1
Przyjaciel otarł sobie pysk swój kwadratowy, przetarł oczy, wygarnął śpioszki z przytulnych kącików i poszedł do ubikacji. W ubikacji złapał go dreszcz, a potem jeszcze jeden, trząsł się niepoważnie jeszcze jak wracał. Walnął szybką banię, i przełknął spazmatycznie jeszcze raz kiedy próbowała ścieknąć z powrotem. Posiedział chwilkę, a kwadrat okna powoli zmieniał mu się z bolesnego na nudny. Spojrzał na zegarek, odłożył go zaraz i stwierdził że dzisiaj nigdzie nie wyjdzie. Rozejrzał się po pokoju z ulgą, dostrzegając całą masę pięknych rzeczy, dzięki tej decyzji świat stał się naprawdę w porządku. Miał dużo dobrych książek które dzisiaj spróbuje przeczytać, na przykład tę taką grubą ze ślaczkiem. Chociaż nudno się zaczynała, może się rozkręca. Albo stos płytek z muzyczkami chwytliwymi i sympatycznymi, pomyślał. Synkopą , pomyślał, synkopą zapełnię ten wieczór, nie będzie równego uderzenia i smutnych piosenek pod koniec, tylko dobra nierówna synkopa z trąbką. Jak myślał o tej synkopie to nawet żołądek go przestał boleć. Może pójdzie do wypożyczalni i pożyczy sobie film z twistem, przyjaciel bardzo lubił twisty. Film wtedy kończył się zupełnie inaczej niż powinien. Potem może nawet napisze wiersz i napije się szklaneczkę dobrego koniaku, ale tylko dno szklanki dla humoru i natchnienia, i żeby rymy nie były za dobre. Ale najpierw, rozejrzał się z namysłem, najpierw odłoży wszystko na bok, po lewej i prawej, symetrycznie. I zagra na gitarze. Wziął gitarę z wewnętrznym oporem, bo coś tam w nim, jakiś ostatni okruch rozsądku wiedział czym się kończy takie granie na gitarze. I z wielkim zmęczeniem wziął ten sam chwyt co zawsze, i zrobił to samo zejście, w górę i w dół. Głośnik zapytał się go "Dokąd? Dokąd?" a on już wiedział dokąd, palce twarde i sztywne powoli nabierały szybkości i agresji, i cały przyjaciel się napełniał, pęczniał również. I prostował się, zmarszczki nieco się wygładziły, a na pysk przyjaciela trzeba było liftingu nie lada. Ramiona wygięły się do tyłu, oczy zgubiły swoje czerwone marmurki, włosy pociemniały. I trzeba mu to przyznać, przyjaciel jak tak sobie grał, zaczął wyglądać naprawdę dobrze, no po prostu zajebiście. W tych spodniach, w tej kurtce, wszystko pracowicie dobierane, po prostu niezły brunet wieczorową porą, stylowy nieprzyzwoicie. I wszyscy myśleli że to przyjaciel grał, a to echo grało. Struny jeszcze wibrowały, trzaśnięcie drzwi obijało się na korytarzu, a przyjaciel już był na rogu i długimi krokami zbliżał do siebie miasto. Właściwie to on stał a całe miasto długimi krokami pędziło mu na spotkanie.
- Cześć stary, już myślałem, że masz mi za złe wczorajsze.
- Nie mówmy o tym.
- Dzisiaj jestem wyjątkowo w porządku.
Miasto, ze względu na swą fatalność, było kobietą.
- Ja również dzisiaj jestem bardzo okej.
- No to gdzie wstąpisz?
- Entliczek, pętliczek...
- Tu jest nudno i ludzie jacyś dziwni.
- Ale muzyka była fajna.
- Snobistyczna pysiu, Pretensjonalna. To dobre dla intelektualistów, bez urazy.
- No to tam.
- Tam?
- Tam.
- To tam gdzie zawsze. Zawsze tu przychodzisz.
I przyjaciel wbiega z głębokim, pełnym uczucia zakrętasem do bramy, niemalże potykając się o zwłoki mędrca i filozofa. Ma DZIWNE UCZUCIE DEJA VU, szklanka w domu uczyniła go trochę zbyt podatnym na takie elementy pop-kulturowe jak martwi mędrcy, ale o tym będzie jeszcze niejeden raz.
Wirtualny transwestyta wybiega z domu zostawiając nie dokarmione koty na pastwę gotującego się czajnika.
Kiedy fikołek osiągnie drugą jazdę na limeryki, od żelazka postawionego na parapecie zajmą się firanki, co będzie jej całkowicie obojętne. Umieranie bywa absorbujące.
Skazany nie przyjdzie, bo zapomniał wczoraj wyjść, ktoś przykrył go ceratą i przetarł ścierką, potem wszyscy się zdziwią że on zawsze tutaj jest. Pyski, on nigdy nie wychodził.
I jak tak sobie wszyscy wybiegają w popłochu, krzyżując ścieżki, wpadając na siebie, kradnąc sobie zapalniczki i papierosy, opowiadając sprośne dowcipy o bogu i o tym co zrobił tej biednej żydóweczce, w trakcie tych ekskursji magicznych niepostrzeżenie zmienia się układ odniesienia. Ktoś wywala się na osi y-greków i podnosi na x-sach, ktoś sięga po piwo które zostawił na wyjątkowo trujących współrzędnych. Bywalcy, TU-bylcy, wiedzą że kluczem do uniknięcia konfuzji jest brak zrozumienia. Niby takie proste sprawy z perspektywą, a jednak, przy takim zmęczeniu ustroju proste ścieżki ustępują ścieżkom geniuszu, jak mawiał pewnie Anglosas wizjoner.
A ludzie jak siedzieli, tak będą siedzieć, są po prostu kluczowi, niepowtarzalni są. Gdyby kiedyś zdarzyło się tak, iż ktoś ważył by się podpieprzyć wszystkie stoły, wyniósł wszystkie krzesła, zamknął bar, pomalował wszystko na biało, z dużą dozą pewności stwierdzam, że nadal by tam pozostali, co do jednego, wszyscy durni i wszyscy pijani. Wszyscy ci którzy się znają lub tak twierdzą, którzy łapią się za kolana i dają sobie w mordę. Ci którzy tak desperacko chcąc kogoś poznać, bez przerwy pytają się o godzinę i podnoszą wszystkie upuszczone na ziemię przedmioty. I ci którzy nie chcą nikogo poznać, ci też. I dobrze, bo to złe kobiety były. Dobra, wyliczamy: Przyjaciel, wirtualny transwestyta, kochanek mędrca i filozofa, fikołek z Tworek, skazany na mordę przez wódkę i chińska promocja. No i duży siedzący bramę obok w swoim mordorze stylu disco, wstęp pięć złotych w strojach sportowych. Pomniejsze bóstwa nic nie znaczą, ladacznica, takie tam. Jakieś zafajdane i zadupiaste gwiazdozbiory, nic ciekawego, ale i tak o nich też będzie.
2
Przyjaciel usiadł z głębokim wewnętrznym spokojem. Serce trochę trzepotało się między żebrami po zbiegnięciu z tylu krętych schodków, ale teraz znowu równo szło za nim ramię w ramię, krok, stój, równaj, ramię w ramię. Poprosił o malutką szklaneczkę tego pomarańczowego, zaciągnął się głęboko metalicznym aromatem parującym z lodowatej szklanki i poczuł, jakby pocałował go ktoś mu bardzo kochany. Wziął pierwszy malutki łyczek zapoznawczy, i skrzywił się refleksją, jak ktoś kochany może tak źle smakować. Dopił do końca z wyraźnym przymusem i rozejrzał się dookoła, szukając znajomo kwadratowych pysków. Trochę za wcześnie było na ciepłe powitania, Skazany jeszcze cichutko drzemał, ustawiony głową w dół obok innych krzeseł na stole. Muzyczka sączyła się cicha i jeszcze dobra, choć potem już tylko fałsz i równe uderzenie. Przyjaciel zapomniał papierosów więc poszukał ich najpierw po kieszeniach kurtki, potem spodni i teraz siedział niewyraźnie. W kieszeni kurtki, tej wewnętrznej , rysował się prostokątny kształt pod podszewką, wymacał go jeszcze raz dla pewności. Sęk w tym że nie były to papierosy. Była to rzecz, o którą przyjaciel miał mieć staranie, miał, miał jej nie zgubić, nie zgubił, miał w porę oddać, i właśnie, cholera, nie oddał. Teraz było mu bardzo niedobrze Wieczór, ongiś dobrze zapowiadający się, pokazał swoją drugą, ciemną stronę, gdzie lepiej się nie zapuszczać samotnie. Wiedział, że takie nieoddania dla innych znaczyły kiedyś tyle co krawężnik, buty z metalowymi czubkami, ciasny, duszny bagażnik i wreszcie las w środku nocy . Miał mgliste o tym wyobrażenie, i właśnie za to je lubił, za tą mglistość. Nawet nie zauważył jak trzecia szklanka pomarańczowego destylatu spłynęła mu po zmęczonym przełyku. Ostatecznie, pomyślał,jeżeli tak długo było w porządku, to może rozejdzie się po kościach, po co o tym mówić, po co o tym myśleć, rozejrzał się i zobaczył kochanka, siedzącego plecami do tej, której imienia nie wymieniono.
Kochanek był jednym z wielu młodych chłopców i dziewcząt, którzy swą pierwszą bezinteresowną miłością obdarzyli Filozofa, blużniercę wszystkich bram, na którym ciążyła piwna fatwa, którego ścigała na każdym kroku wódczana anatema, który swoimi palcami zółtymi od tytoniu obdarowywał wszystkich sakrą z paprykowych chipsów, jego dotknięciem uszlachetnionych. Sól ziemi naszej, w postaci kłębiących się różowych, pulchnych ciałek wiła się nieustannie wokół tego, który paternalizował to kłębowisko. Gładził przecudnych intelektualnych chłopców po niemytych głowach i szczypał brzydkie intelektualne dziewczęta w ich zgrubiałe od siedzenia, niekształtne pupy. Zawsze z tym samym spojrzeniem wielkich, łagodnych, krowich oczu. Filozof, aby zostać postacią szanowaną i poważaną, spędził wiele lat ze swojego życia na przeróżnych czynnościach samodoskonalących, jako mistrz wielu bezużytecznych talentów sławny był i podziwiany. Jednak rak goryczy toczył jego zmęczone członki już od dawna, smutek coraz częściej przesłaniał mu jego krowie wielkie tęczówki. Pokłosie chłopców i dziewcząt zastało go pewnego ranka na progu bramy bez życia, z kielichem cykuty w dłoni, z wieńcem laurowym na skroniach i ścieżką śliny na chropowatym policzku. Wśród tej rozszlochanej, obsmarkanej gromady najgłośniej łkał i zawodził kochanek, chłopiec o oczach jeszcze bardziej niebieskich i włosach jeszcze bardziej blond od reszty. Chłopca tego filozof zwykł był głaskać szczególnie długo i całować szczególnie czule, chłopiec teraz płakał najgłośniej.
Od tej pamiętnej chwili kiedy zezwłok filozofa niczym taki mniej stylowy Rejtan legł w poprzek bramy, minęło już wiele czasu. Chłopcy i dziewczęta rozbiegli się po wszystkich krętych, romantycznych kamiennych uliczkach, szczypiąc się za pupy i głaszcząc po głowach w spowitych bluszczem zaułkach. Tylko kochanek został przy bramie, każdego wieczoru klepiąc krótką filozoficzną mantrę nad chudymi, pożółkłymi ze starości zwłokami. Stopniowo jednak tesknotę za filozofem zaczęło w kochanku wypierać pragnienie czegoś znacznie bardziej określonego, jak tu i teraz. I czuł całym swym kochankowatym sercem, że gdzieś, w jednej z tych poprzecinanych filozofami bram siedzi kobieta, która podniesie na niego swoje wielkie spokojne oczy i spyta :"Gdzie byłeś?".
3
Skazany poruszył się przez sen niespokojnie, kilka krzeseł zleciało ze stołu pod wpływem niespodziewanego skazanego poruszenia. Spał niespokojnie, pijackie tęskniące sny go męczyły. W tych snach ścigał coś bardzo pięknego ( miało taki srebrny połysk i było otoczone niebiańską poświatą ), i pędził za tym jak szalony, i nie mógł dogonić, za nic. Wyciągał ręce przed siebie i chwytał spazmatycznie nimi uformowane w jego świętego Gralla powietrze, a wszyscy wcześni o tej porze goście współczuli mu ze zrozumieniem, bo też takie sny miewali. Kiedy pokonywał skokiem przepaść głęboką, muskając opuszkami palców to całe fatalne migotanie, wygiął się niebezpiecznie, przesunął środek ciężkości za krawędź stołu i runął wzdłuż ostrych jak brzytwa górskich grani na podłogę.
Przyjaciel zaprzątnięty był własnymi problemami, więc machinalnie zamówił takie zielone o ohydnym smaku i wrócił do delikatnego sondowania prostokątnego kształtu odciskającego się pod podszewką.
Skazany przez chwilę siedział jeszcze na podłodze. Oniryczne jego majaki zmieniały się z romantycznych na prawdziwe, skazany dawno przestał dostrzegać pomiędzy nimi zasadnicze różnice. W małej kieszonce na piersi wymacał ostrą niegdyś żyletkę i poszedł się ogolić do ubikacji męskiej. Przez długi czas dochodziły stamtąd odgłosy tępego ostrza przeskakującego po owłosionym kwadratowym pysku skazanego, szum wody w pisuarze, psyk odświeżacza powietrza, zapach wiosennego lasu, wreszcie wydobył się stamtąd skazany, gotowy jeszcze raz dzisiaj ścigać swoje migotanie, na które skazał go jego pysk, teraz już ogolony. Podszedł do baru, sięgnął po szklankę tego zielonego i skropił sobie kark, podbródek i za uszami. Wyprostował się od razu i wciągnął głęboko powietrze, każda jego chrząstka z cichym chrupnięciem wsunęła się na swoje miejsce. Skazany w jednej chwili zmężniał i urósł, palce stały się bardziej smukłe a oczy bardziej orzechowe. Patrząc z odpowiedniego kąta można by go pomylić z przyjacielem, tak do siebie byli pod tym kątem podobni, chociaż, oczywiście, różnili się diametralnie.
- Witaj przyjacielu.
- Cześć Skazany, mam mały kłopot.
Skazany nie lubił swoich kłopotów. Cudze małe kłopoty lubił znacznie mniej niż swoje.
- Nie lubię twojego kłopotu. Więc nie mówmy już o tym. Dzisiaj obudziło mnie wielu złych ludzi.
Przyjaciel poruszył się niespokojnie.
- Jakich złych ludzi?
- Byli duzi i odstręczający. Twardzi w ramionach, o kwadratowych sylwetkach,. Jak szli, stukały ich buty z metalowymi czubkami. Obudzili mnie cholera tym stukaniem. Spróbuj spać jak dziesięciu palantów przechodzi przez cały pokój, i każdy z nich stuka...
- I co zrobili?
- Poza tym, że mnie obudzili, postali przez chwilę, spojrzeli dokładnie na to miejsce gdzie teraz siedzisz i wyszli, ale wyszli tak jakby mieli jeszcze wrócić.
- Czy wyglądali tak jakby mieli patrzeć jeszcze raz na to miejsce?
- Dokładnie tak wyglądali.
- Cholera, niedobrze.
Skazany rozejrzał się dookoła.
- O kochanek jakoś głupio stoi.
- Faktycznie, stoi zagadkowo.
- Bo kiedyś z kochankiem...
Bo kiedyś z kochankiem, w księżycową jasną noc, skazany przez mordę na sławę podążał przed siebie chyżo a dzielnie. Szukali piwa i dwóch krzeseł, papierosy chcieli palić i mówić o rzeczach nieistotnych. Postawy intelektualnie marnej, nerwowo szli oglądając się raz po raz przez ramię. Miejscowy chamski element czyhał na nich w ciemnych zaułkach Na krawędzi spojrzenia przesuwały się postacie, w pustych mijanych uliczkach rozlegały się pijane chichoty, w takie wieczory trzeba spieprzać a nie paradować środkiem ulicy.
- Zaraz napijemy się Kochanek, ty się nic nie bój. - uspokajał bardziej siebie niż kochanka skazany - Żeby tylko miejsce było. Bo czasami to nie ma miejsca.
Ktoś odkaszlnął na wysokości lewego ucha kochanka.
- A nawet jak nigdzie miejsca- dodał szybko kochanek - to poczekamy aż będzie. A potem się napijemy, o bracie, ty się nic nie bój.
Przechodzili nerwowo koło oświetlonych bram, które truły noc industrialną blaskiem trupim. Uderzenia dobiegały stamtąd tak równe, że szybko serca kochanka i skazanego podchwyciły ten rytm głuchy i teraz szli podrzucani rytmiczną czkawką. A w bramach tych stały dziewczęta naprawdę nie z tej bajki, w każdym razie nie z przerażająco-tragicznej bajki skazanego i kochanka. Dziewczyny o pięknych włosach, bujnych piersiach i smutnych oczach śpiewały takie miejskie pieśni o miłości i zapomnieniu. Na przechodniów patrzyły tymi oczami zarazem czule jak i lubieżnie. Ale i groza była w tych dziewczynach, bo za nimi w cieniu stali już naprawdę poważni ich opiekunowie. Krępe, tępe w konturach sylwetki podbiegały do nieostrożnych wędrowców, których o krok zniosło w złym kierunku, i z całej siły uderzały ich w usta. Skazany i kochanek chętnie wpadliby w tę pułapkę, tak sobie myśleli patrząc na oczy, biusty i gdzie jeszcze im się wzrok ześlizgnął.
Ale instynkt samozachowawczy, troszczący się z konsekwencją godną lepszej sprawy o byt ich biologiczny, zakładał im Nelsona. Szli kurczowo trzymając się środka ulicy
Widzieli już swoje miejsce na horyzoncie, gdy wszystko się w jednej chwili posypało. Beznadziejnie zdesperowany nocny gość musnął łydkę nimfą, udając nieporadnie, ż się potyka. Łydka znikła szybciej niż westchnienie, na jej miejscu pojawił się naprawdę fachowy i profesjonalny w swoim uderzaniu w usta wieczorny towarzysz. Złorzecząc obił go po twarzy strasznie, cisnął nim o ścianę, a kiedy upadł, wbił mu z muzyczną niemal maestrią metalowy czubek w miękkie. Skończyłoby się jak zwykle, to znaczy ambulans, dyżur, nocna zmiana, nos, zęby, proszę splunąć do umywalki. Lecz do towarzysza podbiegł przyjaciel nocnego, i podstępnie od tyłu rozbił mu o potylicę flaszkę wina zajeżdżającego korkiem i drożdżami. Bez zbędnej zwłoki wszyscy krewni i znajomi królika zaczęli kruszyć sobie szczęki, miażdżyć jądra, skakać po głowach i dźgać pomysłowo ukrytymi nożami. W środku wielkiej przemocy i agresji stali skazany i kochanek bojąc się ruszyć w jakąkolwiek stronę. Jeden z szczególnie śmiałych zawodników podbiegł do skazanego i zamierzył się na jego popularną twarz., Morda go jednak pokonała bez walki, tak że cofnął się i udał że coś mu upadło. Potem zresztą sobie poszedł.
Raptem stała się rzecz dziwna i znamienna. Ktoś komuś wybić oko chciał , zgruchotać żuchwę, wyrwać zęba, nieważne, w każdym razie chybił, i to o milimetry, ale chybił. Zamach, piękny i fantazyjny minął głowę, a walczącego impet obrócił dookoła własnej osi. Przeciwnik, nie ustąpił placu i zawirował w drugą stronę, na co ten pierwszy odpowiedział saltem. Po czym spletli się namiętnie i zamiast łamać sobie palce puścili się w najbardziej stylowego walca jakiego kochanek i skazany mieli okazję widzieć. Walc jak ospa rozniósł się po całym zlanym krwią i potem kłębowisku, raz po raz ktoś wycierał roztarty po twarzy nos i prosił nieśmiało do tańca. Przy boku spotworzyła się orkiestra na cztery trąbki i akordeon, wygrywająca zawzięcie melodię skoczną i sprośną. Skazany poprosił kochanka i obydwoje ślizgiem mało wprawnym dotarli do bramy. Potem wszystkich zamknęła policja za zakłócanie porządku. Prać się wolno, tańczyć nie wolno.
4
- Dosyć tych błazeństw, to przestaje być śmieszne, a zaczyna być straszne.
Przyjaciel nerwowo sączył wspomnienie po tym takim pomarańczowym, które seksualnie drapało go w przełyk. Jego ZŁY przetrawiany był właśnie alkoholem etylowym w nieznacznych stężeniach. Odprężył się nieco, rozprostował, przestał rzucać na boki nerwowe spojrzenia. Na schodach słychać było coraz głośniejsze szuranie wielu stóp. W każdym miejscu miasta wszyscy wybiegali w panice z domów i pędzili do takich bram, w obawie że zacznie się bez nich. Co jest bzdurą oczywistą. Nic się nie kończy, nic się nie zaczyna, przyjaciel jest wstawiony, potem skazany będzie pijany, potem fikołek będzie trzeźwiała, potem już nic nie będzie, można przewrócić na pierwszy rozdział i zacząć czytać od początku. A teraz wszyscy starają się kogoś znaleźć, takie liche alibi swojej nagłej ucieczki, siadają i zapalają papierosa, rozglądają się dookoła.
Przyjaciel skracał obrzędowości knajpiane do niezbędnego minimum. Nic a nic się nie rozglądał.
- Dość już tych błazeństw - powtórzył.
- Przyjaciel, nie bądź miętki - rzucił pojednawczo Skazany - nikt tu nikomu nie ma za złe wczorajszej nocy, a powinien, cholera, z tym kurhanem to było przegięcie.
- Sam nie bądź miętki. Taki kurhan to jest dobry, porządny literacki motyw. Nie obesrany przez ptaki nagrobek, nagrobek sobie w rzyć wsadzić można, ale kurhan, nawet kurhanik...mocna rzecz.
Podszedł do nich kochanek i zamówił takie zielonkawe o smaku płynu do płukania ust.
- Cześć chłopaki, przysiądę się to pogadamy. Widziałem właśnie śliczną dziewczynę.
- Zawsze podobają ci się nieciekawe dziewczyny.
- Bo patrzysz swoimi przekrwionymi oczami starego kurwiarza, i nic dziwnego, że nic nimi wypatrzyć nie możesz, rutyna zabija twórczy zachwyt. Chodzi o to, żeby patrząc na dziewczynę pomyśleć o czymś naprawdę dobrym i ważnym, jakiejś miłej melodii albo przyzwoitej książce. Jak ci się takie skojarzenie utrwali i w ciebie zapadanie, to taką dziewczynę możesz oglądać potem godzinami z takim bolesnym kłuciem AUĆ! pod mostkiem. I możesz o niej układać limeryki, albo myśleć, jakby było fajnie gdyby teraz z tobą była.
Skazanego czoła przekreśliła rysa, zwana przez niektórych bruzdą rozwagi i namysłu.
- Kochanek, ty już dawno nie ...wiesz?
- Nie...- Kochanek trzepotał rzęsami nerwowo - nie... co?
- Nic, nieważne.
- Nie, kochanek w tym co mówi ma jakąś swoją rację - wtrącił przyjaciel - i taka piękna to jest racja, taka trochę muzyczna i trochę poetycka. Z takim jeleniem na rykowisku mi się ta myśl kojarzy, i zachwyt serce ściska. Sęk w tym, że od dawna już nic mnie nie zachwyca, nic mi się nie podoba, niczego tak naprawdę mi się nie chce, i refleksje kochanka się jakoś mnie nie czepiają. I takie piękno niewinności w wykonaniu kochanka umrze i spłonie wśród nas, bo już ostentacyjna kurwistość skazanego bardziej do mnie trafia.
- Widzisz? - skazany się rozbudził - Stary, słuchaj mnie uważnie. Wszystkie kobiety poza moją mamą ... zresztą moja mama chyba też.
- Skazany, twoją matką jest wódka, więc nigdy nie waż się źle o niej wyrażać, chamie jeden - oburzył się przyjaciel.- Matka, jest jedna.
Skazany zasępił się momentalnie, i przepastne popularne oczy zaszły mu mgłą, może to śpioszki były. A może to był jeleń.
Bo skazany mamy jako takiej nie posiadał, był obarczony alchemicznym niejako pochodzeniem. Dla odróżnienia od owiec wyczyniających sztuki w próbówce, Skazany spłodził się w sumiennym, uczciwym kielichu czystej. Dla miasta skazanego charakterystycznym był natłok sławnych i szanowanych. Po ulicach spacerowali sławni, ulicami jeżdzili szanowani, wszędzie blichtr i dyskretny urok burżuazji. W tym jednak osobliwym mieście każdy ze sławnych rodził się w bólu późnej nocy, pączkowany przez zmieszanie niewłaściwych, zakazanych prawem alkoholi. I każdy miał tę samą twarz, ten sam chód elegancki, ruchy identycznie subtelne. Nawet żony mieli podobne, takie wysokie, szczupłe, opalone, wymieniali się tymi żonami wedle upodobania. Gorsze mieszanki win rodziły sławnych pośledniejszych. Tacy cieszyli się poważaniem tylko w groniwódkę na mordę. Cała doniosłość swojej mordy łączył z całkowitym brakiem jakiegokolwiek znaczenia. Niepopularny był aż nieprzyzwoicie. Każdej nocy, kiedy wreszcie zasiadał przy stoliku, okazywało się że sława już tu była, albo dzisiaj w ogóle nie przyjdzie, ale pytała o niego gdzie indziej. Skazany z dnia na dzień stawał się coraz bardziej milczący, bo czuł swoje bąbelkowe przemijanie w oparach metalicznych, i tak rozpaczliwie chciał, zanim jego serce wyda ostatnie westchnięcie, rozpaczliwie chciał stać się KIMŚ.
5
Przyjaciel przejął się potokiem wspomnień przesuwającym się w oczach skazanego i cały dobry nastrój po tym zielonym i po tym takim żółtym mu gdzieś się zgubił i przepadł. Poczuł znowu kwadratowy kształt kłujący go pod żebrem, usłyszał echa stóp chodzących dookoła jego bramy, zataczających coraz mniejsze kręgi mimochodem, i coraz bardziej się denerwował. Obok niego jakaś wyjątkowo w porządku dziewczyna zajęła wysoki barowy stołek, zapytała się o godzinę i o ogień, upuściła chusteczkę, posiedziała jeszcze trochę, wymamrotała: "pedał" i sobie poszła, a przyjaciel nadal siedział, i źle mu było. Gdzieś w oddali przesunął się Fikołek, na podeście zamigotał dwuznacznie wirtualny transwestyta, a może to nie on...a. Obok przyjaciela usiadł wyjątkowo niespecjalny towarzysz. Był wyjątkowo chudy, co niespecjalnie podobało się przyjacielowi bo czytał kiedyś, że wszystkie chude osoby mają niesympatyczne charaktery. Miał małe rozbiegane oczka, co również denerwowało przyjaciela, bo bardzo lubił patrzeć rozmówcom w oczy, zamiast ścigać je po całej twarzy. Ręce miał drobne i zwinne, co szczególnie zdenerwowało przyjaciela, bo lubił swój portfel, a jego portfel lubił przyjaciela. Słowem, taki lewy typ, któremu właściwie można dać w twarz, ale a nuż ma dużych i silnych przyjaciół. A właśnie się nachyla nad przyjacielem i szepce:
- Pozdrowienia od dużego.
Przyjaciel poczuł wielką suchość i przykrość.
- Duży? A, duży...właśnie dawno go nie widziałem, miałem go gdzieś złapać, ale tyle nagle wyszło, znaczy wynikło, jak tam u niego, trzyma się, wszystko płynie?
Szczurowaty pochylił się i pociągnął mały łyczek ze swojego piwa. Usta wytarł haftowaną serwetką.
- Duży zawsze się będzie miał, niezależnie od roku, pogody i okoliczności. Dobre się mianie nie przysługuje natomiast osobom, które wprowadziła dużego w zły nastrój. Takie osoby bardzo szybko się przekonują, że jest bardzo mało rzeczy bardziej przykrych niż zły duży.
Przyjaciel odchrząknął
- Posłuchaj, nie bądźmy jak dzieci, fatalnie się zachowałem, ale jestem w stanie jeszcze wszystko zadośćuczynić.
Chętnie się spotkam z dużym i wyjaśnię mu jak sprawy stoją, bo jak zrobi się nieprzyjemnie to wszyscy stracą, prawda? Znamy się przecież nie od dzisiaj , duży wie że można na mnie liczyć.
- Wszystko to prawda - szczurowaty gość palił długiego damskiego papierosa. Przyjaciel zauważył ze wstrętem, że ma równo obcięte paznokcie.- Z tym że duży rzadko myśli tak konsekwentnie i racjonalnie jak jest zły. A dzisiaj był wyjątkowo zły. Masz jakieś ważne sprawy do załatwienia?
- Bo ja wiem - zaczął się zastanawiać przyjaciel - tu i tam...
- Na twoim miejscu bym je załatwił ZANIM spotkasz się z dużym. Bo wiesz, różnie bywa.
Szczurzasty wstał i wyniósł swoją chudość przez murowane wyjście, boleśnie kłująć ostrymi łokciami i wystającymi obojczykami przechodzących. Przyjaciel zaczął się zastanawiać czy to dobra chwila na myślenie o bogu i najładniejszych plastycznie momentach swojego życia. Jednak za każdym razem kiedy próbował przywołać obraz boskiej nieskończoności i doskonałości, stawał mu przed oczami jego pan od plastyki z podstawówki, który próbował molestować uczniów w kantorku. Co do życia, to im bardziej starał się przypomnieć sympatyczne lub po prostu miłe chwile, tym wyraźniej i ostrzej pamiętał trzaskające drzwi, puste pokoje i haki pite jeden przez drugiego dla złagodzenia odczuwania. Bardziej dokładnie Przyjaciel ujmie to na ostatniej stronie, w swojej ostatniej mocnej kwestii dialogowej. Tymczasem było mu bardzo źle. Przez trzy blisko dekady nie dorobił się jednego godnego przywołania wspomnienia. Wszystko wskazywało na to, że przyjaciel umrze zupełnie do tego nieprzygotowany. "Przynajmniej mam przyjaciół" właściwie to nie zdążył pomyśleć, bo skazany był już upojony magicznie, a kochanek czekał na swe fatalne zauroczenie, siedząc plecami do tej, której imienia nie wymieniono.
Siedział na rogu krzesła, sącząc resztki czyjegoś piwa, bo tak było oszczędniej. Szukał jakiejś przyjemnej, prostej dziewczyny w gęstniejącym wokół baru tłumie. W tłumie było pełno dziewcząt, w większości nieprzyjemnych i skomplikowanych. Jedna z nich właśnie siadała naprzeciwko kochanka, świdrując go swoim lubieżnym wzrokiem. Kochanek swoim wdziękiem cherubina wyróżniał się na plus w takich społeczno-ludycznych kloakach. A teraz właśnie nerwowo przełykał ślinę.
- Przepraszam?
- Proszę. Spełnię każde twoje życzenie.
Jej język lekko dotknął czubka wargi, tam gdzie dwa wzgórki zamykają się w serduszko. Kochanek stał się nagle ciasny i opięty.
- Pani chyba mnie z kimś pomyliła....
- Ja się nigdy nie mylę. A jeśli dzisiaj również się nie mylę, będziesz dwudziestym szóstym mężczyzną, który weźmie mnie w ramiona, a wszystkie dwadzieścia pięć poprzednich razy było po prostu fantastyczne.
Kochanek starał się odchrząknąć swoje zbulwersowanie tkwiące mu w gardle tuż przy jabłku Adama.
- Ale ja jestem....tylko kochankiem....
- Kochanie, uzgodnijmy że w naszym dwuosobowym towarzystwie to ja będę profesjonalistką. Jesteś produktem męskiej zdegenerowanej literatury szowinistycznej, mogłabym sypnąć tytułami. Ale ja ci pokażę co znaczy kobieta wyzwolona, będziesz mnie błagał żebym przestała a ja będę właśnie nieubłagana.
Kochankę z żalem pomyślał dlaczego wszystkie wyzwolone kobiety są brzydkie.
- Mam przyjaciela który czeka na mnie przy barze.
- Jest okej, może być dwudziesty siódmy.
Umilkła bo w ich kierunku zbliżał się przyjaciel, lekko zachodząc na lewą stronę i kurczowo trzymając się ręką za kieszeń kurtki.
- Jakieś buce zajęły mi miejsce. Cześć kochanek, cześć ladacznica.
Ladacznica zatrzepotała wdzięcznie rzęsami w odpowiedzi na komplement. Chwyciła przyjaciela za krocze.
- Jesteś śliczny i agresywny, w ogóle silny taki, a ja jako prawdziwa kobieta to pochwalam i doceniam. Być może ty również dostąpisz zaszczytu wstąpienia do mojej łożnicy.
- Odwal się nimfomanko, bo zostanę gejem. Słuchaj kochanek, nie masz może fajki.
Szybko zapalił jedną ręką , rozgniótł sobie żar na policzku i ruszył chwiejnie dalej, przeciskając się z mozołem przez pusty korytarz. Lafirynda patrzyła za nim z niesmakiem.
- On był grubiański i w ogóle pewnie homo, ale teraz jesteśmy już sami, więc powiedz, gdzie chciałbyś mnie dotknąć.
Kochanek westchnął.
- Słuchaj, doceniam troje profesjonalne umiejętności, ale, bo widzisz...ja nie jestem zainteresowany.
Ladacznica skamieniała.
- Poświęciłem swoje życie sztuce i poezji. Nigdy nie miałem do tego odpowiedniej twarzy, jak skazany, ale starałem się tak bardzo jak mogłem. Nie myśl sobie, ale z kobietami lubiłem czytać wiersze, oglądać filmy, jeździć pociągami przed siebie i palić papierosy na wietrze. Aha, jeszcze pić młode wino pod gwiaździstym niebem. A z tym seksem, piersiami, językiem...to trochę mnie przerasta.
Ladacznica zamrugała, jakby coś wpadło jej do oka, odkaszlnęła i zaczęła mówić zupełnie innym głosem.
- Słuchaj, kochanku, ja też trochę nie jestem taka, jak mówiłam.
Kochanek spojrzał zdziwiony, bo zauważył, że istotnie nie była taką do końca ladacznicą.
- Z tym językiem, to wiesz... trenowałam przed lustrem. Z tym dwudziestym szóstym to też nie do końca prawda. Gdybyś był, a chyba już nie będziesz, byłbyś bardziej...dziesiąty. Może szósty. Trzeci.
Kochankę zauważył ze wyglądała niewinnie.
- Z tą łożnicą...Właściwie mieszkam z mamą. Ale mam własny pokój. I plakaty na ścianach. I nie jestem właściwie wyuzdana.
W kochanku coś się gięło i cięło, przegryzało ze sobą nawzajem. Tak sobie myślał: "Może już? Może to już teraz? Będzie spokój i równowaga, i koniec tej w pupę walonej jazdy literackiej bez hamulców i drugiej części.
Nie jest taka zła, jest w sumie bardzo w porządku, ma ładne oczy i ładnie pachnie." A kiedy już miał się łamać, ta druga część mu mówiła: � Ale to jest nie to. Musi być gdzieś coś więcej, wyżej, dalej." I kochanek wstaje i mówi:
- Przykro mi. Muszę iść.
- Posłuchaj, nie idź jeszcze, siadaj,... z tymi kwiatami, winem , papierosami, niebem, może moglibyśmy kiedyś razem...
- Chyba jednak nie. Do widzenia.
Ladacznica z rozmazanym makijażem długo jeszcze siedziała i sobie płakała, aż wywaliła ją obsługa.
6
Przyjacielowi rysowały się zarysy planu alkoholowego. Takie plany mają to do siebie że są zawsze dobre i fajne, nie wytrzymują za to zderzenia z prozaiczną rzeczywistością. Dlatego przed pójściem spać należy wielkimi wyraźnymi literami napisać na kartce "TO NIE JEST ZŁY POMYSŁ", a kartkę spalić. Po spaleniu należy ją sobie powiesić nad łóżkiem. Kompromis między pijacką odwagą a trzeźwym rozsądkiem. Przyjaciel miał już początki wspaniałego magicznego upojenia, więc jego plan był wyjątkowo zuchwały. Właściwie nie był to plan lecz czysta fantasmagoria , która wysłuchana w odpowiednim gronie wzbudziłaby wesołość, potem zdziwienie, strach i na końcu znowu wesołość. Przyjaciela mózg lekko falował i drżał, kiedy uświadamiał sobie absurd i groteskę swoich zamiarów. Zwrócił się do niejakiego chłopca siedzącego obok z dziewczyną.
- Duży mnie chce widzieć cierpiącym.
Chłopiec pokiwał głową na odwal się i dalej kontynuował przekonywać swoją dziewczynę aby mu się oddała.
- A ja nienawidzę bólu.
Przyjaciel gorączkowo chciał przypomnieć sobie, jak to szło dalej.
- A dziewczyną dużego, chociaż o tym się głośno nie mówi, jest Chińska Promocja.
Chłopiec jakby się ożywił na wspomnienie chińskiej promocji, lecz zaraz wrócił do przekonywania swojej dziewczyny.
- Ale ja wiem na pewno, że to ona. A chińska promocja znaczy dla dużego bardzo dużo, może więcej niż on
sam. Widzę tutaj proste równanie, które się nie zgadza. Po jednej stronie jest przyjaciel, który chce nie
umierać, po drugiej stronie duży, który niczego nie chce, bo wszystko ma. Żeby się zgadzało po obu
stronach duży też musi czegoś chcieć. A chcieć może tak naprawdę tylko chińskiej promocji. . Więc ja ją ...
- Gdybyś mnie kochała... słuchaj koleś , odwal się, dobrze? - chłopiec się trochę zdenerwował.
- To ja ją porwę. Życzę wam miłego wieczoru. - Przyjaciel wstał i odszedł..
- On ją musi naprawdę kochać...- rozmarzyła się dziewczyna - porwania, pogonie... nie tak ja ty - tylko o seksie.
Chłopiec ukrył twarz w rękach
- Wiesz co? Zamknij się.
A z chińską promocją sprawa przedstawiała się tradycyjnie dla tego chorego frazowania niejasno. Czasami, ale rzadko, bardzo rzadko, kiedy czarny kot zjawia się na tle księżyca w pełni, a upojonych magicznie jak mrówek na ulicach, wtedy czasami wchodzi do sali i siada przy pierwszym lepszym stole. Wszyscy ją poznają, chociaż nigdy nie jest dwa razy taka sama. Czarnymi puklami zamiata po sali, odgarnia z twarzy blond loki, patrzy oczami niebieskimi albo piwnymi, pachnie channelem a może sikejem,, ale zawsze zwiewna, ulotna, i też zmysłowa, drapieżna. Fermony opadają za nią narkotyczną wstęgą, a wszyscy koncentrują rozbiegane oczy i snują marzenia tak grzeszne jak mroczne. Kochanek przestaje rozmawiać, Skazanemu wódka staje w gardle, Wirtual nie wiadomo czy zazdrości czy podziwia. A ona tym gremialnym zachwytem staje się mocniejsza z każdym krokiem. Jej dłonie okazują się jeszcze bardziej smukłymi, oczy namiętnymi, wargi zmysłowymi, stopy kształtnymi, kurwa, nawet w jej spinkach do włosów jest seks. A ona nadal idzie przez salę, jak gdyby nikt nigdy, ściąga zębami rękawiczkę. Palto się zsuwa z jej nagich ramion, i całą salę przechodzi głuchy lęk. Oto na jej obojczykach jak letnie wspomnienie, ciągnie się wstęga wytatuowanych chińskich ideogramów. Czarne pająki lśnią na jedwabistej otomanie, a skazany i kochanek drżą na myśl o igle i tuszu wstrzykiwanym pod skórę.
I uznają swoją porażkę, pokonała ich dumnie krocząca ikona grzechu i pożądania. Przyjaciel z rozdrażnieniem spojrzał na stojącegi obok i pękającego ze śmiechu chińczyka.
- Czego cieszysz mordę? Fajna, prawda?
- Ta, ta, bardzo, bardzo dobry napis.
- Napis? Te znaki? O co chodzi?
- "Wiosenna promocja zielonej herbaty" - chińczyk parsknął i odszedł.
Strzeżcie się fałszywych proroków.
7
Fale, które głucho i groźnie rozlewały się po całej sali, trzęsły Przyjacielem raz za razem. Bo w tych falach słyszał i miłosne śpiewy samotnych w wielkich błękitach wielorybów, i coś z pomruku nadciągającej burzy od strony gór, i naprawdę dobra trąbka z tłumikiem też w tych wibracjach była. Rozgoryczony tłum który chwiał się niepewnie pod barem wyrywając sobie z rąk kieliszki czegoś gorzkiego i opalizującego także zaczynał już kołysać się w takt przypływów i odpłynięć. Przyjaciel czuł je znacznie lepiej, ale też słuch miał wyćwiczony, wzrok dokładny a ręce sprawne. Takie echa dalekich dźwięków miały jeszcze spotężnieć znacznie, skręcić wszystkich skoszmarniałą amplitudą, potem pęknąć w takt rozbijanego werbla i ostatecznie się rozjechać bez puenty. Do tego momentu, w którym najlepiej jest na chwilę skoczyć do domu, zostało jeszcze dobre pół nocy. Niemniej przyjaciel swoim wprawnym uchem wychwytywał te szczątkowe polifonie grane w wielu wariantach i niepokoił się. Chciał porwać Chińską promocję, uprowadzić ją i zniewolić, ubezwłasnowolnić smukłe ręce i spętać piękne nogi. Wolał rzucić się z siekierą na Wenus z Milo, uciec z kościoła wymachując Jezusem na krucyfiksie czy też uderzyć własną matkę. Czuł jednak, że poprzez ponury absurd swoich zamiarów mogą one właśnie okazać się skutecznymi. Przyjaciel musiał odwrócić przeznaczoną mu śmierć z rąk dużego, co w praktyce równało się odrzuceniu kardynalnych praw natury, cyklu księżyca, następstwa dnia i nocy. Miał zamiar dokonać swojej herezji w celu złamania tego porządku - tylko bluźnierstwo dostatecznie zuchwałe mogło się okazać skutecznym. Ponuro dopił swoją porcję gorzkiego opalizującego i poczuł się istotnie mniej rozgoryczony. Wracało mu upojenie magiczne, nieostrożnie przez chwilę utracone.
Upojenie magiczne, w odróżnieniu od innych, bardzo pospolitych i szarych w swojej istocie upojeń, budzi się razem z rozkwitającym kwiatem paproci, kiedy saper szarpie zielony przewód, karciarz stawia swoją córeczkę na trójkę dziewiątek a żona Lota zamienia się w słup soli. Zamiast oglądać się za siebie, żona koncentruje swój wzrok na blacie , chwyta półpełny, półpusty, kieliszek i go przykładnie wypija, objawia jej się upojenie magiczne. Zostaje przedstawiona ulicom bez tabliczek z nazwą i numerami domów, oraz bohaterom bez imion i zawołań rodowych, ratujących dziewice po przejściach. Każdy magiczny zakątek pryska orgazmicznie miejskim wachlarzem przystępnych mitologii, pomiędzy którymi przemykają fantazyjnie zamroczeni nektarem stróże prawa. W magicznej chwili odciskają się magiczne słowa. Kochanek widzi przed sobą oczy dziewczyny, która już do końca będzie jego, i rzuca się za tym widmem aby boleśnie uderzyć się w przystanek tramwajowy. Magia czystego etanolu przenika ulice tocząc z nich doliny, wąwozy i korytarze, na których barbarzyńcy, rycerze i wróżki z nędznej fabuły będą walczyć o swoją trzeźwość, wstrętną trzeźwość. Na pustych placach i opuszczonych targowiskach będą miały miejsce szczególnie krwawe i zaciekłe konwersacje, z których każda powinna być opiewaną przez wędrownych trubadurów i każda legnie na plecach w śniegu, jak pierwsza lepsza pijana kurwolewna. Upojenie magiczne sublimuje mi kartki zapisane chwiejnym pismem w brulionie, o których nie wiem skąd się wzięły. Palą się wyjątkowo jasnym płomieniem i zajeżdżają eterem.
Przyjaciel siedział w swoim upojeniu przeświadczony, że miał zrobić coś bardzo ważnego, co chwilowo mu umknęło, ale zaraz sobie przypomni. Lekkim dziewczęcym truchtem, charakterystycznym dla młodych pensjonarek w wysokich podkolanówkach podbiegła do niego Fikołek i usiadła mu na kolanach.
- Podstawową charakterystyką kryteriów struktur poznawczych - zaszczebiotała -jest ich stopień złożoności, czyli skomplikowania. W ten sposób dochodzimy do podziału struktur na abstrakcyjne tudzież konkretne.
Fikołek miała tego wieczora lekką i bezproblemową jazdę po dwóch kuflach cieńkiego piwa, która cisnęła jej się na usta ekskrementami psychologicznymi dostępnymi na uniwersyteckim rynku wydawniczym.
Wirtualny tranwestyta, którego z pewnym zdziwieniem zauważył obok siebie przyjaciel , nie zareagował. Był skupiony kontemplowaniem własnej dwuznaczności seksualnej. Fikołek zamilkł nagle, zabulgotał i westchnął, co oznaczało koniec dotychczasowej jazdy i nadejście nieznanego.
- Przyjaciel, daj jej wódki, zawsze po wódce recytuje haiku. Mniej wtedy mówi.
- Fikołek tez ma prawo głosu, nawet jeśli chce mówić o psychologii - wtrącił skazany - Ja na przykład wolałbym, żeby mówiła o cenie popularności, ale niczego nie sugeruję.
Kochanek nastąpił niechcący na nogę przyjaciela. Przyjaciel starał się przypomnieć sobie, kiedy wszyscy usiedli przy jego stoliku.
- To ja już wolę tę psychologię.
Skazanemu myśl uporczywa skręciła czoło w godne "V".
- Powiedz wirtual, jak to z tobą naprawdę jest?
- Proszę?
- Wiesz,... tego.....
- Nie wiem.
- Z tą płcią...niejasną...
Wirtualny tranwestyta wykonał ekwiwalent seksualnego przeciągnięcia się.
- A pójdziemy do mnie?
Skazany nie był w stanie w pełni docenić seksualności przeciągania się bo nadal nie był pewien płci wirtualnej.
- Słuchaj...nie wiem. Zależy. Może tak, może nie. Jak leży.
Wirtualny zerwał się z furią.
- Jesteś taki sam jak te wszystkie męskie świnie, pijak i złodziej.
Oddaliła się z gracja unosząc piwo i fajki.
Fikołek spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie potrafisz postępować z kobietami.
- Więc to kobieta.
- Nie wiem. Przypuszczam.
Skazany zamyślił się.
- W zasadzie gdyby to była kobieta, to może bym ją jeszcze dogonił...Ale gdyby to był facet to by głupio wyszło.
- Tak czy inaczej biedni są. Tak ostentacyjnej seksualnej dywersyfikacji nie spotyka się na każdym kroku.
- Gdyby to była laska, to byłaby całkiem fajną laską. - kontynuował swój wątek Skazany.- Gdyby to była laska...
Fikołkowi oczy rozbłysły wewnętrznym światłem i zwymiotował powieścią epistemologiczną. Skazany poczekał na list do przyjaciela i udał się z nim w ręce do ubikacji.
8
O fikołku i wirtualnym wspomnieć godnie i z respektem, przekłada się na literaturę większą niż moja. Oboje byli efektem ryzykownego mariażu pop kultury i dogorywającej po kątach wyższej szkoły dobrego się prowadzenia . Fikołek dziewczyną była swojego czasu dosyć modną. Spełniała wszystkie warunki stawiane kobiecie z towarzystwa, piła dużo i mocno, co jakiś czas przeczytała książkę i wyraziście interesowała się ambitnym skandynawskim kinem pornograficznym. Spędzała noce w towarzystwie wysokich i chudych kompozytorów, w akompaniamencie stękających pulchnych blondynek z grubymi warkoczami dźganymi przez muskularnych synów wikingów o błękitnych oczach. Zostałaby zapomniana jak wszystkie inne, gdyby nie jej pijackie transy podczas których ciskała heksametrem, zmagała się w nocy ciemnej z eposem, bądź słaniała się opita powieścią sentymentalną. Wraz z końcówką zjazdu, u progów bladego poranka, wyczołgiwała się z kolejnej nory z chrzęszczącą średniówką w zębach, pokryta potem literackim, z niejasnym wspomnieniem czegoś pięknego i straconego. Swojego czasu u boku fikołka warto się było pokazać, potem jakby odrobinę wypadła z kursu.
Wirtualny tranwestyta zrodził, zrodziła się z przerażającej wolności wyboru wszystkich komponentów codziennego bycia. Zastanawiając się po raz kolejny który smak pasty do zębów tak naprawdę lubi, czy seks oralny jest naprawdę fajny, a Tolkien lepszy od Nietzschego, tranwestyta odrzucił zdecydowanie swoją płeć, absolutnie niemodną w tym sezonie. Nie zniżył się do prozaicznych zabiegów kosmetycznych, lecz jednostronnie zażądał bycia postrzeganym jako płeć odmienna. Nieuchronnie, wszyscy już pijani i ci którzy jeszcze będą, pomylili koniec z początkiem, to co było najpierw z tym co nadeszło później, i nikt już nie wiedział w którą stronę transcendentalny jest tranwestyta. Stąd frustracja i agresja wirtualna , który przemieszcza się z furią z sali do sali z papierosem w zębach.
Przyjaciel oddał mocz z wielkim zaangażowaniem i oblał twarz zimną wodą. Jego pole widzenia odzyskało zdolność postrzegania otaczającej go beznadziejnej rzeczywistości, do której przyjaciel najchętniej wyszedłby z podniesionymi rękami. Poczuł się źle i słabo, czuł że kontury jego postaci odbijające się w lustrze nad pisuarem tracą wyrazistość i ten styl niepowtarzalny etanolem zwielokrotniony. Podszedł do baru i szybko wypił dwie szklaneczki przeźroczystego o zapachu jałowca, tak pisało na butelce. Jałowca nie poczuł, poczuł natomiast jak obejmujący go za szyję smutek odsunął się o dwa kroki, tak że przyjaciel mógł wziąć parę głębokich oddechów.
Czuł również że ta setka okrągła spływając po ciemnych i wilgotnych wnętrznościach przyjaciela obudziła coś naprawdę złego, czego raczej nie należało budzić. Fabuła chwilowo utykająca znowu zaczęła biec pod górkę klaskając pod kolanami. Coś się miało stać i coś się stanie, z piołunową konsekwencją, pomyślał przyjaciel.
Z niepokojem słyszał szmery i chrobotania mieszające się z równym biciem jego serca. Jego dół odpuścił chwilowo lecz za to słabość została. Ręce trzęsły się rozlewając setkę po barze, oddech miał płytki, czoło rozpalone gorączką. Potrzebował znacznie więcej siły która puściła by w ruch jego plan, w takim stanie nie był zdatny do niczego. Alkohol nie był zbyt dobry w takich sprawach. Przyjaciel znał jeszcze jeden sposób, niezawodny ale za to strasznie skurwysyński. Westchnął i poszedł w kierunku stolika wirtualnego i fikołka.
Fikołek i wirtual toczyli rozmowę o tym, czy warto kochać w dzisiejszym świecie, nawet za cenę przełamania obowiązujących konwenansów. Fikołek była lekko skropiona zielonym żrącym, wirtualny natomiast doskonale upojony magicznie. Lekko zachłystując się promieniował na zmianę męską charyzmą i kobiecym powabem.
- Mój boże, jak Wroński ją kochał...-Fikołek westchnął, a może mu się odbiło.
- Kochanie kochaniem, a głupiemu radość. - zauważył sentencjonalnie wirtual.
- To w takim razie porozmawiajmy o duchowości i metafizyce - zapaliła się Fikołek.
- Po mojemu, to wszystko bzdura i gówno prawda.
Przyjaciel odnalazł się gwałtownie za plecami fikołka.
- Wcale tak nie uważasz.
Wirtual się obruszył.
- Jasne że tak, przyjacielu. Właśnie tak uważam.
- Tak tylko pieprzysz dla efektu.
- Przyjacielu, nie zaczynaj, bo mnie magicznie upojono.
- Jeżeli naprawdę tak uważasz...
- ...to co?
- Sprzedaj mi swoją duchowość i metafizykę.
- Uchlałeś się.
- Sprzedaj mi swoją duszę.
- Płacisz gotówką?
- Jak najbardziej.
Tranwestyta się zamyślił.
- Wiesz, tak naprawdę to chyba nie chcę jej sprzedawać.
- Mój drogi, droga, nieważne, jesteś magicznie niekonsekwentne.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jednym ze skutków bycia magicznie upojonym jest bycie magicznie niekonsekwentnym. I dlatego wszyscy magicznie upojeni idioci starający się o rękę przedymanych na wszystkie strony dziewic, porzucą je za pięć minut. Przez nią potrafię tak się pięknie i celnie sformułować. I przez nią nie sprzedam ci swojej duszy.
- Jesteś śmierdzącym tchórzem i chodzącym hipokryfem, a naprawdę po prostu boisz się sprzedać mi swoją duszę.
- Nieprawda.
- Więc sprzedaj.
- Nie.
- A ty? - Przyjaciel zwrócił się do Fikołka - może ty sprzedasz mi swoją duszę?
- Wiesz, jestem młodą, wyzwoloną, stylową dziewczyną. Moja duchowość nie jest mi potrzebna, więcej, nie uznaję mojej duchowości. Nie wierzę w podstawową komórkę społeczeństwa, nie lubię papieża, przepraszam, ojca świętego. Nie daję na orkiestrę świątecznej pomocy. Nie widzę przeszkód żeby sprzedać ci moją duszę.
- Dam ci pieniądze na pomarańczowe gryzące.
- Stoi.
Fikołek wyciągnęła przed siebie swój kształtny paluszek po którym przyjaciel przejechał żyletką. Czerwona kropla spłynęła po opuszku prosto na chusteczkę higieniczną przyjaciela, na której było nagryzmolone coś niebieskim długopisem. Przyjaciel złożył ją szybko na cztery ćwiartki i schował do kieszeni kurtki. Potem poszedł do baru po pomarańczowe gryzące.
- Nie ma w tym żadnego sensu. - stwierdziła niepewnie Fikołek.
- Żadnego - potwierdził transwestyta.
- Nie ma duszy.
- Nie ma.
- Przyjaciel dał się zrobić.
- Jasna sprawa.
- Ale frajer.
- Straszny.
Uspokojona Fikołek wyciągnęła fajki i zapaliła jedną na próbę. Z ulgą stwierdziła, że smakują tak dobrze jak przedtem. Kiedy odłożyła go na popielniczkę, zauważyła krwawy ślad na ustniku.
9
- Piękna jest i pięknie czyni.
Kochanek zaróżowił się nieco z podniecenia, siedząc plecami do tej której imienia nie wymieniono.
- Taka sobie, słaba w zgięciach...
Przyjaciel nie odczuwał podniecenia.
- Nie masz racji, ale nie kłóćmy się.
Tęsknie śledził wycięte w trójkącik plecy, kurwa, plecy, plecy w trójkącik z głębokim wycięciem sukienki wieczorowej. Zniknęła za załomem muru. Wieczór zapowiadał się naprawdę bombowo, więc kochanek był pewien, że jeszcze niejedna zniknie tak za załomem muru.
- Słuchaj stary, to nie w ten sposób jest zaplanowane.
Przyjaciel jakoś odżył, dziwne napięcie wyciskało mu ścięgna i żyły na ramionach. Miał trochę ciemniejsze włosy i oczy trochę bardziej niebieskie, kurtkę nieco bardziej modną i buty szlachetne. Wyglądał naprawdę dobrze.
- Nie, nie, to jest tak, od początku - kochanek w nerwowym napięciu zepsuł papierosa teraz palił bez filtra.
- 0na siedzi, a ja przychodzę, staję, i odwracam się, uważasz, tak lepszym profilem. I ona wtedy mówi...
- Taaa, tak - przyjaciel był znudzony - zawsze cos pieprzą, nie mogłyby siedzieć na dupie w milczeniu.
- Ale ona właśnie to mówi, i potem siadam koło niej i dalej jest zupełnie filmowo. Na przykład trzymam papierosa jak Rick z "Casablanki". A ona wygląda jak Sophie Marceau, tylko bez Żuławskiego.
- Kochanek, posłuchaj mnie. Sądzę, że powinieneś poważnie rozważyć jedną taką możliwość.
- ...i mówię:"Czy próbuje mnie pani uwieść, pani..." ... jaką możliwość?
- To nie twoja wina, takie postrzeganie. Bo to jest bardzo powszechne, brak rozwinięcia twojej paranoi w odpowiedni kierunku . Wszyscy to mają, w jakimś stopniu.
- Nie całkiem cię...
- Otóż widzisz tę swoją lafiryndę, lekko już od czekania przejrzałą, kopcącą papierosa za papierosem w nadziei na kochanka. Notabene, Sophie Marceau ma już dzieci.
- To nie będzie żadna lafirynda.
- Może siedzieć tu za ścianą - ciągnął przyjaciel - i to nie jest źle , pod warunkiem, że jak będziesz szedł do baru, to nie będzie w ubikacji. Może być w jakiejś innej knajpie, to już gorzej. W innej knajpie , w innym mieście - wręcz fatalnie. Wersją tragiczną jest Haiti. Nie rozważamy na razie wersji tragicznej.
- Ale właśnie mnie nie rozumiesz, jeżeli ona jest moja, to bez względu na cokolwiek, się spotkamy. Jak inaczej mogłaby by być moja?
- Słuchaj, a kiedykolwiek myślałeś tak na poważnie, serio od początku do końca usranego, że jej po prostu nie ma? Ani za ścianą ani na Haiti?
- Tak... nigdy? Nigdzie?
- No bo tak naprawdę to jej nie powinno być. Tak według założeń fabuły. Sam wyobraź to sobie : gdzieś dwa stoliki dalej lolita z brązową szminką i srebrnym cieniem na powiekach, lekko pachnąca dobrymi perfumami, dopiero co porzucona przez swojego Humberta. Postać naszkicowana według najlepszych wzorów tragicznych, nieszczęśliwa i tęskniąca. Już prawie do końca tak nieszczęśliwie napisana, aż nagle buch-bach wali prosto w widownię złożoną z fryzjerek i kucharzy - pojawia się kochanek. Taki magicznie niesamowity klient, zaprasza ją na herbatę, idą do kina, wchodzi na kawę, kochają się, spędzają leniwy poranek ze śniadaniem w łóżku. A właśnie tak to być nie może napisane.
- No tak...tak się jeszcze nigdy nie skończyło.
- I nie będzie tego pierwszego razu, kochanek. Tak to już się skończy.
Przyjaciel podniósł się chwiejnie ze swojego miejsca, wylał piwo gościowi który siedział za nim, i odszedł esem-floresem. Kochanek siedział w milczeniu i poczuł nieprzyjemne drapanie w gardle i pieczenie w oczach. Czuł się bardzo niemęsko w tej chwili, ostatecznie chłopaki nie płaczą. Ale poczuł też swoją straszliwą beznadziejność w tej fabule, rolę ponurą, i pomimo wielu fajnych tekstów i komicznych sytuacji przeznaczenie po prostu smutne. Ujrzał siebie jako kochanka siedzącego przy tym samym stoliku jeszcze przez długie lata, tylko coraz bardziej znużonego, z głębszymi zmarszczkami i wyższym czołem, ale ciągle rozdzierająco samego jak palec. Starł ze wstydem mgłę z oczu i rozejrzał się po sali. W wejściu stała dziewczyna, kasztanowa i niewysoka, patrzyła się w stronę kochanka, z wahaniem lecz również z dyskretnym rozbawieniem. Po chwili niezdecydowania odeszła do kochanka szybkim krokiem i nachyliła się nad stolikiem.
- Głupi, przyszłam.
A dla kochanka w tym momencie zgasła jak świeca Chińska promocja, wszystkie piękniejsze i bardziej powabne dziewczyny odeszły w niebyt, bo dla kochanka w tym momencie liczyła się tylko dziewczyna pochylająca się nad stolikiem.
- Więc to ty?
- Przecież wiesz że ja.
- Odkąd weszłaś do sali wiedziałaś że masz usiąść przy moim stoliku.
Miała śliczne oczy i lekko rozchylone wargi, które co chwila zwilżała koniuszkiem języka.
- Myślałem że mieszkasz na Haiti.
- Mieszkam nie dalej niż dwie ulice od ciebie.
Kochanek z zachwytem podziwiał jej postać rozciągniętą na werniksie sali.
- To tutaj kończy się moja fabuła.
Wziął jej ręce w swoje dłonie, nie bacząc na fakt, że kochanek pojawi się jeszcze nieraz.
- To naprawdę....wspaniale. Dobre i piękne. Nie będzie już lepiej.
Zawsze może być lepiej, niemądry kochanku.
- Jak masz na imię?
Zatrzepotała powiekami.
- Katarzyna.
Kochanek zamarł.
- Tak po prostu...Katarzyna? Kaśka?
- Tak, Kaśka dla przyjaciół.
Kochanek poczuł się bardzo znużony. Cały jego euforyczny układ współrzędnych pełen miłości wrócił na swoje śmierdzące miejsce. Wiedział już że to na pewno nie koniec roli kochanka.
- Więc to nie ty.
- Jak to nie ja?
- To nie ty. To znowu nie ty.
- Nie rozumiem.
- Ta właściwa...moja...która tu kiedyś wejdzie. Ona nie może nazywać się po prostu.... Kaśka. Bo ona będzie moim dopełnieniem i uzupełnieniem, jak yin i yang, będzie tym wszystkim czego ja nie mam. A Kaśka...mam w sobie wiele Kasiek.
- Więc to też nie ty.
- To również nie ja.
Dziewczyna w milczeniu wstała i chyba jej coś wpadło do oka. Obróciła się na pięcie i wyszła szybkim krokiem.
Kochanek został znowu sam.
- Ale to nic - powiedział sobie - zaraz wejdzie i to już naprawdę będzie ta moja. Nie żadna Kasia-Srasia.
I został, i czekał.
Obok niego z cichym westchnięciem usiadła Fikołek i wyjęła papierosa z palców Kochanka.
- Przepraszam ale muszę sobie pociągnąć. Źle się czuję.
- Fikołek, to moja ostatnia fajka. -kochanek skrzywił się z rozdrażnieniem. - patrz, umazałaś cały filtr szminką.
- To nie szminka - Fikołek się zawahała - ja...skaleczyłam się w palec.
10
Przyjaciel spojrzał na zegarek i wydało mu się, że już czas. Odczekał jeszcze parę minut do momentu w którym już na pewno będzie za późno, ponownie spojrzał na zegarek i przekonał się, że już czas. Nic nie miało go ominąć tego wieczoru. Zimne powietrze buchało przez drzwi wejściowe kłębami gęstej mlecznej pary. W wilgotnych obłokach pojawiały się sylwetki gości wieczoru, śmierdzących jeszcze zimową wieczorną spaliną, przyróżowionych na policzkach. Krople pary wodnej ściekały przyjacielowi po nosie i kapały na podłogę, złamał już trzeciego papierosa i miał mokre nogawki. Trudno mu było oddychać przez to skłębienie gęste, w płucach czuł wielką suchość i ciężkość. W gęstniejącej mgle sylwetki gości zaczęły mu się zamazywać. Najpierw zniknął stolik na drugim końcu sali przy ścianie, potem dziewczyna która czekała na ubikację, i tak krok za krokiem, ręka za dłonią, noga za stopą zniknęło wszystko, a przyjaciel został sam. Czuł obecność innych, gdzieś za szarym mokrym parawanem słyszał stłumione głosy i śmiechy, ale przyjaciel już kroczył sam i za wszelką cenę starał się nie oglądać. I nagle tuż przed sobą, na granicy widzialności zobaczył dłoń, a może nawet cień dłoni w długiej skórzanej rękawiczce. Od razu poznał palce i paznokcie, opuszki i linie papilarne znał na pamięć. W takim kształcie był jedwab, perły, tęcza, i krawędź żyletki. Takie ręce miała tylko chińska promocja. I zdawało mu się że spoza kłębów pary patrzy na niego dwoje oczu, a ręka go wabi nieznośnie, skręca się ku niemu ale dosięgnąć go nie może. W uszach miał szum i syk, krew tłukła mu się w membranie. Więc skąd ten szept �porwij mnie" na granicy słyszalnej częstotliwości, skąd te westchnienia, może tylko kapanie wody. Postąpił krok do przodu ale mgła zaczęła go dusić, wpiła mu się w usta namiętnym pocałunkiem, nie zadowoliła się językiem lecz zlała się do płuc i zdusiła serce. W głowie kołysało mu się wielkie spiżowe serce dzwonu i uderzało o pulsujące skronie, oddech chwytał coraz płycej. Cień sylwetki zbliżył się do niego. Czuł na wargach słodką woń perfum i balsamów, zamknął oczy i zawirował. Ktoś kopnął drzwi z zewnątrz i lodowy podmuch przeszył przyjaciela, uderzył w salę i zmroził rząd butelek wódki nad barem. W dzikim przeciągu srebrnym deszczem gwałtownie skropliła się mgła i spadła na podłogę, pofrunęły szaliki i czapki kolorowe, Fikołek blada w białej powiewającej sukience krzyczała :"zamknijcie kurwa drzwi". Przyjaciel zatoczył się i osunął na krzesło. Czuł jak przez te drzwi upojonym magicznie klientem otwarte wpełza wielkie zimno i wielki chłód, a w przyjacielu coś zamarza i już nie odmarznie. Cień szary zniknął bez śladu, choć w powietrzu zostało ciemne i ciepłe po nim wspomnienie Spojrzał na zegarek i wydało mu się że już czas. Wstał i był w połowie drogi do wyjścia, kiedy buchnęły piszczałki i pofrunęły serpentyny. Zaczęło się święto Pana.
Skazany przemierzył pół wieczoru trzema tanecznymi krokami, chichocząc w duchu, jak nakazywał zwyczaj. Wieczór, błąkający się chronologicznie, był szerzej znany jako święto Pana, narkomana i rozpustnika.. Za wcześnie by cieszyć się na Beletyn, zbyt perwersyjne jak na Boże narodzenie, celebra odchodziła naprawdę w najlepszym stylu. Skazany rytualnie obrócił się wokół własnej osi i klapnął ciężko na krzesło. Był zmęczony wyczerpującą gonitwą po plantach ze stróżami prawa, obfitującą w sztuki walki i pościgi samochodowe, kiedy myląc pogonie, lub też myląc się co do pogoni zniknął w bramie. Zaaplikował sobie pieczołowicie Krople Widzenia Pana, które rozpuściły mu źrenice aby mógł widzieć Pana. Wszystko wskazywało na to, że skazany się dzisiaj ostatecznie ośmieszy ku uciesze innych, jak zresztą nakazywał zwyczaj. Doszlusował do niego Wirtualny transwestyta, którego płeć rozkładała się dzisiaj seksualnym sekwensem.
-Skazanykochanieprzyjacielsiedziałobokdrzwiiktośjeotworzyłbyłprzeciągionwyszedłniewiemgdzieposzedłbo
pzecieżnigdyniewychodzi999999999999////////.
Skazany spojrzał z niepokojem na Wirtuala, w którego źrenicach odbijał się spoglądający z niepokojem skazany.
- Proszę?
- Tak właśnie. Bawmy się ku uciesze innych, Święto przypada w końcu tylko raz do roku.
- Ale za to jutro...
- Kto wie co będzie jutro.
Kochanek, który z braku wprawy trochę zbyt dużo Kropli Widzenia Pana rozpuścił w swoich oczach wykwitł wężowym ruchem przy stoliku.
- Oj stary, chyba trochę przesadziłeś, wyszedłeś z domu zostawiając drzwi otwarte jeśli wiesz co mam na myśli.
Uśmiech wykwitł na ustach kochanka jadowitym lotusem. Skazany poruszył się zaniepokojony.
- Ej, chwila, pomijacie najfajniejsze rytuały. Ja jestem dopiero przy tanecznych krokach i klapaniu, a wy już przy skomplikowanych konwersacjach.
- Odczyniamy rytuał zintegrowany, Pana nie wolno drażnić zbytnią opieszałością.
- Pośpiech jest oznaką braku szacunku. - Skazany przyglądał się z zaciekawieniem Kochankowi , który pokrył się młodym kwieciem, nieporadnym i niewinnym. Wirtual przechwycił jego spojrzenie.
- O cholera, tego nie było w planach.
- To taka, wiesz, improwizacja..
- To wypijmy jednego za jego kwietną duszę.
- To też bardzo dobre.
Wirtual ambitnie zmagał się z wyjątkowo trudną inkantacją, i wyraźnie w tej walce przegrywał. Moc czystej rozpusty wymykała mu się z rąk i przelewała przez palce, uderzając prosto do głowy nadmiarem niepotrzebnych wrażeń. W końcu poddał się.
- Chłopaki, ja chyba zepsuło. Nic, idę.
Podniósł się nieśmiało, przyoblekając się w kurtkę zwielokrotnioną obrzędowo. Zmagał się z nią w milczeniu, podczas gdy rękawy oplatały go coraz ciaśniej a zamek coraz boleśniej wrzynał się w policzek. W końcu z furią zrzucił ją z siebie, wykonał unik, przetoczył się po stole i stawił jej czoła. Bestia czaiła się w kącie, dysząc ponuro, zatruwając Wirtuala trującymi wyziewami, machając sprośnie zaropiałymi pazurami i wyzywając od najgorszych jej przodków. Transwestyta wziął krótki rozbieg i wykonał skok fenomenalny chwytając rękami żyrandol, pejcza mu jeszcze brakowało i kapelusza. Przeleciał od niechcenia przez całą salę, po czym wylądował na grzbiecie bestii, drapiąc ją i gryząc z nienawiś