[ 2003/01/30 ] Mielonka z anioła (I), autor: Zosia Sadystka, kategoria: wiersz

- Lekcja rytmiki -

baczność

i -
raz - dwa - trzy - cztery

wrzask nozdrzami wysypuję muchy
nie w sosie na półmisek
marsz na spacer na spacer marsz
w karnych szeregach
przewietrzymy rzeczywistość

i -
raz - dwa - trzy - cztery

muchy na talerzu
smacznego - dziękuję - proszę
luli luli luli
mucha muchę tuli
zwierzęcy seks słów
a tu chodzi o kulturę i obycie
obyczaicie ?

i -
raz - dwa - trzy - cztery

skalpem ściągniętym z chleba
wycieram talerz
one skrzydła w nabłonek rzęskowy zalotny
ja w talerz wtulam twarz

i -
raz - dwa - trzy - cztery

mam własne muchy w nosie
nie boję się komarów
nie boję się komarów
nie boję się komarów


- mówiłam nie jesteś moim muzą -

to prawda zawsze jak złodziej pamiętasz
preferowałeś gdy uda dawałam
gdy udawałam że udaję orgazm
rachuję wersy mówię wiele brałeś

pamiętasz wiersze waginalne miałam
marzenia wagicznymi mościłam ci
pas przepuklony raptem uciekłeś
zrzuciłeś kwiaty motyle mówiłam

fałszywym wstydem po pas się rumienię
do pisałam wyiwaginowane
romantyczne liryczne niewyraźne
uciekłeś nie wiesz pisałam o tobie

natchnienia szukam w lustrze gdy poprawiam
język tak naprawdę ty tylko płyniesz
w szyi żyłach przecież nie piję wody
by pamiętać uciekłeś taka prawda.

 


- poszli za chlebem forsy szukać (peany kapitalne) -

podróż inicjowała blisko
wypadłe z łóżka zgrzebne ramię
zgrzytnęło zgryzem wgryzło nisko
ciesz mordę więcej mu nie stanie

wygłuszaj głoś kazania z roli
korpusem rzucaj niech szlag toczy
bezwstydem zapchaj swoje oczy
przystojność draństwu nie przystoi

beznogi język zgorzkniał w słowach
zdechnięci nędznomyślni my szli
dzień w rzeczy samej śmierdzi krowa
o dojnej porze orze wszystkich.


- Od sufitu do zmierzchu -

patrzę w płuca moje kaszlą
wsadzam białe palce w głębiny białych moich gałek ocznych
wypływać albo chociaż świat zobaczyć
lecz nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić

dotykam językiem oparzenia na podniebieniu - napuchło
nie mam komu w oczy spojrzeć
nie mam komu w brodę napluć
no nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić

dni niepodobne do siebie gubią się w tłumie
aktów deprawacji i desynchronizacji
dłoni i obojczyków kiedy śpię
ale nic się nie da zrobić już nic się nie da zrobić


- carpe diem -


troskliwe dłonie dzielą na cząstki pomarańcze
pomarańczowymi z nerwów
od nikotyny dłońmi
przenoszą cząstki uśmiechów ku trumnom krochmalonym
widziałam w szpitalach spacerując a tu -

blade woskowe twarze
rodzinami sknocone
zgaszone przez wódkę przez brak papierosów
chude ciała bez tlenu
elegancko z krawatem ciasnych horyzontów
- chciałam leżeć wśród nich
chuda ciasna erotycznie sterylna marzeniami

na białym prześcieradle z pieczątkami
w swych mokrych snach
wydymane naporem piżamy
skrywające pająki korsarze
na suficie widziałabym
przychodzące i odchodzące anioły
prawda jeszcze wierzę

i przyjdą matki ojcowie
i córy i synowie
współmałżonkowie kochanki
by przymykaniem oczy na nieczułość
odrętwionego ciała
odmierzać miarowe tik tak troskliwości za dnia
aż do śmierci tak chciałam

będzie kto miał przyjść
było się troszczyć tym razem
następnych razów wraz z pomarańczami
troskliwe dłonie nie podadzą myślałam za życia nim

- położyłam się w wannie wanna na łące
pasłam słońce zakalcem piersi lśniących sierścią sierściucha
- nalałam mleka do wanny przyszedł kot wylizał

 


- Parki w parkach -


Ojcze Nasz, który jest w Niebie

Głupki boże siedzą na ławce pod jarzębinami,
ona mu znaczy usta na czole,
on namiętnym uściskiem miażdży nadgarstki;
szepczą śliną w kanapek głąb.

Święć się imię Twoje

Nad sadzawką dojrzałe kobiety
kładą dłonie na kroczach chłopców.
Panowie wciskają kit i dziesięć palców;
Sonety serenady między kolanami.

Przyjdź Królestwo Twoje, jako gwiazdy na Niebo

Żeby nie widzieć, nie słyszeć
Wkładałam skronie w imadło rąk
W rozpaczy niemym krzyku - tak to się wabi pięknie
Zazwyczaj patrzeć nie mogę.

Jako na Ziemi się modlę, na świeżej murawie

I zaraz mózg mi bluznął oczami
Upaprał chodnik zmieciony ze zmemłania
Świeżo opadłych lipcowych liści
Bo to był lipiec, panie. - Powiedziała.

I tak w wielkim bełkocie samotności, amen
Tak w wielkim skrócie samotności, amen
Od wciskających palce wyzwól, Panie, amen
On powidoków żrących trawę ciał.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 7 *:  
* - pola obowiązkowe.