Wioska, w przeciwieństwie do miasta, leżała nad brzegiem jeziora. Miasto, pomijając oczywiste skojarzenia, nie leżało z dala od jeziora, lecz pod nim. Na samym środku mulistego dna. W dni ciemne, mokre i pochmurne, kiedy kożuch mgły pełzał bezcelowo tam i z powrotem po mlecznobiałej tafli wody, dawał się słyszeć dźwięk dzwonu. Dobrze słyszalny na brzegu, ogłuszający na środku jeziora. Wioska walczyła z drogą szybkiego ruchu przecinającą ja na dwie połowy, coraz głębiej i boleśniej .Droga dochodziła teraz do samego piaszczystego brzegu, a nieostrożni kierowcy, uciekający od olbrzymich, kudłatych miast majaczących na wibrującym horyzoncie zdarzeń, mijali wioskę i bezwiednie topili się w jeziorze. Dzwon odpowiadał im tępym dudnieniem. Nie miało to większego znaczenia. Wioska i tak miała niedługo zniknąć , pożarta przez szeroki asfaltowy pas i dźwiękoszczelne pobocze, odbijające metaliczny pogłos spiżowego serca. Jezioro nikogo nie miało już ściągnąć szarymi falami z mokrej nawierzchni.
Miasto...
Miasta w ogóle nie było, dzwon słychać było z Ożartowa po drugiej stronie jeziora. Po wodzie głos dobrze niesie. Kierowcy topili się po zakręt był do dupy zaprojektowany, a widoczności z powodu mgły praktycznie w ogóle nie było.
A dlaczego idioci, dobra, idiotka, dobra idiotka, Lenka, śpiewali, śpiewała znaczy się. Codziennie na brzegu jeziora twarzą w kierunku środka, centrum. A pozostali, którzy już tam byli, jej odpowiadali. Zostawili ją za sobą, ptasią, na wielkim omszałym głazie, przykucniętą, zanoszącą się swoim trelem w kierunku dna, czy też Ożartowa.
Historia jest stosunkowo prosta.
Pewnego razu kierowca pokonując zakręt w mlecznobiałej mgle nie zauważył znaku skrętu, usłyszał dzwon dobiegający ze środka jeziora, zdziwiony rozbił resztki betonowego murku, którego nikomu już nie chciało się naprawiać, spadł ze stromej piaszczystej skarpy i utopił się w jeziorze. Halogeny wyłuskały masywne czarne kontury schodów przyczajone na głębokości parunastu metrów w samym środku ciemności, które zaraz zniknęły w kłębach mułu wyrzuconego kolumnami w stronę migoczącej powierzchni. Kierowca siedział zdumiony na siedzeniu obitym kosztowną imitacją skóry przez kilka długich jak zawał serca sekund. Po czym szarpnął za klamkę swoich drzwi. Strumień wody rzucił nim o tapicerkę, siarczyście przywalił czołem w ekskluzywny zestaw stereo na pięć płyt CD. Spojrzał melancholijnie za ostatnią banieczką powietrza unoszącą się z jego eksplodujących bólem płuc. I wypłynął z niejakim żalem na powierzchnię. Miał trzydzieści lat, dobrą pracę, fajną płacę, ładną dziewczynę, nowoczesne mieszkanie, i dużo miejsca na dzieci. Nazywał się Andrzej.
Stał przez chwilę na brzegu, patrząc na bąbelki wypływające z miejsca gdzie przed chwila zatonął jego samochód. Pod jego stopami zdążyła utworzyć się już błotnista kałuża. Jeden z jego adidasów został na dnie parę metrów od samochodu, z portfela wypłynęły karty kredytowe. Andrzej był zbyt zdziwiony, żeby krzyczeć lub rozpaczać, pocierał rytmicznie wierzchem dłoni swędzący nos, stwierdzając, że pomimo chłodu ciągnącego od jeziora wcale nie jest mu zimno. Usłyszał bicie dzwonu, spotęgowane przez otaczające go opary mgły. Poczuł się jakby ktoś miażdżył jego bębenki w dziadku od orzechów. Dobra, po prostu było ogłuszające, takie naprawdę bardzo głośne. Rozejrzał się mrużąc oczy, gdyż krótkowidzem był notorycznym, a szkła korekcyjne zatopione w modnych w tym sezonie oprawkach dryfowały cierpliwie w stronę tylniej szyby samochodu. Nic ciekawego nie dostrzegł, mgła pokrywała wszystko powyżej paru metrów, szczelnie i dyskretnie. Spojrzał z niesmakiem na swoje stopy, jedną w ociekającym adidasie, drugą w przemoczonej skarpetce, tkwiące po kostki w piaszczystym nabrzeżu. I ruszył przed siebie, w kierunku w którym powinna znajdować się droga.
Szedł od dłuższego czasu , coraz bardziej zły, zataczając po omacku koła i klucząc bez określonego kierunku. Skarpa była zbyt stroma aby się na nią wspiąć i ciągnęła się jeszcze daleko we mgle, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Andrzej dreptał wzdłuż niej coraz bardziej zmęczony. Z góry słyszał od czasu do czasu stłumiony dźwięk motoru. Spróbował wspinaczki po stromym zboczu, sturlał się na dół i rozdarł sobie koszulę na plecach. Poczuł się bardzo źle. Wstał i poszedł dalej.
Trafił do wioski nad brzegiem jeziora. Ogarnął swoim wilgotnym spojrzeniem parę domów osuwających się w kierunku szarej wody, chwytających próchniejącymi parkanami nabrzeża smukłej, błyszczącej drogi szybkiego ruchu. Mgła łączyła szare niebo i szarą wodę w jedną szarą całość. Podmuchy wiatru lekko popychały wilgotne obłoczki raz w lewo, raz prawo, tak że i domy, i horyzont, i szosa zdawały się kołysać i wibrować. Andrzejowi, który stał i je oglądał, zrobiło się niedobrze, więc zwymiotował dwoma hamburgerami i sałatką, które zjadł godzinę wcześniej w przydrożnym barze. Zażenowany otarł usta i dyskretnie się rozejrzał, sprawdzając czy nikt go nie widział. Jego wzrok napotkała Lenka, siedząca na wielkim omszałym głazie dwa metry od niego. Andrzej cofnął się pod szaloną siłą spojrzenia wielkich zielonych oczu, starając zasłonić sobą wymiociny. Oczy miała fenomenalne, przy takich oczach samotna afganka którą oglądał na World Press Photo mogła się schować. Zielony blask fosforyzujących wrzecion tęczówek wychodził poza powieki i brwi, snuł się po całej twarzy Lenki, nadając jej wyraz refleksyjny i melancholijny. Trwali tak przez cichą hipnotyczną chwilę, on stał, ona nie słucha, aż wreszcie Andrzej uznał za stosowne coś powiedzieć.
- Miałem wypadek - spojrzał na tęczową breję wsiąkającą w piasek - to...jest chyba szok pourazowy. Być może mam wstrząs mózgu.
Lenka siedziała w milczeniu kołysząc się do przodu i do tyłu, i znowu do przodu.
- Czy mogłabyś...by Pani wskazać mi drogę do ...
Zastanowił się do czego chciałby mieć wskazaną drogę.
-...może komisariatu. Albo Pogotowia.
Lenka uśmiechnęła się i odpowiedziała.
- Oczywiście. Najbliższy posterunek jest w Ożartowie, szpital również. Tutaj jest tylko hotel i bar.
Wskazała ręką w stronę znikających we mgle budynków. Andrzej odpowiedział:
- Dziękuję...
Ale przerwała mu swoim trelem, wibrującym nie do zniesienia, szaleńczym nie do wytrzymania. Rzucała tym śpiewem o fale jeziora, uderzając z gniewem rękami o powierzchnię głazu. Choroba duszy tryskała jadowicie zielonym wściekłym blaskiem z gorejących oczodołów. Andrzej stał przez chwilę obserwując, po czym obrócił się i ruszył w stronę wioski. Za jego plecami z dna jeziora wypłynęły na powierzchnię głębokie męskie chorałowe tony, połączyły się w trafną polifonię z głosem Lenki. Nie zwrócił na to uwagi, myśląc czy faktycznie może mieć wstrząs mózgu.
Bar był niegdyś mleczny, mlecznobiały. Potem ktoś pociągnął ściany kiepską zieloną farbą, która teraz odpadała wielkim płatami pokazując brudny szary tynk. Szklana witryna ciągnęła się przez całą długość budynku. Andrzej próbował zajrzeć przez nią do środka, lecz całe wnętrze było szczelnie zasłonięte czarnymi kotarami. Drzwi nie zaskrzypiały kiedy pociągnął za pokrytą kropelkami wody klamkę. Stanął na progu i przez chwilę się rozglądał, zanim jego wzrok nie przywykł do panującego w środku półmroku. Sala to był po prostu banał, schemat wytarty piórami pisarzy na przestrzeni dziejów. Parę stolików przykrytych brudną kraciastą ceratą, skręcone artretyzmem starości krzesła, szklana lada na przeciwległym końcu pomieszczenia. W takich wnętrzach palono papierosy ze smakiem lub na chybcika. W takich salach samotni bohaterowie na oczach pięknych kobiet dostawali kastetem lub nożem. W takich barach pod stołami rozlewano wódkę, na stołach rozlewano piwo, rozmowy prowadzone półgłosem wikłały się jak wstążki tytoniowego dymu. Innymi słowy: dużo stylowej, czarno-białej atmosfery która dawno odeszła, zamykając za sobą starannie naoliwione drzwi. W najciemniejszym kacie Andrzej zauważył ognik papierosa.
- Pan sobie życzy.
Kawałek cienia oderwał się od ściany i sformował w krępą, pulchną kobietę. Olbrzymi biust rozsadzał materiał flanelowego fartucha, małe grubiutkie rączki drgały delikatnie, komicznie splecione z wyraźnym wysiłkiem na brzuchu. Oczy błyskały nieufnie i przenikliwie tuż nad mięsistym noskiem.
- Miałem wypadek. Właściwie cudem się uratowałem. - wskazał palcem na ścianę po prawej, chociaż nie miał pojęcia, czy jego samochód nie zatonął dokładnie z przeciwnej strony.
- Samochód wpadł na zakręcie w poślizg, ześlizgnął się z pasa, chociaż robiłem tak jak mnie uczyli na kursie...to znaczy nic nie robiłem. Bo instruktor mówił mi, że jak zacznę kręcić kierownicą w złą stronę, to stracę panowanie nad pojazdem. A przecież i tak straciłem. - Andrzej ścisnął galopujące czoło łokciami. - tak czy inaczej, mój samochód wpadł do jeziora...mnie udało się wypłynąć. Gdyby ktoś mógł podwieźć na posterunek, to może...
Zamilkł, gdyż nie miał pojęcia, w czym mogłoby to pomóc. Nie zastanawiał się nad tym przedtem. Wydawało mu się logicznym, iż ludzie którzy mieli kłopoty jechali na posterunek, gdzie wszystkie ich troski znikały niczym poranny kac.
- Ja chromolę, następny.- zachichotał ognik papierosa - jest koło Nowego Jorku taka wyspa, cała ze śmieci. Niedługo usypiecie nam tutaj taką drugą, z wraków samochodów. Ludzie będą przyjeżdżać i robić sobie zdjęcia. Co to był za wóz?
- Proszę?
- Wóz, który miał pan przyjemność utopić.
- Ford Escort , trzyletni, czarny metalik - z zadowoleniem wyrecytował Andrzej, po czym przypomniał sobie z przykrością że już go nie ma.
- Cholera, szkoda go. Gdyby go szybko wyciągnąć... ale dno kamieniste, nie da rady nawet ciągnikiem.
- Ty weź Zyguś nie kombinuj - odezwała się kobieta zza baru - samochód nie twój, a ty byś już interesy robił. Do pracy się weź, nierobie.
- A wiecie matka - ożywił się ze swojego końca Zyguś - Józef opowiadał, że tuż obok schodów stoi nowiutkie Porsche.
- A to skąd niby wie?
- Wie bo nurkował ze skafandrem.
- Józef gówno się zna. Samochody odróżnia po kolorach. Specjalista z koziej rzyci się znalazł.
- Przepraszam - odchrząknął Andrzej - ale miałem wypadek i ...
- Pokój trzynaście na pierwszym piętrze. Chyba że ma pan pieniądze.
- Mam, ale...
- No to dam pana do siódemki bo tam standard wyższy i mniej śmierdzi. Płatne z góry.
- Ale...
- Poczta przyjeżdża jutro wieczorem i jedzie od razu do Ożartowa, to jest ze trzydzieści kilometrów naokoło. W poprzek byłoby pięć, ale nikt nie pływa w poprzek.
- Dlaczego? - dziwił się Andrzej.
- A pan lubi jak panu w domu ktoś po dachu pływa?
Z kąta Zyguś parsknął śmiechem i zaciągnął się papierosem. Andrzej uśmiechnął się niepewnie.
- Dojedzie pan zrazem z pocztą do Ożartowa, a tam jest posterunek, i autobusy chodzą, i w ogóle metropolia. A do jutra przenocuje pan u mnie.
Andrzej poczuł zmęczenie rozpuszczające się w krwiobiegu, rozlewające po całym ciele błogie znieczulenie. Cały pokój zawirował i był zmuszony oprzeć się o ścianę.
- Przepraszam, ma pani coś do picia?
- Wódkę, wino, piwo?
Andrzej wychodził ostrożnie po stromych betonowych schodach bez poręczy. Na drugim piętrze spojrzał mimowolnie poza obrośniętą grzybem krawędź i teraz znów kręciło mu się w głowie. Znalazł swój pokój na poddaszu, tuż obok śmierdzącej szczynami minionego rocznika ubikacji. Przez chwilę chciał zejść na dół i poprosić o inny pokój, ale na wspomnienie schodów odwrócił się i otworzył drzwi.
Pokój był czysty, kwadratowy i jasny, wypełniony kłębuszkami białej mgły, która wdzierała się przez na wpół uchylone okno. Piwo w jego żołądku targnęło się niespokojnie i przemknęło chyżo wzdłuż przewodu pokarmowego, na samej górze rozmyśliło się i godnie spłynęło z powrotem na dół. Andrzej zrobił trzy kroki, padł na łóżko i stracił przytomność. W ostatniej chwili swojej mokrej pomroczności pomyślał, że pościel jest wilgotna i mogą w niej być pluskwy, lub, co gorsza, karaluchy. Było mu to doskonale obojętne.
Kiedy się obudził było jeszcze jasno, ale subtelna zmiana kąta padania światła wskazywała na co najmniej kilkugodzinny interwał. Powoli usiadł na łóżku stwierdzając z obrzydzeniem, że teraz z kolei jego ubranie stało się wilgotne. Przez okno zobaczył piaszczysty brzeg jeziora, chwilowo widoczny pomimo mgły, skraj sosnowego lasu i głaz, na którym, chyba? Może nie? Siedziała Lenka. Za jego plecami otwarły się drzwi i do pokoju wtargnęła tłusta gospodyni z sporym naręczem szarawej ze starości pościeli.
- Nie śpi Pan? No to zmieniamy.
Jednym ruchem zdarła poszewkę z kołdry i powlekła ją z powrotem. Andrzej zauważył, że na pościeli zaczynają się robić wilgotne plamy w zetknięciu z materacem. Skórę gospodyni pokrywały też kropelki poty, może rosy. Wszystko parowało i nasiąkało pożerając bez ustanku ciągle ten sam własny wilgotny ogon.
- No to kawałek pan u nas zostanie. Ładna okolica, Pan zobaczy. Można przyjechać z żoną na weekend. Albo bez żony.
Otwarła okno, spojrzała w stronę lenkowego głazu i zdegustowana zatrzasnęła drewniane okiennice.
- A, ta znowu... - zwróciła się bezpośrednio do Andrzeja tonem niezobowiązująco konwersacyjnym - rozmawiał pan z nią?
Andrzej, który wciąż myślał o Lence, odpowiedział:
- Tak, miałem przyjemność...
- Proszę z nią nie rozmawiać - ucięła kategorycznie - to wariatka. Fiubździu.
Andrzej wciąż myślał o Lence i jej fosforyzujących kocich oczach.
- No to ja pójdę. Gdyby czegoś trzeba było, to zejść na dół. Obiad o wpół do czwartej.
Andrzej spojrzał na zegarek i przekonał się , że nadal stoi, a ponadto cyferblat zarósł kożuszkiem pary. Jednak wciąż działało szafirowe światełko. Nieco podniesiony na duchu zbiegł schodami, nie patrząc w dół, i wybiegł na zewnątrz.
Chciał znaleźć kamień na którym siedziała Lenka, toczony wewnętrznym niepokojem fosforyzujących oczu. Szybko doszedł do wniosku, że właściwie nie jest w stanie wskazać poprawnego kierunku. Wszystko powyżej dwudziestu metrów ponownie przysłoniła mgła. Ruszył wzdłuż brzegu w lewo, gdyż idąc od miejsca wypadku miał jezioro po lewej ręce, przynajmniej tak zapamiętał. Niewygodnie mu się szło w jednym bucie więc go zdjął i niósł w ręce. Z przyjemnością poczuł ziarenka mokrego piasku między palcami. Zastanowił się jakby to było chodzić do pracy boso i dlaczego jeszcze nigdy tego nie spróbował. Przypomniał sobie jednak, że pozycja którą udało mu się osiągnąć w firmie nakładała określone wymogi co do sposobu ubierania i zachowywania się. Kiedy po paru minutach nie napotkał ani Lenki, ani głazu, stwierdził że poszedł w złym kierunku. Już miał zawrócić, gdy na granicy mgły zamigotała mu niewyraźnie ludzka sylwetka, stojąca jak mu się zdawało, po pas w jeziorze. Kiedy się zbliżył zauważył, że tą postacią jest niewiarygodnie chudy i kościsty starzec ubrany w nieco komiczny jednoczęściowy kostium pływacki. Andrzejowi taki kostium luźno kojarzył się z czarno-białymi pocztówkami znad morza , które kiedyś pokazywała mu nieprzydatna babcia. Kostium szczelnie zakrywał jego kościstą talie i sterczące ramiona. Stał parę metrów od brzegu gdzie woda sięgała mu już do połowy ud. Wpatrywał się w mętną wodę rozgarniając ją pieszczotliwie rękami. Podmuchy wiatru niezdecydowanie targały mu imponującą białą brodę i rozczochrane włosy. Andrzej nie wiedział jak się zachować więc chrząknął nieznacznie. Jego chrząknięcie utonęło w dźwięku dzwonu, który w tym samym momencie wydarł się z jeziora i kolebiąc na boki rozprysnął na plaży. Starzec znieruchomiał, jego ręce zastygły na powierzchni wody, nawet wiatr urwał w pół słowa. Andrzej tym razem odkaszlnął.
Starzec gwałtownie się obrócił i zauważył Andrzeja. Ruszył do brzegu tnąc wodę czaplimi nogami, aż z mozołem wydostał się na brzeg, mrucząc cały czas pod nosem:
- Wspaniałe, fenomenalne...
Minął Andrzeja i zbliżył się do na wpół zakopanego w piasku przedmiotu, którego Andrzej nie zauważył, a który okazał się być małym przenośnym magnetofonem. Wyłączył przycisk nagrywania i zwrócił się do Andrzeja:
- Niesamowite...nie sądzi Pan?
- Dzwon? - Andrzej obrócił w myślach niezwykłość dzwonu z jeziora na wszystkie strony i stwierdził, że nie ma się czym podniecać - taki...głośny i wyraźny.
- Dokładnie! Głośno! Wyraźnie!- rozpromienił się profesor. - Fenomen akustyczny, niespotykany na taką skalę, co najlepsze, stworzony przez naturę.
Odwrócił się i wyciągnął rękę:
- Pan wybaczy, nie przedstawiłem się. Nazywam się profesor Janusz, to znaczy tak mówią na mnie przyjaciele. Janusz w zupełności wystarcza. Jestem fizykiem, specjalistą od eksperymentów akustycznych. Zjechałem pół świat, ale czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. Zniewalające...
Andrzej potrząsnął wyciągniętą dłonią.
- Andrzej, specjalista od konsultingu, bardzo mi miło. Pan wybacz, ale w szkole z fizyki miałem same dwójki ha,ha,ha.
Starzec odwrócił się w stronę jeziora gestykulując:
- Natura zjawiska nie jest mi jeszcze dobrze znana, przynajmniej nie do końca, ale jak pan zauważył - wskazał cos we mgle - ciepłe prądy - kolisty ruch dłoni - a raczej mgła którą powodują - zakręcił młynka pięściami - zamiast tłumić rezonuje - zatrzepotał palcami -ale ja sadzę że to wiatr - wzruszył ramionami - zresztą nie wiem. Ale się dowiem.
- - Mnie z kolei zmusiły do pobytu tutaj okoliczności losu. - pochwalił się Andrzej - Miałem wypadek mianowicie. Samochodowy - zaznaczył - fatalny skręt, źle wykręciłem, i wyobrazi pan sobie, cały samochód...
- Tak, tak... - wymamrotał pod nosem starzec, wyraźnie tracąc zainteresowanie.
Usiadł na piasku i w milczeniu patrzył na jezioro. Z jeziora zresztą wykluł się męski śpiew chorałowy, potrącił Andrzeja i oparł się zmęczony na profesorze. Profesor z szybkością zadziwiającą w jego wieku puścił się pędem w dół skarpy, fenomenalnym nomen omen susem wskoczył do jeziora. Rozgarniając wodę rękami dotarł do miejsca gdzie woda sięgała mu do piersi i tak zastygł, z jednym uchem przy nieruchomej tafli. Andrzej zauważył, że zapomniał włączyć magnetofonu, więc nachylił się nad nim żeby nacisnąć przycisk nagrywania. Ze zdumieniem spostrzegł, że kieszeń na kasety jest pusta, więcej, że magnetofon składa się wyłącznie z obudowy, magnetofon-atrapa, magnetofon-skorupa. Popatrzył za starcem, który nadal tkwił w wodzie, po czym wycofał się ostrożnie.
Dreptał wąską piaszczystą ścieżką wzdłuż skraju lasu. Z prawej strony rozrosły się egoistycznie bujne i gęste krzaki malin, zachodząc na ścieżkę kolczastymi kłączami. Andrzej raz po raz następował na kolczasty pęd i wykonywał quasi-żabi skok, trzymając się za obolałą stopę. Gałązki chyliły się ku ziemi pod ciężarem owoców i jego twarz lepiła się malinowym sokiem. Kiedy nieostrożnie trącał gałązkę nad głową spadał na niego deszcz rosy gromadzącej się na zielonych włochatych liściach. Koszula lepiła mu się do pleców, a mgła zalegająca dookoła zamykała go w pęcherzyku powietrza, izolując od wszystkiego co głośne i niepotrzebne.
Wydawało mu się, że wraca z powrotem do wioski, okrężną drogą tym razem. Nie chciał ponownie spotkać ekscentrycznego profesora, podejrzewał, że był nieco nienormalny. Aura aberracji psychicznych znacznie przerastała Andrzeja, nie za dobrze sobie radził z rzeczami których nie obejmował jego staż zawodowy i program studiów. Jego koledzy z pracy prezentowali swoim ubiorem i subtelnymi gestami zdrową męską rywalizacje, opartą na krzepkich fundamentach przynależności do kombinatu. Nikt nie chodził po dnie jeziora słuchając zawodzenia wiatru, może poza Zenkiem z księgowości. Ale Zenek z księgowości strzelił sobie w usta dwa miesiące temu, podobno żona go zdradzała. Koleżanki Andrzeja były opalone, miały staranny makijaż i kształtne paznokcie, którymi nie uderzały po brudnych kamieniach. Miały zwyczaj kłaść je na dłoniach swoich kolegów z pracy podczas uroczystych bankietów, najpóźniej po czwartej wódce. Wszyscy oni nie mieli właściwie nic wspólnego z profesorem, nie mieli nic wspólnego z Lenką, stała przed nim, zanim zdążył o niej pomyśleć już przed nim stała. Stała na środku ścieżki, bosa tak jak on. Patrzyła na niego uważnie, mrużąc oczy, oczy jak zielony stroboskop. Trzymała w ręce rąbek swojej niebieskiej sukienki, chroniąc ja przed pobrudzeniem. Andrzej nie wiedział jak się rozmawia z nienormalnymi.
- Dzień dobry - odezwał się ostatecznie - znowu się spotykamy.
Tak z reguły mówił do dziewczyn z którymi widział się ponownie. Tak też niegdyś powiedział do swojej dziewczyny, kiedy położyła swoje kształtne paznokcie na jego ręce. Potem rozmawiali o firmie, a potem poszli do niego. Z Lenką niestety nie mógł porozmawiać o firmie.
Lenka nadal stała, nerwowo mnąc w ręce falbankę niebieskiej sukienki. Andrzej chrząknął.
- Cóż, idę na obiad. Zaraz się spóźnię. Więc muszę już iść. Inaczej się spóźnię. Do widzenia.
Wyminął ją schodząc ze ścieżki. Kiedy ostrożnie mijał ją bokiem pęd maliny wpił się zielonymi igłami w mankiet jego koszuli. Spróbował go odczepić i kolejne kłącze wbiło mu miłośnie zęby w kołnierzyk. Szarpnął ręką i cały kłujący zwój spadł mu na plecy, przy każdym ruchu kłując nieznośnie. Syknął przez zęby, czując się upokorzony przed Lenką, stojącą naprzeciw niego i uśmiechającą się lewym kącikiem ust. Podniosła rękę i delikatnie odczepiła zieloną kolczastą pijawkę od jego mankietu. Andrzej poczuł wilgotną bliskość jej ciała i wciągnął głęboko powietrze, widział tylko dwie czarne jak topiel kropki źrenic w dwóch zielonych gorejących ogniskach. Kolejne kłącze opadło na ziemię a Lenka syknęła, patrząc na kropelkę krwi spływającą jej po palcu. Andrzej spojrzał na brunatny strumyk biegnącą po jej bladym palcu, zachwiał się, a razem z nim zachwiała się fajna praca, koledzy i koleżanki, jego dziewczyna, wszystko zafalowało jak gdyby ktoś zmącił ręką nieruchomą dotąd powierzchnie wody. Przywarł ustami do czerwonej kropelki, potem do sinych ust, a ona spojrzała na niego z rozbawieniem. Pocałowała go raz i drugi, długo, przygryzając mu wargę.
- Nie wiem...-powiedział Andrzej, gdyż faktycznie nie wiedział.
Pod wpływem jej ciężaru zatoczył się i, tracąc równowagę, upadł na jedno kolano, mimochodem przygniatając ją do ziemi. Zauważył że miała cały czas szeroko otwarte oczy, zupełnie niepodobna w tej chwili napiętej do mglistych, błyszczących nieobecnych uniesień. Jezioro siedziało obok w milczeniu.
Siedzieli obok jeziora w milczeniu. Lenka gryzła źdźbło trawy, patrząc na jezioro, Andrzej wytrzepywał piasek z włosów. Miał mieszane uczucia. Jego dziewczyna, z którą był związany uczuciowo, chociaż wróć, jeszcze raz. Z którą był związany partnerskim poczuciem przynależności do szeregu rzeczy i czynności. Lepiej, znacznie lepiej. Więc jego dziewczyna, która mu chyba ufała, nie był pewien. Więc jego dziewczyna została zdradzona. Ale z drugiej strony czuł się zadowolony z faktu że sprawdził się jako mężczyzna. Napomknie o tym przy lunchu z kolegami. Puszczą parę sprośnych dowcipów, poklepią się po plecach i pójdą pracować podniesieni na duchu poczuciem męskiej solidarności. Zastanawiał się też czy to co zrobił z Lenką było legalne. Ostatecznie nienormalni chyba też mają prawo się kochać. Ale Lenka mogła ostatecznie być nieletnia, doszedł do wniosku patrząc na jej twarz, bardzo piękna twarz. Mokry kosmyk włosów koloru siana oparł jej się na górnej wardze, nienaturalnie bladej. Kiedy siedziała tak w kucki, z białymi jak śnieg ramionami oplecionymi wokół kolan, wyglądała jak nimfa wodna.
- Topielica - powiedziała Lenka.
No to Topielica, pomyślał Andrzej. Świtezianka. Południca.
- Słuchaj, to stało się tak szybko... - powiedział oczekując reakcji, Lenka jednak nadal gryzła w milczeniu trawę. - To było wszystko świetne, te ramiona i maliny, tak dalej, ale...właściwie się nie znamy. Trochę to dziwne - co mówi się w takich sytuacjach? - Może powinniśmy się jeszcze spotkać. To znaczy wiem, ty mieszkasz tutaj a ja nie, ale może kiedyś tu przyjadę...a może ty przyjedziesz do miasta. Dam ci mój numer na komórkę. Jak przyjedziesz, to gdzieś razem wyskoczymy.
Przez chwilę szukał długopisu i kartki, nie znalazł ani kartki, ani długopisu.
- Nieważne, zostawiłem gdzieś. Ale podrzucę ci przy okazji. Jesteś bardzo ładna - przypomniał sobie - podobasz mi się.
Nachylił się żeby ją pocałować, ale odsunęła twarz, oczy miała nadal utkwione w jeziorze. Andrzej trochę się zdenerwował.
- Dobrze, jak chcesz. Muszę już iść, ale na pewno jeszcze się spotkamy. Jesteś naprawdę śliczna.
- Jesteś brzydki. - odezwała się Lenka, podnosząc swoje pożerające chore oczy. Andrzej czuł jak zielony jad pada teraz na jego dziewczynę, na sprośnych kolegów i na Zenka z księgowości. Na ramionach Lenki zaczęła się robić gęsia skórka. Były to naprawdę śliczne ramiona. - Bardzo brzydki. Kwadratowy. Nieestetyczny. Masz duże dłonie, krótkie palce i płaskie stopy. Banalne spojrzenie. Bezcelowe gesty. Grube gęste włosy i zbyt duży odstęp między brwiami. Niskie czoło. Bez przerwy chrząkasz i pocierasz nos. I jesteś głupi. Nieokreślony. Schematyczny. Przejściowy. Fragmentaryczny. Rudymentarny. Skąd ty się właściwie tutaj wziąłeś? Ach prawda - miałeś wypadek.
Andrzej wstał i przez chwile nic nie mówił. Konsternacja walczyła w nim ze złością. Złość zatriumfowała.
- Tak? A ty... - zacisnął pięści i zrobił krok do przodu - a ty byłaś do niczego. Miałem takich wiele.
Obrócił się i ruszył gniewnie ścieżką.
- Dziwka -mruknął i spojrzał ukradkiem przez ramię.
Lenka siedziała w kucki na środku ścieżki gryząc źdźbło trawy.
Dotarł do wioski od drugiej strony, trochę go to zastanowiło. Nie zauważył kiedy ją mijał, był natomiast pewien że nie zrobił dużego koła wędrując tuz przy brzegu. A może obszedł całe jezioro? To było prawdopodobne, ale w takim razie gospodyni musiała go okłamać, mówiąc o rzekomych znacznych rozmiarach jeziora. Zresztą, w tej mgle wszystko się mogło zdarzyć, nawet wioska mogła pomylić strony. Zbliżał się od strony pól uprawnych, leżących od dłuższego czasu odłogiem. Dywan chwastów sięgał mu o kolan. Chałupy majaczyły na skraju miedzy, pochylone ponuro, zapadnięte do wewnątrz. W żadnej nie paliło się światło. Pomiędzy przegniłymi strzechami gnieździły się pokolenia wron klnąc siarczyście i zostawiając kupki ptasiego guana na kamiennych progach. Zaczynało się już zmierzchać, a chałupy wraz z zapadającym zmrokiem nabierały profilu złowieszczego. Z połamanymi belkami stropowymi, wybitymi oknami i grzybem na ścianach przypominały zasuszone truchła czarownic, wyciągające do Andrzeja zakrzywione okiennice trzaskające na wietrze. On sam nie miał dostatecznie dużej wyobraźni, żeby się przestraszyć rosnących plam ciemności, mimo tego odruchowo przyspieszył kroku. Zastanawiało go gdzie podzieli się mieszkańcy tych wraków domostw, w tym zastanowieniu dopadł go dźwięk dzwonu, dobrze znajomy. Wypełzł z jeziora na piasek jak gad olbrzymi, przesunął się między chałupami i rozśpiewał w resztkach szyb jak żmije po deszczu. Andrzej niemal biegiem dopadł drzwi gospody i wpadł do środka. Zdyszany stanął na progu rozglądając się po sali. Na dwóch stolikach paliły się drobnymi płomykami świeczki, walczące z zimnym światłem księżyca wdzierającym się przez szparę w kotarach. Żarzący się koniuszek papierosa nadal oznaczał miejsce Zygusia, Zyguś wrażenie sprawiał nieruchawe. Na lewo od wejścia zauważył jeszcze jednego mężczyznę, siedzącego nad stygnącymi resztkami ryby i kieliszkiem wódki. Za ladą tkwiła gospodyni z nostalgią wpatrując się w brudny kontuar. Korpuskularny Andrzej przerwał nitki animujące to pomieszczenie, Zyguś zaistniał tu i teraz z dużym prawdopodobieństwem, gospodyni zogniskowała się pospiesznie. Żar papierosa zatoczył koło, rozbłysnął, po czym z kata dobiegło stłumione kasłanie. Mężczyzna odsunął talerz przekreślony nagim rybim kręgosłupem i wychylił jednym łykiem kieliszek. Parsknął z uznaniem i strzepnął kropelki wódki z koniuszków imponujących wąsów. Wzrok gospodyni przesunął się po Andrzeju.
- A mówiłam, wpół do czwartej.
- Proszę?
- Kolacja. Niech pan siada, cos panu odgrzeję.
Andrzej posłusznie usiadł naprzeciw mężczyzny. Nie czuł się skrępowany jego ciemnym spojrzeniem filtrowanym przez parę krzaczastych brwi. Powoli zaczął się przyzwyczajać do ludzi, którzy nie mogli by pracować w jego firmie.
Gospodyni postawiła przed nim miskę parującego bigosu i Andrzej zabrał się bez zapału do jedzenia. Dobre zajęcie dla czasu i rąk.
- Po co ludzie siedzą w knajpach? - odezwał się nagle Zyguś ze swojego kata - Co tam może się zdarzyć? Na co liczą? Co może złamać te nudę której już znieść nie mogę...
- Zyguś, stul twarz - Gospodyni ze złością uderzyła ręką o stół - napije się i zatraca. Za młody jesteś do wódki gówniarzu. Idź spać lepiej.
Mężczyzna naprzeciw Andrzeja wysuszył skrupulatnie kieliszek i jeszcze raz parsknął z uznaniem. Zyguś ożywiony wychylił się ze swojego kata.
- Matka, a gościowi nie polejecie? Gość też się napije, miastowi to tak się czasem lubią bratać z tym, no... - szukał odpowiedniego słowa - ...plebsem! Właśnie, plebsem. Czytałem kiedyś taką książkę...
- Nie nazywaj mnie matką, moczymordo. - parsknęła gospodyni stawiając przed Andrzejem szklankę wódki - Gdybym miała z tobą jakieś koneksje to bym się zabiła.
- Nie sierdźcie się mateczko. Ja tak z dobrego serca, jak obrażę to nieumyślnie. A posłuchajcie Józefa, dzisiaj się narobił. Józef, opowiadajcie.
Józef przygładził olbrzymie wąsy wierzchem dłoni i odezwał się zaskakująco głębokim głosem.
- Dzisiaj schodziłem na prawo od cypla, na dziesięć metrów. Niżej się bałem, bo pełno gałęzi i przewód tlenowy mógł się zaplątać, a i tak skafander rozdarłem. Dużo mułu, widoczność bardzo słaba, ale widziałem, jestem niemal pewien... - spojrzał niepewnie na Andrzeja, który błędnie ocenił, że sytuacja wymaga komentarza, więc zapytał:
- Co pan widział?
- Bzdury, te same bzdury co zawsze - odezwał się profesor z progu. Stał w drzwiach z magnetofonem w jednej ręce i mokrym kostiumem w drugiej.
Andrzej spojrzał na Józefa pytająco, ale ten już nic nie powiedział i ponuro kontemplował swój pusty kieliszek. Gospodyni w odruchu solidarności napełniła go ponownie.
- Wie Pan - zaczął Profesor - Różne takie zamknięte, hermetyczne kultury ludzkie, namiastki społeczności, z fermentu swojej do znudzenia monotonnej interakcji rodzą fantastyczne opowieści. Baśnie, klechdy lub tez całe mitologie. Wampiry na zamku, potwory w jeziorze, białe damy, takie tam. Ale tu trzeba inteligentnie, z polotem. Wampiry, jeźdźcy bez głowy mają tę taką grozę i sieją terror. Subkuby dyskretnie skropione seksapilem, wszystkie te koronki i tak dalej, chadzają przy pełni po krużgankach...Fascynacja, grobowa atmosfera, w środku nocy coś wyje w lesie, albo na cmentarzu, jeszcze lepiej. A tutaj, szkoda gadać...pokutujący kretynizm dla znudzonych życiem turystów.
- Tak? - uprzejmie chrząknął Andrzej.
- Miasto na dnie jeziora. Tego nikt nie kupi.
- Wydaje mi się że to wina złego marketingu - zamyślił się Andrzej - brak badań rynku i źle określony target.
W zadumie pociągnął łyk wódki. Ciecz wdarła mu się przemocą do tchawicy, wypchnęła powietrze z płuc i skręciła żołądek w sprężynę. Przez dłuższą chwilę parskał i pluł próbując złapać powietrze. Płyn różnił się znacznie od wódki podawanej na uroczystych bankietach w jego firmie. Andrzej miał nadzieję że nie oślepnie.
- Te, profesor - rzucił ze swojego kata Zyguś - a zdradź nam w tajemnicy, tu same druhy przecież, kto codziennie udaje króla Artura na środku jeziora.
- Smutne to, ale niestety prawdziwe - niezrażony ciągnął Profesor - Takie wynaturzenia tworzą się jako skutek postępu urbanizacyjnego, który, obrazowo mówiąc, spycha wszelkie anachronizmy w zamknięte enklawy nad brzeg jeziora. A niedługo wszystkie tam wpadną.
- Trasa nas zepchnie - odezwała się cicho gospodyni. Sprawiała wrażenie jakby nie słuchała profesora. - ta nowa trasa szybkiego ruchu, czteropasmowa podobno. To bardzo dużo...Nie będzie już na nic miejsca.
- Nieprawda - zaoponował Andrzej - przy takich trasach szybko powstaje cała infrastruktura, szczególnie w tak atrakcyjnym krajobrazowo miejscu. Hotele, pensjonaty, stacje paliw, restauracje... Niedługo nie będzie się pani mogła opędzić od agentów nieruchomości. Radziłbym decyzje o sprzedaży podejmować z dużą ostrożnością.
- Tak, pewnie tak - gospodyni sprawiała wrażenie jakby nie słuchała tez Andrzeja.
- A wioska? - spytał Józef zachrypniętym głosem, odchrząknął i spojrzał pytająco na Andrzeja.
- Będziecie Józef - parsknął z rogu Zyguś - sałatki serwowali, popcorn robili. Będziecie mieli taki firmowy fartuch, bhp pracownika i napiwek doliczony do rachunku. A jak już zdziadziejecie do reszty to awansują was na pomywacza. I będziecie zmywali i segregowali odpady. Z uśmiechem, jak w tych zagranicznych magazynach w Ożartowie..
- Właśnie - przypomniał sobie nerwowo Andrzej - a gdzie podzieli się wszyscy mieszkańcy? Wszystkie domy od szosy stoją puste.
Józef obrzucił profesora czarnym jak jezioro spojrzeniem.
- A powiedzcie mu profesor. Gdzie są wioskowi.
- Jak to gdzie - prychnął zniecierpliwiony profesor - Wyjechali do miast i teraz tam klepią biedę, a nie tutaj. Nie słyszał pan nigdy o migracjach wewnętrznych?
- Tak? - Zyguś w swoim ścian złożeniu podpity był już tęgo - A nasz gość przecież z miasta. Niech pan sam powie, widział pan tam moich ziomków, krajanów, sól tej parszywej, piaszczystej ziemi, jedna pierś nas, kurwa jej mać, karmiła. Widział ich pan?
- Nooo, nie wiem - zmieszał się Andrzej - tak osobiście...nie wiem, raczej chyba nie...
- A widzicie - stwierdził spokojnie Józef.
- Proszę powiedzieć - zmienił temat Andrzej - o co chodzi z tym miastem na dnie jeziora?
- A takie tam. Pełen eklektyzm - Profesor wyprostował z trzaskiem swoje chude palce - Zyguś w czasie swojej durnej młodości zapewne przeczytał "Świteziankę". Luźne skojarzenia, analogie, jeszcze trochę oniryzmów i solipsyzmów ze słownika wyrazów obcych, które Zyguś pożyczył sobie z biblioteki i zapomniał oddać. Zdolny w ogóle chłopiec z tego Zygusia, tylko dużo pije.
- Chce Pan zobaczyć, o czym mówimy? - Józef nachylił się nad Andrzejem. Jego oczy błyszczały czarnym światłem, który zaczął gasić blask świec, rozgryzać promienie księżyca wpadające przez szpary w kotarach. Andrzej ze strachem zauważył podobieństwo w tej emanacji z innymi, fosforyzująco zielonymi oczami. Barwy odmiennej, łączyły się w jedną całość braterstwem chorych duszą fotonów wylatujących z intensywnych tęczówek.
- Co zobaczyć? - Andrzej poczuł pełznącego mu po plecach gada strachu.
- To, o czym mówi profesor.
- Nie rozumiem...
- Niech pan idzie za mną.
Wstał i skierował się do wyjścia. Andrzej zastanawiał się czy wyjść za nim, ale przynaglił go niespodziewanie profesor, stojący już w drzwiach. Nawet Zyguś podniósł się chwiejnie na nogi, zręcznie chowając butelkę wódki do rękawa. Gospodyni machnęła ręką.
- A idźcie, potopcie się, wariaty się teraz rodzą. Pijani będą rzycie moczyli po nocy i jeszcze nieszczęście z tego będzie.
Wyszli w ciemną noc. Szli gęsiego ścieżką prowadzącą nad brzeg jeziora. Józef kroczył pewnie na przedzie, Zyguś na końcu lekko się zataczając. Andrzejowi kręciło się trochę w głowie, czuł jak szklanka destylatu wibruje mu w żołądku. Ledwie zauważył głaz, na którym po raz pierwszy zobaczył Lenkę. Józef podszedł d ciemnej plamy na piasku, która z bliska okazała się być małą łodzią. Wiosła leżały obok. W milczeniu zepchnęli ją na wodę. Józef zręcznie wskoczył do środka, Andrzej niemrawo zwalił się na dno, uderzając czołem o drewnianą ławeczkę. Ze zdumieniem stwierdził, że ma już w tym samym miejscu jednego guza, nie mógł sobie przypomnieć skąd. Oboje z profesorem pomogli wtoczyć się do środka Zygusiowi, który mamrotał pod nosem, że da radę i żeby się odpierdolili. Józef zatoczył krótki, oszczędny ruch wiosłami i odbili od brzegu. Miejsca w łodzi było mało, Andrzej siedział oparty plecami o Zygusia, który z uczuciem raz po raz wczepiał się ustami w szyjkę flaszki. Andrzej uczestniczył w paru kolejkach i stwierdził, że samogon nie jest ostatecznie taki zły. Płynęli nie rozmawiając, wrażenie ruchu w nocy też ulotne, roztapiało się w obłoczkach mgły. Senność powoli ogarniała członki, Zyguś zdrzemnął się pijackim pół-snem, Profesor siedział nieruchomo nachylony nad burtą. Kołysanie ustało i łódź się powoli zatrzymała. Andrzej poczuł jak obecna pod drewnianym dnem masa jeziora ściąga z mocą jego głowę ku sobie. Podniósł ją z wysiłkiem i zobaczył ciemny profil Józefa. Zdziwił się dlaczego Józef patrzył pod górę, nie wiedzieć dlaczego, przypuszczał, że będą wypatrywać miasta na dnie jeziora.
- To właściwie wioska - powiedział Józef.
No to wioski, pomyślał Andrzej.
- No i co z tego? - zapytał profesor. Siedział oparty o burtę i patrzył w górę.
- Popatrz i powiedz co widzisz.
Andrzej oparł głowę na skulonym Zygusiu, i stwierdził, że tak jest mu znacznie bardziej wygodnie. Nad nimi błyszczała pajęczyna gwiazd, naprawdę ich straszna ilość, w mieście nigdy ich tyle nie widział. Może po prostu nie opierał tak głowy na Zygusiu. Dziwna rzecz, kiedy tak leżał i patrzył w górę, przez chwilę poczuł się jakby wisiał nieruchomo w powietrzu. Nie, nie w powietrzu, konsystencja odmienna, i to szumienie w uszach, w wodzie, tak, jakby wisiał w wodzie. A gwiazdy nad nim...coś mu przypominały, przez chwilę siłował się z oporną pamięcią. A potem przypomniał sobie trzy ostatnie bąbelki, które wydobył ze swoich pękających żarem płuc, tuż przed tym jak wypłynął z wraku tonącego samochodu. I gwiazdy świeciły jak miliardy bąbelków wydobywające się z milionów płuc, lecące do góry i rozbijające się o ciemną taflę...właściwie czego? I przez moment sam się przestraszył, że tak wypłynie, spadnie, rozbije się, chwycił się kurczowo burty i zamknął oczy. Ale pod powiekami miał dalej te same wirujące banieczki lecące coraz szybciej ku górze. Z drugiej strony powiek słyszał głos Józefa.
- Wy miastowi, przez snobizm rozwalacie się swoimi kosztownymi samochodami w przygodnie spotkanych jeziorach, wpadacie na herbatkę, piwko, numerek, bimberek, potem wracacie do waszych opalonych żon, drogich dzieci i ślicznych domów, a my tu tak tkwimy, i zapadamy się coraz głębiej, i już nic nas nie wyciągnie. A gdyby tak wziąć oddech i poczuć tlen, jak dudni w płucach, rozsadza krtań i zatruwa mózg, jak ten tlen wyrywa cię na powierzchnię, zamiast tak podle, jak jakiś stawonóg, przy dnie...
Zyguś wierzgnął i zaczął cichutko rzygać do jeziora.
- Zyguś, nie świń im tam, mają tak ładnie - upomniał go Józef.
- Miasto nad jeziorem, miasto pod jeziorem, miasto, hep, nad jeziorem - zaczął dla odmiany śpiewać Zyguś.
- Wy chyba i tak gówno zrozumiecie - westchnął Józef - wracamy.
Andrzej kątem oka zauważył sylwetkę profesora, wpatrującego się w czarną wodę i przesuwającego po niej pieszczotliwie ręką. Poczuł, że bardzo ciężko mu się myśli i że jest mu trochę niedobrze. Po czym runął przez drewniane dno łódki, przez czarne masy wody, na samo dno jeziora.
Obudził się w łodzi wyciągniętej na brzeg, skulony samotnie pod ławeczką. Ciągle jeszcze trwała noc, lecz księżyc zdążył przesunąć się nad ciemną linię drzew. W jego zegarku działało szafirowe światełko, ale i tak nie chodził, przypomniał sobie. Wytoczył się z łodzi, czując jak jego głowę ściskają rozpalone metalowe obręcze, po czym z ulgą usiadł na mokrym piasku. Profesor, Zyguś i Józef gdzieś zniknęli, więc siedział tak sam zastanawiając się jak wróci do gospody. Siedział sam, ale nie, jednak niezupełnie sam. Z lewej strony usłyszał kroki, szelest przesypujących się ziarenek piasku pod gołymi stopami, a były to wyjątkowo śliczne stopy. Lenka minęła go bez słowa, oczy jak szmaragdy przesunęły się po nim obojętne. Zbiegła na dół po skarpie i zatrzymała się po kostki w wodzie. Kontur jej ciała aż do bólu ostro odcinał się na tle księżyca, ona czarna, on srebrny aż przesadnie, pięknie się dobrali, pięknie. Odcinała się nadal kiedy ściągała bluzkę przez głowę, i odcinała się kiedy jej spódnica opadła bezgłośnie na taflę wody. W ciasnym, zatłoczonym i wilgotnym mózgu Andrzeja próbowała dramatycznie skatalizować się wyrafinowana reakcja chemiczna. Czuł instynktownie, że widzi coś zbyt pięknego, aby jego wytarte i zmechacone zmysły mogły to prawidłowo odebrać. Cały ten glej podjął daremną próbę, by spontanicznie, jak to się czasami dzieje w naturze, przyjąć strukturę kryształu i stać się świadomym tego zjawiska. Światło księżyca oszałamiało go i nie pozwalało się skoncentrować, a wrażenia i odczuwanie wrzały i kumulowały, chcąc jak mroźne kwiaty na szybach w zimie, z nieorganicznego w piękne. Próbę, jak wyżej wspomniano, daremną, ameba pozostanie amebą. Andrzej po raz pierwszy w życiu poczuł, że coś kiedyś był i gdzieś kiedyś chciał, lecz wszystko to umarło, odeszło, utonęło w jeziorze, wykreślone ciemnymi falami rozbijającymi się o szary piasek, wypunktowane dzwonem, szlachetnie brzmiącym.
Lenka odbiła się z gracją samymi koniuszkami palców, wpadła kształtnym łukiem do wody i zaczęła płynąć. Ręce zataczały idealne elipsy i bezgłośnie zagarniały czarną wodę. Z jeziora wytrącił się znów śpiew męski, polifonią osiadł kożuchem, tłumiąc noc, księżyc, i Lenkę też tłumiąc, wszystko szczelnie nakrył. I Lenka zniknęła, nie widział już jej kształtu na tle jeziora. Po omacku poszukał ścieżki do domu.
Obudził się w szarości dnia, na swoim wilgotnym łóżku. Niemrawo przypomniał sobie wszystkie ruchy, jakie należało wykonać aby wstać. Za oknem kołysały się szare sosny w podmuchach wiatru, który pędził opary jak z bożego papierosa po lustrze wody. Dzień był szary, jak co dzień nijaki, niebo pochmurne. Nie był w stanie powiedzieć z którego miejsca wydobywa się blask słoneczny, ani która jest godzina. Hałas i zgiełk w jego uszach, światłość jak nóż w jego oczach były naturalną pozostałością po z trudem przetrawionym alkoholu. Wszedł do toalety i nie zwracając uwag na smród dobywający się z toalety spłukał głowę zimną wodą. Przyzwyczaił się do chodzenia bez butów, dokuczał mu jednak betonowy chłód promieniujący przez gołe stopy. Ostrożnie zszedł na dół schodami bez poręczy. W sali jadalnej nie było nikogo poza gospodynią, która wycierała kufle czarną od brudu ścierką.
- Przepraszam, która może być godzina?
- Aaaa, popili - Andrzej zmieszał się pod surowym wzrokiem gospodyni - jak chłopy biorą się do picia to nigdy umiaru nie znają.
- A, ta wódka...tak, za dużo...
- No mówię przecież. Na to najlepszy z rana kefirek z pięćdziesiątką, od razu stawia na nogi.
Andrzej powstrzymał odruch wymiotny na myśl o pięćdziesiątce.
- To w takim razie może ten kefirek.. Przy okazji, która godzina?
- Na spóźnione śniadanie w sam raz. Albo wczesny obiad. Zawsze się tak mówiło: szczęśliwi czasu nie mierzą. Czy to byli zakochani... - usiadła na drewnianym blacie, który ostrzegawczo zatrzeszczał pod jej ciężarem - nie, szczęśliwi było. Zakochani własny krzyż niosą, a dla nieszczęśliwych każda minuta jest rozpaczliwa. Więc było na pewno tak: szczęśliwi czasu nie mierzą. Ale jacy tam z nas szczęśliwi. Jest wpół do czwartej. No i kefir.
Nalała jedną ręką kubek zawiesistego kefiru i wróciła do czyszczenia kufli. Andrzej przepchnął gęstą substancję przez skurczone sploty swojego przełyku, czknął nieobyczajnie, i wyszedł na zewnątrz. Mrużył oczy marząc, że rozpalone ogniwo w jego czaszce roztapia się w olbrzymim lodowcu, a on sam w przeźroczystej bryle dryfuje po morzu północnym. Ogniwo nie zniknęło, za to pojawił się Józef. Siedział na małej drewnianej ławeczce, oparty plecami o ścianę gospody i palił śmierdzącego machorkowego papierosa. Naprzeciw niego tkwił głaz, na którym Andrzej po raz pierwszy zobaczył Lenkę. Usiadł obok niego.
- Dzień dobry.
- Dobry jak dobry. Chałupę mi podmywa.
Andrzej zamilknął na moment po czym znowu kontynuował:
- Ja myślałem o tym o czym wczoraj pan mówił. I o tym o czym mówił profesor. On nie miał racji, prawda? Chodzi mi o...pan wie.
Józef spojrzał na niego uważnie.
- Bo...choćby o tych gwiazdach. To co pan chciał pokazać, ja zrozumiałem. Nie tyle zrozumiałem, ile zobaczyłem. Bo o co właściwie chodzi? Proszę mi powiedzieć, o co właściwie chodzi?
Józef odwrócił wzrok, splunął, wyciągnął wymiętą paczkę tytoniu i bibułę i zaczął zwijać papierosa. Poczęstował Andrzeja, który podziękował, gdyż zgodnie z zasadą zdrowego żywienia przyjmował tylko błonnik i owoce. Zapalił, odkaszlnął, splunął jeszcze raz i odezwał się:
- Biedny człowiek.
- Kto?- Andrzej pomyślał przez chwilę - Ja?
- Nie wiem, może. - Józef spojrzał na niego z ukosa - ale myślałem o Profesorze. Zresztą taki z niego profesor jak z rzyci wołowej trąbka. W Ożartowie był kiedyś dom dla psychicznych, znerwicowanych, mówiło się. Go tam kiedyś przywieźli taką białą furgonetką, pół wsi się zleciało żeby popatrzeć, bo był związany takimi pasami i strasznie wierzgał. Potem mówili że mu się niby strasznie poprawiło, a potem wszystko zamknęli. Wszystkich stamtąd przenieśli, a tylko jego zostawili w takim małym domku, dwa pokoje i wygódka, bo on mówił, że już nigdzie indziej nie chce żyć. A jego rodzina też chyba nie całkiem go chciała z powrotem. No i tu mieszka. Ale taki całkiem normalny to on nie jest.
Andrzej zamyślił się na moment, niezupełnie mu to wszystko się składało.
- Ale przecież to zatopione miasto. To znaczy wioska. I Lenka. Ja widziałem, ona wczoraj płynęła, a potem zniknęła, na samym środku jeziora.
- Wszystko to zmyślił - uciął Józef - Profesor, mimo tego, że jest nienormalny, jest również bardzo sprytny. To się podobno często zdarza.
- Przecież sam pan mówił...
- Może mówiłem, a może się panu zdawało. To pewnie przez te wódkę - Józef mrugnął porozumiewawczo - A Lenka bardzo dobrze pływa. Nie tylko pływa, zresztą. Jak na siedemnastolatkę bardzo zdolna z niej dziewczyna.
Odwrócił się i odszedł. Andrzej spojrzał na jego plecy po czym wycofał się w przeciwna stronę. Po chwili zaczął biec, zwolnił dopiero jak stracił z oczu budynek gospody. Zbiegł z wydmy w stronę jeziora i potknął się o chude kościste nogi. Impet przeniósł go bokiem po wąskiej w tym miejscu plaży, przez chwilę trzepotał łagodnie rękami nad jeziorem, i runął w głąb ciemnej, mulistej wody. Woda była zaskakująco ciepła, odbił się od dna jak piłka i przekręcił na plecy. Nad sobą miał migotającą powierzchnię, do której nagle odczuł wstręt i obrzydzenie, nie chciał po raz kolejny przekonywać się jak jest po drugiej stronie. Kiedy resztki tlenu uwolniły się z jego przełyku instynkt samozachowawczy brutalnie wyrwał go za włosy z kipieli, Andrzej prychając i parskając wyczołgał się na brzeg. Na wąskim pasie suchej trawy siedział profesor, rozciągnięty w poprzek spłowiałego, wystrzępionego koca. Nie zmienił nawet pozycji, kiedy Andrzej wychodził na kolanach po stromym brzegu.
- Jak się człowiek spieszy i tak dalej. Proszę uważać, w tym miejscu dno gwałtownie się obniża.
Andrzej ze zdziwieniem stwierdził, że krystalizuje się w nim zaskakujące uczucie. Nie była to wściekłość, o tyle o ile małże nie mogą odczuwać wściekłości. Kiedy ktoś wywraca małża na drugą stronę, wykręca wszystkie jego bebechy, wyrywa z jego trzewi kawałek śmiecia, który przez miesiące otaczał chorą wydzieliną, aby tylko trochę mniej bolało, co właściwie czuje małża? Gniewne poruszenie. Zakłopotane poirytowanie.
- Właśnie spotkałem Józefa. Mówił, że jest pan nienormalny.
W oczach profesora zabłysnął tryumf.
- Taki, wiedziałem. Jest dokładnie tak jak myślałem.
- O czym pan mówi?
- Oni się panem bawią. Okrutnie może w pewnym stopniu, ale dla nich to tylko pewnie rodzaj gry. Chcą pana złamać psychicznie, i proszę mi uwierzyć, są w tym dobrzy. Nie jest pan pierwszy, takie sadystyczne rozrywki na tym odludzi widziałem raz niejeden.
- Ale po co?
- Och, dla zabawy, przypuszczam, chociaż może mają w tym jakiś wyższy cel. Ale przede wszystkim dla zabicia nudy.
- Ale przecież pan też, na środku jeziora....a magnetofon był w środku pusty.
- Może i tak a może się panu zdawało. To pewnie przez tę wódkę.
Andrzej stał nieruchomo, czując jak cała jego etyka okręca się wokół własnej osi, na granicy pęknięcia. Dotychczas nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której wszystkie pracochłonnie przyswajane zasady zachowywania się i reagowania wydałyby mu się tak obce. Reguły, którymi żył i oddychał, nie przypuszczał że może cokolwiek istnieć poza nimi. Czuł się bezkarny, zawieszony w pustce cywilno-prawnej, pustce przyczynowo-skutkowej, pustce obyczajowej, pustce fantastycznej i nieco absurdalnej pustce, ale za to co za pustce! On i profesor, jezioro, dzwon, wszystko przedstawiało się bez żadnego sensu, konkretnej prawidłowości. Andrzej poczuł, że jego myśli zaczynają się urywać i wikłać, słowo "obłęd" pojawiło się i zaraz wyparowało przy dźwięku tysięcy bzyczących owadów. Czuł się świetnie, po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł się naprawdę dobrze. Chwycił profesora za ramiona i podniósł na wysokość głowy, a ponieważ regularnie uczęszczał na siłownię i solarium, przyszło mu to z łatwością.
- A wie pan co ja myślę? Niech pan posłucha, bo to może być naprawdę dobre. Myślę, że jest pan nienormalny. A wie pan co myślę o Józefie? Myślę, że on też jest nienormalny. A czy może wie pan co myślę o Lence? Zgadł pan, myślę że ona również jest nienormalna. A może nurtują pana moje podejrzenia? Otóż podejrzewam, że zaraziliście mnie tą swoją nienormalnością, że sam powoli staję się wariatem. Proszę mi powiedzieć, czy wariat by się tak zachowywał? Na przykład potrząsał ludźmi i krzyczał im w twarz. - potrząsnął profesorem i krzyknął mu w twarz - no powiedz, sam przyznaj, przepraszam, mogę ci przejść na ty?
Profesor zaczął się wyrywać, poczerwieniał cały na twarzy i bulgotał wściekle pod nosem:
- Proszę mnie natychmiast puścić....oszalał pan...teraz widzę, że to zaszło dalej niż przypuszczałem...pójdę na policję...złożę pozew...
Andrzej puścił go i profesor ciężko klepnął na piasek, gdzie pozostał rozcierając sobie ramiona.
- Przykro mi to mówić, ale wykazał się pan wyjątkowo małą odpornością psychiczną, zupełnie pana wzięło. Ale, w końcu, robią to bardzo umiejętnie, to nie pana wina.
Wstał z ziemi, podniósł koc i magnetofon i zaczął iść w kierunku lasu. W połowie drogi odwrócił się i powiedział:
- Przykro mi z pana powodu. Proszę wyjechać, zanim pan do reszty zwariuje. Ale, jak już mówiłem, sam jest pan sobie winny.
Kiedy znikł za drzewami Andrzej postanowił zejść na dno jeziora. Rozgarniał czarną wodę myśląc o Lence. Jak ją spotka tam na dole, przeprosi ją za tę dziwkę i będą szczęśliwi. Zobaczy jak tam naprawdę jest pięknie. Kiedy woda sięgnęła mu do szyi, zanurzył się i zaczął płynąć. W uszach poczuł narastający szum ciśnienia, woda stawała się coraz ciemniejsza. Zanurkował głębiej, przed oczami przesunęło mu się porosłe zielskiem dno. W mule przed nosem zobaczył tłuste, obłe pijawki. Płynął coraz niżej i niżej, ciśnienie w uszach zaczęło trząść całą jego czaszką, w płucach poczuł istotę kiełkującą, rozpaczliwie potrzebującą tlenu. Zastanowił się co dalej. Nie widział dalej niż na odległość wyciągniętej ręki, ciemność spowijała go coraz szczelniej. Może potrzebny był do tego stan umysłu jaki osiągali gwiezdni piloci w błyszczących statkach niszczący olbrzymie stacje kosmiczne, widział na filmach. Zamknął oczy i uderzył czołem w twardy kształt. Gwałtownie wierzgnął do tyłu, zamachał rozpaczliwie rękami, lecz po chwili spostrzegł, że ma przed sobą wrak samochodu. W umyśle niedotlenionym zabłysnęło mu zagadkowe podobieństwo kształtów, w tym reflektorze rozbitym i w tej kształtnej linii maski. Poznał zdumiony, że dryfuje przed wrakiem swojego samochodu, zakopanego po drzwi w mule, lecz na masce leżał jeden biały adidas, o pomyłce nie mogło być mowy. Podpłynął bliżej i oparł ręce na przedniej szybie. Z szyby podniósł się naniesiony prądem szary piasek, drobinki trysnęły mu prosto do oczu, przez chwilę pocierał je kułakami. Kiedy odzyskał zdolność widzenia, spojrzał przez szybę i zachłysnął się wodą.
Uciekał w panice, rękami chwytając się niewidzialnych szczebli, wierzgając i miotając się w czarnej wodzie. Krzyknął i poczuł jak do jego płuc wdziera się woda, poczuł, że jego nogi zamieniają się w kamień i ciągnął go w dół. Ale dalej walczył w milczeniu, centymetr po centymetrze, z dala od tego wraku, jak najdalej, zostawcie go, nie mówcie o nim, nigdy, nigdy! Nigdy więcej nie wyjedzie z miasta, nie zdradzi dziewczyny, nie dotknie ramion żony Zenka, ale zabierzcie od niego tę chwilę. Wyrwał się ponad powierzchnię wody, kaszląc i wymiotując dopłynął do brzegu, panicznie wspiął się na stromą skarpę, kalecząc sobie ręce. Biegł przez las w swoim małym, wąskim szaleństwie, gałązki smagały go po twarzy do krwi, wreszcie potknął się i wywrócił. Leżał ciężko dysząc, przewrócił się na plecy i spojrzał w niebo. Mylił się, musiał się mylić, przez ten piasek w oczach, w ciemności, niemożliwym było aby cokolwiek zobaczył. Jego rozpalona wyobraźnia podsunęła mu takie majaki, musi ochłonąć i odetchnąć. Ostatnio nie był sobą. Wstał, otrzepał się i znalazł ścieżkę wijącą się w krzakach malin.
Przez chmury po raz pierwszy od dwóch dni przebiło się słońce, dość nisko nad horyzontem, ale i tak zalało cały sosnowy las ciepłym popołudniowym światłem. Andrzej niespodziewanie poczuł się zadowolony z tego lasu, z tej drogi i z tego słońca. Między drzewami dostrzegł majaczący pas asfaltowej drogi, więc zszedł ze ścieżki i po chwili pod gołymi stopami przesuwał mu się chropawy, rozgrzany asfalt. Usłyszał za sobą dźwięk silnika i zza zakrętu wyłoniła się brudna nyska z białym kartonem, na którym ktoś flamastrem napisał "poczta". Andrzej rozpaczliwie zmachał rękami. Nyska zjechała na pobocze przed nim i zatrzymała się. Nieogolona, skropiona alkoholem twarz kierowcy pojawiła się w uchylonym oknie.
- Jak do Ożartowa, to wsiadać.
Andrzej wspiął się do śmierdzącej potem, wódą i tytoniem szoferki. Jechali środkiem zniszczonej podziurawionej szosy, kierowca raz po raz zręcznie wymijał większe wyrwy w których rosła trawa. Nikt nie próbował nawiązać rozmowy, szofer nucił pod nosem bez żadnej wyraźnej melodii. Kiedy wyjechali na kawałek otwartej przestrzeni, Andrzej zauważył wioskę nad brzegiem jeziora. Mijali po kolei rozpadające się chałupy, minęli gospodę pokrytą odpadającą płatami farbą. Droga zbliżała się coraz bardziej do brzegu jeziora, i Andrzej zauważył Lenkę, kucającą na dużym omszałym głazie, tkwiącym do połowy w jeziorze. W tym momencie wyrwał się z jeziora dźwięk dzwonu, przebiegł przez plażę i z rozmachem uderzył w szosę. Andrzej spojrzał na kierowcę który uśmiechnął się.
- Ale niesie, nie?
- To z Ożartowa?
- No a skąd. Jedyna dzwonnica w promieniu...w wystarczająco dużym promieniu, w każdym razie.
- A ten taki chór? Bo raz słyszałem, zdawało mi się...
- To też od nas, nasz chór kościelny rusza w tournee po kraju, ćwiczą bez przerwy. Żona w domu to już wariuje, mnie w pracy, ciągle na rozjazdach, nie przeszkadza.
Andrzej obejrzał się za Lenką. Siedziała na głazie i odprowadzała Nyskę obojętnym wzrokiem idiotki. Kierowca dojechał do zakrętu, gdzie na drodze leżały resztki betonowego murku, wyminął je z gracją i odjechał w kierunku Ożartowa. I chciałoby się napisać: i mrugnęli, i szeptali. Nikt nie mrugał, nikt nie szeptał, nikt nikogo nie wziął za rękę. Wszystko, jak było, tak jest.