[ 2002/08/22 ] Pociąg, autor: Jakub Urbańczyk, kategoria: tekst

Nieprawdą jest, że dziecko się boi. Dziecko nie boi się ciemności, nie boi się błyskawic. Dziecko nie zna żadnego strachu, poza tym jednym, że zostanie samo. To dorośli uczą dziecko bać się, a kiedy jest już po brzegi pełne lęku, każą mu z nim walczyć. Każą mu zmagać się z potworami czającymi się w ciemnym pokoju i z obcymi, którzy mogą porwać je ze świata. Kiedy dziecko jest już, w pojęciu dorosłych, dość duże, by przestać być dzieckiem, po prostu zostawiają je sam na sam ze wszystkimi smokami i wilkami, które wyszły z bajek. Albo, jakimś cudem zostaną zapędzone tam z powrotem, albo nagle-dorosłe-dziecko będzie pożerane każdej nocy, a czasem i za dnia. Podobno zdarza się czasami, że przybywa na ratunek dobra wróżka, ale chyba należy włożyć to między bajki. Zwykle dziecko samo uczy się w końcu nie dostrzegać wilków i odmawiać prawa do realności smokom, a przy okazji - na zasadzie wiórów - wróżkom. U dziewczynek, trochę dłużej ostają się często książęta na białym koniu, ale w końcu przestają wierzyć w białe konie, a przecież książęta nie chodzą piechotą. Wtedy dziecko przestaje się bać i wydaje mu się, że nie jest już dzieckiem. Może faktycznie już nie jest?

Pewnego dnia zamieć zasypała wszystkie telewizory, wiatr zagłuszył telefony, a na koniec na scenie zgasło światło. Nikt już nie pamiętał, w jakiej kolejności, mało kto jeszcze zaprzątał sobie głowę pytaniem, dla czego? Dolne Hołowice - małe miasteczko przy stacji przeładunkowej - zostały na tych swoich torach ślepe i zimne, ale nie przejechał już żaden pociąg, który mógłby skrócić ich agonię. Najłatwiej przeżyli ci, którzy, jak rodzice Andżeliki, rozszabrowali okoliczne sklepy, którzy, jak rodzice Kikuta, mieli dużo mebli i książek na opał lub, jak rodzice Klaudiusza, wyciągnęli ukrytą dawniej broń. Innym było ciężej, ale, o dziwo, populacja Hołowic specjalnie się nie zmniejszyła.

Najbardziej opuszczonym miejscem w całych Hołowicach była stacja kolejowa. Mały, parterowy budynek - barak prawie - z pustymi oknami i dziurawym dachem. Jedyny peron nie całkiem jeszcze skruszał, ale po torach nie pozostał żaden ślad - biegnące kiedyś w dal od lat przykrywał gruby całun śniegu. Tylko dzieci nie zapomniały o stacyjce i czasami urządzały o nią małe bitwy rzucając się śnieżkami i tarzając w śniegu. Zwykle jednak, było tu tak cicho i spokojnie, że mówiono, iż umarła, gdy odjechał ostatni pociąg. Podobno, tym pociągiem odjechał pan Stanisław - bileter oraz zawiadowca. Nikt wprawdzie go nie widział wsiadającego do pociągu, ale też nikt go już więcej nie zobaczył.
W stronę stacji brnął przez zaspy, kołysząc się jak kaczka, nieduży, może dwunastoletni, chłopiec. Wyglądał, jakby nie miał rąk, przez co z trudem przedzierał się przez głęboki śnieg. W końcu jednak udało mu się dotrzeć do czyichś śladów, po których pewniejszym już krokiem doszedł pod samą stację. W środku coś skrzypnęło, coś się poruszyło i w drzwiach stanęła mała garbata dziewczynka. Wyglądała na jakieś dziesięć lat, a na jej plecach pod grubą warstwą ubrań wyraźnie tkwił pokaźny garb.
- Strzała Andżela. - odezwał się chłopiec.
- Cześć, Kikut.
Kikut miał naprawdę na imię Sebastian, ale tylko jego rodzice jeszcze o tym pamiętali. Urodził się bez obu rąk i pewnie, gdyby nie był jedynakiem, nie dożyłby trzech lat.
- Jest Klaudi? - spytał.
- Jest. Zdobył nowy ogon.
- Ja..ja..jasz..sz..szczura sta..aa..rej Zuu..zaanny. - odezwał się ze środka głos jakały. - Te..e.ego, kt..któóry taaak ś..ś..się pa.aa.trzył! - dodał triumfalnie.
Klaudiusz od roku, za namową Kikuta, kolekcjonował ogony. Oszpecił już kilka psów i kotów, a nawet jedną kozę, ale jego marzeniem był zawsze ogon wielkiego warana starej Zuzanny. Niestety, ogon zawsze znikał mu w tajemniczy sposób z ręki, nim Klaudiusz zdążył wyjąć nóż.
- Dorwałeś drania? Super! - Kikut wszedł za Andżeliką.
Pulchny blondynek bez czapki stał pod ścianą dawnej poczekalni - pozbawionej okien, ławek, odrapanej salce - dumnie wymachując długim, zielonym ogonem.
- D..do Wo..wora! - krzyknął radosnie i wrzucił swoje trofeum do worka, z którego wyglądało parę innych ogonów.
- Nie! - zaprotestował Kikut. - Nie ten! Ten złożymy w ofierze Zimie. - zadecydował głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Dawaj go tu.
Klaudiusz zrobił oburzoną minę i usiłował wydusić z siebie jakiś protest, ale szybko spuścił smutno głowę i zaczął grzebać w worku.
- N..n.n..niee.ee.m.ma! N..nie m.mma g.g.g.go!
- Pokaż, no. - Andżelika wyrwała mu worek. - Rany! Naprawdę go nie ma! Popatrz. - podsunęła wór pod oczy Kikutowi.
- Cholera, nie ma go! - zaklął. - To zły znak. Klaudi, trzeba pozbyć się tych przeklętych ogonów.
- N.n.nie! - Oczy Klaudiusza rozszerzyły się ze strachu. Wyrwał Andżelice worek i rzucił się do wyjścia na peron. Zdążyła tylko krzyknąć.
- Ej!
- Łap go! - wrzasnął Kikut.
Oboje wypadli na peron, ale Klaudiusz był już daleko.
- Klaudi, wracaj! Wracaj, bo będzie nieszczęście! - wydarł się Kikut.
Klaudiusz obejrzał się za siebie i runął, jak długi w śnieg. Andżelika zaraz znalazła się przy nim i chwyciła za worek. Klaudiusz nie protestował, tylko wstał i zaczął się otrzepywać. Po chwili doczłapał Kikut.
- To tory. Potknąłeś się o tory, ofermo. Widzisz? Nie gap się tak, tylko kop. Zakopiemy tu te ogony tak, jak pokazywał mi bibliotekarz.
Klaudiusz przez chwilę gapił się bez słowa, w końcu posłusznie zabrał się do kopania. Odgarnął rękami śnieg z jednego z podkładów kolejowych i zaczął mocować się ze ściętymi lodem kamieniami, którymi kiedyś wysypano tor. Andżelika przyglądała się milcząc, a Kikut zaczął mruczeć pod nosem jakieś obco brzmiące słowa. Kikut był kiedyś przyjacielem bibliotekarza i wszyscy wiedzieli, że stary dziwak uczył dzieciaka różnych tajemniczych rzeczy, choć ten nie miał jeszcze wówczas dziesięciu lat. W końcu, pod podkładem powstała mała, kamienista jama.
- Dobra, wrzuć tam te chwosty i zaczynamy. - zakomenderował Kikut.
Andżelika wytrząsnęła z worka do dziury wszystkie poskręcane ogony. Złapali się za ręce i zaczęli krążyć dookoła dołka. Kikut zaczął śpiewnie recytować jakieś niepokojące słowa, z których większość kończyła się na -os i -us. Andżelika próbowała mu wtórować, a Klaudiusz tylko głośno sapał. W oddali z, teatralnym wyczuciem chwili, zabrzmiał jakiś zagubiony grzmot. Dzieci zatrzymały się i stanęły niepewnie. Od strony zabudowań zaczęły ujadać psy. Andżelika zbladła, Klaudiusz zaczął coś niezrozumiale jąkać, a Kikut tylko otworzył usta. Po chwili, jak na komendę, odwrócili się i puścili biegiem w kierunku najbliższych domów. Zaczęło wiać i śnieg powoli zaczął przysypywać dołek z ogonami. Wydawało się, jakby któryś podmuch targnął porzuconym obok workiem, ale nie. To zaczęło ruszać się coś w środku. Coś próbowało wydostać się na zewnątrz. Coś dużego. Wreszcie, spod materiału ukazał się zielona głowa, a w końcu i reszta wielkiego jaszczura. Rozejrzał się dookoła, syknął i, nic nie robiąc sobie ze śniegu, powoli ruszył w kierunku zabudowań. Doszedł do domu starej Zuzanny akurat, gdy rozpętała się burza.

Zimno ma wiele wspólnego ze strachem. Wkrada się powoli, albo atakuje znienacka, by ustąpić lub przeniknąć do kości. W Hołowicach zimno i strach znaczyły jedno. Przynajmniej, do dnia, w którym zaczęło dziać się naprawdę źle. Pierwszy pies, mimo krwawej piany na pysku, był nieco komiczny. Jamnik rzucający się do gardła dziecku, nie może wyglądać poważnie, mimo całego dramatyzmu sytuacji. Jamnik ten należał do brata Andżeliki i nie miał żadnego innego imienia. Biegał sobie, jak zwykle po podwórku i nagle, na widok małej od Fornalów, szczekając rzucił się do ataku. Zanim Fornalowa lub brat Andżeliki zdążyli zareagować, pies przewrócił dwuletnią dziewczynkę i, ujadając w duecie z jej krzykiem, zaczął szarpać zębami. Na jamnika rzuciła się z wrzaskiem matka, na matkę brat Andżeliki, a pies na oboje. W końcu, wspólnie musieli odgonić go kopniakami, a i tak uciekł dopiero, gdy przetrącili mu łapę, szczękę i pewnie połowę żeber. Fornalowa rzuciła się do córki, a brat Andżeliki tylko stał dysząc z rozdziawioną gębą.
- Ludzie! Na pomoc! Ludzie! - krzyczała matka podnosząc nieprzytomne dziecko ale, oczywiście, pierwsze zbiegły się dzieci.
Stanęły dookoła, z tuzin może, i zaczęły krzyczeć jedno przez drugie. Andżelika, która zjawiła się pierwsza, zaraz pobiegła po Kikuta i Klaudiusza lecz spotkała ich już za rogiem, gdy szli zwabieni zamieszaniem.
- Strzała Andżela. Co się stało?
- Jamnik brata wściekł się i pogryzł małą od Fornalów, a potem i Fornalową i brata!
- N..n.nie za..za...
- Nie zalewaj. - przerwał mu Kikut. - Jamnik?
- Sami zobaczcie.
Pobiegli na miejsce ale, tymczasem, zaniesiono małą do domu rodziców Andżeliki i tylko dzieciaki kręciły się jeszcze pod oknami.
- O, garbus! I kikut! O, i głupek! - krzyknęło jedno z drugim, gdy znaleźli się pod domem. - Te, kikut, załóż rękawiczki, bo zmarzniesz! - zaczęło się. - Andżela, skrzydełka ci rosną na plecach! - któryś z dzieciaków zaczął lepić śnieg, a inne za nim. - Głu..głu..głu..głupek! - i posypały się śnieżki.
Trafiony trzema na raz Kikut przewrócił się na plecy i zaczął nieporadnie się podnosić, co bardzo rozbawiło napastników. Zaraz jednak z grupy odezwały się okrzyki bólu, bo Andżelika zaczęła nader celny ostrzał.
- Aaaaaeeeaaa! - Klaudiusz, ignorując śnieżki, rzucił się do ataku.
Dzieciaki, nawet te większe, zeszły mu z drogi, ale dopadł któregoś i zaczął nacierać go śniegiem. Zanim jednak bitwa rozgorzała na dobre, wyszedł brat Andżeliki.
- Jazda stąd, gnoje! Zjeżdżać mi stąd, szczeniaki! Idźcie drzeć mordy gdzie indziej!
W piętnaście sekund na polu walki pozostali tylko Andżelika, Klaudiusz i Kikut, któremu udało się w końcu wstać.
- A wy, do domu, tylko gęby na kłódkę! - zakomenderował brat Andżeliki.
W środku, w dużym pokoju, na stole leżało dziecko, nad którym pochylała się matka, ksiundz Jan i paru dorosłych. Wyjątkowo, zapalono w piecu w środku dnia, było więc przyjemnie ciepło. Andżelika z chłopcami stanęli pod ścianą. Ktoś zdjął z pieca garnek z wrzątkiem, ktoś przyniósł jakieś szmaty. Ksiundz rozmawiał półgłosem z ojcem Andżeliki. Dzieci zaczęły już się nudzić i spojrzeniami dawały sobie znaki do wyjścia, gdy nagle usłyszeli, jak otwierają się drzwi i po chwili z sieni wyszedł przypruszony śniegiem ojciec Klaudiusza.
- Reks pogryzł Helkę! To jaka zaraza. Tak samo, jak tutaj - nagle rzucił się jej do gardła. Musiałem go zastrzelić.
- Aaaaa aaaaa! - rozdarł się Klaudiusz.
Ojciec dopiero teraz go zobaczył. Złapał go za rękę i pociągnął do wyjścia.
- Nie rycz. Trzeba matce pomóc przy siostrze, a psa znajdziemy ci innego. Pójdzie ksiundz z nami? - zwrócił się do Jana.
- Tak, tu już nie jestem potrzebny. Niech Fornalowa zmienia opatrunki rano i wieczorem i odsysa złą krew bańkami. Stare bandaże spalą. Położą jej też na piersi obrazek sancta Teresy. I niech się modlą! Pater noster cały dzień! Bóg z wami vobiscum.
Odkąd, parę lat wcześniej, zmarł ksiądz Wilhelm, opiekę nad parafią przejął pan Jan, kościelny. Początkowo, czytywał tylko co niedzielę Pismo, ale wkrótce zaczął też uczyć dzieci religii. Kiedy stało się jasne, że żaden nowy ksiądz się nie pojawi, pan Jan, z poparciem Hołowiczan, zaczął spowiadać, udzielać sakramentów i chodzić po kolędzie. Szybko zaczęto zwać go ksiundzem Janem, a na jego msze przychodzono chętniej, niż za dawnych czasów. Ksiundz Jan powprowadzał do liturgii trochę innowacji, ale, przede wszystkim, niezwykle rozwinął kult świętych. Do świętych modlono się o ciepło i o udane polowanie, o ochronę przed wilkami i o szczęśliwe rozwiązanie. Stary bibliotekarz, nim go ekskomunikowano i wygnano z miasta, zwykł mawiać, że oto wracają dawni bogowie.
Kiedy poszli, Kikut i Andżelika pobiegli za nimi. Nim wyszli, Kikutowi udało się rzucić okiem na nieprzytomną dziewczynkę. Była blada, a rany zadane przez psa odcinały się od skóry czerniawą sinizną. Zaraz, po wyjściu ksiundza, matka Andżeliki pobiegła po starą Zuzannę.
U Klaudiusza okazało się, że jego siostra jest tylko posiniaczona. Była tak grubo ubrana, że zęby nie zrobiły jej większej szkody, tak więc, trzeba było tylko przyłożyć jej okłady i pilnować, bo była w szoku. Ksiundz wrócił na plebanię a dzieciaki pobiegły z powrotem do Andżeliki, żeby pomóc jej bratu szukać psa. Wzięli kije i poszli w kierunku, w którym jeszcze niedawno biegł, przysypany teraz śniegiem, krwawy ślad. Doszli na tyły zawalonej stodoły starej Zuzanny, gdzie od razu zobaczyli psa.
- O, kurwa! - zaklął brat Andżeliki.
- Ja cię kręcę! - zawtórował mu Kikut!
- O! - powiedzieli tylko Andżelika z Klaudiuszem.
Jamnik leżał pod walącą się ścianą, a wokół niego, w promieniu trzech stóp, nie było ani grama śniegu. Pies leżał wprost na pożółkłych resztkach trawy, która od lat nie widziała słońca. Był jakiś dziwny, jakby pomalowany na biało, ale nie ruszał się i chyba nie oddychał, podeszli więc ostrożnie bliżej. Brat Andżeliki trącił ścierwo końcem kija. Odezwał się ostry dźwięk. Uderzył mocniej i pies rozpadł się na kawałki, jak bryła lodu, którą chyba się stał.
- Trzeba by to zakopać, nim zlecą się inne psy.
Nagle zesztywniał, a potem ręka, którą trzymał kij zaczęła mu się trząść. Po chwili zaczął trząść się cały wydając z siebie dziwne dźwięki. Dzieciaki odskoczyły z przerażeniem.
- He, he, he! Przestraszyliście się! - brat Andżeliki odwrócił się ze śmiechem. - No, jazda po łopatę.
- Ale ten śnieg... nie ma go.. i lód.. - próbował protestować Kikut.
- No, nie ma, nie ma i co z tego? Chcesz, to zostań - z łopatą i tak nie pomożesz.
Kikut już miał coś powiedzieć ale nagle zobaczył przyglądającego im się z jakiejś wysokiej belki warana.
- To przez tą jaszczurę. - szepnął i cała trójka, jak na komendę pobiegła po łopatę.
- Tylko biegiem! Nie mam zamiaru tu zamarznąć! - zdążył krzyknąć za nimi brat Andżeliki.
Zakopali psa tam, gdzie leżał, a trawę zaraz przysypał nawiany śnieg i pewnie nikt nie dowiedziałby się, co się z nim stało, gdyby nie to, że to samo zdarzyło się z zastrzelonym Reksem.

- "W samym środku Romanowej, otoczone Miastem, znajduje się Słońce. Wyrasta jasne i gorące pośrodku Pól Elizejskich, jak wielka, złota połówka pomarańczy. Jest ono największą atrakcją turystyczną Romanowej, a według niektórych ontologów także pierwszą i jedyną przyczyną jej istnienia. Co kilka lat pojawia się w mieście kolejny ponury prorok, głoszący, że Słońce gaśnie. I zawsze znajdują się tłumy gotowe go słuchać, dopóki znów nie okaże się, że to były tylko kolejne plamy na Słońcu. Tylko paru astrologów wie, że Słońce naprawdę gaśnie." Klaudi, przerzuć stronę. - Kikut oderwał wzrok od książki.
Siedzieli na strychu u Klaudiusza, bo rodzice, z powodu psów, zabronili im włóczyć się po miasteczku. Andżelika pomogła Kikutowi przynieść jedną z książek, którą ten ocalił po starym bibliotekarzu. Było to "Caput Mundi - opisanie Romanowej" w twardej, czarnej okładce ze złotymi literami. Słyszeli to już dziesiątki razy ale wciąż lubili słuchać opowieści o wpół-mitycznym mieście, a Kikut wciąż lubił się popisywać, że umie czytać. Klaudiusz przerzucił stronę. Kikut zaczął dalej.
- "Dookoła Romanowej rozciąga się jezioro Koliste, zwane też po prostu Jeziorem. Pływają po nim w miarę regularnie statki wycieczkowe, a opłynięcie całego Miasta było kiedyś obowiązkowym punktem wszystkich wycieczek. Skończyło się to, gdy Styksyści udowodnili, że Romanowej nie da się opłynąć, ponieważ Jezioro jest tak naprawdę niekończącą się rzeką. Spotkało się to ze zrozumiałym oporem ze strony przewoźników i mułłów, ale szkoda została już wyrządzona i nic nie można na to poradzić.
Nad samym Jeziorem położony jest port, do którego zawijają najszybsze parowce i najpiękniejsze żaglowce świata. I chociaż jest on wielkim punktem przeładunkowym, ważnym punktem tranzytowym i wyraźnym punktem na mapie, to znany jest z czego innego. To stąd wyruszali w swe podróże Sindbad, X i Magellan. To w tych stoczniach powstał Papierowy Statek i Apollo 13. Obok portu stoi nawet mały pomnik wielkiego X'a Żeglarza - odkrywcy Końca Świata."
- Czy to naprawdę gdzieś jest? - spytała, niewiadomo który już raz Andżelika.
- Jest, jest. - odpowiedział, jak zwykle Kikut. - Kiedyś przyjeżdżały nawet stamtąd te, no, pociągi. - dodał z przekonaniem.
- Oooo! - jęknął z przejęciem Klaudiusz. - Czy..czy..czytaj da.dalej.

Wieczorem w kościele zebrali się starsi miasteczka i radzili przez parę godzin. Dzieciaki próbowały, oczywiście, podsłuchiwać, ale zostały szybko przepędzone. Dorośli uradzili tylko tyle, że należy uważać na wszystkie psy i dzieci. Na drugi dzień musiano zabić kolejne trzy psy, ale obyło się bez ofiar. Wszystkie ścierwa, bez wyjątku, zamieniły się w bryły lodu, jakby wchłaniając otaczający je śnieg. Wieczorem zmarła pogryziona przez jamnika mała Sylwia. Fornalowa, chcąc zmienić jej opatrunki spostrzegła, że córka jest zimna i twarda, jak lód. Ksiundz Jan przytomnie kazał pochować ją po cichu za stodołą, ale dzieciaki, jak zwykle wszystko podpatrzyły i w miasteczku zapanowała panika. Wczesną nocą wszyscy mieszkańcy zgromadzili się w kościele. Zamknięto drzwi, przy których stanęli mężczyźni z bronią dowodzeni przez ojca Klaudiusza. Dzieci płakały lub bawiły się w berka między kolumnami, matki próbowały je uspokajać, ojcowie wymieniali z ponurymi minami zdawkowe uwagi. Nagle, przez ogólny harmider przedarł się dźwięk dzwonków. To ksiundz Jan wszedł na kazalnicę i próbował uciszyć zebranych.
- Cisza! Silentio! Na świętą Irenę! To domus dei, a nie targ! - zawołał. Odczekał chwilę, aż gwar nieco przycichł.
- Zło zakradło się do naszego miasteczka! Diabeł i jego czarna magia - tu spojrzał wymownie na starą Zuzannę - zakradli się do naszych domów. Zwierzęta szaleją, zginęło niewinne dziecko. Muszą się modlić, ale trzeba też wyplenić diabła, zanim stanie się coś gorszego! To teraz, to tylko ostrzeżenie, że nie można dłużej tolerować zła! Raz już oczyściliśmy nasze miasteczko ale...
Nie zdążył dokończyć, bo stara Zuzanna, która od początku kazania wierciła się w ławce, w końcu nie wytrzymała. Pomimo znacznej tuszy, żywo zerwała się na równe nogi.
- Oczyściliście! Tak oczyściliście, że na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy jeszcze potrafią czytać! Ty, panie Janie - wskazała palcem na ksiundza - zawsze byłeś na wpół obłąkany ale wtedy udało ci się jeszcze uwieść przestraszonych, przemarzniętych ludzi. Ty pozbyłeś się lekarza, bibliotekarza i burmistrza, a oni mogli palić w piecu rozszabrowanymi meblami i książkami.
Stara Zuzanna miała prawie siedemdziesiąt lat i była trochę dziwna. Nigdy nie wyszła za mąż, nigdy nie pracowała i miała wielkiego, zielonego warana o dziwnym wzroku. Jaszczur chadzał samopas po miasteczku strasząc psy i zupełnie ignorując mróz i śnieg. Ktoś inny na miejscu Zuzanny już dawno zostałby zaszczuty przez sąsiadów, ale stara tak, jak nikt, potrafiła wróżyć z kart. Dla tego, mieszkańcy Hołowic nie pozwolili jej skrzywdzić, ani staremu księdzu Wilhelmowi, ani teraz Janowi. Słysząc jej oskarżenia niektórzy z mieszkańców pospuszczali głowy ale nie ksiundz Jan.
- Zamknij się stara wiedźmo! Zapomnieliśmy wtedy o tobie. Gdyby nie moje modlitwy, dawno byś już... - nagle, ucichł, jakby zabrakło mu powietrza.
To znaczy, dalej mówił ale z ust nie wydobywał się żaden dźwięk. W końcu przestał mówić i czerwony ze wściekłości słuchał Zuzanny, która spokojnie kontynuowała.
- Twoje modlitwy są o kant dupy potłuc, ty niedorobiony klecho. Na razie wariują tylko psy, bo próbuję chronić tą mieścinę. Chciałbyś przy okazji się mnie pozbyć ale mylisz się. To zło nie jest stąd. Stąd jest najwyżej głupota. - tu, nie wiedzieć czemu, spojrzała w stronę zbitych teraz w kupkę dzieci. - To nadchodzi skądinąd. Pilnujcie swoje psy, dzieci i zostawcie mnie w spokoju, to może przeżyjemy. No, na dziś koniec zebrania. Wracajcie do domów.

Ludzie gasili ogień z większym zaangażowaniem, niż to miało sens, zważywszy na rozmiar pożaru. Z większym zapałem, niż wymagała przyzwoitość. Tak, jakby chcieli zagłuszyć poczucie winy, że przy okazji grzeją zmarzłe członki albo, że podnoszą rękę na ciepło, które choć na chwilę pozwala zapomnieć o strachu.
Obudziło ich nocą bicie w dzwony. Gdy, zaspani i wystraszeni, wyjrzeli na zewnątrz, od razu ujrzeli, co się dzieje. Ci dalej zobaczyli tylko czerwoną łunę, ci bliżej płomienie strzelające z okien domu starej Zuzanny. Nie minął kwadrans, gdy całe miasteczko gasiło rozszalały już pożar. W całym tym zamieszaniu nikt nie zauważył potrójnych śladów małych butów biegnących od tylnych drzwi domu Zuzanny w kierunku rynku.
Nagle, ktoś krzyknął i wskazał w noc, a ludzie posłusznie odwrócili głowy. Na granicy mroku stały dwie nieruchome sylwetki.
- Odsunąć się, do cholery! - Warknął ojciec Klaudiusza wyciągając broń.
Gapie nieco ociężale rozsunęli się na boki nie spuszczając oczu z niewyraźnych cieni. Ogień wciąż trzaskał zalotnie. Jedna z postaci postąpiła krok na przód i zwaliła się w śnieg. Druga stała przez chwilę, ale zaraz ruszyła - wolniej, jakby z pewną rozwagą. Ani spojrzała na leżącego towarzysza, tylko krok po kroku szła w kierunku ludzi, a im wydawało się, że prze w barierze równie gęstej, co wiszące w powietrzu napięcie. W krąg światła wyszedł zarośnięty mężczyzna w byle jak pozszywanych futrach.
- Pociąg. - Odezwał się. - Pociąg! - Krzyknął. - Uciekajcie, bo nadjeżdża pociąg!
Zgromadzenie rozszemrało się.
- Stary, dobry pociąg. - Ciągnął spokojniej. - Ostatni pociąg. Ten, który po was przejedzie.
Upadł na kolana i zaczął płakać.
- Kłusownik. To Kłusownik! - ktoś ocknął się w końcu z hipnotycznego otępienia.
Faktycznie, to był stary myśliwy zwany Kłusownikiem, co przestało już cokolwiek znaczyć. Mieszkał o dwa dni drogi od Hołowic i czasami przyjeżdżał do miasteczka sprzedawać futra i wieści z innych miast.
Ktoś podbiegł do niego, spróbował podnieść ale Kłusownik zwisł bezwładnie na jego ramieniu. Zaraz ruszyło im z pomocą kilka osób.
- Na plebanię! Niech zaniosą go na plebanię. - zakomenderował ksiundz Jan.
Tymczasem, parę innych osób, z ojcem Klaudiusza na czele, udało się w stronę drugiego przybysza. Ktoś podniósł wyżej pochodnię. Z bezładnej masy futer wyjrzała w migoczącym świetle stara, zarośnięta twarz. Przyglądali się jej z uwagą, aż w końcu ktoś krzyknął:
- Bibliotekarz! To przecież bibliotekarz!
Wszyscy odruchowo cofnęli się o krok. Od kiedy, trzy lata wcześniej, ksiundz Jan ekskomunikował starego bibliotekarza, ten nie pojawiał się w miasteczku. Chodziły słuchy, że zamiast, jak się spodziewano, zginąć z zimna i głodu, skumał się z Kłusownikiem. Podobno żyli w większej zażyłości, niż by pozwalały dobre obyczaje, ale aż do tej pory nikt nie widział ich razem.
- Proszę ksiundza! - zawołał ojciec Klaudiusza. - To bibliotekarz! Co mamy z nim zrobić?
- Jak to, co?! Bibliotekarz, nie bibliotekarz, przecież nie zostawimy go na śniegu! Na plebanię z nim.
Nikt już nie zwracał uwagi na szalejący ogień, dopóki nie zaczęły walić się pierwsze belki. Ludzie odsunęli się dalej, a w końcu zaczęli się rozchodzić do domów. Tylko paru mężczyzn zostało do rana pilnować, żeby ogień nie przeniósł się na inne budynki. Rano, po domu starej Zuzanny została tylko kupa poczerniałych belek i gorącego popiołu. O świcie ktoś dostrzegł siedzącego na stodole warana ale nie udało się go złapać.

Na plebani położyli Kłusownika i bibliotekarza na ławach. Zdjęli z pierwszego przemoczone futra i ksiundz zabrał się do badania.
- Nie wiem, co mu jest? Chyba jest po prostu wycieńczony i trochę poodmrażany. Trzeba będzie trzymać go w cieple, robić okłady, dobrze karmić i dużo się modlić.
Podeszli do bibliotekarza. Kiedy ściągali z niego futra, coś z nich wypadło i uderzyło głucho o podłogę. Ktoś schylił się i podniósł zniszczoną książkę w twardej okładce. Przez chwilę warzył ją niepewnie w dłoni, poczym podał ksiundzu. Ten rzucił okiem na okładkę i otworzył na chybił-trafił.
- "Wielką dumę stanowi dla Romanowej jej Uniwersytet." - zaczął czytać. - "W radzie rektorskiej zasiadają dziekani trzech wydziałów - profesorowie fenomenologii stosowanej, kwantowej mechaniki grawitacyjnej i nauk hermetycznych wspólnie czuwają nad wysiłkami setek naukowców. Wszyscy oni trudzą się od wieków nad sformułowaniem Jedynie Słusznej Teorii Rzeczywistości."
Otworzył książkę w innym miejscu.
- "Pałac cesarski położony jest na północ od centrum. To znaczy najczęściej na północ. Czasami jest to północny wschód, a czasami północny zachód ku południu. Istnieje także około 0,02% szansy, że będzie to południe. Na szczęście burmistrz ma dosyć dobry dojazd do centrum miasta. Kiedyś jego szofer używał jeszcze skrótów, ale raz wyjechali z pałacu zbyt późno, w pośpiechu pomylili drogę i zjawili się na defiladzie pół roku za wcześnie." To jakieś bzdury! - zamknął książkę i rzucił ją pod nogi jednego z mężczyzn. - Spalcie to. - poczym zabrał się za badanie bibliotekarza. - Nie żyje. - stwierdził po chwili. - Świeć panie nad duszą tego grzesznika.
Ludzie stanęli półkolem, ktoś wstawił wodę dla Kłusownika na piec, a ksiundz Jan zaczął odmawiać swoją wersję modlitwy za zmarłych. Nie dane mu było skończyć, bo nagle z drugiej ławy dało się słyszeć jakieś jęki i mamrotanie. Ktoś podbiegł uspokoić Kłusownika ale ten, niespodziewanie otworzył oczy i spojrzał całkiem przytomnym wzrokiem na zgromadzonych.
- Czy to Hołowice? - zapytał słabym, chrapliwym głosem. - Dzięki Bogu. - odetchnął ujrzawszy potakujące głowy. - Nie wierzyłem już.
- Co się wam stało? - spytał ojciec Sebastiana.
- Nam? Coś się, kurwa, stało ze światem! - Kłusownik na chwilę podniósł głos. - Tak gadał Ernest. Coś się stało na północy. Może w Romanowej? Ja tam nie wiem, ale idzie coś niedobrego. - Kłusownik zaczerpnął powietrza. - Najpierw zaczęły uciekać zwierzęta. Przychodziły wielką kupą z północy, a myśmy się cieszyli, ale uciekły dalej, a z nimi i te, co były wcześniej. Niektóre zupełnie oszalały i zaczęły rzucać się na siebie i na nas, pierdolone. - tu Ksiundz chrząknął, ale Kłusownik chyba nie usłyszał. - Baliśmy się wychodzić z domu. - ciągnął. - W końcu Ernest wymyślił, że pójdziemy do Mioduchy. Jest tam parę pustych chałup, mówił, tam przeczekamy, tak mówił. No, to poszliśmy. Nie dalej, jak pół dnia drogi od Mioduchy spotkaliśmy człowieka. Bełkotał coś o pociągu, aleśmy pomyśleli, że majaczy, bo przecież Mioducha nie przy torach. A, zresztą, kto widział ostatnio jaki pociąg? Facet skonał, nim zdążyliśmy mu pomóc. Doszliśmy do Mioduchy przed zmrokiem, a tam cisza, żywego ducha, psa nawet. Niektóre chałupy otwarte i puste. Do innych, musieliśmy się włamywać ale też nikogo. W wielu były ślady walki ale ani krwi ani ciał. Jakby wyparowali, mówił Ernest. Z sercem w gardle przenocowaliśmy w jakiejś komórce, a z rana poszliśmy ku torom, do Bukowa. Ale nie doszliśmy dalej, niż na odległość wzroku, bo tam na stacji zobaczyliśmy ten pociąg i zdjął nas strach. To było tak, jakby tam daleko, coś świeciło strachem. Ale Ernest, głupi, musiał oczywiście tam iść. Doszedł może na dwieście kroków i uciekł, jakby go bies gonił. Postanowiliśmy przyjść tutaj, żeby was ostrzec ale po drodze jemu coś odbiło i rzucił się na mnie. Musiałem dać mu w łeb i uciekać, a i tak doszedł za mną aż tu.
Długa opowieść wyraźnie wyczerpała Kłusownika, bo opadł na ławę ciężko dysząc. Wszyscy czekali w napięciu, aż powie coś jeszcze ale on nagle zaczął szarpać się i krzyczeć.
- Pociąg! O, z, o północy! Przejedzie. Przejedzie po was. - przeszedł w szept. - Pociąg...
Coś jeszcze przez chwilę pomruczał niezrozumiale i zamilkł. Nagle od strony bibliotekarza rozległ się okrzyk zdumienia. Blady, jak śnieg ksiundz Jan stał przed ławą z ciałem i drżącym głosem szeptał jakąś modlitwę. Stał w rosnącej kałuży wody kapiącej z ławy. Przez okno wpadały pierwsze promienie słońca.
- On... on się topi! - jęknął ktoś.

Nikt ich nie zwoływał. Byli tam jednak co do jednego wszyscy mieszkańcy - mężczyźni, kobiety i dzieci, mimo późnej pory. Wszyscy stali na peronie i wpatrywali się w ciemność, gdzieś ku północy. Północ zbliżała się też na zegarze. Nie wiał wiatr, na niebie świeciły wielkie, jak groch gwiazdy. Panowała niczym nie zmącona cisza - nawet dzieci stały w milczeniu.
Najpierw ledwo uchwytny szum, po chwili już wyraźny, wpadający w miarowy takt. Głuchy, powoli coraz silniejszy, leniwy takt. To-tak, to-tak, to-tak...
- Dla czego jedzie tak wolno? - Spytała łamiącym się głosem matka Moniki. - Dla czego tak wolno? - ale nikt jej nie odpowiedział.
W zadomowionej już na dworcu ciszy, narastający stukot urósł w jednostajny huk. Dorośli zasłuchani w zapomniane dźwięki, drżące dzieciaki znające tylko turkot wozów - dostrzegli nadciągający, czarny tabor dopiero, gdy z mozołem wtaczał się na stację. Światła lokomotywy były zgaszone, za szybami kabiny panowała ciemność i tylko z komina co chwila padały jasne skry. Czarna masa przetoczyła się obok peronu rozgarniając pługiem zwały śniegu, a za nią wjechały długim rzędem bydlęce wagony. Jeden, drugi, trzeci - każdy mimowolnie liczył w myślach lub szeptem. Po dłuższym czasie pociąg zaczął zwalniać, aż w końcu stanął cicho, bez pisku tak, że tylko ostatni wagon zatrzymał się przy peronie. Zapadła cisza przerywana tylko pojedynczymi sapnięciami, stuknięciami, całym tym repertuarem dźwięków, które wydają pociągi, którym ściągnięto cugle.
- Czterdzieści cztery. Sześćdziesiąt sześć. - zaczęli po chwili szeptać ludzie.
- Sto! Tysiąc! - kłóciły się dzieci.
Nikt nie wiedział ile było tych wagonów na pewno. Nagle, gdzieś w tłumie, rozległo się sześć głośnych huków. Ludzie stojący przy torach rozstąpili się zostawiając cztery leżące ciała. Nad nimi, z obłędem w oczach, stał ojciec Sebastiana i dalej pociągał za, bezużyteczny już, spust.
- Boże! Niech go łapią! - krzyknął ksiundz Jan i zaczął przepychać się przez tłum.
Paru największych mężczyzn niepewnie wyszło przed linię zgromadzonych ale, zanim zdążyli się zdecydować, ojciec Sebastiana odrzucił broń i rzucił się na nich z pięściami.
- Ta.aaa.aa.t.t..o! - Sebastian spróbował podbiec do ojca ale przerażona matka złapała go za kołnierz.
Tymczasem wywiązała się zażarta bójka. Wydawało się, że już, zaraz obezwładnią wariata ale nagle z innej części tłumu rozległ się okrzyk bólu. Ojciec Sebastiana wykorzystał chwilę nieuwagi, wyrwał się i zniknął w ciemnościach. Na drugim końcu peronu ludzie znów rozstąpili się pozostawiając krąg z leżącym ciałem Tym razem nad pokrwawioną kobietą stał mężczyzna z nożem. Nikt już nie czekał na jakiekolwiek hasła. Wszyscy rzucili się w panice do ucieczki. Matki chwytały dzieci, mężowie łapali żony i pędzili, byle szybciej w kierunku domów. Wkrótce peron opustoszał i tylko waran mógł zobaczyć, z wysokości dachu stacji, że pozostawiono dwoje stratowanych dzieci. Jaszczur zasyczał i zniknął ruinach budynku. Pociąg też zasyczał ale pozostał tam, gdzie stał.

Tym razem nie było tłumów w kościele. Rankiem, na plebani zebrali się starsi miasteczka. Wszyscy przyszli z bronią ale jednogłośnie postanowili zamknąć ją na czas zebrania w komórce. Wszystko wskazywało na to, że szaleństwo może dotknąć każdego. Wszelki ruch w miasteczku zamarł, ludzie bali się wychodzić, bali się już nawet swoich bliskich. Nikt nie wiedział na pewno, ile było ofiar ale przynajmniej jedna rodzina, Hrynowie, została w nocy wymordowana. Prawdopodobnie przez 13-letnią Hrynównę, której ciała nie znaleziono. Ile jeszcze takich scen rozegrało się w zabarykadowanych domach?
- Co robić, proszę ksiundza, co robić? - odezwał się ktoś w końcu.
Ksiundz Jan przez chwilę milczał.
- Modlić się. - odparł w końcu zmęczonym głosem. - Tylko modlitwa nam pozostała.
Znów zapadło milczenie.
- To Zima.
Wszyscy odwrócili się zaskoczeni. Kłusownik siedział na ławie i wpatrywał się w nich szklanym wzrokiem.
- To Zima do was przyjechała. Prawdziwa Zima, ta, co jeździ czarnymi saniami.
Ktoś się podniósł ale ksiundz Jan złapał go za rękaw. Kłusownik oparł się, jakby ze zmęczenia o ścianę i mówił dalej.
- Może już nie odjedzie i może już z nami zostanie, a to, co widzieliśmy, zblednie w obliczu jej mrozu? Ale na razie ona czeka. Czeka na pasażera. Ktoś w mieście kupił bilet do stacji Chłód i pociąg bez niego nie ruszy. - poczym znieruchomiał, a po twarzy pociekły mu łzy.
Zdawało się, że łzy płyną coraz większym ciurkiem, aż ksiundz Jan podszedł z lampą i okazało się, że to stopniały oczy. Z ust też już ciekła strużka wody.
- Apage satanas!

Kikut, Klaudiusz i Andżelika stali na pustym, nie licząc siedmiu ciał, peronie. Powoli zapadał zmrok. Kikut z poważną twarzą wpatrywał się w pociąg. Klaudiusz miał czerwone oczy i patrzył ma czubki butów, starając się nie odwracać wzroku w kierunku trupów. Andżelika stanęła między nimi.
- I, co teraz? - spytała.
- Słyszałaś, ktoś musi odjechać.
Andżelika popatrzyła na pociąg.
- Myślisz, że przyjechał z Romanowej?
Kikut wzruszył ramionami i trącił nogą Sebastiana.
- Znajdziesz go.
- C..c..co?
- Znajdziesz tą cholerną jaszczurę. To wszystko przez nią.
- A..a..ale...
- Żadnego ale! Zresztą, to ty przyniosłeś te cholerne ogony!- Kikut kopnął go w tyłek. - Musi gdzieś tu być.
Klaudiusz otrząsnął się i spojrzał na Kikuta tak, że ten cofnął się o krok. Po chwili jednak, znów smętnie spuścił głowę. Przez moment pogapił się na leżące trupy, po czym wszedł do poczekalni.
- Pomożemy mu? - spytała Andżelika.
- Taaa, chyba tak.
Przez kolejną godzinę ze środka stacji dochodziły odgłosy przesuwania ciężkich rzeczy, trzask łamanych desek i przytłumione komendy Kikuta. W końcu cała trója wróciła na peron mokra i zgrzana, aż parująca, ale z pustymi rękami. Nagle Kikut podskoczył i gdyby mógł, pewnie zacząłby machać rękami.
- Taa..aaaa...a... - Klaudiusz z Andżeliką popatrzyli na niego ze zdziwieniem. - A..a kich! - Kikut kichnął potężnie. - Tam jest, do cholery! - wrzasnął pokazując nogą koniec peronu.
Wielki waran z wyrazem obrzydzenia na pysku obgryzał jedno z leżących na peronie ciał. Wglądał na trochę wychudzonego i jakby chorego. Dzieciaki tylko popatrzyły po sobie porozumiewawczo i rozbiegły się bez słowa. Klaudiusz wyciągnął nóż i błyskawicznie znalazł się na prawo od jaszczura. Andżelika w chwilę potem zajęła miejsce z lewej, a Kikut powoli ruszył środkiem tak, żeby przyprzeć zwierzę do muru. Waran podniósł głowę znad obgryzionej nogi, wyraźnie lekko zdegustowanego całą sytuacją, ale bynajmniej nie zaniepokojony. Spokojnie patrzył, jak napastnicy podchodzą bliżej i bliżej. Nagle, gdy byli już całkiem blisko, Klaudiusz skoczył. Jaszczur spróbował zrobić unik, ale Andżelika zagrodziła mu drogę. Klaudiusz zwalił się na warana przygniatając go do ziemi i spróbował dźgnąć go nożem. Nagle zaskamlał i wypuścił broń. Jaszczur puścił zębami rękę Klaudiusza i wyrwał się spod napastnika. Nim jednak zdążył się ruszyć, Andżelika chwyciła go obiema rękami za ogon. Klaudiusz wpakował pogryzioną rękę w buzię, a drugą złapał szamocące się zwierzę za tylną łapę.
- Mamy drania! - krzyknęła Andżelika, której udzielił się myśliwski zapał.
Klaudiusz zaczął macać jedną ręką po śniegu w poszukiwania noża.
- Znika! On znika! - wrzasnął z boku Kikut.
Faktycznie, jaszczur, jak gdyby nigdy nic, zaczął powoli rozpływać się w powietrzu. Najpierw, z rąk osłupiałej Andżeliki zniknął ogon. Po chwili, Klaudiusz również stwierdził, że trzyma tylko powietrze.
- N..nni.nie z.z.znow.u!
Ale, nim waran rozwiał się do końca, Kikut w ostatniej chwili z całej siły kopnął w wiszącą w powietrzu głowę - prosto w ten ironiczny uśmiech na pysku. Zmaterializowany na powrót waran upadł nieprzytomny na śnieg. Andżelika z Klaudiuszem usiedli ciężko dysząc.
- Myślałeś, że jesteś z Chesire, ścierwojadzie. - zaśmiał się Kikut i jeszcze raz kopnął go w głowę. - Klaudi, masz ten nóż? Czekaj, odsuńcie się.
Andżelika zebrała się z ziemi i pomogła podnieść się Klaudiuszowi. Kikut stał przez chwilę bez ruchu patrząc na ścianę, po czym zaczął coś mruczeć pod nosem. Pokręcił się trochę w tą i z powrotem, poobracał dookoła, posyczał, w końcu spojrzał na Klaudiusza.
- No, Klaudi, wykończ go. Poderżnij mu gardło.
Klaudiusz chwycił jaszczura i szybko, nie patrząc, przejechał nożem po szyi. Sina krew bluznęła na śnieg wzbijając obłoczki pary. Klaudiusz z obrzydzeniem rzucił warana w zaspę i zaczął czyścić ręce.
- Co ty? - Kikut trącił jaszczura butem. - Bież go. Trzeba go wrzucić do wagonu.
Gdy donieśli sztywniejącego warana do pociągu, okazało się, że ostatni wagon jest otwarty i pusty.
- P.po.o.móż.
Andżelika złapała za ogon i wspólnie wrzucili jaszczura do środka.
- I co? - spytała. - Odjedzie teraz?
- Powinien. - odparł Kikut.
Stali przez chwilę patrząc niepewnie w stronę lokomotywy, ale ta ani drgnęła.
- Może trzeba skasować bilet? - rzuciła Andżelika z histerycznym chichotem.
Kikut wzruszył ramionami.
- T.t.to nie p.przez nie.e.ego! - Klaudiusz stanął przed Kikutem. - T.to prze.ez te te two.oje g.gatki, Kikut! - pchnął go na wagon, aż Kikut upadł w śnieg.
- Klaudi, co ty? - Andżelika złapała go za ramię.
- Nie rozumiesz? - spytał Klaudiusz bez zająknięcia. - T.to on, przecież t.t.to jasne! Bibliotekarz, po.potem to ze starą Z.zu.uzanną! Ro.ozumiesz?
Andżelika wyraźnie nie rozumiała.
- Uspokój się, Klaudiusz. Przecież... - ale nie dokończyła.
Od strony lokomotywy odezwał się długi gwizd. Z komina buchnął dym tak, jakby w piecu momentalnie wybuchł ogień. Szarpnęło wagony i sunie z mozołem to tak to, to tak to, to koło za kołem.
Kikut odturlał się od torów i spróbował się podnieść. Andżelika szybko pomogła mu wstać i cała trójka ruszyła biegiem w stronę miasteczka.

Zwolnili dopiero, gdy dobiegli do pierwszych zabudowań.
- Odjechał! - wysapała radośnie Andżelika.
- Heee-eeeeo! - zapiał Klaudiusz.
Tylko Kikut milczał z ponurą twarzą. Ruszyli spokojnie w stronę rynku. Ucichł wiatr, a słońce zaczęło miło przygrzewać tak, że można było zdjąć czapki i rozpiąć kurtki. Nagle, Andżelika przystanęła.
- Słyszycie? - spytała drżącym głosem.
- Ń..ń..nie. - Klaudiusz potrząsnął głową. - Cho..ooo..dźmy. - pociągnął Andżelikę za rękę.
Nagle zbladł i odwrócił się w stronę stacji.
- Ń..ń..nie. - powtórzył po chwili ciężko dysząc. - T.to w..w..wiatr w.w.waaali o.ookieeenni..ni.cami.
To-tak, to-tak, to-tak.
Złapali się za ręce - Kikuta za ubranie - i ruszyli równym krokiem w stronę rynku.
To-tak, to-tak, to-tak.
Gdzieś obok otworzyły się drzwi, przez które ukazała się głowa roześmianej kobiety. Upewniwszy się, że jest bezpiecznie, wyskoczyła przed dom ściskając małego chłopca. Jedna z jego rączek wydawała się lekko nadtopiona, ale kobiety to nie obchodziło.
- Ludzie! Żyje! Mój Marcyś znów żyje! - zaczęła klaskać tak, że mało nie wypuściła dziecka.
To-tak, to-tak, to-tak.
Ksiundz Jan niepewnie wyjrzał z okna w stronę stacji. Po chwili biegł już w podskokach w kierunku dzwonnicy, krzycząc "hosanna". Rozległy się dzwony.
To-tak, to-tak, to-tak.

Ludzie zaczęli powoli, ostrożnie wychodzić na ulicę. W samą porę by usłyszeć przeciągły gwizd i huk od strony kościoła. Dach zwalił się z trzaskiem, a z chmury pyłu i śniegu, podcinając przy okazji dzwonnicę, wyjechała rozpędzona lokomotywa. Na jej nosie stał pokryty lodem, zamarznięty waran. Wyglądał jak mały, przemarznięty diabeł. Pociąg, nie zwalniając ani o trochę, skręcił w kierunku najbliższego budynku. Stara apteka rozpadła się na pół. Rozległy się krzyki ludzi zagłuszane raz po raz przez gwizd lokomotywy. Wszyscy rzucili się w panice do ucieczki, byle dalej, za miasto. Nikt nie przebiegł jednak więcej, niż sto metrów, bo drogę odcinały im rozpędzone wagony. Andżelika rzuciła się w kierunku domu, ale jeden z wagonów zahaczył o ścianę i połowa budynku zwaliła się z hukiem. Klaudiusz zaczął biegać dookoła szukając jakiejś luki, ale pętla wagonów zaciskała się coraz bardziej. Kikut stał, patrząc obojętnie, jak pociąg rozjeżdża kolejne budynki i kolejnych ludzi. Po chwili usiadł na śniegu i zamknął oczy.
To-tak, to-tak, to-tak...
To-tak, to-tak, to-tak...

Powiał zimny wiatr i porzucona na gruzach miasteczka książka otworzyła się na jakiejś stronie, potem następnej, jeszcze jednej i jednej, aż w końcu przestało wiać i zrobiło się zupełnie cicho. Dwie, zapisane dużym drukiem strony wpatrywały się w gwiazdy szukając czytelnika. "Gdy komuś wydaje się, że poznał prawa rządzące układem ulic, okazuje się, że zawodzą one z perspektywy dzielnic i nie obejmują ścieżek osiedlowych, o sieci kanalizacyjnej nie wspominając. Stworzenie planu Romanowej pozostaje więc idee fixe kartografów i matematyków, a prostym ludziom nie pozostaje nic innego, niż pokładać ufność w Allachu. Modlą się więc w cieniu krzywych minaretów, by ich dom uległ bilokacji, lub by - nie daj Boże - nie przeszedł w stan wirtualny. Niektórzy, rzecz jasna, narzekają, że ich życie przypomina wielką loterię ale optymiści mówią, że kuda Romanowej do Babilonu?" Zaczęło padać i wkrótce śnieg przysypał resztę tekstu. Potem znów się przejaśniło. Pomarańczowy księżyc przypominał reklamę, która kiedyś świeciła nad barem. Odtąd, w martwych Hołowicach, aż do końca świata nie wydarzyło się już nic, a nic niezwykłego. Ale to, w końcu, nie tak długo.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 8 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.