[ 2003/02/27 ] Tomik ciężkich wierszy w klimacie memento mori, autor: Ania Sieńska, kategoria: wiersz

Śmierć generała Franza Josefa - dzielnego chomiczka z szarym pióropuszem na głowie

Cz. I
Manifest Franza z Niezależnej Republiki Snów


Które to miasto za budynkami
Zawiera szum głębokozielonych fal morskich

Gdzie się witamy i nikt nikomu nie wyrządza
Najmniejszego bólu
Gdzie się witamy obcięci o jeden gen
I gdzie króluje nieskrępowana wyobraźnia
Zabijająca kłamstwo i śmierć

Na którejś z jego ulic
Noszącej nazwę Pustyni
Hula zwielokrotniona wolność
Wichura pełna kolorowych papierków

Obserwuję ją zza waty w której spoczywam
Czując na sobie oddech zamkniętej w mojej klateczce
Zielonopiórej Lamy - mojej właścicielki

Cz. II
Kwiecień


okrutny miesiąc kwiecień
porywa w swych gnijących zębach
słabowite ciałka dzieci i zwierząt
i przepada z nimi w zmarzłą ziemię

zszargane jego zdradliwym oddechem
podziurawiły się ciałka, osłabły
ale do końca walczyły dzielnie, oczy w światło wiosny wystrzelone
w końcu stygły i na zimnie
marzły na kamień, ich dawniej waleczne irokezy
sierści i włosów jeszcze dziś powiewają
na wietrze, w tych ostatnich minutach
przed pochówkiem

ulicami chodzą tylko najsilniejsi
ci nie wiedzą ile śmierci wokół
skrywa się za firanami okien, w zakamarkach
podłóg, dokąd dociera nienawistną frazą
melodia wczesnokwietniowa

dzieci szybciej i ciszej odeszły
z wielkim niemym płaczem, który w sapanie przeszedł
ciężkich nadwerężonych płucek
oczy spuchłe od łez, jak pary podkówek z błony liści,
pozamykały na zawsze

zwierzęta były dorosłe lecz nic nie rozumiały
wyrywając się śmierci na ślepo
a ona szła poprzez szpalery struchlałych drzew
które w strachu pąki chowały do wnętrz
szła poprzez wymęczoną siną ziemię
poprzez puste sady, przez
zasypane ulice metropolii
z domu do domu, jej czarny płaszcz
szurał ciężko za nią, omiatał
zabierał słabych, silniejszych zostawiał

najokrutniejszy kwiecień
fałszywe źródło gdzie zatruto wodę
kiedy tylko Chrystus
może i zmartwychwstać potrafił

Cz. III
Nie ma już Franza


Nie ma już Franza
Jego ciało za chwilę wyziębi się do końca
Przewiewa je mroźny wiatr śnieżycy
Dziś może szósty jest dzień miesiąca
Koło zamyka się, Lupa powrócił do miasta naszego.
Po dwóch latach.
Franz odszedł.

Byłeś dzielny, teraz pójdziesz prosto do nieba
Tam mam nadzieję Bóg zwierzęcy wytłumaczy ci
Że nie miałam nic złego na myśli wpychając ci strzykawkę do ust
Wiem że bolało
Że zdychałeś sam, w cierpieniach
Podczas gdy ja paliłam opium
W drugim pokoju, bojąc się do ciebie wejść
Chciałam odpocząć od widoku ciebie, dyszącego ciężko,
Twoich świstających płuc, twoich przerażonych oczu
One nigdy się nie bały, do dziś

Jesteśmy ciałami
Jesteśmy ciałami

To nowe odkrycie
Bardzo mnie dziwi

I wiem też czym jest śmierć widziana z boku

Ale śmierć widziana z boku przecież nie jest śmiercią
Jest jedynie widokiem

Widok
Zimny i suchy
Widzę
Cierpienie ulata, opuszcza nic już nie czujące ciało

To tylko tyle

Byłeś dzielny, mały odważny Franiu
Dzielny i szczęśliwy, miałeś piękne życie i zły koniec
Koniec ciężki, mój będzie taki sam
Bo który koniec jest inny?
Ja też będę zdychać w samotności ciemnego pokoju
Prosząc o szybszy zgon.

Pierwszy raz dotykam cię takiego
Twoja sierść zamieniła się w piórka zdechłego ptaszka

Żywi się bawią
Podczas gdy zmarli umierają w ciszy
Śmierć jest tak obca życiu
Tak nieprzekładalna

Myślałam że nie jestem ciałem
Ale nim jestem
To zmienia wszystko, to przerasta
Wszelką nadzieję
Ja
Mogę się znaleźć w dole, w urnie lub na śmietnisku miejskim
W stanie bezczucia, nadal będąc sobą

Ta figurka dziwnie ułożona
Padła już się nie podniosła
Wyciągnęła nogi z wysiłku podczas
Trudnego momentu wychodzenia duszy

Dusza powirowała przed siebie na oślep
Ona która myślałam że jest mną
Okazała się być bytem
Nie należącym do mnie samej
Porzucającym pamięć o mnie
I o wszystkich dniach, które przeżyła ze mną

Zgłębiłam to instynktem
Nieudolnie przełożyłam na słowa
Teraz mogę mówić o niej
W osobie trzeciej
O duszy uciekłej

I o nas
Zimnych i sztywnych, ciężkich i dziwnych
Rzuconych w doły zmarzłej ziemi

Szybko się zmierzcha, Franz
Twoje zimne ciało chowa dobry duch
Pod piątym drzewem w alei kwitnących bzów

Umarłeś w dzień śnieżycy
I wielkich zamieci, szóstego dnia
Najokrutniejszego miesiąca
Twoje ciałko, które tak lubiłam, teraz zamieni się
W padlinę. Pamiętam -
Już za życia rozpoczął się jego rozkład

 

szkicowanie substytutu bytu

znowu tory kolejowe i czarny śnieg
na takim tle uwidacznia się ostatnio moje upadanie
ceremonia istnienia
strzałkowo skierowanego w dół

smutna warszawianka ubrała prochowiec
w kolorze mazowieckich piachów

(uch, to był klasyczny wypadek spowodowany
przyspieszeniem słów na alkoholowym poślizgu)

i wyszła paląc Chesterfielda
w deszcz, który przyleciał tu aż z Nowego Orleanu
gdzie, na którym, moczył twarz jej odległy potencjalny kochanek
nic nie wiedzący o jej smutnym istnieniu

kupiła w kiosku gazetę
i nagle, obserwując zalane deszczem ulice
z telefonicznej budki
zgubiła znajomy budynek, do którego szła

(uch, są to tańce pijanych słów, które dodatkowo skosztowały
prochów z urny starej wysłużonej fifki)

 


Z cyklu: Wiersze o miłości czyli klasyka kiczu

Chłopak nr 23

Pozwól mi tylko być twoją stalową magnolią.
Twoją umywalką ze stopu aluminium,
W której zanurzać będziesz swoją twarz, spłukiwać
Palcami drobiny potu i śliny.
Albo wiszącym u tapicerki wehikułem czasu
W który będziesz patrzył tnąc złote ulice Łodzi,
Warszawy, Pragi i Katowic. Tnąc Lozannę i tak dalej...
Czy odkryłeś w miastach kiczu i gówna
Jak mocno cię tam kochałam, przecierając szlaki
Niewiadomego, gdzie zabłądziła twoja dusza?
Strasznie daleko i szybko uciekasz. Tak daleko,
Że powoli dopada mnie syf wyblakłości
Coraz bardziej redukowanych w czasie i przestrzeni wspomnień
Powoli tracę pod nogami grunt. Umieram bez ciebie
Stajesz się papierkiem lakmusowym, butelką z plastiku, reklamą na samochodzie
Ulegasz metamorfozom bez aretu. Domyślasz się tego?
Wożę się
Bezszelestnymi samochodami. Lodowata laleczka
Barbie, a wewnątrz mnie gruchoczą połamane
Zrysowane od oglądania obrazki ciebie - złego, dobrego, nienormalnego
Który otwiera oczy i usta jak wielka
Egzotyczna, pomarańczowa ryba.
Straszysz mnie? Czy jesteś naprawdę?

 

 

przewidywania

wstał zły dzień
jestem sam
maluję oczy aby stać się kobietą
wychodzę do miasta
czyli pogrążam się
w mgławicę anonimowych istnień
niewidzialny
kupuję w księgarni meleckiego
wracam do siebie
zmywam twarz
zasypiam

teraz leżę na wirującym łóżku
pod sufitem zebrały się opary
moich złych wierszy
zwisają złowieszczo
leżę na sekcyjnych łożu
żarty przez poezję

uwięziony we mnie poeta
wydziera płatami
części mnie samego
słyszę ryk jego
elektrycznych szczęk

przewiduję
rychłą śmierć tego dnia
po którym już się nie obudzę
z którego pozostanie jeden kadr

twarzy śpiącej na czarnej okładce

 


Goście Aurory

Będą się dziwić tej zatęchłej norze, w której mnie znajdą
Tego pierwszego dnia po (prawie w porę nie zadziała
Intuicja) oczywiście będą mieli podane
Jak na tacy jej oznaki

                (Grymas twarzy w pełnym słońcu
                Spłaszczanie do bólu spółłgłosek
                Zanik normalnie
                Nadzwyczajnej
                Elokwencji (zdania krótkie i spięte
                W trzech maksimum słowach,
                Niedokończone projekty myśli)

O wiele wcześniej

Tymczasem poezja płynie przeze mnie jak przez gładką
Rurę aluminiową - nówkę - potyki słów, ponowne ich
Rozpędy, zniknięcia i odnalezienia...

("Aurory kurz unosi mnie
Jest lepsza niż nora
W której odnajdą ciało me"
Śpiewa o mnie jakiś bawidamek)

Z głową na stole posypanym kartami
Z odwróconą dziewiątką trefl, po co rzuciła tę kartę
Powiedzą - to był ostatni etap indeterminizmu
W czystej praktycznej postaci
(jeszcze można by się kłócić czy ułożenie głowy
w prawo a nie w lewo to nie były kolejne drzwi
i przekręcenie scenariusza o jakieś
90 stopni).

 

 

Jestem dorosła

uf - dzieciństwo mam już za sobą
teraz kawa, papierosy, drinki,
czerwone sofy, szklane drzwiczki które
otwieram gdy wyciągam żyletki, monety,
pigułki, kasety

teraz ręce podpisują za mnie dokumenty,
pliki, kwity

kreacje rzeczywistości, pamięć pełna opinii
i komentarzy, cięty język, ostre kły,
szybki zdecydowany krok, twardy sen bez snów

jeszcze tylko trochę

potem wpadnę w koleiny
starczej mistyki

 

 

Kosmici

W moim życiu jest ostatnio coraz
Więcej wszelkiej maści okularników
Którzy się we mnie zadomawiają na dwa
Trzy dni, wszyscy znacznie młodsi,

Napaleni na moją witkacowską twarzyczkę
Filigranowe piersiątka i eteryczność kobiety pod trzydziestkę
Zdziwieni moją dziecinnością, moją skłonnością do fikcji
Mylą się co do wieku, myślą, że mam lat 23.

Są młodzi, zbuntowani, piszą wiersze, mieszkają
U rodziców (minęły już czasy mansard
Żyjemy na kupie, w erze zapaści i dna), czytają stare
Nieznane nikomu powieści, a ich retoryka
To wulkan buchający gazowoniebieskim seksem.

"Picie jest przyjemne tylko wówczas, gdy wiesz, że jesteś
Pijącym artystą i pijesz do innych artystów
Gorzej jeśli jesteś zerem, które do zer pije, wtedy picie
Nie jest zabawne, wtedy picie jest niszczącą wątrobę czynnością"

Zadomawiają się, przerzucam ich przez cedzak myśli,
Aby odrzucić całkowite zera, następnie
Przetrzymuję ich aż do zaniku, te dwa czy trzy dni
Potem wiadomo - termin ważności się kończy

 

 

szklany klosz

dlaczego nie zajmuję się sobą

nie zajmuję się sobą
ponieważ mnie nie ma

wszystko zależy od punktu widzenia
możesz się wstydzić swojej płytkiej biografii
lub nie

atomizacja anonimowego istnienia
może być przyczyną samobója

nie ma żadnych potworów dookoła
są tylko ludzie
krwiożerczy straszliwi okaleczeni
ogołocona masa, pozbawiona wszystkiego
tym bardziej indywidualnie

największy ciężar to jednak ty
którego niesiesz nie wiadomo dokąd
sam sobie rysując drogowskazy
niewprawną ręką

ten bałagan, w którym spoczywa
twoja zniszczona pustką dusza
ta niechęć
do przesuwania usuwania
czegokolwiek
zdziczenie w szklanym kloszu



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 1 i 4 *:  
* - pola obowiązkowe.