[ 2002/12/19 ] Apteka leków gotowych, autor: Krzyszt0f, kategoria: tekst

Fiasko poszukiwań czystych szklanek pchnęło mnie na krawędź załamania mimo, że wszystko było niby normalne: braterstwo bólu nadal chwiało czczym dążeniem do brunatnej dyktatury hedonizmu i kupowania coraz droższych chusteczek higienicznych. Drżałem na myśl o konieczności przełomu, coś zarysowało krystaliczną rdzę zapomnianych listów i wezwań do urzędów skarbowych. Panika zawiodła mnie do drzwi lodówki, lepkie, umazane budyniem palce rozbiegły się po chłodnym blacie pancerza zagradzającego dojście do lepszego świata.
Rankiem przewracałem się z boku na bok i przeganiałem szczeniacki wstyd, tekturowe sny i myśl o spodziewanej wizycie świadków jehowy (czy jak się to pisze). Dawałem sobie kwadrans na uspokojenie drgających nerwowo myśli, wyskakiwałem z krzykiem na świat i szukałem usprawiedliwienia: kaktusy schły jeden po drugim w oszałamiającym tempie, zarysy dalekich lądów były tylko ułudą; brakło entuzjazmu nowego poranka i tolerancji dla karkołomnych popisów publicystów w radio. Zabarykadowałem się w łazience, wmówiłem sobie konieczność wprowadzenia wyjątkowych środków i zacząłem szorować zęby.
Do tej pory wszystko wydawało się proste: nie dałem się namówić na deflorację pisaniny Whartona, w dupie miałem pierdoły o Wiedźminie, Kubuś Puchatek chwytał mnie za serce tyle o ile, jarzyłem Lobo i Punishera, ot co. Dawałem się prowadzić zapachom: mleko UHT, gotowane ziemniaki, smród podbrzusza tramwaju, zapach najlepszego kumpla z liceum, wszystko lepiło się do nozdrzy i nie dawało spokoju.
Kiedyś ktoś opowiadał mi o dniach chwały, spalonych procesorach i braku szczerości w związkach. Kiedyś ktoś opowiadał mi o pociągających gatunkach sztuki, zielonych dolinach i popijawach belwederskich strażników. Ktoś kiedyś dawał mi coś do zrozumienia, wtedy nakryłem twarz dłońmi i uciekłem na drugą stronę ulicy.
I nagle niespodzianka: dostałem pismo podpisane "Hans Golombek" i kończące się "Mit freundlichen Grüßen". Niby nic. Jasio Gołąbek aus Warschau. Gdzieś w połowie strony zauważyłem zdanie zaczynające się "Leider..." i dałem sobie spokój. Słonko świeciło, chmurki płynęły po niebie, ja siałem nienawiść, zbierałem z podłogi strzępy papieru, rozdeptane szyszki i resztki chińskich kredek świecowych. Jasio Gołąbek, verflucht.
Zawsze ktoś do mnie dzwoni, gdy nie ma mnie w domu. Podobno potem dzwoni jeszcze raz, a mnie wtedy nie ma w domu. Chcę oddzwonić, ale akurat wtedy, gdy nie ma mnie w domu. Ktoś pomalował ściany w moim mieszkaniu na kolor złośliwej sraczki, ale mimo to mogę się jeszcze skoncentrować na kompleksowej analizie otoczenia i upływającym czasie.
Zwróciłem się o wypowiedź w interesującej mnie kwestii, bez skutku. Wziąłem się zatem za pranie, w plątaninie brudnych ręczników znalazłem pocztówkę z Kołobrzegu. Mokre buty wywaliłem na balkon i przywiązałem za sznurowadła do balustrady. Zadałem sobie trud spojrzenia przed siebie, na próżno, zobaczyłem otwory nieregularnie rozsiane wśród pękających ścian. Porosty walczyły o swoje terytorium, miasto poddało się rygorowi rozwoju ekstensywnego.
Potem jeszcze długie tygodnie śniło mi się, że jestem zastępcą Chrystusa, i że nadal do mnie strzelają, i że codziennie nagrywam płytę roku, i że Goldie przyjechał do Polski, i że płytki nad wanną nigdy nie odrywają się od ścian, i że trawniki w centrum zarosły szklanym city, i że tra ta ta ta you're just another victim, kid (Biohazard). Wiersze, wiersze, poezja, zapamiętaj dziecko, złożoność rzeczy i jej implikacje. Wlokłem się do domu jęcząc z przejedzenia i liczyłem potłuczone latarnie spryskujące chodnik bursztynowym popiołem. Niebieskie spinki w lnianych włosach odbijały mi się czkawką i kłującymi wspomnieniami, zastanawiałem się, czy nie zainteresować się wczesnymi okresami twórczości, historią demokratycznej opozycji albo origami. Koła propagandy, tony życiorysów i metry sześcienne listów motywacyjnych ewoluowały w kierunku struktur społecznie użytecznych, w piecach palono nadal tym samym, prawda, prawda, generalnie przekonanie, że tak żyć nie można pozwala wytrwać jeszcze parę miesięcy w bezstresowej próżni niezaangażowania.
No co, do cholery, mam obrobić kiosk?
Należy się? Co? Ile?

***

- Coś ty - popatrzyłem na niego jak na głupka - Coś ci się zdrowo popierdoliło. Voodoo Cult nigdy nie grali tego kawałka.
- Może... - zamyślił się - Hm... to może Voivod?
- Eeee, tam.
Za szybą nadal majaczyła gnijąca twarz gówniarza intensywnie wpatrującego się w babę wyciętą z kartonu i ustawioną pod ścianą.
- To nie Voivod.

***

Nagle rozpoczęto trzecią fazę nalotów, w ministerstwach, sztabach, komisjach atmosfera buchała chaosem i przerażeniem. Niewyobrażalna masa żelastwa przewalała się na jugosłowiańskim niebie, płonące tony lotniczego paliwa przeistaczały się w zabójczy smród.
Na moim balkonie zaczęła się sielanka: rozrzucone tuziny arkuszy odbitych na ksero, szmaty suszące się od kilku tygodni, pożółkłe kartony, chropowate ściany, wrzask dzieciaków mordujących zakładników i palących wioski.
Pytania? Nieważne. Odpowiedzi? To wyobrażenia. Czy należy rozmawiać o tożsamości i religii?
Tabuny filozofów pracowały w pocie słowa nad projektem swojego logo. Dewaluacja bagażu doświadczeń była faktem, ale mimo to udawało mi się wyskrobywać resztki sił. Bazgrałem coś na żółtych karteczkach i przylepiałem je do drzwi.
Klaudia przyszła na świat z wrodzoną wadą serca, a Edmund G. z Nowej Soli wyszedł z domu i nie wrócił; czy wiecie, że proces suszenia drewna w warunkach naturalnych trwa prawie dwa lata? Świat istnieje tylko od 19.30 do 20.00 na TVP1.
Nie dane mi było jęczeć pod jarzmem totalitarnego terroru, na otarcie łez została mi świadomość rewolucyjnych zmian w mediach i najzwyklejsza mieszanka różnych rodzajów herbaty (parzyć trzy minuty).

***

- A może Behemoth? - rzucił.
- Nie... niemożliwe.
- Jak to nie? To już sam nie wiem.
Gówniarz gapił się na gigantyczne opakowanie preparatu witaminowego.
- Ja też nie wiem.

***

Biedronka zjada setki, tysiące szkodników. Kenneth Hemphill, dyrektor Południowego Centrum Baptystycznego na rzecz Rozwoju Kościoła ma wpływ na setki, tysiące ludzi.
Plotki, fakty, kontrowersje dotyczące transgenicznych roślin i mutacji karpia wypełniały szpalty gazet, klatki czarnobiałego filmu pojawiały się nagle przed oczami. Jak podaje "The Toronto Star" coraz powszechniejsze staje się wykorzystanie rolek i rowerów przez policję w celu ścigania groźnych przestępców. Za to "New Scientist" przynosi nowości na temat wędrówek pstrąga tęczowego. Zaraz, zaraz... wydania miesięczne dostępne pocztą... języki... angielski, arabski, chiński (uproszczony), chorwacki, czeski, duński...
Połknąłem paracetamol, wziąłem łyk herbaty i natychmiast uświadomiłem sobie dlaczego należy zawsze ją pić z czystego kubka.
Duński, fiński, francuski, grecki...

***

- Coś ty, kurwa, niemożliwe. To nie Nailbomb.
- To co? No? Jak nie Nailbomb, to co?
- Sodom! - zawyrokowałem.
Wybuchnął śmiechem.
Gówniarz wlepiał wzrok w plakat upstrzony zielononomdłymi kropkami przedstawiający butlę niemieckiego syropu.

***

Zaplątałem się odrobinkę. Nigdy nie wypełniałem ankiety matrymonialnej.
Czego spodziewa się Pan/Pani po ewentualnym związku z wybranym partnerem?
Hm.
I co teraz?

***

Zawsze za wszelką cenę unikałem nieporozumień, unikałem skal prymitywnych. Albo dur albo moll.
Jechaliśmy siódemką ze stolicy do Gdańska, z kasety leciała muzyczka, jakieś holenderskie pierdolenie, pod nogami zgniecione puszki po Power Horse wydzwaniały chory rytm. Nad naszymi głowami sapał niż i oblepiał cały kraj wilgotną watą. Anioły latały powyżej linii chmur, przecinały korytarze powietrzne Lufthansy i ginęły w paszczy niebios. Czasem przez gąszcz szarości przebijały się słoneczne promienie, uderzały z impetem w glebę zaznaczając święte miejsca.
Endi był wyraźnie zmęczony Warszawą, miał czerwone oczy, mruczał coś pod nosem o pierdoleniu Wybrzeża (fakin Dancig) , aż w końcu walnął się na tylne siedzenie i zaczął chrapać.
Kilka kilometrów przed Elblągiem Simon-Peter zapytał, dlaczego Polacy nie wpadli na pomysł budowy dróg z dwoma pasami ruchu. Chciałem mówić coś o głębokim chaosie, inżynierii, entropii i uwarunkowaniach społeczno-historycznych.
- Aj don noł - uciąłem rozmowę - Nic mi nie przychodzi do głowy. Przestań palić, nie lubię tego.
Wzruszył ramionami.
- Chujen morgchen, chujen middach! - darły się głośniki w rytmie holland-disco. Schyliłem się i szukałem pod siedzeniem kolejnej puszki Power Horse. Nie było już żadnej. Simon-Peter puścił kierownicę, połknął kolejną aspirynę i wziął łyk pepsi. Rozłożyłem na kolanach plan Gdańska i stwierdziłem, że nie będzie łatwo.
- Hm, hm, hmhmhmhmmmm.
- Co? - rzucił Simon.
- Jedź i się nie zastanawiaj.
Przy drodze czaiły się asfaltowe placyki zasłane śmieciami i okupowane przez popękane bryły samochodów zwożonych z rajchu. Co kilka minut wyprzedzaliśmy wózek wypchany pięcioosobową rodziną i reklamówkowym bezguściem. Citroen cicho warczał i połykał kolejne kilometry.
- Co jest ciekawego w Gdańsku?
- Nie wiem - burknąłem.
- A powinieneś.
Oblizałem wargi, nic nie odpowiedziałem.
Endi nadał spał.
Zastanawiałem się, czy Simon koncentruje się na tylko prowadzeniu czy też ogląda oczami niewtajemniczonego powierzchowną egzotykę środkowoeuropejskich pól. Za oknami trwał ciągły proces przeistoczenia: porażająca liczba wioskowych badaczy ubranych w łachmany ze wzrokiem uparcie wbitym w ziemię ustępowała miejsca kilometrom kwadratowym przemoczonej gleby. Prześcieradła łąk wżerały się w rzadkie lasy, oazy przystanków autobusowych przygarniały przemoczonych ludzi.
Rozpoczął się regularny ostrzał: krople z furią uderzały w szyby. Wycieraczki leniwie rozmywały obraz świata, ostre krawędzie znaków i tablic rejestracyjnych stały się plamami akwareli. Brud spływał z pól ku rowom.
Nerwowo drapałem się po udach, pasy zaczęły mnie lekko uwierać, smród niedawno kupionej choinki dyndającej pod lusterkiem stawał się nieznośnie dokuczliwy. W ustach czułem resztki bułki z szynką, czekoladową odrobinę Marsa i krople Power Horse'a. Co za gówno.
Od czasu do czasu zerkałem w boczne lusterko. Nawyk. Potem spoglądałem na brud pod paznokciami. Też nawyk.
- Mam prowadzić? - zapytałem.
- Ile jeszcze kilometrów?
- Piętnaście... no, siedemnaście.
- Dzięki. Obejdzie się.
- Chujen morgchen, chujen middach! - wrzeszczały głośniki.
Odwróciłem się i wybuchnąłem śmiechem: Endi nadał miał czerwone oczy, gapił się przez okno, w prawej dłoni trzymał Power Horse'a, palcem wskazującym lewej dłubał w nosie.
- Dawaj.
Endi podał mi puszkę; pogryzłem tabletkę paracetamolu i szybko popiłem Power Horsem.
- Fakin połlend - rzucił.
- Jes, fakin połlend - zawył Simon-Peter - Chwalmy Panaaaaaaaaa!!!
Na planie znalazłem Długi Targ. Nareszcie.
Kiedy inny staje się obcym?

***

Czy planuje Pan/Pani mieć dzieci?
Czy ma Pan/Pani własny dom/mieszkanie?
Jeżeli budować, to domek jednorodzinny!
Gdzie te czasy, kiedy co zdolniejsze dzieci uciekały do Nowej Huty?
Sięgnąłem do kieszeni.

***

Świat od dawna lubował się w tenorach.
Dramaturgia sytuacji znajdowała odbicie w pogniecionych stronach gazet, urwanych rozmowach telefonicznych, nagłej zmianie charakteru pisma i trafnej prognozie pogody. Nieświadomie dążyłem do jawnego pogwałcenia zasad współżycia społecznego, próbowałem wyciągać listy z cudzych skrzynek za pomocą brzytwy lub łyżki stołowej. Frakcje, frakcje, podziały i lekkość tańca, zaraz potem kapiące krople i ogromne dziury w materii czasu, niewielkie procentowe udziały i przygotowanie do ról publicznych; już dawno nie zdarzyło mi się powiedzieć "o Matko Boska", co za ulga. Pomińmy skutki moich decyzji i zastanówmy się nad ich powodami: całe kwadranse gapiłem się na zegar dworca autobusowego, przejechałem się tramwajem do ronda i z powrotem, trzy razy w tą i we w tą poszedłem do sklepu odpowiednio po mleko, wodę mineralną i pierogi z serem. Z oczu znikała mi przerywana linia horyzontu; na pierwszym planie odbywały się tłuste uczty, polowania na grubego zwierza i próby generalne. Doceniłem w końcu wyjątkowy trud edukacji permanentnej, wróciłem do domu, zapomniałem zamknąć drzwi i usnąłem.
Życie niesie ze sobą wiele niespodzianek, okruchów, egzotycznych ingrediencji. Krzysztof Komeda szedł sobie przez Beverly Hills czy inne tam Honolulu, przewrócił się i umarł. Kupa śmiechu, ot co.

***

- Judas Priest!! Judas Priest!! - darł się.
- Zamknij się. Gówno mnie to w gruncie rzeczy obchodzi. Niech to nawet gra Deep Purple.
- Judas Priest!!
- Daj mi spokój.
Wsunałem opakowanie aspiryny do kieszeni, zgarnąłem resztę.
Teraz on schylił się ku okienku i rzekł z namaszczeniem:
- Paczkę paracetamolu proszę.
Gówniarz z papierową twarzą gapił się na półki pełne fiolek, pudełeczek, opakowań i testerów ciążowych.

***

Pani/Pana motto życiowe to:
Hm.
Najpierw pogryźć, potem popić.

***

Nie bójmy się rozczarowania cudzymi wypowiedziami i zachwytu nad własną niedoskonałością.
Należy bać się najlepszych sposobów i ostatecznego zaspokojenia głodu duchowego. Należy bać się nagłych zmian w obozowym życiu, zmniejszenia racji żywnościowych i przeglądania korespondencji. Należy bać się ograniczenia perspektywy, nieodpowiedniego używania kolorów, niewygodnej pętli na szyi, ciągłego ruchu, głupich oszustów, nieukształtowania, zbyt dużej swobody i mistycznych uniesień pijaków. Należy bać się zachowania plebsu doby przemian, wrzasku kapłanów, widowni młodzieżowej, ślepej desperacji i sensacji w studenckiej stołówce. Należy bać się grzesznego charakteru sztuki, malowanych pospiesznie twarzy ludzkich, lirycznych opisów życia codziennego i mentalnej kurateli. Należy bać się nagłej awarii elektryczności, czarnego luda w szafie i AIDS.
Nigdy nie chciałem zdrapywać plakatów ze ścian.
Chciałem tylko tyle, ile nie mogłem mieć.
Witam wszystkie panie, witam wszystkich panów.
Witam w aptece leków gotowych.

(1999, wieczór)



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 9 i 7 *:  
* - pola obowiązkowe.