia rozpuszczała w wiaderku garść płatków mydlanych i wyjmowała sprzęt ze skrytki. Odczepiała głowę jednej ze swych lalek i wyjmowała przez dziurę zestaw plastikowych rurek, potem otwierała okno i oddawała się zakazanej przyjemności.
Uwielbiała obserwować bańki mydlane unoszące się ponad dachami i ulicami niewesołej XIII Wschodniej - wolne, czyste i skazane na rychłą zagładę byty... "Wszystko, co piękne, szybko się kończy" - powtarzała sobie dla pocieszenia zasłyszany od matki frazes. "Tak to już jest na tym świecie." I wzdychała ciężko. Swoją drogą niektóre bańki, jakby na przekór jej oczekiwaniom, unosiły się całkiem długo (matka Nadii nazwałaby je zapewne wyjątkami potwierdzającymi regułę)... Popychane delikatnym podmuchem, odpływały tak daleko, że Nadia traciła je z oczu. Inne wlatywały do mieszkań przez otwarte okna... Jeszcze inne pękały natychmiast po wypuszczeniu. Były też takie, które wracały i krążyły przez chwilę po pokoju.
Gdy była mała, Nadia zastanawiała się dokąd, najdalej, udało się dolecieć puszczonej przez nią bańce i jak długo żyła najwytrzymalsza z nich. Gdy dorosła, czasem nawiedzała ją absurdalna myśl: "A może niektóre z tamtych baniek do dziś gdzieś krążą po świecie?"
By zapewnić swoim bańkom jak najdłuższy żywot, Nadia dodawała przez pewien czas odrobinę gliceryny do mydlin, lecz kiedyś przyszło jej do głowy, że być może niszczy w ten sposób prawdziwą naturę baniek. Że prawdopodobnie jest to zbyt daleko posunięta ingerencja w skład roztworu. Zaczęła się zastanawiać, czy ma prawo bańkę z dodatkiem gliceryny nazywać, jakgdyby nigdy nic, bańką mydlaną. Dręczyło ją sumienie. "Kogo chcesz w ten sposób oszukać?" - zapytywała samą siebie. W końcu podjęła decyzję. Szszszuuu...I cały problem spłynął do ścieków. "Ach! Gdyby tak każdą rozterkę dało się usunąć jednym naciśnięciem spłuczki..." - myślała Nadia, wpatrując się w lśniącobiałe wnętrze muszli klozetowej.
Cornelius
Przystojny, ciemnooki brunet. Eks-komandos z Oddziałów Specjalnych. Osobisty ochroniarz panny Peestachio (mówiła o nim "Mój ochraniacz"). Kochał się w niej od lat kilku. Potajemnie. Skrycie. Trzeba przyznać, że, jako ochroniarz jedynej spadkobierczyni Nutty Gush, nie miał zbyt ciężkiej pracy - Bea niezmiernie rzadko opuszczała swą posiadłość - była na to zbyt gnuśna. Zbyt leniwa i blasé.
Cornelius uwielbiał kupować damską bieliznę w domu towarowym na parterze Najwyższego. Nie był jedynym mężczyzną regularnie robiącym zakupy w działe z kobiecą bielizną. Inni faceci kupowali bieliznę dla swoich matek, córek i kochanek. On kupował dla siebie. Nie był żadnym transwestytą, ani, tym bardziej, homoseksualistą. Noszenie kobiecych majtek nie podniecało go. Nigdy nie używał szminki, cieni do powiek, ani tego typu rzeczy. Cztery razy w tygodniu wyciskał z siebie siódme poty na siłowni. Uprawiał jogę, a także jogging. Nosił szyte na miarę garnitury. Golił się brzytwą. Świetnie prowadził. Uważał, że, mając na sobie kobiece majtki, postrzega świat z innej perspektywy. Dlatego nosił je tylko od święta - żeby się nie przyzwyczaić. Twierdził, że owe majtki są jak cudzysłów... Że dzięki nim staje się innym człowiekiem... Że może obserwować siebie z niecodziennego dystansu... Przez pryzmat kobiecych majtek. Spoglądał więc na siebie z boku i uświadamiał sobie obecność całej masy oślizgłych i jadowitych elementów ukrytych pod kamieniami w głębinach swej duszy. Uczył się rozmieszczenia wilczych dołów i pułapek-samostrzałów, szalonych snajperów i wariatów z siekierami, badał kolejne poziomy swego wnętrza jak w grze komputerowej lub jak na ćwiczeniach oddziału, a gdy poczuł się tym zmęczony, po prostu zdejmował majtki i znowu był sobą - Corneliusem. Jego droga do samopoznania wiodła przez dział z kobiecą bielizną, co nie znaczy, że była gorsza od innych dróg do samopoznania. Co to, to nie.
Syn Corneliusa
Cornelius miał syna, chociaż nigdy w życiu nie widział go na oczy. Gdy jego dziewczyna - Amy Hopsa - poinformowała go, że jest w ciąży, Cornelius zabrał z łazienki szczoteczkę do zębów i brzytwę i odszedł w siną dal. Tak się spieszył, że nawet nie zawiązał butów. Mogło się to dla niego naprawdę źle skończyć - gdyby, na przykład, przydepnął sobie sznurowadło na schodach - ale miał szczęście - ani razu nawet się nie potknął. Właściwie wcale nie odszedł specjalnie daleko, może z piętnaście kilometrów, a może i to nie, ale, chociaż mieszkali z Amy w jednym mieście, ich drogi nigdy więcej się nie spotkały. Amy regularnie otrzymywała czeki z wystarczającą ilością zer, by nie szukać kontaktu ze swoim ex, którego, nota bene, uważała za skończonego skurwysyna. Jeśli już koniecznie musiała załatwić coś w VI Centralnej, obchodziła szerokim łukiem dom towarowy, w którym się poznali. Oglądała akurat staniki, gdy Cornelius, trzymając w lewym ręku parę majtek malinoworóżowych, a w prawym pistacjowozielonych, poprosił ją o pomoc w podjęciu decyzji: "Te, czy te?" Amy wskazała pistacjowe, a on, w ramach podzięki, zaprosił ją na lody. Opowiedział jej o majtkach, a ona zrozumiała. Taki był początek ich znajomości.
Syn Corneliusa wyglądał na dziesięć lat, ale tak naprawdę to miał już dwanaście i robił się, na razie tylko fizycznie, coraz bardziej podobny do ojca. Amy wyglądała na trzydziechę i dokładnie tyle miała. Wolałaby wyglądać na dwadzieścia do dwudziestu trzech, podobnie, jak większość kobiet w każdym wieku, ale cóż, czas nie sługa.
Syn Corneliusa miał przyjaciela o nazwisku Smith. Smith był kosmitą jak się patrzy. Wzrostu sporej lalki, miał skórę zieloną jak rzekotka i pachniał wanilią. Przybył na Ziemię z odległej galaktyki w celach naukowych i turystycznych. Pragnął tylko pobrać próbki, rozejrzeć się trochę i zaraz wracać, ale, w momencie lądowania, przydarzył się wypadek - jego pojazd zderzył się ze skalną ścianą i rozleciał na kawałki. Smith walnął głową w sufit kabiny i przestał na chwilę kontaktować. Gdy doszedł do siebie, stwierdził z całą pewnością, że powtórne nawiązanie telepatycznego kontaktu z bazą stało się niemożliwe.
Powiadomienie ziomków z odległej galaktyki o wypadku, podanie precyzyjnych namiarów, wezwanie ekipy ratunkowej itd., nagle okazało się być poza zasięgiem jego możliwości.
Syn Corneliusa znalazł Smitha przypadkowo. Szukał akurat motyli i ładnych chrząszczy, a nie kosmicznych rozbitków. Miał takie hobby - jeździł z Amy pod miasto i łapał rozmaite owady. Jeśli były ładne, uśmiercał je na miejscu, a w domu nadziewał na szpilki i umieszczał w gablotach. Jeśli były brzydkie, po prostu je wypuszczał. Miał już dość pokaźną kolekcję pod szkłem. Nie interesowały go naukowe nazwy owych istot. Wolał sam wymyślać dla nich imiona. Tego dnia zdążył już złapać ślicznego pazia królowej oraz okrągłego żuka z żółtym brzuszkiem. Od razu wymyślił dla niego imię. "Nazwę cię Otis, chcesz?" Tak miał na imię pewien śmieszniutki, grubiutki, wiecznie chory chłopiec - bohater komiksu "Bunny Nurse vs. Monsieur Scarlatina". Syn Corneliusa myślał właśnie nad imieniem dla motyla, gdy spostrzegł kosmitę. Kosmita próbował zwiać, ale mu się nie udało. Nie był wystarczająco prędki... Zbyt duża siła grawitacji i zbyt krótkie nóżki... Chłopiec dopędził go, wpakował do plecaka i poleciał pokazać mamie.
"Jeśli obiecasz, że będziesz się nim opiekował, to może u nas zostać" - odpowiedziała Amy na nieme pytanie, które wyczytała w oczach syna Corneliusa. Polubiła przybysza od pierwszego wejrzenia, zaakceptowała w pełni jego odmienność i ostatecznie gotowa była nawet sama go niańczyć, niańczyć i pieścić, gdyby zaszła taka potrzeba.
"Hurrrra! Hurrra! Jesteś wspaniała! Kocham cię!" - ucieszył się chłopiec. "Nazwę go Smith!" I rzucił się Amy naszyję...
Wkrótce syn Corneliusa i zielony ludek z kosmosu zostali serdecznymi przyjaciółmi. Spędzali całe dnie na wspólnych zabawach. Ustawiali, na przykład, rozległe labirynty z kostek domina, labirynty o powierzchni kilku metrów kwadratowych, wyłącznie po to, by, nacieszywszy oczy widokiem dzieła, zniszczyć je jednym triumfalnym ruchem palca. Ten ostatni gest, gest nadający sens ich wielogodzinnej pracy, zawsze należał do chłopca. Lubili też robić confetti przy pomocy dwóch dziurkaczy, a gdy już uzbierali bardzo dużo, syn Corneliusa wysypywał je przez okno i patrzyli obaj z kosmitą, złączeni wspólnym zachwytem, jak setki maleńkich papierowych krążków ulatują, porywane wiatrem, daleko, daleko, aż całkiem znikały im z oczu.
Smith żywił się przeważnie krojonymi w kostkę kokosami. Niekiedy kokosy krojone były w półksiężyce, przeważnie jednak w kostkę. "Jak zęby" - myślała Amy, wyjmując z lodówki metalową miskę pełną kokosowych kostek. "Jak wielkie powybijane zębiska."
Chociaż Smith czuł się na Ziemi całkiem dobrze, tęsknił jednak za swoją planetą, za zieloną rodziną i zielonymi przyjaciółmi. Był przekonany, że zdolności telepatyczne opuściły go tylko na pewien czas, że, jeśli będzie regularnie trenował, wciąż ponawiał próby, to wreszcie uda mu się nawiązać kontakt. Miejscem najbardziej sprzyjającym treningom była pralka. Panujące w jej wnętrzu cisza i spokój umożliwiały Smithowi osiągnięcie stanu maksymalnej koncentracji. Jeśli tylko drzwiczki były uchylone, gramolił się do środka i rozsiadał wygodnie wśród czekających na wypranie ubrań, a czasem nawet, wyczerpany wciąż ponawianymi próbami, zwijał się tam w kłębek i zasypiał. Amy, nim zatrzasnęła drzwiczki, nim zaprogramowała i włączyła pralkę, zawsze sprawdzała, czy aby w środku nie siedzi kosmita.
Pewnego razu Smith zwinął się w kłębek i zagrzebał w brudach tak głęboko, że Amy go nie zauważyła. Zatrzasnęła drzwiczki, nastawiła temperaturę na max, włączyła pralkę i wyszła z łazienki. Pod wpływem gorącej wody i zawartej w proszku do prania chemii, aktywnych perełek itp., kosmita po prostu się rozpuścił. Zniknął jak tłusta plama z krwi i kości. Amy i syn Corneliusa szukali go i szukali. Przeszukali całe mieszkanie, ale Smitha nigdzie nie było. Amy domyśliła się, co się z nim stało dopiero, gdy przypomniała sobie, że trzeba wyjąć świeżo wypraną bieliznę z pralki. Wyjąć i rozwiesić. "To dziwne..." - powiedziała do siebie. "Włożyłam do pralki bieliznę białą, a wyjmuję zieloną... O Boże, nie! Proszę! Tylko nie to! To straszne! Okropne! Oooo..." - i uderzyła w szloch.
Amy i syn Corneliusa poddali swą zieloną bieliznę kremacji, a prochy wsypali do srebrnej urny z napisem "Smith". Chłopiec, ze łzami w oczach, prosił mamę, by urna mogła stanąć na nocnym stoliku przy jego łóżku. Mama się zgodziła, też ze łzami w oczach, oczywiście. I to by było prawie na tyle.
Wraz z pojazdem Smitha, w wyniku uderzenia w skalną ścianę, rozpadły się na kawałki zasobniki, zawierające przeróżne próbki z innych światów, między innymi żywe kultury bakterii z Planety Śmierci. Na wolności bakterie rozmnażały się w błyskawicznym tempie. Nad mieszkańcami Ziemi zawisło widmo zagłady. Zostało im niewiele czasu...
-----------------------------------------------------------------------------------
TO MIEJSCE CZEKA NA TWOJĄ REKLAMĘ!
-----------------------------------------------------------------------------------