[ 2002/04/10 ] U Kuśnierza, autor: KNH Lis, kategoria: tekst

Skórki z wakacji

Skończyło się lato. Jedyną myślą trzymającą mnie przy życiu był fakt, że czekają mnie jeszcze wakacje w miejscu, gdzie trwa ono wiecznie. To jednak też nie trwało długo i nastąpił definitywny koniec odrywania się od rzeczywistości. Aby nie czynić desperackich kroków zastosowałem technikę wyparcia rzeczywistości ze świadomości. Nie poskutkowało na długo.
Kiedy więc wracałem samochodem z pracy, co mi się zdarza po zakończonych wakacjach co najmniej 5 razy w tygodniu, naszła mnie pewna odkrywcza myśl. Pomyślałem to, co podejrzewałem już od jakiegoś czasu, że pomyślę. Kurwa! - pomyślałem zatem - ja nigdy nie chciałem pracować w korporacji. Po prostu wybrałem łatwy wariant. Ciepło miło i przytulnie. Pomyśleć, że dla niektórych to jest wyzwanie. A dla mnie? Ten krzyk wyrwał się z moich trzewi. Obcy we mnie to ja sam.
Kurwa! - pomyślałem znowu - dla mnie wyzwanie to pokonać wygodę i pozbyć się półśrodków. Choć - pogładziłem kierownicę swego autka - nie całkiem pozbyć się wygody.
To przyjechało za mną z wakacji. Jak zwykle z za krótkich wakacji. W tym krótkim czasie udało mi się jednak przemyśleć o wiele więcej spraw niż przez cały rok, kiedy rano boli mnie wstawanie, a wieczorem boli mnie, że będę musiał wstać. Pora mojego wstawania jest wymuszona przez jakiegoś średnio wyrafinowanego kutasa o zawężonych horyzontach myślowych.
Kiedy tak mnie boli rano i wieczorem, o niczym innym nie jestem w stanie myśleć jak tylko o moim przerwanym śnie. Czasem, w week-end zdarza się jakaś świeża myśl. Jak jeszcze nie rozdeptana wisienka na chodniku przed warzywniakiem.
Wakacje dały mi boleśnie do zrozumienia, że jestem obcym tworem w większości środowisk i miejsc. Na drodze, na autostradzie, w motelu, na trawniku, w morzu i zwłaszcza na plaży. Tam gdzie byłem zresztą nie było plaż. Jest jednak taka odmiana gatunku, do którego jak sądzę należę, której to nie przeszkadza. Wszędzie znajdzie kawałek betonu, żeby swój zadek przypiekać. Szkoda, że to nie jest możliwe przez 24h na dobę. Z pewnością by skorzystali.
Nie to co ze mną. Mnie zawsze coś akurat przeszkadza. Na przykład sąsiedni zadek prawie przyklejony do mojego policzka. Raz zdecydowałem się na integrację i jestem przeciw. Poza tym przeszkadza mi jasno, ciemno, gorąco, głośno, smród, brud i sąsiedzi.
To nie stwarza miłej atmosfery wypoczynku, ani w ogóle nie stwarza miłej atmosfery. Nie miałem jednak wyboru. Aby mimo wszystko zachować resztki szczątkowej osobowości postanowiłem pławić się w malkontenctwie. A tymczasem zadki obok mnie pławiły się w brodziku, a co odważniejsze w morzu. Żadnego nie zjadł rekin.
Nie wiem czy mógłbym polubić rekina. Wiem natomiast, że nie jestem odważny. Jestem nawet dość strachliwy. Boję się pomysłów na jakie potrafią wpaść zadki z rodzaju tych co się smażą. Boję się ich bezmyślnej zadkowej spalenizny i ich pławienia się w ciepłym morzu. Boję się ich supermarketów i ich hamburgerów. Boję się ich dzieci i czasami boję się ich psów. Boję się ich oczu i boję się tego, że oni nie boją się niczego. Bardzo boję się ich telewizji. Czasami ona wciąga również mnie i wtedy my - ja też razem ze swoim zadkiem pławimy się w wygodzie bezmyślności. Nie myślimy o niczym. Nie myślimy już nawet o tym, że znowu będzie rano. Nie boimy się już porannego przymusu opuszczania wyrka.
Po wakacjach pozbyłem się dekodera i obserwowałem swoje reakcje. Mój zadek ciążył w kierunku pilota, ale jak na razie udało mi się go powstrzymać. To trwa już ponad tydzień. Nie cierpię z tego powodu. Więcej myślę. Mam inne sny. Moja rzeczywistość kręci się wokół innych problemów. Sądzę jednak że to przejściowy stan. Stan szoku. Minie.
Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam psa. Ale przede wszystkim mam żonę. Ona jest ze mną cały czas. Piszę tylko dla niej. Jednak kiedy tak boli mnie zadkowa egzystencja jestem czasami sam. Wtedy, kiedy jestem sam choć nie jestem sam śnią mi się dziwne sny. Dręczą mnie. Są przerażająco prawdziwe nawet kiedy główny wątek polega na tym, że mój żółw pływa na plecach po dnie akwarium w ciemnych okularach i meloniku. Właśnie tak samo sensowne jest życie. Nie oznacza to jednak, że jest pasmem udręk. Przynajmniej nie dla wszystkich. A dla mnie? Już mówiłem, że mam psa. Poza tym moja żona nadaje sens mojej egzystencji. Czasami wyobrażam sobie, że jakiś fagas usiłuje ją poderwać. Ona patrzy na niego spokojnie i pyta - Czym chcesz mnie skusić? Swoim małym, średnim lub dużym penisem. To żałosna propozycja zważywszy na fakt, że oprócz tego nie masz nic do zaoferowania. - I odchodzi. Byłem pierwszym facetem, któremu tego nie powiedziała. I nie powie. Moja żona chce kochać tylko mnie. Nie zawsze wiem czym sobie na to zasłużyłem, ale jestem dumny. I nic się nie zmieniło po powrocie z wakacji. Niczego nie zmienia też fakt, że skończyło się lato.
Jednak powrót z wakacji jest jeszcze gorszy niż zmęczenie przed wyjazdem. Siła przyzwyczajenia. Poza tym beznadziejność wykonywanych zajęć jeszcze bardziej mnie wkurwia, kiedy zabieram się do nich wypoczęty. Czuję wtedy, że mógłbym może przenieść jakąś górę, ale siadam za biurkiem i  mogę już tylko podnieść biurko. Tylko po co?
Czasem, tak jak teraz, zastanawiam się kiedy i dlaczego dałem dupy stworzeniu, które nazywa Bezsens. Ono tak się do mnie przyzwyczaiło, że teraz samo sobie bierze czy ja się na to zgadzam czy nie i nie chce mnie rzucić. Kiedy decydowałem się na związanie się z nim wyglądało jak niezła laska i obiecywało dużo więcej niż zwykłe spodlenie. Zresztą co tam laska. Wyglądał jak świetlana przyszłość. Przynosił mi coraz to nowe lektury, zabierał na wystawy, ciągał po muzeach, kazał skończyć studia i to nie jedne, pokazywał jak mieć swoje zdanie i wyjaśniał dlaczego jestem lepszy od innych, nauczał jak myśleć rozważać i filozofować, i jak się pisze wiersze. Snuł rozmaite wizje i miał tysiąc wersji przyszłości, z których każda była fascynująca. Podły skurwysyn. Jednocześnie dwa razy tyle siły kazał przeznaczać na walkę z wrogiem, którego nie było i szukanie wolności, która dawno już została odnaleziona. Podstępnie snuł intrygi i karmił jedynie słusznymi przeświadczeniami jakim należy być i jakim się jest z czego wynikało bezbłędnie, że bez jego pomocy wszelka dalsza działalność pozbawiona będzie sensu i nacechowana cierpieniem. Na koniec ogołocił ze złudzeń i pozbawił marzeń. Kazał być pragmatycznym i wyrachowanym. Nie byłem dobrym uczniem i najwyraźniej nie zdałem końcowego egzaminu. Zostałem jednak ogołocony z zapału i oszabrowany z czasu na wprowadzenie zmian.
Teraz wszystko, co mogę zrobić to pojechać na wakacje. Czasem trochę schudnąć czasem trochę przytyć. Tak, mam żonę i psa, ale oni są na wyższym stopniu rozwoju niż ja. To raz. Poza tym nie wiedzą, że zadaję się z tym gnojkiem i świadczę mu wymuszone usługi. To dwa. Gdyby się dowiedzieli dostałbym najpierw z rąk Prezydenta odpowiednik Oscara za rolę pierwszoplanowego dupka, a potem? Tego nawet nie staram się sobie wyobrazić.

Skórki z jesieni

Minęły wakacje. Już dawno. Nie minął jednak ból, z którym się budzę. Nie mogę udźwignąć tego, co spotykam na drodze. Nie mogę tego podnieść i nie potrafię zostawić. Jestem facetem, który przez całe życie tkwi pomiędzy światami. Czuję się jak biały kawałek grejpfruta. Ani skórka, ani owoc. Tylko gorzki i do niczego niepotrzebny pośredni kawałek.
Robię różne rzeczy. Ważne, dobre, głupie i nieprzemyślane. Jak każdy. Tyle, że wszyscy traktują ten stan naturalnie, a ja jakbym za każdym razem był sprawcą katastrofy. Katastrofy, która dotyka tylko mnie. Nikt nic nie wie. Ja wiem. Czuję i duszę się ze strachu. Wtedy otwieram szeroko oczy i wpatruję się bardzo głęboko w nicość. Wyobrazić sobie, że nie ma nic i z tą wizją odpłynąć w dal. To próbuję zrobić raz na jakiś czas. Jeszcze się nie udało. Boleśnie czuję przez cały czas, że coś jednak jest. O tym, że ktoś jednak jest myśli się nawet miło. Trzeba zatem wracać. Zamykam oczy. Jestem i nie wiem po co. Po co Van Gogh namalował tyle obrazów. Nie umiał robić nic innego? Zresztą gdyby robił coś innego i obciął sobie ucho powiedzieliby, że jest idiotą. Kto jest prawdziwym idiotą? Mam pewna teorię. Ten kto poświęca duszę i ciało dla, na przykład, korporacji i nigdy nie zostaje jej Prezesem. Nigdy zatem nie zarabia tyle ile Prezes, a KORPORACJI broni jak by była jego matką, a może i ojcem. Taki idiota gnębi innych młodszych stażem idiotów właściwie tylko po to, żeby Prezes mógł szybciej zmienić służbowe Volvo na najnowszy model. To się nazywa mieć wąskie horyzonty myślowe. Nie ukrywam, że nawet trochę się cieszę z faktu, że takie właśnie, albo węższe, horyzonty ma jakieś dziewięćdziesiąt (pięć) procent populacji. Tylko dlatego Van Gogh mógł sobie odciąć ucho i na malować kwiaty, wnętrza, pola, lasy i własne portrety. Z czasem zawsze jakieś pięć dziesięć procent przyucza się, że malarz to ktoś kogo wypada mieć w swoich szeregach. Potem inni którzy nie należą już do tych pięciu dziesięciu procent zaczynają "naśladować" i gotowe można malować.
Nie chcę być idiotą. Bycie idiotą i posiadanie stuprocentowej pewności, że tak właśnie jest byłoby nie do zniesienia. Kim chce być? Też idiotą, ale w innych wymiarze. Będę idiotą dla tych dziewięćdziesięciu (pięciu) procent to zawsze lepszy ciężar gatunkowy.

Skórki z zimy

No i wróciłem do pracy.
Tyle mojego co pojęczałem.
Jestem cieniasem.
Wiem o tym.
Będę teraz o tym pisać wiersze.
Bardzo szczerze wypłaczę się w rękaw poezji przez bardzo małe "p".
Więcej chyba nie będę pisać, bo jest zima i mróz. Chce mi się spać i nie chce mi się gadać. Z nikim. Od miesiąca nie zamieniłem ani słowa nawet ze sobą. Fatalnie. Jestem zmęczony. Nie mogę patrzeć na siebie w lustrze i nie chce mi się oglądać innych twarzy nawet na zdjęciach.
Dobra, dosyć rzępolenia słownego. Jak mi przejdzie napiszę znowu. Ale to chyba dopiero na wiosnę. Boże, jestem cieniasem!!! Jezu nie chcę być Brydżet Dżąs, ani w ogóle nie chcę być żadną BRYDŻET. Kurwa mać! Przeżyłem lato, jesień, zimę. Nie! Zima jeszcze trwa.
Miałem moment buntu, ale skończył się. Niczym. Lub niczym mgiełka. Rozdeptał się i spłyną. Teraz będę walczył o byt. Będę chciał przetrwać zanim znów zacznie się polowanie, które tak naprawdę nigdy się nie skończyło.
Nie mam nastroju, żeby mówić mądre rzeczy. Nie mam go nawet, żeby mówić głupie.
Wiem, że im gorzej tym lepiej, a im bardziej się starasz tym bardziej dostajesz po zadzie. Ten, który lał na wszystko od początku, ale wiedział kiedy udawać będzie cię nosił na kołnierzu. Pięknie wyprawionego! A jakże.
Pewnie minie jeszcze dużo czasu zanim sam nauczę się, jak to się robić, żeby inni byli u mnie na kołnierzu. Istnieje też możliwość, że się nigdy nie nauczę. Jak wspominałem jestem przecież cieniasem. Najbardziej cienkie jest to, że w ogóle wspomniałem, tu, w swoich wywodach o czymś tak śliskim jak Brydżet. Wstydzę się. Wstydzę się za Brydżet. I za wszystkich którzy się jej nie wstydzą.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 6 *:  
* - pola obowiązkowe.