Zaraz po powrocie do Warszawy spotkałem swojego znajomego - Lwa. Rzucał się w oczy na tle zburzonego kompletnie miasta. Kiedy wszyscy, którzy walczyli w powstaniu - wszyscy, którzy zostali w stolicy siedzieli na gruzach ze wzrokiem wbitym w bruk, Lew szedł między dymiącymi stertami gruzu jak turysta. Szedł szybkim krokiem, a jego świecące oczy przeskakiwały z jednej zrozpaczonej rodziny na drugą. Lew zawsze taki był: uśmiechnięty, kolorowo ubrany i zamyślony, jakby żył w świecie swojej wyobraźni.
Warszawa przedstawiała okropny obraz. Nie powinna zostać po wojnie odbudowana, ku przestrodze dla następnych pokoleń. Sterty rozsypanego gruzu obsypywały to, co zostało z budynków po kilkuletniej wojnie. Niskie, budynki dymiły dziurawymi oknami. Był to koszmarny widok i ci, którzy go widzieli, wierzyli, że wojny już nigdy nie będzie. Miasto stało jak muzeum, a wszyscy jego mieszkańcy w milczeniu oglądali eksponaty. Jedynie Lew
wyglądał jak zafascynowany. Jego oczy widziały w zniszczonych budynkach nową Warszawę: wysoką, z szerokimi ulicami, tętniącą życiem i świecącą kolorowymi wystawami.
Gdy ruszyłem za nim przypomniało mi się nasze życie sprzed wojny. Chodziliśmy z Lwem do tej samej szkoły. Chciałem być redaktorem. Pisałem uczniowski tygodnik, a jego nazywaliśmy człowiekiem renesansu, bo interesował się wszystkim i z każdym chciał współpracować, co było marne w skutkach. Miał pomysły na każdy temat, wykładał je przez kilka minut rysując symbolicznie gdzie popadło. Miałem go wtedy dosyć. Kilka razy udało mu się nakręcić mnie do swoich idei i za każdym razem tego żałowałem. W sumie jednak, pchało mnie to do przodu. Choć pamiętałem to wszystko, biegłem za nim. Była to pierwsza znajoma osoba, którą spotkałem od rana, kiedy sam wróciłem do nieistniejącego domu.
- Lew - krzyknąłem - Lew, zaczekaj. - Obrócił się i mimo, że patrzył się w moją stronę nie poznawał mnie. Podszedłem do niego i złapałem za ramiona. - Nie poznajesz? - byliśmy o jakieś cztery lata starsi - To ja, Patryk...
- Pa.. Patryk? - witaliśmy się jak w serialu Dom, miło było spotkać znajomego,
który przywoływał młodzieńcze wspomnienia. Uściskaliśmy się.
- Co słychać? - zagadał, jakbyśmy widzieli się na ostatniej imprezie.
- Wróciłem dzisiaj rano. Przyjechałem zacząć nowe życie, ale nie znalazłem
mojego domu. Twojego też niestety nie ma. Byłeś już w domu?
- Nie, dosłownie przed chwilą wysiadłem z pociągu, śpieszę się do znajomego
na Pradze. Spotkajmy się wieczorem, muszę...
- Nigdzie cię nie puszczam. Musimy pogadać, zresztą raźniej będzie.
Podniosłem swoją niewielką walizkę i czekałem, aż zrobi pierwszy krok. Kiedy jednak Lew zobaczył mój bagaż zagapił się na chwilę, a potem, cały czas patrząc się na walizkę spytał się mnie:
- Skąd to masz?
- Walizkę? No, mam. Po prostu, mam.
- Jest twoja? Naprawdę? W takim razie.. no chodźmy. Mówisz, że mój dom zniszczony?
Szliśmy więc na Pragę rozmawiając o dawnych czasach, trochę o wojnie, którą obaj byliśmy zmęczeni. Lew jeździł po całej Europie, mnie z rodziną zesłali do Rosji, na szczęście niedaleko, gdyż mój ojciec był znakomitym lekarzem.
Gdy doszliśmy do celu okazało się, że mieszkania, którego szukał Lew nie ma. Choć druga strona Wisły nie była tak zniszczona, między budynkami świeciły szczerbate dziury.
Lew wyglądał teraz na przygnębionego. Przez całą drogę opowiadał mi o jakichś mało istotnych szczegółach, śpieszył się i nic nie widział do okoła. Teraz, kiedy tragedia wojny dotknęła go bezpośrednio zaczął zauważać co się stało.
- A gdzie twoja walizka? - spytałem, żeby poprawić mu humor.
- Ukryłem przy torach. Szkoda tego Miszkowskiego, fajny był.
- Nie skreślaj go tak od razu, może mu się udało.
- Posłuchaj, potrzebuje kogoś do pomocy. Mam pewien pomysł i myślałem o Miszkowskim, ale może ty mógłbyś mi pomóc. Jak za dawnych czasów, co?
- Szczerze mówiąc to nie wszystko wspominam najlepiej.
- Posłuchaj, chodzi o pieniądze. Jechałem w pociagu z takim Włochem, który ma miliony w walizce. Moglibyśmy..
- Chcesz go okraść? - krzyknąłem głośno i Lew natychmiast przykrył mi dłonią usta. Dopiero teraz zauważyłem, że mój kolega zupełnie się zmienił.
- Posłuchaj... - Lew zaczął opowiadać mi o jakimś Włochu, który jechał naprzeciw niego ściskając kurczowo niewielką walizeczkę, podobną do mojej. Jechał z żoną. Raz zaczęli się kłócić, a Lew, który wprawdzie nie znał włoskiego, skojarzył, że w walizce są pieniądze.
- Czyli nie jesteś nawet pewien, że w tej walizce są pieniądze.
- Posłuchaj... - zaczął znowu Lew, ale ja patrzyłem się na niego i widziałem, że jego abstrakcyjne pomysły, te przez które kiedyś byłem winien ojcu mnóstwo pieniędzy, teraz zakorzeniły się w nim jeszcze mocniej. Opowiadał o tym napadzie, jak ja bym mówił o wyjściu do sklepu. Wiele osób, które poznałem przez ostatnie lata zmieniło się na skutek trwającej wojny, stali się twardsi, bardziej zdani na samych siebie. Poznałem ludzi, którzy jak Lew wykorzystywali wojnę do swoich przestępstw. Mój ojciec był przecież lekarzem i głównie przez wzgląd na niego chciałem odmówić Lwowi.
- Nie ma mowy. Kompletnie ci odbiło.
- Twoja walizka jest tej samej wielkości, nawet wzór ma podobny, tylko tamta jest ciemniejsza. Ja go zagadam, a ty tylko podmienisz walizkę. Rano będzie po wszystkim. Podzielimy się po połowie.
- Nie, przykro mi. Zawsze udawało ci się mnie namówić, ale musisz wiedzieć, że za każdym razem wychodziłem na tym, jak Zabłocki...
- Nadal chcesz założyć swoją gazetę?
- Co? - Właśnie. Teraz sobie przypomniałem jak to działało. Za każdym razem wiedział o czym myślę i przedstawiał mi tę wizję w kolorach tęczy. - To nie może się udać, on przecież trzyma tą walizkę cały czas w rękach.
- Wiem dokąd poszli. Zatrzymali się w Wilanowie. Urządzimy się w lesie, a jak będzie dobry moment zamienimy walizki.
- Jezu, jeśli tam są pieniądze, to pewnie odda je do banku!
- Zobaczymy... - Lew miał mnie, jak kiedyś. Sumienie cały czas mówiło mi, że to się nie uda, że źle na tym wyjdę, że jestem głupcem, jeśli nie uczę się na błędach. Jednak wyobraźnia podsycana przez starego kolege karmiła mnie wizjami, w których młody Włoch kradnie walizkę pełną pieniędzy i ucieka z nią na wschód, do najbardziej zniszczonej stolicy Europy, gdzie jego nawet niewielkie pieniądze mogą wybudować jakąś fabrykę, powiedzmy nawet, że w
Łodzi, nie w Warszawie. Gdzie z biednego chłopaka stanie się poważanym obcokrajowcem, gdzie nikt nie będzie go szukał.
Zupełnie inaczej zaczyna się myśleć, przy kimś takim jak Lew. Jego wizje zmieniają rzeczywistość. Prowadził mnie, a ja, chociaż byłem przeciwny, szedłem za nim ślepo, myśląc, że zawsze mogę się wycofać, że mogę go powstrzymać. Było tak jak dawniej, tylko miasto i ludzie się zmienili. Idąc za nim widziałem stare kobiety z dziećmi - zawinięte w brudne chusty wracały do dymiącego miasta. Niewielu było mężczyzn w sile wieku.
Szliśmy pod prąd. A czym dalej wychodziliśmy z miasta, tym więcej ludzi spotykaliśmy. Sunęli wolno, jakby stali w kolejce do kasy. Z czasem spuściłem już wzrok i szedłem ślepo za Lwem. Miałem wrażenie, że pędzimy na tle sunącej kolejki ludzi. Miałem wrażenie, że kolejny raz pędzę za nim na stracenie.
- Lew, chociaż zmień to ubranie, za bardzo się rzucasz w oczy, słyszysz mnie?
Spaliśmy w lesie. Rano, mój wspólnik zaskoczył mnie. Musiał wstać o wiele wcześniej, bo zdążył się przebrać ze swoich zachodnich strojów. Teraz wyglądał normalnie, jak wszyscy. Szerokie wełniane spodnie, kurtka i czapka z daszkiem naciągnięta na oczy. Nie wyróżniałby się z tłumu. Podeszliśmy do zarośniętego domu, gdzie jak mówił Lew mieszkali Włosi. Siedzieliśmy tak chwilę, zasłonięci wysokimi krzakami. Lew patrzył nieruchomo na czerwoną willę, a ja kroiłem pajdy chleba i podawałem mu co drugą. Około południa, po męczącym wypatrywaniu usłyszeliśmy razem podniesione głosy obcokrajowców. Lew spojrzał się na mnie ucieszony, jakby udowadniając mi, że to co mówił było prawdą. Kobieta krzyczała na swojego męża, a ten co jakiś czas na nią. Lew mógł mieć rację. Mogła nie wytrzymać napięcia ciągłej ucieczki i ukrywania się w lesie. Choć może po prostu się kłócili. Włosi mają taki krzykliwy charakter.
Nagle drzwi domu otworzyły się i wyszedł z nich czarnowłosy chłopak z walizką w ręku. Lew pokazał mi dłonią, że mam się schylić, kiedy zaraz zanim wychyliła się dziewczyna. Krzyczała, a my patrzyliśmy jak chłopak chowa się z walizką w wychodku, od którego Lew nie odrywał wzroku. Patrzyłem się na dziewczynę, wydawało mi się, że ma wypięty brzuch, jakby była w czwartym, piątym miesiącu ciąży.
- Lew - szepnąłem - ona jest w ciąży. Nie możemy obrabować kobiety w ciąży.
Ale on tylko mnie uciszył, a kiedy dziewczyna schowała się do domu, odciągnął mnie za rękaw i schowaliśy się głęboko w lesie.
- Nigdy więcej nie odzywaj się na akcji, rozumiesz? Mogłeś wszystko od razu spieprzyć.
- Ta dziewczyna jest w ciąży. Dlaczego mi nie powiedziałeś, że oni spodziewają się dziecka.
- To nie ma znaczenia. Dadzą sobie rade, najwyżej wrócą do domu. Dla nas ważna jest ta walizka, widziałeś jak ją ściskał? Nawet do kibla z nią poszedł.
- Jezu, Lew. Tobie zupełnie odbiło. To nie jest twoja walizka. Dopiero chcesz ją ukraść, a dodatkowo chcesz ją ukraść kobiecie w ciąży.
- Mi nikt nie dał przyszłości. Muszę ją sobie wykraść sam, a z tobą co? Chcesz zostać święty? Nie widzisz co się dzieje dookoła?
Lew miał rację, przestałem widzieć co się działo dookoła. Powinienem siedzieć z tymi ludźmi na gruzach, powinienem być tam z nimi i pisać artykuł. Założę się, że w Warszawie ocalały co najmniej dwie drukarnie. Podczas trwania wojny dostawałem zmiętoszone gazetki drukowane przez harcerzy czy inne organizacje. Miałem je wszystkie w kieszeni, to do nich tak naprawdę przyjechałem do Warszawy. Wydawało mi się, że nie mogę pozwolić Lwowi zabrać tej walizki. Najlepiej jakbym powiadomił tych Włochów, albo wypłoszył ich z lasu do miasta, gdzie Lew ich już nie znajdzie.
- Chcesz uratować tą dziewczynę? - ciągnął Lew - Powiem ci, co oni robili we Włoszech. Powiem ci skąd są te pieniądze, mój święty Patryku. Twoja ciężarna dziewczyna i jej chłopak byli po stronie nazistów. Te pieniądze są zapłatą za zdradę. To dlatego przyjechali tutaj, do tej zabitej dechami dziury, do tego zrujnowanego miasta, żeby nikt ich nie poznał przez następne dziesięć, piętnaście lat.
- Skąd wiesz? - nie mogłem w to uwierzyć, ciąża kojarzyła mi się z błogosławieństwem?
- Oni się o to kłócą. Dziewczyna nie chce tych pieniędzy bo one są brudne. Widzisz, nawet im pomożemy.
- Lew, posłuchaj...
- Daj spokój, nie uda Ci się mnie przekonać. Jadę za nimi z Rzymu. Całą drogę starałem się zrozumieć co oni mówią, teraz jestem tylko bardziej spokojny.
- Wydawało mi się, że nie znasz włoskiego. Mówiłeś, że nie wiesz nawet czy są tam pieniądze. Teraz się okazało, że wszystko rozumiesz, a na dodatek jeszcze im pomożemy zabierając tą walizkę.
- Przesadzasz. Znam kilka słów, ale widziałeś co się tam dzieje, sam widziałeś, że nie wypuszcza walizki z rąk.
Resztę dnia siedzieliśmy w Lesie bez słowa. Lew spał i kazał mi zrobić to samo. Mówił, że wszystko okaże się w nocy, ale ja nie mogłem zasnąć. Przez cały czas poznawałem go z nowej strony i nadal pamiętałem, jaki był wcześniej. Zawsze kombinował żeby zarobić, nie liczyło się dla niego to, kogo i jak przekręci, byle by tylko było tak, jak on chciał. Równie dobrze mógł odstawić tą scenkę, żeby zmusić mnie do pomocy. Ale jeśli to prawda, jeśli oni walczyli po przeciwnej stronie, to może powinna to być ostatnia, mała bitwa w tej wojnie.
Nie mogłem spać do zmroku, a kiedy w lesie zrobiło się cicho, znużyło mnie natychmiast. Śniła mi się walizka, na kolanach u Włocha ubranego w czarny garnitur, a obok dziewczyna z woalką na twarzy i Lew naprzeciw nich, unikający spojrzenia, unikający walizeczki.
Ze snu wyrwał mnie szarpnięciem i kazał zabrać wszystkie swoje rzeczy, czyli moją walizeczkę. Powiedział mi jaki ma plan, równie abstrakcyjny jak zawsze, ale też było w nim coś z żołnierskiej praktyki. Ja sam też miałem pewien pomysł.
Podeszliśmy cicho do domu. Z daleka zajrzałem przez okno i zobaczyłem dziewczynę leżącą na plecach z wypiętym brzuchem. Trzymała na piersi jakąś książkę i czytała ją. Włocha nie było widać. Skradaliśmy się coraz bliżej. Lew wziął ode mnie walizkę i przybrudził ją trochę ziemią, żeby wydawała się ciemniejsza. Zakradł się jak partyzant pod drzwi i postawił mój bagaż na schodkach, po czym zastukał i schował się za rogiem domu. Ja czekałem w krzakach. Włoch nie otwierał, ale widziałem jak dziewczyna chowa się do drugiego pokoju.
Plan był taki, żebym pokazywał znakami, w której części mieszkania się chowają, więc kiedy zobaczyłem Włocha, wyglądającego delikatnie przez okno dałem umówiony znak. Lew ruszył biegiem do okoła domu, a wtedy ja postanowiłem zmienić ten plan i podszedłem normalnym krokiem do drzwi. Zapukałem trzy razy jak poprzednio i powiedziałem głośno:
- Otwierać, Policja - wtedy z zza rogu wyleciał Lew i popchnął mnie tak mocno, że poleciałem na ziemię.
- Co robisz idioto? Odbiło ci?
- Chcę ich nastraszyć, na pewno wiedzą kto to jest "Policja".
Nikt jednak nie otworzył, a zza domu usłyszeliśmy jakieś szmery. Lew dał mi znak byśmy okrążyli dom, a kiedy obiegłem go do okoła on już okładał z całej siły chłopaka po twarzy. Walizka leżała obok.
- Biegnij po dziewczynę - rozkazał mi, nieprzerywając.
Złapałem ją z łatwością, duży brzuch nie pozwalał jej biec zbyt szybko. Kiedy wróciliśmy Włoch leżał nieprzytomny, albo martwy. Dziewczynę wepchnąłem do domu i zamknąłem drzwi.
- Kompletnie ci odbiło, miałeś zapukać i obiec dom dookoła. - Lew był wściekły i ledwo łapał powietrze, ja nawet się nie spociłem, trochę tylko z nerwów.
- Chciałem ich nastraszyć.
- Ja też chciałem ich nastraszyć, ale nie chciałem żeby wyszli z domu. Musiałem zabić tego gościa.
- Zabiłeś go? Nie musiałeś go zabijać.
- On miał zabić mnie? Otwieraj walizkę. - Położył walizkę na stole.
Podszedłem do niej i dotknąłem kciukami zamków, coś mi się jednak przypomniało. Poprosiłem Lwa, żeby się najpierw spytał dziewczyny skąd są pieniądze, ale ona zaczęła krzyczeć coś i pokazywała rękoma wybuch. Natychmiast poczułem wewnątrz obłe podłużne kształty.
- W środku jest dynamit, jak otworzymy to wybuchnie.- powiedziałem do Lwa.
- Dynami - Podchwyciła dziewczyna - dynami.
- Blefuje. Po co mieliby wieźć do Polski dynamit. Walizka jest pełna pieniędzy.
- Spytaj się jej, spytaj się co jest w środku - kazałem mu, ale on nie potrafił powiedzieć po włosku ani słowa.
- L'argent? - spytałem więc dziewczyny po francusku.
- No l'argent, dynami - upierała się dziewczyna i wymachiwała rękoma, jakby pokazywała kłęby dymu.
- Otwieraj - nalegał Lew.
- W środku jest dynamit, tyle to nawet ja rozumiem. Ona próbuje nas ostrzec.
- Bzdura. - Lew odepchnął mnie od stołu i chwycił z komody jakiś kuchenny nóż. Wbił go bez zastanowienia w walizeczkę i rozpruł całą ściankę. Moim oczom ukazały się zwinięte w rulony włoskie banknoty - co najmniej z pół walizki.
- A nie mówiłem? L'argent - uśmiechnął się do włoszki - l'argent.
Odłożył nóż i chwycił za otwarcie walizki. Dziewczyna zesztywniała, ja zrobiłem instynktownie krok do tyłu.