[ 2002/12/10 ] W drodze, czyli dzień z życia Hulajnóżki, autor: Jasiek Roszkowski, kategoria: tekst



    "I realize that there are certain postures
    and angles that make people see red, which
    are evidence of original sin or something,
    and I avoid that. But it's difficult."
    Jock Sturges, fotograf

    Wszystkim księżniczkom, które kochałem.



W rozgwieżdżoną i ciepłą ostatnią noc maja Hulajnóżka postanowiła porzucić wreszcie stary dom.
Leżała w trawie wgapiona w niebo. Leżała plackiem, mierząc wzrokiem kosmos. "Najwyższy czas się stąd ruszyć", pomyślała i usiadła. Przeciągnęła się. Zrobiła mostek. "Porzucić wreszcie stary dom."
Mogła sobie na to pozwolić, albowiem nowy już na nią czekał, standardowo wyposażony, zbudowany w miejscu, w którym jej noga nigdy jeszcze nie postała.
Zarówno sam dom, jak jego otoczenie, najbliższe (ogród) i dalsze (???), miały dla niej stanowić zupełną niespodziankę.
Hulajnóżka czasem wyobrażała sobie jak tam będzie, owszem, czasem. Ale niezbyt często. "Cokolwiek wymyślę i tak okaże się, że jest inaczej. Jedyne, czego można być pewnym, to standardowe wyposażenie wnętrza i płacząca wierzba w ogrodzie."
Nie chciała oglądać żadnych planów, zdjęć, ani niczego takiego. Wysłuchiwać relacji świadków. Chciała mieć niespodziankę! Jedynym jej życzeniem dotyczącym nowego domu, conditio sine qua non, była ta wierzba.
Teraz, zaopatrzona w komplet kluczy i zaklejoną kopertę z adresem umieszczonym w środku, Hulajnóżka postanowiła wreszcie porzucić stary dom na dobre i wyruszyć w podróż.
W podróż bez mała na oślep, bez z góry wyznaczonego celu...
Zamierzała jechać tam, gdzie ją oczy poniosą, przeżyć mnóstwo przygód i, gdy już się zmęczy, gdy będzie już miała serdecznie dosyć życia w trasie, otworzyć kopertę, sprawdzić adres i, najszybszym z dostępnych środków lokomocji, udać się do swojego nowego domu.
I tam zamieszkać.
Na dobre.
Stary dom był już mocno poszarzały, a jego niebieskie okiennice utraciły dawny blask. W każdej chwili groził zawaleniem, choć, na pierwszy rzut oka, nie było tego widać. Kilka szpar w ścianach, kilka pęknięć w kształcie jakichś rzek być może, skala 1do n. Ze szpar wyrastały zielone pędy, w pęknięciach żyły szczypawki.
Stary, stary dom na skraju upadku.
Budzik zadzwonił punkt szósta.
Hulajnóżka obudziła się parę minut wcześniej. Leżała na plecach i gapiła się na sęki w nieheblowanych deskach, z których pewnego razu, na wszelki wypadek, zbudowała nad łóżkiem spadzisty daszek.
A sęki miały dorysowane czarną kredką powieki, rzęsy i źrenice i z góry patrzyły na nią.
Wymiana spojrzeń trwała do dzwonka.
Punkt szósta.
Hulajnóżka rzuciła budzikiem w ścianę "Już się nie przydasz ty... budziku!"
Płat tynku wielkości pizzy dla dwojga odpadł z sufitu i szurnął po spadzistym daszku na podłogę.
Budzik trafił do kąta. Pękła mu szybka i przestał tykać.
Hulajnóżka wstała z łóżka. Wykąpała się "Żegnaj moja wanno!" i ubrała swój ulubiony zestaw: ciemnozielony, ciut przyduży, męski podkoszulek, oliwkowe szorty, białe podkolanówki i tenisówki. Splotła włosy w 2 luźne warkoczyki. Zawiązała pod szyją czerwoną apaszkę.
Śniadanie: rogaliki, twarożek z rzodkiewkami oraz kakao.
Robiła sobie właśnie kanapki na drogę, gdy ze ściany spadła pusta szafka i roztrzaskała w drobny mak wszystkie talerze na suszarce.
Hak się wysunął, bo cement skruszał.
"Zdążę chyba ugotować na twardo kilka jajek, nim przywali kuchenkę."
Zdążyła. Spakowała do plecaka wszystkie rzeczy, które uznała za niezbędne, a także 4 rzeczy ewidentnie zbędne i niepraktyczne, lecz za to bardzo bliskie jej sercu: /1/ gumową foczkę, co ściśnięta piszczała i była najstarszą zachowaną zabawką Hulajnóżki, /2/ lnianą piknikową serwetkę w muchomory, bo przyjemnie kojarzyła się z wypadami nad jeziorko, lasem i łąką i ładną pogodą, /3/ spory kryształ, by, w chwili nudy, spoglądać przezeń na przykład w niebo i /4/ oprawiony w srebro ząb tygrysa ludojada - prezent od kogoś, kogo bardzo lubiła.
Plecak był niewielki, wojskowy i pochodził z demobilu.
Poprzedni właściciel plecaka pozostawił po wewnętrznej stronie swój czytelny podpis: MORTON BARTLETT.
Raz Hulajnóżka spotkała go we śnie. Później jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze. Stąd wiedziała, jak Morty (tak go nazywała) wygląda.
Wysoki, szczuplutki, skóra biała, niczym mleko, trochę piegów, nosek, odrobinę zadarty, oczy, lekko skośne, mocno zielone, duże, włosy rude, do ramion, falujące. I długie, długie palce.
Choć Morty był w zasadzie niewidzialny, Hulajnóżka, jeśli tylko miała na to ochotę, mogła go oglądać oczyma wyobraźni.
Hulajnóżka wyobrażała go sobie, często.
Że jest obok. Że stoi, że siedzi, że leży. Że się przemieszcza. Porusza z gracją. Że dla niej tańczy. Że tańczą razem. Że rozmawiają, dyskutują, nierzadko nawet, że się kłócą. Obrażają na siebie, przepraszają, godzą, itd.
Jak to przyjaciele.
Czasem zwracała się do Morty'ego na głos. Pytała o przeróżne rzeczy.
Na przykład: stawała przed lustrem w nowej sukience, przybierała pozy i pytała "Jak ci się podoba moja nowa sukienka? Jak ja ci się w niej podobam?"
Albo: stawała przed lustrem bez żadnej sukienki, przybierała pozy i pytała "Jak ci się podobam?"
Albo: wdrapywała się na wierzbę, by zawiesić własnej roboty domek dla ptaków i, wyjąwszy gwoździe z ust, pytała "Czy myślisz, że mogłabym być grotołazem... gdybym zechciała? No bo wiesz, nie lękam się ciemności ani nietoperzy, nie mam klajstrobobii... Ale z drugiej strony... Hm? Co ty na to?"
A Morty odpowiadał, zawsze szczerze.
Niekiedy, przed zaśnięciem, pozwalała mu odwiedzić się w łóżku.
Rankiem, pierwszego czerwca, Hulajnóżka wyszła z domu. Nie zamknęła za sobą drzwi na klucz, lecz przybiła do nich dużą kartkę z napisem UWAGA GROZI ZAWALENIEM.
Wycieraczka z napisem WITAMY została na swoim miejscu.
Hulajnóżka wyprowadziła z szopy swój błękitny błyszczący rower z przerzutką.
Drewniana furtka nie była zamknięta, wystarczyło popchnąć kołem.
Krótkie skrzypnięcie i "W drogę, stary, w drogę..." szum opon na drobnej stłuczce.
Po kilku kilometrach droga stłuczkowa krzyżowała się prostopadle z asfaltową szosą i biegła dalej, przez łąki, przez pola, by, po kolejnych kilku kilometrach, przemienić się nagle w niewygodną dla rowerów drogę piaszczystą.
Tam, gdzie szara asfaltowa wstęga nakładała się na biały pas stłuczki, dzieląc go na dwie części, tę po jednej stronie i tę po drugiej, tam Hulajnóżka skręciła w lewo...
Hulajnóżka skręciła w lewo na skrzyżowaniu.
Na asfalcie szosy szum opon ucichł.
Prędkość wzrosła.
Hulajnóżka starała się czym prędzej wymknąć poza znajome sobie okolice. Była ciekawa świata. Pragnęła poznawać nowe miejsca, doświadczać nowych doświadczeń. Tęskniła do świeżych, silnych wrażeń. Do sytuacji nieprzewidzianych i nieprzewidywalnych. Wierzyła w swą szczęśliwą gwiazdę. W razie rozterki na rozstajach dróg, zamierzała rzucać monetą...
Gdyby obie drogi wyglądały równie zachęcająco lub równie zniechęcająco, o wyborze decydować miał Ślepy Traf.
Pierwszego dnia zrobiła niezły kawał. Ze 100 kilometrów ze średnią prędkością 15 na godzinę. Zatrzymała się po drodze kilka razy, by napić się wody, przegryźć coś i odsapnąć.
Odstępy między kolejnymi postojami były coraz mniejsze.
Postój I: po jakichś 30 km., w rowie.
Po jakichś 30 kilometrach pedałowania Hulajnóżka, by nieco odpocząć, zjechała do rowu, zrobionego nie wiadomo po co wzdłuż szosy. Wyciągnęła się jak długa na porastającej zbocza zielonej trawce, przodem do szosy i słońca, podłożyła sobie plecak pod głowę i zamknęła oczy. "Przy najbliższej okazji trzeba będzie kupić okulary. Albo czapkę z daszkiem. Albo nie, lepiej jednak okulary."
Rów był akurat tak głęboki, że nogi miała wygodnie oparte na dnie a głowę na brzegu.
"Gdyby się nie spieszyło, możnaby tak leżeć godzinami i słuchać, jak jeżdżą samochody. Najpierw słychać warczenie, daleko, z lewej albo z prawej, potem się zbliża, głośniej, głośniej WRRRUUMMMM i coraz dalej, coraz ciszej, aż do zaniku. I znów, trochę inne warczenie, inny wóz, daleko, ale ten jedzie bardzo szybko, pędzi wprost, mknie i już, już... juuuż!"
Jeden z pojazdów zatrąbił podstępnie i przeraźliwie, przemykając obok Hulajnóżki, aż się zerwała na równe nogi, przestraszona, z sercem w gardle "O ja pierdolę..." Wypiła parę łyków wody "Czyżby pierwsze mocne wrażenie?" i pojechała dalej.
Postój kolejny: po ok. 25 km., na tycim ryneczku maleńkiego miasteczka SLURP.
Hulajnóżka kupiła sobie w budce loda pistacjowego w rożku, ale porcja okazała się tak mała, że zaraz dokupiła drugą.
"Ocho! Ależ łakoma dziewuszka, ciooo? A grzeczna była, ciooo? A będzie miała apetycik na obiadek? A nie przeziębi gardziołka? Ciooo?", chrypiał drobny zasuszony lodziarz w różowym kepi nakładając porcję mniejszą jeszcze od poprzedniej i wyłupiając na Hulajnóżkę przekrwione oczka.
"Jeśli spodziewa się, że zobaczy mnie po raz trzeci schyloną w tym okienku i że po raz trzeci będzie mógł mi zajrzeć w dekolt, to się grubo myli", pomyślała Hulajnóżka po zjedzeniu, choć owszem, miała chęć na jeszcze co najmniej jednego loda. Posiedziała chwilę na ławeczce, napiła się wody wprost ze starej pompy, dopełniła bidon i ruszyła w dalszą drogę.
Gdy była już dość daleko od SLURP, przypomniała sobie "Ojej! A okulary? No trudno. Mniejsza z okularami, teraz już nie warto po nie wracać. Poza tym i tak pewnie wszystkie byłyby na mnie za małe."
Postój III: po 20 km. Leśny bufet.
Po 20 kilometrach Hulajnóżka zobaczyła ustawiony na poboczu drogowskaz, pokazujący drewnianym paluchem drogę DO BUFETU.
"O, świetnie się składa. Sądząc po słońcu, to pora na jakiś konkretny posiłek. Podróżując w ten sposób spala się sporo kalorii, więc, żeby nie opaść z sił, trzeba wciąż uzupełniać. Wciąż uzupełniać, po trochu, żeby zanadto nie obciążać brzuszka, bo się wtedy jedzie gorzej jeszcze, niż o głodzie."
Zaraz za drogowskazem odbijała od szosy droga w las, krótka, ale za to wystarczająco szeroka, żeby, w razie czego, mogły się na niej minąć 2 samochody.
Bufet stał na polance, drewniany, podmurowany. Miał kryty gontem dach i wyglądał trochę jak wielka buda dla psa - olbrzyma, tylko, że otwór z przodu był kwadratowy, a nie okrągły.
Na lewo od otworu zafoliowany SPIS DAŃ przytwierdzono do ściany, format, z grubsza, A - 3.
Różnobarwne literki na białej kratkowanej kartce nieładnie flamastrami poustawiane w następującej kolejności:

S P I S D A Ń

DANIA: Hamburger, Buła z Parówką, Frytki, Pizza z Mięskiem,
Bez, Omlet z Groszkiem, Bez, Omlet z Grzybem, Bez,
Flaki z Olejem, Bez, Parówki z Wody, Paluszki Rybne,
Kaszanna z Cebulką, Udka w Opałach, Treściwa Zupa z Warzyw.
NAPOJE: Herbata na Gorąco, Herbata na Upał, Kawa, Lemoniada,
Cytroneta, Sok z Dziczyzny.
DESERY: Ciastko Pełną Gębą, Racuch, Szarotka, Sączek w Maśle.
COCKTAILE: Jogurt na Jagodach, Jogurt w Malinach, Jogurt na
Grzybach, Czarny z Mleka.

"Ale kulfony, jakby to mańkut prawą ręką pisał. I co za nazwy... Kaszanna... brrr... wstrząsające", pomyślała Hulajnóżka i powiedziała "Dzień dobry!"
W okienku pojawiła się półpostać młodzieńca w kitlu poplamionym ketchupem.
Plamy o dziwnie regularnych kształtach wyglądały na porobione umyślnie, niczym na reklamie proszku do prania.
- Dzieńdoberek. Czym mogę służyć?
- Czym się różni omlet bez grzyba od omletu bez groszku?
- Niczym. Który podać?
- Żaden. Paluszki rybne poproszę... I frytki.
- Gratuluję wyboru! Ketchup? Sól ziołowa czy zwykła?
- Ketchup. Ziołowa. I lemoniadę.
- Ze śmietanką?
- Lemoniadę ze śmietanką? Niech będzie z lodem.
- Żartowałem. Paluszki podam za chwilę. Coś jeszcze? Deser?
- Nnnnie, dziękuję, już jadłam. To wszystko.
- Mhm. Proszę gdzieś spocząć. Zawołam.
Hulajnóżka była jedynym klientem bufetu. Spoczęła przy stole zrobionym z połówki grubego pnia na ławeczce zrobionej z połówki pnia o mniejszej średnicy.
Na polance było pół tuzina stołów i 12 ławeczek, po dwie ławeczki przy każdym stole, położone wzdłuż, jedna z jednej strony, druga z drugiej.
Nim paluszki były gotowe, Hulajnóżka zdążyła rozprawić się z frytkami i lemoniadą.
Postój przedostatni: po 15 z górą km.
90 w sumie km. od swojego starego domu Hulajnóżka znowu musiała się zatrzymać, tym razem po to, żeby założyć łańcuch.
Spadł, gdy wspinała się na któreś z rzędu wybrzuszenie terenu.
Zbliżała się już do szczytu i nagle to się stało. Spodziewała się oporu, a tu luz w pedałach. Noga jakby wpadła w jakąś dziurę.
Jakby zapadła się w próżnię po prostu.
Hulajnóżka zacisnęła hamulce "!... ...!" i stanęła na ziemi. Oparła rower o betonowy słupek i wyciągnęła spod siodełka schludnie złożoną w trójkącik flanelową szmatkę w kratkę - "Wiedziałam, że się jeszcze kiedyś przydasz" - wyciętą ze starej koszuli, ujęła przez nią łańcuch i założyła jak należy tam, gdzie trzeba, nie brudząc sobie smarem rąk, po czym złożyła szmatkę i na powrót umieściła pod siodełkiem.
Zrobiła jedną ręką daszek nad oczami i rozejrzała się po okolicy.
Po jednej stronie szosy: rów, trawa, łaciate krowy pasły się na trawie posępnie podzwaniając łańcuchami.
"Muuu!" - zamuczała Hulajnóżka. "Mmmuuuuuu!"
A krowy nic.
"Osiem krów, ile to żołądków?"
Po drugiej stronie szosy: rów, pole czegoś, a po środku pola drzewo, prawie doskonale symetryczne, jakby zostało wycięte w złożonym na pół kawałku papieru, który później rozprostowano...
Jakby dwie pionowe połówki, lewą i prawą, odbito przez jeden i ten sam szablon.
Cień chmury powoli zsunął się po zboczu pagórka.
"I pole też łaciate... Ha, teraz będzie z górki! Z górki na pazurki i z wiatrem wprost w plecki!"
Hulajnóżka upiła haust wody z bidonu, sprawdziła, jak tam opony, przekonała się, że nie brak im powietrza, dosiadła roweru, zakręciła pedałami i pognała na złamanie karku w dół.
Ostatni postój tego dnia: po 10 km. Nocleg w wiatraku.
Odcinek łączący postój przedostatni z ostatnim postojem był długi na 10 tysięcy metrów (jeden miriametr), plus, minus 200.
Hulajnóżka zostawiała za plecami kolejne fałdy terenu, mniejsze, większe, jeden po drugim, jeden po drugim, jeden po drugim, jeden po drugim, aż się zdyszała "Uff! Doprawdy... te pagórki już się robią nudne. Na dół zjeżdża się tak szybko, że nie sposób odpocząć przed następnym podjazdem. W dodatku ten cholerny plecak zaczyna wpijać się i ciążyć", aż doszła do wniosku, że dość już przejechała jak na pierwszy dzień.
"Chyba już wystarczy pedałowania na dziś. Trzeba by się niezadługo gdzieś zatrzymać. Nie ma co się przemęczać tak zaraz na początku, bo jak mnie nóżki rozbolą, to jutro daleko nie zajadę. Albo jak pupa, to też niezadobrze."
Jechała i myślała o tym, że trzeba by gdzieś się zatrzymać, aż tu nagle spostrzegła wiatrak.
"O - o. Wiatrak!"
Wyglądał na nieużywany od dawien dawna. Brakowało mu śmigła.
"To może być ekstra miejsce na nocleg! Błagam... żeby tylko nie było zajęte..."
Zeskoczyła z roweru i w jednej chwili, pędem, obiegła wiatrak dookoła.
Obrzuciła obiekt pobieżnym spojrzeniem. Wyglądał staro, ale solidnie, trochę jak jakaś machina oblężnicza.
Potem rzuciła się po schodkach przyległych do ściany, skosem w górę, z łomotem, do wąskich drzwi zamkniętych z zewnątrz na zatyczkę i opatrzonych emaliowaną tabliczką OSTROŻNIE Z OGNIEM.
Zapukała, a tam głucha cisza, więc wyjęła zatyczkę i wkroczyła śmiało.
Przez otwarte drzwi wpadało wystarczająco dużo światła, żeby dobrze oświetlić pomieszczenie.
Nikogusieńko.
"Huraaaa! Niech żyję!" pomyślała Hulajnóżka i, podśpiewując sobie radośnie "...baaa lumba lum balum baa...", przystąpiła do uważnych oględzin.
Było jasne, że w wiatraku ktoś już kiedyś mieszkał.
Ktoś, kto pozostawił po sobie fotel na biegunach. Musiał go wnosić po kawałku i złożyć w środku, bo fotel był o wiele za szeroki, by dało się go w całości przepchnąć przez tak wąskie drzwi. Prócz fotela pozostawił także hamak, który, częściowo zrolowany, zwisał ze ściany zaczepiony jednym końcem na haku.
Nad hamakiem wisiała pusta ramka po jakimś obrazku lub fotografii, a obok, na zagiętym gwoździu, skakanka.
Wiatrakowe wnętrze było przeszyte grubym palem.
Z góry na dół.
Przez sam środek.
Na wylot.
W kącie szarzała sterta szmat.
Z bliska okazała się stertą starych worków, poharatanych, sparciałych i cuchnących myszami.
Coś się w niej ruszało.
"Na pewno gnieżdżą się tu całe hordy myszy. I dlatego ten ktoś wolał sypiać na hamaku, o, jest drugi hak, niż na podłodze. Bo nie chciał, żeby mu zakłócały sen, żeby mu w nocy biegały po twarzy. Pętały się we włosach. Harcowały pod kocem, myszkowały w śpiworze, bądź na inne sposoby dawały się we znaki. I wolał fotel bujany od zwykłego nie dlatego wcale, że był marynarzem, co niedawno zszedł na ląd i musiał się dużo huśtać, bo inaczej ogarniała go tęsknota za morzem i złe samopoczucie, lecz dlatego, że na fotel bujany myszom trudniej jest się wdrapać. Szczególnie wtedy, gdy ktoś się na nim buja... A skakanka? Skakanka... Skakanka... Wiem! Gdy go już, mimo wszystko, jakimś sposobem oblazły, skakał, by je z siebie postrząsać! No nie, bez przesady. Do takiego skakania... A może był bokserem? Bokserem albo... albo dziewczynką. Oczywiście! To na pewno była dziewczynka!" - ucieszyła się Hulajnóżka i jęła wypróbowywać skakankę. Przeskoczyła ją kilkanaście razy bez skuchy, ale podłoga zaczęła tak rozpaczliwie trzeszczeć a kupą worków zaczęły miotać tak rozpaczliwe konwulsje, że Hulajnóżka poczuła się speszona i wyszła kontynuować próby na dworze.
Skakała na lewej, na prawej i nogi na krzyż, do przodu, do tyłu i ręce na krzyż.
Na lewej, do tyłu i ręce na krzyż!
Ręce na krzyż, nogi na krzyż i do przodu!
Lajkonikiem!
Skakanka spisywała się znakomicie, ale Hulajnóżka, po podróży, bliska była wyczerpania, więc stosunkowo krótko sobie poskakała, bo tylko parę chwil.
Potem, przez dłuższy czas, tarabaniła się z rowerem na górę. Schody były wąziutkie, podest przed drzwiami też, więc się porządnie przy tym zmachała. W pewnym momencie mało brakowało, a musiałaby się tarabanić jeszcze raz, gdyż zbytnio zaufała wytrzymałości barierki, a ta zrobiła TRACH!
"Jasny gwint! Katastrofa była o włos!"
Ustawiła rower pod ścianą i usiadła na fotelu, ażeby uspokoić skołatane serce.
"Zip zip zip... ledwie zipię po tym wszystkim!"
Drzwi zostawiła otwarte na oścież, bo chciała nałapać świeżego powietrza na noc.
Usiadła na fotelu i siedziała, bez ruchu, z ręką na sercu, aż poczuła, że się uspokoiło.
Aż poczuła, że działa w zwykłym rytmie...
Że już nie kołacze, tylko zwyczajnie bije.
Wtedy fakt posiadania biegunów przez fotel, na którym siedzi bez ruchu, dotarł do niej z nową siłą.
Wtedy zaczęła się bujać.
"Tik tak tik tak tik tak... jestem Wielkim Wahadłem... tik tak tik tak... jak przestanę się wahać... tik tak tik tak... to natychmiast nastąpi... tik tak tik tak... koniec świata... tik tak tik... Tik... I co? Nie następuje. ... ... ... No i dobrze. Dopiero by było...", pomyślała Hulajnóżka. Zeskoczyła z fotela, a on, poruszony gwałtownym ruchem, zdołał zrobić jeszcze z 15 tiktaków, nim wreszcie zamarł, bezradny.
Wieszała właśnie rower za ramę na haku od hamaka "Żeby mi te przebrzydłe myszyska nie powyżerały dziur w oponach", gdy wtem usłyszała cichutkie cykanie.
Calutka zamieniła się w słuch.
Odgłos dochodził niechybnie spod podłogi!
"A niech to! Czyżby prześladował mnie duch budzika?"
Podkradła się na paluszkach, przyklękła i przyłożyła ucho do deski.
Seria, przerwa, krótsza seria, dłuższa przerwa, dłuższa seria, moment przerwy...
"To musi być jakiś robak. Albo drewno tak robi pod wpływem bo się temperatura zmienia. Ale aż tak to się chyba nie zmienia, poczuła bym przecież... Więc robak. Kornik lub skorek. Ewentualnie krocionóg drewniak."
Uspokojona wstała z klęczek. Rozplątała i rozwiesiła hamak, po czym wyszła z plecakiem na podest, aby tam spożyć ostatni tego dnia posiłek...
Ostatni posiłek pierwszego dnia podróży.
Wyjęła zapasy z plastikowej torby i rozłożyla na lnianej serwetce: 6 kanapek, 4 jajka na twardo, garść rzodkiewek i ogórka. Miała też małą solniczkę w kształcie grzybka i składany nóż do tego.
Połowę zapasów odłożyła na rano, połowę zjadła ze smakiem.
Ta druga połowa była trochę większa, bo Hulajnóżka wolała zjeść wszystkie rzodkiewki od razu i nie zostawiać ani jednej na potem.
Po kolacji posiedziała jeszcze parę minut na brzegu podestu, pomajtała nogami dla rozluźnienia mięśni w łydkach i wróciła do wiatraka, by, choć na dworze było jeszcze całkiem jasno, położyć się spać.
Myszy w kupie worków nie dawały znaku życia.
Robak pod podłogą też nie dawał.
Czasem tylko jęknęła przydepnięta deska.
Poza tym cisza jak makiem zasiał.
Hulajnóżka umieściła plecak w bezpiecznym miejscu na wolnym (nie zajętym przez rower) haku, zatęskniła za wanną, przemyła buzię wodą z bidonu, wyszorowała zęby szczoteczką i zaczęła układać się do snu.
Nienawykła do hamaków, starała się ustalić najmniej niewygodną pozycję. Próbowała przeróżnych skomplikowanych układów. Kręciła się, wierciła, o mało co nie zleciała.
"Nie, nie, nie. Nie ma mowy. Za nic nie uda mi się na tym zasnąć. Zaraz złażę na podłogę, bo inaczej nie zmrużę oka i jutro będę leniwcem. Już lepsze myszy niż...", pomyślała i już spała.
Zmęczona, dotleniona, zapadła się w sen jak kamyk w mąkę.
Śniło jej się, że jest sową, że pohukując fruwa wokół płonącego wiatraka i poluje na myszy.
Zbudziła się nieco po świcie.
"Ojej, ale paskudny miałam sen. Jeszcze mi się w głowie kręci od tego latania w kółko. Ojejej. Ciekawe, co też Morty porabia w czasie, gdy powinien strzec mnie od koszmarów. Co?" - zapytała Hulajnóżka i wyobraziła sobie Morty'ego, by móc usłyszeć odpowiedź.
Tym razem pojawił się ubrany w lśniący zielony skafander, jednoczęściowy i obcisły. Miał do niego poprzyczepiane różne elektroniczne gadżety migające kolorowymi diodami i wyświetlające na ekranikach dziwne figury.
- Witaj z rana! Ładny dzionek się zapowiada! Zobacz, jakie kałuże światła na podłodze, spójrz, jak słońce prześwieca przez dziury i nieszczelności w ścianach, jakie tryliony pyłków lekkich jak... jak piórka promienie wydobywają z mroku... a ty to wszystko wdychasz i...
- Jak piórka? No co ty? Powiedz lepiej, jak się noszą kobiety na tej planecie, na której spędziłeś noc, bo jak faceci, to widzę.
- Tak samo, tylko że na żółto. W ten sposób łatwiej jest odróżnić... Przykro mi z powodu twoich koszmarów o lataniu w kółko.
- Och, nie przypominaj mi nawet!
- No właśnie, przykro mi, ale wiesz, że niewiele mogę w takich sytuacjach poradzić. Gdyby to ode mnie zależało, z miłą chęcią śniłbym ci się co noc.
- Ale by było fajnie, co nie? Bo zobacz, gdybyś był w moim śnie drugą sową, to znaczy gdybyśmy byli parą sów, to pewnie nie chciałoby mi się łowić tych biednych myszek, wtedy jak ty byś był i...
- A nie mogłaś po prostu machnąć skrzydłem na te biedne myszki i gdzieś sobie polecieć?
- Nie wiem, może i mogłam, ale jakoś mi to nie przyszło do głowy. Może byłam bardzo głodna, albo miałam małe do wykarmienia. Nie pamiętam... Jak myślisz? Czy zwierzęta miewają lęk wysokości? Czy na przykład ptaki nieloty by miały lęk wysokości, jakby je postawić nad przepaścią? Takiego strusia albo kiwi? No dobrze, dość tego wylegiwania.
Hulajnóżka wyplątała swe dolne kończyny z linek hamakowej siatki i stanęła na podłodze. Spojrzała po sobie krytycznym okiem - wszędzie miała pełno śladów i odcisków. "Nigdy więcej spania na hamakach", postanowiła. "Wyglądam, jakby mnie ktoś przez całą noc trzymał w sieci na ryby. Albo w związaniu..."
Nim się wyniosła, wyjęła z plecaka piórniczek i czarną kredką wykonała w ramce na ścianie rysunek uśmiechniętej mordki, oraz napis BYŁAM TU HULAJNÓŻKA.

 

 

"It takes a will and a lot of heart.
Just a little skill, a place to start.
Now add a dream, and we'll make it happen
For every girl who asks for courage all her own."
"Growing Strong" by Melinda Caroll For Girl Scouts of the U.S.A.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 7 i 7 *:  
* - pola obowiązkowe.