"Chłopcy brudni i nic nie warci
Uśpieni i biali mi się śnili"
Are you not married? Why? You are very beautiful, why don't you have a husband?
I don't know.
But really, I'm honest, you're queen of beauty. Why you aren't married.
I didn't find a man.
Don't you enjoy your life?
I enjoy but...
Maybe you don't have to much time...
Yes, maybe.
"Są tacy mili ci wszyscy chłopcy z plaży, codziennie mówią mi coś "special" i "fresh" - myślała kładąc się na plażowej leżance i patrząc na oddalającego się domorosłego psychoterapeutę - boy'a z plaży, który odchodząc kręcił biodrami i odwracał się jeszcze, aby do niej pomachać.
Słońce Hurghady paliło skupionych nad brzegiem Morza Czerwonego rosyjskich, czeskich, polskich i skandynawskich bubków (Francuzi pochowali się przed światłem i upałem po salach bilardowych i siłowniach ekskluzywnych hoteli wrastających złotymi zębiskami w brud i syf typowej egipskiej ulicy śmierdzącej rybą i nadgniłym owczym mięsem). Rozkołysane od nurkujących dzieci oraz kursujących w tę i wewtę białych stateczków morze uderzało falami nad uchem 26-letniej dziewczynki, która wywróciwszy białka do środka czaszki omdlewała z nieróbstwa na leżance, bielutka i słaba od zażytej wczesnym przedpołudniem porcji kokainy. Od czasu do czasu otwierała oczy i przekręcając się na drugi bok zerkała na panoramę ogromnej plaży Meridianu: wszystkie bubki leżały plackiem bez śladu życia lub półleżały, przeglądając gazety z horoskopami (foki), względnie Financial Timesy (orki) popijając zimne piwo. Sahara, Kair, Luxor oraz pomniejsze Giftuny były już dla nich zwiedzone, filmy zrobione i wywołane i pozostały długie dni (dla innych tygodnie) ślęczenia na plaży, chodzenia na dancingi itp.
Uwijający się pomiędzy parasolkami kelnerzy byli czarniejsi i mniej czarni, brzydsi i piękniejsi, a wśród nich jeden, szczególnie miły dla naszej kokainistki, który podobał jej się nawet na trzeźwo, a w chwilach omamień narkotykowych przywoływał wręcz na myśl młodego delikatnego anioła: był z całą pewnością wykluwajacym się (16 lat) homoseksualistą, szczuplutkim i giętkim jak delikatny kwiat. Mogłaby umówić się z nim na plaży i patrząc na jego rozkwitającą gejowską urodę odnaleźć utracone wskutek rozwiązłego stylu życia natchnienie, mogłaby odbyć z nim wówczas dłuższą niż przewidziana w ofercie hotelowej podróż przez brudy wybrzeża Afryki, ale wiedziała, że zbrukałaby go swoim zachodnioeuropejskim brudem, że unurzałaby go w odchodach źle preparowanych, nie mających twórczego ujścia i wskutek tego gnijących w niej myśli, których - niegdyś krystalicznie czysta, a dziś galaretowata, magmowata, roztytłana nihilizmem zrodzonym przez kokę i rozbita na atomy (dziwne, niedokończone kikuty myśli) masa zalewała ją całą.
Nie chcąc więc zbrukać swego anioła (możliwe że nie umiał nawet czytać, ale jego zamyślenia "w kredensie" plażowej restauracji warte były miliony... ach, gdyby mieć maszynę potrafiącą je ściągnąć i zmaterializować w dowolnej formie!) umawiała się z brzydkimi w swych heteroseksualnych formach samcami-posługaczami: z plaży, z recepcji, z hotelowej jadalni, których jedyną niejednoznacznością czy jakąś tajemnicą, mającą swoje rozwiązanie najpóźniej następnego poranka była zagadka, jakiż to interes - psychologiczny, seksualny czy finansowy kryją oni w zanadrzu.
Pogodzona była z faktem, że wszyscy ci tubylcy mają jakieś interesy i że większość z nich trzyma się uparcie przy heteroseksualnych formach (ohydni w swych kulejących, szlifowanych chamstwem małych kompleksach), tak jak pogodziła się z tym, że nieliczni tubylczy homoseksualiści są dla niej nietykalni i niedostępni w swych orientalnych smutkach wskutek fatalnej bariery językowej.
Problem płci był dla tej 26-letniej, "niedorozwiniętej jaźniowo" (tj. onirycznej ze swej natury i niewierzącej w swe własne istnienie) przeżartej zgorzknieniem kobietki rozwiązany jednoznacznie od zeszłego lata, kiedy to zakochała się straszliwie w figlarnym i wcale nie metafizycznym Francuziku, który okazał się być pedałem.
Zrozumiała wówczas, że homoseksualizm męski to jedyne, co może odtąd kochać. Zatracona w psychicznych perwersjach patrzeć przestała na hetero seksualnie zorientowanych samców, stanowiących dla niej odtąd zaprzeczenie wszystkiego co piękne. Cóż za czarno-biała wizja! Podniecać ją zaczęły (i te już tylko mogły) eteryczne i delikatne efeby zorientowane na własne piękno lub - w nielicznych wypadkach - na tzw. Sztukę a raczej jej ślady dawne, bo dziś nie było już jej prawie... a raczej była wszędzie, lecz nie wydobywana z pokładów realności wskutek zaniku artystów. Ale mniejsza o to: i ona przecież, przesiąknięta metafizyką do szpiku, nic tworzyć nie mogła, martwiejąc od niezrealizowanych pożądań. W porywach desperacji próbowała jeszcze opisać piękno efebów aby poprzez te opisy unaocznić drapieżną tajemnicę bytu, ale wskutek zażywania coraz większych z miesiąca na miesiąc porcji narkotyków i pławienia się w zabójczych luksusach zrywy te były krótkotrwałe i przyprawiały ja jedynie o jeszcze większe depresje.
Leżała teraz niczym śnięte zwierzę nurzając się otumaniona w doznaniach zmysłowych, o godzinie trzynastej w południe, zagubiona doszczętnie w odpryskach ostatnio zebranych pod kopułą czaszki obrazów: mglisty Synaj, wirująca cisza pustyni, pustka wieczoru w wiosce, kolorowe kwiaty ustawione na stołach, kelnerzy-motyle, strach przed śmiercią, który zbudził ją tej nocy ze snu o śpiącym Klausie.
Klaus... on mógłby, jedynie on, ostatni on, być dla niej ratunkiem przed popadaniem coraz głębiej i głębiej w nicość, w oniryzm, w narkotyki, w mgliste wizje duchowo-estetycznych zbliżeń z mężczyznami-efebami, którzy pomimo całego swego piękna nic jej przecież istotnego dać nie mogli - to jest mogli, mogli wiele, ale tylko w duchowych wymiarach, ale przecież nie mogli jej uchronić przed postępującym smutkiem i nocnymi strachami o własną śmierć ("ona już jest we mnie, stąd te budzenia się nocne, ona tam wtedy we mnie..." - myślała nasza tchórzliwa kokainistka). Tylko on mógłby, to było ostatnie wyciągnięcie rączki małej kobietki w stronę normalnego, zwierzęcego instynktu zanim zapadnie się w przepaść nieokreślonych niby-istnień skąd już ratunku nie będzie, skąd będzie z otwartą buzią patrzeć na swe własne wymieranie, na przepływ drapieżnego czasu, na siebie-zewnętrzną, podróżującą szybko i lekko jak duch po kolejnych hotelach, gdzie goniona przez swoje liczne cienie zamykać będzie kolejne drzwi, przemierzać lotniska, wrzucać kokę i na koniec, schroniona w ułudzie, wypływać na łowy, pożerając zmysłami nowe miasta i nowe morza ("już mi więcej nowych mórz niewiele zostało..." - myślała).
Czuła, że Klaus mógłby przywrócić ją "prawdziwemu życiu", lekko i bezboleśnie, niezauważalnie tak, że pewnego dnia nie znalazłaby już w sobie (zapomniałaby) tego ciągłego pragnienia: uwolnić się od rzeczywistości, och, uwolnić się od tych wszystkich uwarunkowań!
Uwalniała się uparcie, dzień po dniu, uciekając w rozmaite nierealne struktury wyobrażeń. Lecz czuła, że robi to z jakiejś rozpaczy, której źródła nie znała. ("Urodziłam się już taka, od początku obarczona jedynie niemożnością" - myślała). Klaus był w niej gdzieś głęboko, choć - nie mitologizujmy - nie zawsze, przecież kiedyś było jakieś inne życie, jacyś inni ludzie, jakieś inne światy, a i ona, taka jaką jest teraz, nie istniała. Była jakąś tam inną dziewczynką, może nawet prawdziwą niegdyś kobietą: dziewczynkowatość wyszła z niej w ostatnich czasach (był to być może pierwszy objaw wymarzonej przez nią pseudo-ponadczasowości). A więc może i nie było go przedtem, lecz odkąd się zjawił - był, gdzieś w tyle głowy, zmieniający się jak kameleon, zawsze inny, a raczej - Klaus o stu tysiącach twarzy. I wiele razy walczyła z jego istnieniem w sobie i było wiele ciągów czasowych, kiedy w szybkim pędzie donikąd nie czuła go, ale na krótko: ot, tu, gdzie przed nim uciekła, sama i incognito, z nikim nic nie mówiąca, cała w leniwych omdleniach, jak inne bubki cała na zewnątrz na dancingach i nocnych powłóczęgach po śmierdzącym egipskim mieście - nagle przychodził sen o nim, silny i długi, i to wystarczyło.
Tej nocy śnił się jej śpiący na ulicy. Chwilę potem znowu zalała ją fala śmierci (jakże pięknie nad śpiącą rozkładało się jej skrzydło, jakże ją głaskało, bezbronną i maleńką!), z której wybudziła się i leżąc w ciemności śledziła w skupieniu skurcze flaczków mięśniowych, które tańczyły oślepłe tany pod wpływem uderzeń ostrej, dziewiczej, gdzieś tam cudem ocalałej, mieszkającej w niej świadomości. "Nie myśl, nie myśl" - powtarzała i znikał i mogła sama już ze swą śmiercią walczyć i odsuwać ją za zaciągnięte story w szalejące słońce poranka, a jego nie było, choćby spacerującego jedną swą najmniejszą cząsteczką pomiędzy jej porannymi cierpieniami. Nie było go i zasnęła z powrotem, bez niego, ale wrócił około południa, gdy położyła się na plaży.
Tym razem nawiedziły ją jakieś delikatne strzępki wspomnienia jego istoty (jakieś myśli bolesne i doczesne, niczym myśli romansującej kokoty: "mógł wyjechać ze mną, przecież dziś poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota - ja wrócę w sobotę i wówczas muszę wytrzymać ten jeden a może i dwa dni ciągle jeszcze bez niego, ale tak czy tak wakacje mu przypadały w tym samym czasie i przecież mówił, ze tak bardzo chciałby wyjechać znowu ze mną i wszystko zapomnieć (owo "wszystko" to była cała ich rzeczywistość - -jakże on mógłby sprowadzić ją do niej skoro sam tak bardzo nią rzygał? O tym nie myślała, czuła tylko kompletnie na ślepo, że "wszystko byłoby inaczej"), a teraz jest gdzieś indziej" itp., kompletne jakieś drobiazgi i płycizny, w których to mieliznach głupkowatości znajdowała ukojenie bo przypłynęły do niej także mocniejsze wrażenia "a propos de lui": niczym niewyrażalne, spotęgowane kokainą fluidy odbitej jak piłka i lecącej z Europy aż tu: myśli jego o niej jakiejś przypadkowej i czuła ją i była jej pewna, bo przecież najmocniejszą ich stroną była wzajemna duchowa łączność, szaleńcza wprost telepatia... "On już nigdy ze mną nie wyjedzie choć tak bardzo tęskni za tym i coraz mniej będę mogła mu przekazywać a tak bardzo chciałabym ciągnąć go w metafizyczne kanaliki niezbadanych obszarów mojej psyche, uwolnić go i siebie przy tym od całej męki wstrętnego istnienia i wymyślać mu coraz to nowe, coraz bardziej skomplikowane zagadki do rozwiązania" - myślała i zapłakała z bezsilnej tęsknoty za nim.
Wydawało jej się , że na pewno nie była to żadna tam "miłość" - Klaus był tylko "ratunkiem". Biedaczka nie wiedziała, że od niczego nie mógłby on jej uratować, że jest jedynie zwykłym, zwichrowanym psychicznie bubkiem.
Przewalając się jednak na brzegu "wyspy własnej samotności" i rozmyślając o wszystkich poplątanych i zmieszanych jak arabskie przyprawy fragmencikach jego mózgu, odsuwała od siebie najbardziej oczywisty fakt, mianowicie że Klaus - ten playboy żyjący wiecznymi złudzeniami, posiada miliardy niepowiązanych w nim strukturalnie osobowości, niczym zwielokrotniony i nigdy nie nasycony Dr Jekyll.
A przecież kiedy go poznała rok temu, wydawał jej się głupkiem, jednym z wielu... Sama już była wówczas zupełnie nową osobą, zakochaną w homoseksualiście, wolną i nieobecną naprawdę w swoim życiu istotką. On nie podobał jej się wcale. Był taki grzeczny i cały wyprasowany w kancik, taki zadbany i "czysty", higieniczny i sterylny niczym American Psycho. Jedyne, co czyniło go ludzkim, to wypalane nerwowo papierosy (jeden za drugim bez przerw). Długo jednak pozostał w jej głowie czysty i banalny (do tego absolutnie nieatrakcyjny: taki chudy i blady chłopak). Z walizeczką, w której ułożył starannie swoje wykrochmalone koszule, w kurteczce w krateczkę i spodniach w kancik kim mógł dla niej być! Nie zauważała go więc, choć on patrzył na nią jak na "starą przyjaciółę", którą zna od zawsze. Musiał ją chyba "rozpoznać" po wyrazie twarzy, bo nie mógłby się chyba domyślić jej szaleństwa i eskapizmu po jej wyglądzie zewnętrznym (była również nienagannie ubrana, ze starannie złożonymi sukienkami w -małej schludnej walizeczce). Tak ich zapamiętało tamto lotnisko, a kolejne poznawały ich już zupełnie innych: kiedy wracali z wojaży po zakamarkach innych państw "uregulować swoje sprawy" - -objęci, opaleni najlepszymi gatunkami marihuany i pijani w sztok, "na zupełnych odlotach": on w podartej na mankietach i przybrudzonej bluzie oraz dżinsach pamiętających dzikie imprezy, w trakcie których zdążyły się podrzeć i ona, niczym dziewczynka z pistoletem, która zaraz wskoczy na kontuar ze słynnym "Don't anybody fuckig move, this is a robbery".
Ich podróże i rozmowy, które tyle razy próbowała spisać, które były "kluczem otwierającym bramy innego świata" - cały ten banał chwilowych porozumień konstytuujących ich łączność na zawsze - to wszystko wydarzyło się m o ż e i d a w n o temu i rzadko wracało: teraz była tylko niespełniona w pustce chęć zbliżenia się do niego naprawdę. Tak bardzo tego pragnęła i tak bardzo było to niemożliwe. Od miesięcy odpływał on w tanie romanse skryty za maską obcych jej osobowości, coraz to inne ale dalekie od jego własnego ideału. Spotykali się czasem i uważali oboje, aby "nie popłynąć znowu" bo czuli, że na tej prostej czasoprzestrzennej linii rzeczywistości, gdzie przyszło im zjeść razem lunch nie ma miejsca na ekstrawaganckie odloty i mogą (muszą) wymienić jedynie kilka nic nieznaczących zdań. Siedząc więc naprzeciw niego piła drinka i milczała, a on mówił:
- Mam romans, ale to nie będzie długa historia.
- Dlaczego? - pytała od niechcenia.
- Bo jej nie kocham.
- Dlaczego więc nie jesteś z kimś, kogo kochasz?
Na co odpowiadał w zależności od nastroju albo: "Nie spotkałem jeszcze takiej", albo: "Spotkałem taką, kilka miesięcy temu, ale nie mam czasu na miłość".
A ona czasami histerycznie informowała go: "Sypiam z takim i z takim i wezmę z nim ślub", a potem "Nic z tego nie wyszło, nie umiem bez miłości".
Choć był jedynym samcem, jedynym, który... Daleko od niego, coraz dalej, bo podróżowała coraz więcej, myślała w chwilach kiedy myśli dawały się prowadzić po sznurku i w ogóle zwerbalizować: "Nie kocham go, jedynie boli mnie on od środka, nie wiem dlaczego - on mógłby mnie uratować - co za banalny facet - nienawidzę heteroseksualistów a zwłaszcza playboyów - Klaus, jak bardzo mnie bolisz, jak bardzo dręczy mnie Twoje istnienie" i tym podobne, potem biorąc kokę i wypływając w głąb nowego zwiedzanego nocą miasta, gdzie on wiedział że ona będzie, więc prosił od niechcenia przed jej wyjazdem: "Kup mi tam harrissę, to taka przyprawa, bardzo ją lubię... zapamiętaj: Harrissa, włączam ci na zawsze funkcję pamięci". Pstryk. Więc szukała tej harrissy a egipscy cwaniacy próbowali wciskać jej papirusy i faje, a na słowo Harrissa dziwnie się uśmiechali... Potem, pijana, prawie bez oddechu, dopływała do jedynego miejsca w mieście, w zakazanej down-town, gdzie ta harrissa była. Tam pytała o cenę i targowała tę cenę i myśląc "jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz" odchodziła z ukradzionymi jej drobinami, które żuła w ustach, płynąc przez mgławicę brudnych Arabów, a jej słodko-ostry smak ją mdlił.