Jak poznałem Małgosię? Sam już nie wiem. To było chyba tej letniej nocy, kiedy włóczyłem się po mieście na fleszbeku.
Tak, na pewno wtedy.
Postanowiłem popatrzeć na świat oczami Dżonego Deppa z Las Vegas Parano, bo wybrał sobie fajną laskę, którą odkrywa się warstwami i osiedlił się w bardzo miłym kraju, gdzie podobno ludzie są jeszcze subtelni.
Małgosia miała cirka 1,74 wzrostu, od tyłu wyglądała jak facet i nosiła włosy jak Bob Marley. Naprawdę czarne, a nie takie zblakłe po farbie. Do tego towarzyszył jej naprawdę wielki brytan i naprawdę mały facet, co włóczył się za nią jak pies, i w przeciwieństwie do mnie wyglądał mniej bystro o czwartej nad ranem. I jeszcze jedno: kupowała żarcie w tej właściwej budzie pod Centralnym. Koniecznie chciałem zobaczyć TO z przodu, ale wtedy jeszcze nie sprzedawałem fastfudów.
Zrobiłem kółeczko i trafiłem w ten moment. Astrologiczna arytmetyka. Byli w sumie bardzo kulturalni i żarli jeszcze przed autobusem. Podchodziłem z opuszczoną głową, bo bałem zawieść się na buźce. I wtedy usłyszałem jak jej facet powiedział:
- O tej porze niebezpiecznie jest na mieście.
Uśmiechnąłem się w duchu. Miałem w torbie klucz francuski i bardzo chciałem komuś przypierdolić. Koniecznie jeszcze dzisiaj. Taka desperacja.
Podniosłem zdecydowanie wzrok i zatkało mnie. No kurwa mnie zatkało. TAAAKA buźka wpierdalająca hot-doga! Hot-doga. Rozumiecie? Hot-doga! Starą parówę!!! A nie serek !!!
Wytrzymałem spojrzenie i wtedy kosmos zawitał do mojej czaszki.
***
Facet w jękach został odesłany do autobusu, który jechał na południowy-wschód. Ja wsiadłem do autobusu, który jechał na północny-zachód, chociaż kierowałem się dokładnie tam, gdzie on (prawdopodobnie) miał się znaleźć.
Ludzie mówili potem, że wszystko wyglądało jakby pierdolnął meteoryt, a ja czułem się chyba tak jak Dżony, kiedy zobaczył Vaneskę.
Wysiedliśmy oboje przy Grzybowskiej, żegnani aplauzem pasażerów. Wiedzieliśmy co będzie dalej.
***
Dwa dni później przeczytałem w Superekspresie, że jakiś gostek w sobotni poranek wyskoczył z okna jadącego autobusu, doprowadzając kierowcę do załamania nerwowego. I to gdzie wyskoczył: na Waszyngtona! Przy parku! Tak mu się spieszyło!
- Ten to miał fleszbek! - niezatrybiłem wtedy.
***
Małgosia miała 17 lat i bardzo wrażliwego tatę. Ten brakujący roczek w ogóle mi się nie podobał, ale i tak zabrałem ją do swojego mieszkania. Ja też chciałem mieć wakacje. A co tam!
***
W pewien niedzielny poranek powiedziała mi:
- Wreszcie czuję się jak kobieta!
(Zastanowiło mnie to. Ale przypomniałem sobie, że na samym początku wyglądała od tyłu jak Bob Marley, a on był raczej facetem.)
I pewnie dlatego zgodziłem się zjeść obiad z jej ojcem, w jej domu.
***
Tata jak to tata, a Małgosia mnie wyluzowała.
- Czym pan się zajmuje panie K-a?
- Niczym.
- No jak to niczym? Niech pan się nie wstydzi. Taka ładna marynarka!
- Jestem zerem i niczym się nie zajmuję. Nic mnie nie interesuje i nienawidzę bolońskiego spagetti. Jem tylko zapiekanki. I małże, bo smakują jak narządy rodne kobiet. A pańska córka jest przecież kobietą. Muszę mieć surogat.
Matka się popłakała.
Ojciec się zasępił.
- Ale nie jest pan złodziejem ani ... gangsterem?
- Nie. Przecież mówiłem: jestem zerem.
- A z czego pan w takim razie żyje? No z czego? Niech pan powie, proszę.
- Z kobiet. A jest recesja. Wie pan jak trudno trafić teraz na kobietę z kasą? Zawsze okazuje się, że pożyczają ją od mężów. Człowiek nie może zjeść porządnej zapiekanki!
Matka dostała spazmów.
A ojciec? Wstał jak Kevin Spejsi i walnął talerzem o ścianę.
- Niech pan wypierdala z mojego domu!
- Mam swój. Dziękuję za obiad.
Wstając zauważyłem, że w jego domu pojawił się nowy kolor. Był już róż, niebieski, zielony i sraczkowatobrązowy. Nie zdążyłem zajrzeć do pokoju Małgosi, ale właściwie brakowało tylko koloru bolońskiego spagetti. Przy okazji zwróciłem uwagę, że zawalił się regał z Ikei. Tak jak myślałem: to chała.
Małgosia wypierdoliła razem ze mną.
Strasznie płakała i krzyczała na tatę, że jej niszczy życie.
Brytan natomiast radośnie ślinił mi spodnie.
- Zwierzęta to dopiero mają poczucie humoru - pomyślałem.
***
Dwa dni później powiedziałem Małgosi, żeby wróciła do taty i odwiedziła chłopaka w szpitalu, a jak chłopak się lepiej poczuje, to niech się wybiorą do kierowcy autobusu do innego szpitala.
Znowu bardzo się popłakała i dostała spazmów jak jej mama. Powiedziała, że chce być kobietą i że się zabije. Szukałem książki od logiki, ale już na oko to się wykluczało.
- Wiesz jak wygląda śmierć? O tak.
Wziąłem jej but i utłukłem komara na ścianie.
- Przyjrzyj się uważnie a ja idę się wysrać.
W moim domu teraz też pojawił się nowy kolor, który zaburzył koncepcję niewinnej bieli.
***
Trzy dni później wróciła w białej sukience i z brytanem. Przyniosła mi mnóstwo zafoliowanych paczek z zapiekankami. Cieszyłem się z psa: będę miał z kim szlajać się po nocach!
***
Dwa dni później obudził mnie dzwonek do drzwi.
- Ubierz się. Przyszedł tata.
Otworzyłem. Ostatnio robił się u mnie duży ruch.
Nie wszedł.
- W tym kraju też są subtelni ludzie. - pomyślałem.
- Małgosia! - krzyknął za to tata. - Chodź do domu! Kupiłem ci bilety na Zion Traina.
- Już mnie to nie interesuje! Słucham teraz Amona Tobina! Jego muzyka jest tak plastyczna i wielowarstwowa jak największe dzieła muzyki poważnej. Ale tylko na jednej płycie! Wcześniej poszukiwał, a potem się skiepścił!
- Ale jazgot. - pomyślałem.
- Mama się bardzo martwi! Wróć do domu! - zgrzytał tata.
- Ni-chu-ja! Niszczycie mi życie! Wpadnę przez was w depresję endogenną!
- Dosyć tego hałasu! To MÓJ dom! Do widzenia! Koniec widzenia!
Zamknąłem drzwi i przekręciłem gerdy.
- Panie K-a! Niech pan otworzy! W pana domu jest moja córka! Tak nie można! Dogadajmy się!
Przekręciłem gerdy i otworzyłem drzwi.
- Ciiii. Po cichutku proszę.
Małgosia weszła goła do łazienki, a tata odwrócił wzrok. I wtedy zainteresowało go mieszkanie.
- Skąd pan ma taki ładny lokal?
- Kobieta mi dała.
- No nieee ...
- A tak. Zosia Żuławska. Poznaliśmy się w Ikei w Alejach Jerozolimskich. Potem z wrażenia miała stłuczkę. Francuski styl.
Znowu nie zatrybił. Ale ta Ikea go podbudowała.
- A kto panu tak ładnie zrobił gładzie?
- Pan Miecio z Kowieńskiej. Dobry polski fachowiec.
- Idealnie! - zachwycał się tata.
- Wie pan jak to się robi? Kupujemy ruski spirytus i rozlewamy flaszeczki. Mówimy żonie pana Miecia, że mąż ma robótkę poza Warszawą. Nie męczymy pana Miecia. Codziennie jedna flaszeczka i jeden metr kwadratowy ściany. Nie więcej. Pan Miecio mieszka u nas i koniecznie go dokarmiamy. I pan Miecio spokojnie sobie tworzy.
- Idealnie...
Małgosia wyszła z łazienki w stringach.
- Zbudowana struktura gipsu - dokończyłem za tatę.
- Ni-chu-ja nie wracam. Możesz tylko pożyczyć psa. - wtrąciła się Małgosia.
- Jak pan to dalej widzi, panie K-a? - zmartwił się tata.
- Normalnie. Małgosia mieszka ze mną, a pan daje jej na zapiekanki.
Zamknąłem drzwi.
***
Wrócił po trzech dniach.
- Panie K-a. Pan tak nie może żyć z moją córką. Mam dla pana propozycję.
- Słucham uważnie.
- Prowadzę sieć krepiarni w Śródmieściu. Zibi. Słyszał pan? Chcę pana zatrudnić.
Kurwa, ten człowiek mnie zaskakiwał. Zawsze chciałem nauczyć się robić tak cienkie ciasto na naleśniki.
- Bardzo fajnie.
- Ale zacznie pan od początku. Na pierwszej linii. Od wyrobu i sprzedaży. Zgoda?
- Tak.
***
Siedziałem sobie w podziemiach pod Rondem Marszałkowska i cieniłem ciasto na kacu. Obserwowałem ludzi zza lady, a Małgosia przynosiła mi zimną p-colę. Po pracy słuchaliśmy Gonzalesa i Juantripa i się pieprzyliśmy. Miałem też śliczną odzież roboczą z logo jej taty.
Zajebioza.
***
I kiedyś głodne studentki z Gdańska chciały spróbować krepa. Było mi ich żal i zrobiłem manko. Zaprosiłem je do domu, żeby nie traciły pieniędzy na hotel. Przyjechały znad morza. Tylko dlatego.
Przyszła Małgosia. Wkurwiła się i wypierdoliła je z krzykiem. Ja spałem w oddzielnym pokoju.
Tata przesunął mnie na superwajzora. To już mi się nie podobało. Żadnej techniki piekarniczej. Poza tym druga linia to nie to samo co atak.
***
Małgosiu!
Nie lubię być na drugim planie. Zrywam z Tobą i jadę uprawiać rolę. Jesteś już kobietą i doceni to każdy facet. Podziękuj tacie i niech prześle mi pocztą świadectwo pracy. Tylko nie poleconym. Adres znacie. Wracam za rok. Dołączam wymówienie.
pa
K-a
Ludzie mówili potem, że dostała zwielokrotnionego spazmu, przebijając nawet swoją mamę.
Przekręciłem gerdy i skierowałem się do Pobłędowa na Mazurach.
Tata miał spokój. Chyba.
***
Na Mazurach uczyłem się technik uprawy kanadyjskich truskawek. Trzy razy zmieniałem numer komórki, bo tropiła mnie cała rodzina Zibich. Na szczęście nie miałem dżipiesa.
Laski nie znały tu arytmetycznej astrologii. Uff.
***
Na jesieni przyuważyłem Staśka jak bił konia w stodole. Okradli kiosk z Jankiem i zabrali ketsy. Zaszedłem go od tyłu i kiedy wydawało mi się, że nie może się spuścić, wyjąłem z portfela fotkę gołej Małgosi i podstawiłem mu pod nos.
Skurwiel, prawie ochlapał mi rękaw. Taki był szybki.
***
- Kurwa, co to za modelka!? - zachwycił się Stasiek.
- Taka miejska modelka z wawki.
- Ale modelka, nie, kurwa? Przejebałbym ją na wylot. I w dupę też, kurwa.
- Możesz mieć okazję.
- Pierdolisz K-a. - roześmieli się Stasiek z Jankiem.
- Nie. Mówię poważnie.
- Jesteś pojebem K-a, kurwa. Nie dawać mu, kurwa, spirytu! Nawet ruskiego, kurwa, bo się chopak wylasował!
- Założycie się o skrzynkę Wyborowej?
- Uuuu. Dawaj, kurwa, dawaj.
- Przejebaliście chłopaki! Będziecie żreć własne rzygi!
Rechotali aż się pokładali.
Spokojnie wystukałem numer i wrzuciłem głośnomówiący.
- Cześć kotku.
- K-a, gdzie jesteś, gdzie ty jesteś...! Umieram bez ciebie! Mam depresję endogenną! Chcę czuć się kobietą! Znowu słucham Kinga Tuby!
- Jak teraz wyglądasz?
- Tak jak wtedy, pamiętasz jeszcze? Tylko jestem bardzo smutna.
- Przytyłaś?
- Nie. Schudłam.
- Zmalałaś?
- Nie! Co ty!?
- Masz lepszy humor?
- Już tak!
- Masz jeszcze czarne dredy?
- No jasne!
- A przyjedziesz do mnie?
- Taaak!!! Gdzie!!!
- Ogolisz się jak na zdjęciu?
- No pewnie!!! Masz to zdjęcie!!! Przy sobie!!! Och, kocham cię!!!
- A ty się ogolisz i nie pokłujesz mnie?
- Będę jak pupa niemowlaka. Tu w kiosku są nawet exele. I mamy sianko.
- Och, gdzie jesteś!!!
- A będziesz do wieczora?
- Oczywiście! Ale gdzie!?
- Pobłędowo na Mazurach.
- Zaraz wyjeżdżam, pa!
Wyłączyłem komórkę. Stasiek z Jankiem chyba się spuścili. Ale absolutnie nie miałem ochoty sprawdzać czy na pewno.
- Jak będziecie, pojebusy, podglądać to sfilcuję was kombajnem!
Mieli chujowe mordy.
***
Przyjechała i zabrała mnie do domu. Mojego domu. Tata krzyczał, mama spazmowała. Chciałem jakoś doczekać do osiemnastych urodzin córki, ale poznałem Salę.
Zimą w wawce zjawił się Dżony Depp. Promował najnowszy film. Dtk załatwił mi wejściówki na zamknięty bankiet. Zabrałem ze sobą Małgosię.
Ludzie mówili potem, że wyglądało to jakby pierdolnęły dwa meteoryty.
Co to była za chryja!
Vaneska wyła, dzieci ryczały. Prasa pstrykała fotki. Paparazzi porozwieszali się na wszystkich drzewach.
A ja po prostu zamówiłem im taksę i zatrzasnąłem drzwi.
Może Małgosia przyśle mi kiedyś jakiś film?
Dziękuję mamie za to, że miałem co palić kiedy pisałem ten tekst i Bogu za to, że nie pozwolił mi wypieprzyć Małgosi w kościele. Pewnie urwałoby mi jaja.