[ 2002/02/28 ] Plastikowy (h)arlekin, autor: Jakub Urbańczyk, kategoria: tekst

Słońce - większe niż zwykle - niestrudzenie lizało wyczerpaną już tymi pieszczotami ziemię. Jeśli nawet ta kolorowa równina miała gdzieś swój koniec, to był on daleko poza zasięgiem wzroku. Pomiędzy ziemią, a nagim niebem wisiały trzy małe punkty - trzy ptaki z gatunku tych czarnych. Powoli, niemal niezauważalnie, zataczały coraz niższe kręgi. Nie spieszyły się, bo wiedziały, że tam na dole jest dość pożywienia dla tysięcy padlinożerców. Schodząc coraz niżej zaczęły dostrzegać małe kształty tworzące ten wielobarwny step. Nie ważne, czy było to cmentarzysko karlej cywilizacji, pobojowisko po Armagedonie małych bogów, czy też po prostu wysypisko śmieci. Ptaki wypatrzyły już swoje łupy i rozdzieliły się opadając w różne części plastikowej nekropolii. Będą teraz do zmroku dziobać i szarpać bezbronne ciałka starych zabawek.
Gdzieś blisko środka - jednego z wielu środków tej równiny - stał stary, plastikowy żołnierz ściskający swój plastikowy karabin i niespokojnie wpatrujący się w niebo. Dopiero, gdy znikły z niego czarne kształty odłożył broń, usiadł na jakimś wypatroszonym pluszowym misiu i zapalił papierosa.
- Możesz wyjść. Poleciały sobie.
Coś poruszyło się obok i spod jakichś szmat ukazała się porcelanowa figurka. Biała Pani usiadła z wyraźnym wysiłkiem - nie miała prawej ręki i miała odtłuczony kawałek ramienia. Strzelec popatrzył na nią z niepokojem.
- O czym mówiliśmy?
- O Bieli. Mówiłam, że szukam w życiu Bieli.
Spuściła speszona wzrok, a żołnierz zaciągnął się głęboko.
-To odwrotnie niż ja. Ja szukam ciemnych zaułków, mrocznych historii i czarnego humoru.
Biała Pani podniosła głowę.
- Myślę, że Lalkarz jest biały. Musi być biały.
- O ile jest jakiś Lalkarz.
Pani przyjrzała mu się uważnie.
- Nie wierzysz w Lalkarza?
- Nie wiem, nigdy żadnego nie widziałem.
- Przecież masz wyciśnięte jego piętno - "JaPan".
Stary żołnierz wzruszył ramionami.
- Niektórzy twierdzą, że to tylko matryca,
- Wierz w co chcesz, a ja wierzę, że jest jakieś bielsze miejsce.
- W takim razie mam nadzieję, że on trafi tam przed nami.
Spod zwału plastikowych trupów z piskiem i zgrzytem podniósł się wielki, kanciasty kształt.
- Wi-tam-was-zie-mia-nie. - odezwał się mechanicznym głosem - Ja-prz-ja-ciel-wi-tam-was-zie-mia-nie.
Po czym, nim żołnierz zdołał wykonać najmniejszy ruch, robot otworzył w swoim kadłubie luk skrywający z pół tuzina luf. Pani odruchowo zamknęła oczy, lecz zamiast strzałów usłyszała tylko głuchy huk. Blachy robota wydęły się na moment, a po chwili z różnych otworów poleciał czarny dym. Metalowa postać zakołysała się i z głośnym chrzęstem runęła, jak długa. Strzelec usiadł i - nie patrząc na Panią, która wydawała się jeszcze bielsza - drżącymi rękami zapalił kolejnego papierosa. Siedzieli tak milcząc przez długi czas. Biała figurka zaniosła się kaszlem i czerwona strużka popłynęła jej po brodzie.
- Nie przejmuj się, wszystko dobrze się skończyło. Jesteś kochany.
- Czym mam się nie przejmować? A w ogóle, to czego ty, kurwa, ode mnie chcesz?
Plastikowy żołnierz wstał gwałtownie i spojrzał gniewnie na Panią. Uśmiechnęła się niepewnie.
-Nie denerwuj się. Chciałam tylko powiedzieć, że to nie dla tego, że jesteś plastikowy i, że nikt inny też by nie zdążył...
- Inny, czyli prawdziwy? Wiesz co? Odpieprz ty się od mojego plastiku, dobra? Myślałby kto, że jesteś taka biała. To zwykła emalia. Spójrz - to nie żadna porcelana. Jesteś ze zwykłego, burego fajansu.
- To... To nie mój fajans jest biały, ani nawet nie emalia, to... I tak nie zrozumiesz.
Biała Pani miała łzy w oczach. Strzelec odwrócił się i zniknął gdzieś za górą starych zabawek. Nie było go długo, więc Pani zaczęła się niespokojnie rozglądać. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę nad niepokojem i zasnęła. Gdy się obudziła, żołnierz dorzucał właśnie do ogniska resztki jakiegoś drewnianego pajacyka.
- Wiesz, że już dalej nie pójdę - stwierdziła cicho.
- Nie mów tak. Odpoczniesz i jutro pójdziemy dalej. - odpowiedział patrząc w ogień.
- Nie, ja tu zostanę. I wiesz, co? Wcale się nie boję. Tam będzie bielej. Tam - u Lalkarza.
Strzelec odłożył drewno i spojrzał w niebo.
- Zabiję każdego lalkarza, który mi cię odbierze.
Pani uśmiechnęła się słabo, ale nie zdążyła odpowiedzieć. Nagle usłyszeli dochodzące gdzieś z pobliża dziwne piski i odgłosy ruchu. Plastikowy ludzik szybko przykrył Panią szmatami, a sam ukrył się w wyblakłym wraku strażackiej ciężarówki. Czekali dość długo, a niepokojące odgłosy stawały się coraz bliższe. W końcu zza wielkiego, kolorowego arlekina, leżącego nieopodal ze skręconym karkiem, ukazała się mała gumowa kaczka. Posuwała się powoli przed siebie, wpadając co chwila z cichym piskiem na kolejne, martwe przeszkody. Wyraźnie utrzymywała jednak kierunek na ognisko. Zatrzymała się blisko ognia i - jakby nie miało to dziwnie wyglądać u kaczki - zaczęła węszyć. Strzelec zobaczył, że ma wytarte oczy - trochę farby zostało jeszcze tylko na dziobie i na skrzydłach. Wyszedł zza ciężarówki trzymając plastikowy karabin gotowy do strzału.
- Halo, dobrzy ludzie! - zawołała świszczącym głosem kaczka - Pomóżcie kalece, pozwólcie ogrzać się przy ogniu.
- Kim jesteś?
- Lucjan Cycero Fernandez, dla przyjaciół Lucek. Do waszych usług dobrzy ludzie.
- Nie jesteśmy dobrymi ludźmi, ani twoimi przyjaciółmi. Zjeżdżaj stąd.
- Zostaw go. - Pani zrzuciła z siebie szmaty. - Przecież widzisz, że nic nam nie zrobi, chce się tylko ogrzać.
- Dziękuję ci pani, nie często spotykam tu życzliwe dusze.
Strzelec usiadł nic nie mówiąc, ale nie spuszczał wzroku z kaczki. Pani przyjrzała się jej uważnie.
- Dokąd idziesz tak sam? To niebezpieczne miejsce.
- Nie dla mnie. To moje miejsce, jestem wędrownym kaznodzieją - kaczka świszcząco zachichotała, jakby powiedziała coś śmiesznego. - Ale słyszę, że coś ci dolega. Pozwól, że pomogę, jestem także uzdrowicielem.
Lucjan Cycero Fernandez zaczął przesuwać się w kierunku Pani, ale żołnierz zastąpił mu drogę.
- Stój! Nie pozwolę ci jej dotknąć!
Kaczka spojrzała na niego niewidzącymi oczami.
- Widzę w tobie demony synu. One pożerają cię od środka, ale ja mogę cię od nich uwolnić.
- Zostaw mi moje demony. Wynoś się!
- Spójrz na nią, mogę przywrócić jej rękę. Chcesz, żeby tu umarła?
Plastikowy żołnierz poruszył się niespokojnie, ale nie odpowiedział.
- Spójrz na nią. - ciągnęła ciszej gumowa zabawka. - Posłuchaj mnie, a będzie twoja. Nie będę chciał wiele, nie od ciebie.
Strzelec, jak zahipnotyzowany, odsunął się na bok. Kaczka zbliżyła się do pani.
- Umierasz, dziecko.
Pani uśmiechnęła się słabo.
- Nie boję się.
- Powinnaś, bo tam nie ma już nic. Ale ja mogę cię uzdrowić.
- Lalkarz mnie uzdrowi - tam, w swojej pracowni.
- Spójrz na niego. - kaczka machnęła skrzydłem w kierunku Strzelca. - On nie wierzy w twojego Lalkarza. Jego życie za twoje.
- Czego ty chcesz ode mnie? - spytała niespokojnie pani.
- Jak myślisz, czemu on tu z tobą siedzi, zamiast spokojnie iść dalej?
- On chyba mnie kocha.
Kaczka roześmiała się świszcząco.
- Ten plastikowy najemnik? Czy powiedział ci kiedyś coś miłego? Lub może chociaż coś ważnego? To jest zabawka do zabijania. Siedzi tu, bo jak pies musi mieć swojego pana. Pamiętasz? Mówił nawet, że zabije twojego Lalkarza.
Biała figurka odwróciła zmęczone oczy.
- Czego ty chcesz?
- Zabij go. Nie dla mnie, ale dla siebie. Jakkolwiek, a wtedy cię uzdrowię.
Pani spojrzała na kaczkę z przerażeniem.
- Odejdź. Odejdź! Zostaw mnie!
Żołnierz ocknął się nagle z jakiegoś letargu. Nie zastanawiając się, podniósł do oka karabin i strzelił. Strzelał, póki trzydziestoma dziurami nie wyleciało z kaczki całe czarne, śmierdzące powietrze. Odrzucił broń i podbiegł do Pani. Cała drżała i z przerażeniem patrzyła na podziurawioną kaczkę. Objął ją i pocałował.
- Już dobrze. Już nikt...
Pani odepchnęła go swoją jedyną ręką.
- Nie dotykaj mnie. Nie dotykaj!
Strzelec odsunął się zdezorientowany.
- Zabiłeś go! Tak po prostu go zabiłeś. On miał rację. Nie zbliżaj się do mnie.
Biała Pani skrzywiła się z bólu i opadła na szmaty.
- Nie zbliżaj się. - powtórzyła.
Plastikowy żołnierz stał jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do ogniska. Wyjął zza pazuchy piersiówkę i wypił duży łyk, a potem następny i następny. Zaczął zapadać mrok, dorzucił więc parę szczap i siedział wpatrując się w ogień. W nocy biała figurka zaczęła majaczyć. Ostrożnie przeniósł ją bliżej ognia i tak - obok siebie - dotrwali do świtu. Przez cały dzień Pani odzyskiwała co parę godzin przytomność, była jednak zbyt słaba, by mówić i widać było, że czuje ból. Dopiero wieczorem trochę się jej polepszyło. Spojrzała przytomnym już wzrokiem na plastikowego żołnierza trzymającego ją za rękę.
- Co zrobisz, kiedy umrę?
- Nic. - żołnierz starał się mówić obojętnie. - Pójdę dalej. To gówno musi gdzieś się kończyć.
Pani nie odpowiedziała. Patrzyła przez chwilę w ogień i nagle zaczęła wymiotować porcelanową krwią. W końcu wyczerpana usnęła, a Strzelec, zmęczony długim czuwaniem, razem z nią. Rano obudził go chłód - Biała Pani była już tylko zimnym kawałkiem porcelany. Nie pochował jej. Najpierw długo siedział oparty o karabin, a potem wstał i wolnym krokiem wszedł na najbliższą hałdę śmieci. Przez chwilę wpatrywał się w jakiś punkt na horyzoncie - może ten, z którego przyszli, a może ten, do którego zmierzali - a kiedy był już gotów wydało mu się, że słyszy za plecami świszczący śmiech, ale i tak pociągnął za spust. Jego plastikowa głowa rozleciała się na tysiąc plastikowych kawałków i zaraz zleciały się czarne ptaki.
Każda bajka musi się dobrze kończyć, więc lalkarze zabrali ich zabawkowe dusze i powiesili na najpiękniejszej wystawie świata. Być może.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 6 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.