[ 2001/04/28 ] Przygody X'a Żeglarza., autor: Jakub Urbańczyk, kategoria: tekst

Część XX - o tym, jak X popłynął na Koniec Świata.

X patrzył w gwiazdy i bał się, że spadną. Zimny sztorm rwał wysłużony żagiel z taką siłą, że nawet Wielka Suka kurczowo chwyciła się firnamentu. Szczury - jeden po drugim - popełniały samobójstwo przy wtórze modlitw, bełkotanych przez oszalałą papugę we wszystkich językach świata. Coś trzasnęło i maszt zwalił się w fale pozostawiając kaleki kikut. X mocniej chwycił - bezużyteczne już - koło sterowe i zaczął się modlić do Allacha i do Szatana.
- Pozwólcie mi wyjść z tego cało, a zdobędę dla waszej wiary Nawarrę!
Nawarra. X nie był nawet pewien, czy lubi to miejsce. Pomimo to, tęsknił dziś do Nawarry podobnie, jak do wielu innych brzegów. Nim skończył swoją litanię rozległ się huk i jakaś siła cisnęła nim o pokład.

Pierwszą rzeczą, jaka dotarła do X'a po ocknięciu się (poza tym, że jest zimno i mokro), był dziwny zapach, przypominający mieszaninę kadzidła i siarki. Otworzył oczy. Leżał na dryfujących drzwiach od kajuty i chyba miał gości.
- Dobra, X, koniec tego. - wycedził diabeł. - Oddasz któremuś z nas duszę, albo inaczej pogadamy.
- Nie chcemy ci zrobić krzywdy, X. - z uśmiechem zapewnił anioł. - Ale jeśli będziesz uparty, to może mi się nie udać powstrzymać kolegi. Jeśli chcesz płynąć dalej - kontynuował podczas, gdy diabeł groźnie szczerzył zęby - musisz w końcu stanąć po którejś stronie.
X popatrzył na nich i uśmiechnął się.
- Mam dla was niespodziankę, chłopaki.
Wyciągnął z kieszeni dwie mokre, pomięte kartki.
- Zkserowałem duszę w dwóch kopiach. Łapcie.
Wzięli kartki, przez chwilę im się przyglądali, po czym schowali do portfeli.
- Uważaj, X. - anioł pogroził mu palcem. - Możemy cię ogłosić eksterytorialnym.
- A to wcale nie jest takie przyjemne, jak ci się wydaje. - dodał diabeł.
- Dajcie mi czas.
- Byle byś zdążył przed końcem świata. - i rozpłynęli się w powietrzu.
Gdzieś na horyzoncie zamajaczył Brzeg.

***

Tego ranka, gdy X miał po raz ostatni odbić od Prawdziwego Lądu, przywiało od rafy drzazgi z odwagi jakiegoś żeglarza. Na jednej z nich, któraś ze zbyt wścibskich mew dostrzegła lśniącą jeszcze (nie długo już) nazwę statku. X, napatrzywszy się na ścianę, wypił za Sindbada.
- Nie powiedziałeś, że płyniesz tak daleko, kumplu. A teraz, sukinsynu, żrą cię ryby. Co za piękna tragedia.

- Hej, X, czy wierzysz w Allacha? - spytała go kiedyś jakaś portowa dziwka.
- Tylko na morzu. Tylko.
Ale tak naprawdę, X wierzył tylko w Wielką Sukę i to jej złożył ofiarę przed wyjściem w morze. Papierowy Statek odbił od Prawdziwego brzegu nie żegnany przez nikogo. X dmuchnął w żagiel, nie oglądając się za siebie, póki Ziemia nie zniknęła za zakrętem. Dopiero wtedy padł na twarz w stronę Mekki.

Spróbuj zaciągnąć załogę na rejs do Końca Świata, kapitanie. A potem słuchaj, żeś czort, bo sam idziesz w morze. Po paru tygodniach, X zebrał z pół setki szczurów i wielką, zieloną papugę imieniem Humpry w roli bosmana.
- Nie ma Końca Świata, kapitanie. - skrzeczał Humpry. - Ziemia jest okrągła.
- Moja ziemia jest płaska. - odpowiadał zawsze X.
- Tak,ale, gdy się od niej odrywasz, zwija się w kłębek. To dla tego nie można z niej wypaść.
Na takich rozmowach mijały im dni, aż ujrzeli daleko na horyzoncie kłęby dymu. Wkrótce ukazała im się góra i nie minęło pół dnia, gdy X kazał przybić do wulkanicznej wyspy.
- Toż to wrota piekieł, kapitanie. - zaskrzeczał Humpry.
- Od dzisiaj mówcie mi "Charon", bosmanie. - odparł X schodząc na ląd.
Po godzinie poszukiwań odnalazł w końcu windę. Długo jechał w dół, a gdy otworzyły się drzwi, do środka buchnęły kłęby oparów siarki. Kaszląc wyszedł do małej jaskini prowadzącej gdzieś jeszcze niżej. Nim zdążył zrobić dwa kroki, z chmury siarki wyszła młoda kobieta.
- Kogo tu szukasz, X? - spytała zmęczonym głosem.
- Końca Świata, nie Szecherezady. Nie wiedziałem, że nie żyjesz.
- Źle trafiłeś. Piekło jest zawsze w środku. - odparła.
- Nie wiedziałem, że nie żyjesz. - powtórzył X. - Nie opowiedziałaś mnie!
- Miałeś być 1002-gi, ale - wyciągnęła zza pleców dymiącego kolta - wcześniej strzeliłam sobie w łeb.
X poruszył się niespokojnie, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu Szecherezada przerwała krępującą ciszę.
- Co zrobisz, gdy dopłyniesz do Końca Świata?
- Napiszę się od nowa.
- Zawsze będziesz tym, kim cię stworzyłam. - wzruszyła ramionami.
- Zapomniałaś? Nie zdążyłaś mnie stworzyć. - zaoponował.
- W takim razie będziesz tym, czego nigdy nie mnapisałam, biedaku.
Wymierzyła w niego rewolwer - Witaj w piekle, X. - i nacinęła spust.
Odskoczył w bok i, ogłuszony hukiem, zatoczył się do windy. Drzwi zamknęły się i kabina ruszyła w górę. Gdzieś w oddali rozległo się wycie Cerbera.
Po kilku godzinach nieobecności, X wrócił na pokład - osmalony i cuchnący siarką.
- Humpry, każ dmuchać w żagle!
- Jaki kurs, kapitanie?
- Południe ku Północy.

Po paru dniach podróży spędzonych przy kartach i rumie, któryś ze szczurów dostrzegł kolejną wyspę. Gdy podpłynęli bliżej, Humpry stwierdził, że ktoś musiał ją wyciąć z folderu biura podróży.
- Takich cudów nie ma, kapitanie.
Długa plaża otaczała pierścieniem krąg palm i już z daleka dało się dostrzec siedzącą w płytkiej wodzie postać o dużo obiecujących kształtach. X kazał, wyraźnie z tego niezadowolonej, załodze zostać na ststku, a sam szybko zeskoczył w płytką wodę. Na mokrym kamieniu siedziała syrenka i kołysała się sennie razem z falami. Naćpana syrenka.
- Znowu przyszedłaś, X. Czemu przychodzisz tylko wtedy, gdy daję w kanał?
- Czy my się znamy, mała syrenko? - spytał zdezorientowany.
- Nie. Byłeś wtedy zbyt pijany. To ja wyciągnęłam cię na brzeg, a rano już cię nie było! - próbowała mówić podniesionym głosem, ale była zbyt słaba.
- Tak, chyba sobie ciebie przypominam. - X'owi zaczęło coś świtać.
- Teraz pływam po innym morzu. - syrenka chyba go już nie słyszała. - Chcesz dopłynąć na Koniec Świata, prawda? Ja też pływam do miejsc, których nie ma na mapie. Choć za mną. Zaprowadzę cię, X, zaprowadzę.
Syrenka uniosła się niepewnie, zachwiała i z głośnym pluskiem stoczyła w wodę. Z nosa pociekła jej stróżka krwi i po chwili zdawała się kąpać w winie. X wyciągnął z wody bezwładne ciało i zaniósł w ramionach na wydmy.
- To nie mój Koniec Świata. Przepraszam.
Zaczął kopać dół.
Gdy wrócił na pokład szczury widząc go, zamiast upominać się o zejście na ląd, szybko schodziły mu z drogi.
- Humpry, każ wciągnąć czarną flagę. - rozkazał X.
- Jolly Roger, kapitanie? - spytała papuga z nadzieją w głosie.
- Nie. Tą oznaczającą zarazę na pokładzie. - odparł zimno X.
- Gdzie pan chce płynąć pod taką banderą, sir?
- Do nieba, bosmanie. Tam nas jeszcze nie było.

Po paru dniach, podczas których grali o resztki rumu, zaczęło się robić zimno. Któregoś ranka na pokładzie osiadł szron, a koło południa ukazała im się góra lodowa, której szczyt ginął gdzieś w chmurach. Humpry niemal od razu wypatrzył schody ruchome do nieba ale, pomimo jego próźb, X sam pojechał nimi do góry. Po długiej podróży stanął na białej, miękkiej równinie, którą przegradzał wielki mur z zamkniętymi wrotami. Gdzieś ze środka dobiegały przytłumione chóry anielskie. X wcisnał dzwonek i rozległa się wesoła melodyjka. Śpiewy urwały się w pół słowa, a po chwili we wrotach otworzyła się mała furtka i wyszedł z niej wielki, brodaty mężczyzna w białej szacie.
- Szczęść Boże. - przywitał się X. - Szukam Końca Świata, który jest Bóg wie gdzie i pomyślałem...
Brodacz bacznie przyglądał się przybyszowi.
- X, to naprawdę ty? - zawołał. - Chłopaki, chdźcie zobaczyć, kto przyszedł!
Po chwili X'a otoczył mały tłum wielkich, brodatych facetów. Niektórzy mieli nad głowami aureole, innym wyraźnie zaczynały rosnąć skrzydła.
- Alibaba X! - krzyczeli jeden, przez drugiego.
- Czterdziestu rozbójników! - krzyknął X.
- Nie bój się. - któryś poklepał go po plecach. - Nie mamy do ciebie urazy. Zobaczyłbyś te ogrody. No i te hurysy. Żyć, nie umierać, he, he.
- Ale skąd wy tutaj? - nie mógł zrozumieć X.
- Nie wiedziałeś? Każdy, kogo zabijesz trafia do nieba. A co do Końca Świata - któryś z eks-rozbójników mrugnął porozumiewawczo. -, to wystarczy, że się powiesisz. Spodoba ci się tu. Dajcie no sznurek, chłopaki.
X próbował się cofnąć w kierunku schodów, ale tłum zaczął go już stawiać na - nie wiadomo gdzie znaleziony - stołek.
X wrócił na pokład posiniaczony, z zerwaną pętlą u szyi.
- Z nieba nam pan spadł, kapitanie! - zaskrzeczał bosman. - Już prawie, że zamarzliśmy. Jakie rozkazy?
- Sterujcie za tym kluczem latających dywanów.

Po tygodniu przycumowali do pływającego pałacu. Unosił się on na wielkiej, metalowej tratwie zbitej z drewna i blachy. Nikt nie wyszedł im na spotkanie, więc X postanowił pójść sprawdzić, czy ktoś tu mieszka. Na końcu długiego korytarza, za na wpół zamkniętymi drzwiami znalazł dużą salę zawaloną na środku stosem poduszek. Leżał na nich strasznie gruby, choć niezbyt stary człowiek otoczony grupą kobiet. Jedna z nich wstała i podeszła do X'a.
- Kogo mam zameldować panu Alladynowi? - spytała.
- Nazywam się X.
Tłuścioch ziewnął i otworzył świńsie oczka, a niewolnice zerwały się ze złotych poduszek i zaczęły wachlować go pawimi piórami.
- Jakiś anonim do ciebie, panie. - oznajmiła kobieta.
- X. - poprawił X.
Grubas zerknął ciekawie.
- Ach, X, mój drogi. Tyle lat.
- Miło cię widzieć Alladynie. Nic się nie zmieniłeś. - skłamał X. - Gdzie Dżin?
- Zwolniłem darmozjada. Usiądź, przyjacielu i opowiadaj.
- Szukam Końca Świata. - zaczął X.
- O, Boże! To straszne! Przecież tutaj jest tak pięknie! - Alladyn wyglądał na wstrząśniętego. - Nie rób tego. Kupiłem sobie "Zwolnienie z Końca Świata" i "Usprawiedliwienie za nieobecność na Sądzie Ostatecznym". Mogę ci załatwić.
- Właśnie zostało anulowane. - odparł X wyciągając sztylet.
X wrócił na statek ciągnąc ostatkiem sił wielkiego trupa.
- Po co ci to ścierwo, kapitanie? - zdziwił się bosman.
- Gruba przynęta na grubą rybę, Humpry.
W niecałe pół godziny po rzuceniu przynęty, pojawił się Wieloryb. Wyrzucił w górę gejzer wody i spojrzał na statek.
- Kogo ścigasz? - ryknął.
- Nikogo nie ścigam. - odkrzyknął X.
- W takim razie przed kim uciekasz?
- Przed nikim nie uciekam.
Wieloryb spojrzał na niego dziwnie.
- W takim razie, co robisz na tym pieprzonym końcu świata?
- Wracam do domu. - odparł X, sam nie wiedząc dla czego?
- Wobec tego płyń za mną.
X kazał stawiać żagle.
- Czemu to robisz, kapitanie? - spytał, niewiadomo już, który raz Humpry. - Przecież nikt nie napisze "Ikseji", ani nawet "Iksejdy".
- Nie szkodzi, sam coś wymyślę.
- Płyniemy prosto w sztorm. Jesteś idiotą, kapitanie. - papudze wyraźnie zaczęły puszczać nerwy.
- Nie mów tak do mnie. To ja cię wymyśliłem i nie możesz tak do mnie mówić. A, jak ci się nie podoba, to cię przepiszę.

***

Po kilku godzinach dryfowania na drzwiach z Papierowego statku, X dobił do Ostatniego Brzegu. Usiadł na gorącym piasku i popatrzył w Morze. Za sobą nie miał nic, a przed sobą tylko wodę - do Końca Świata. Wielkie, pomarańczowe słońce lizało chorym światłem małe fale. Widać było Wielką Sukę i wszystkie gwiazdy. X patrzył rozpływając się w szumie fal, aż ucichł Ostatni Wiatr i zrobiło się bardzo cicho, a X'owi zrobiło się bardzo smutno.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 5 i 5 *:  
* - pola obowiązkowe.