[ 2001/04/23 ] Koliste jezioro, autor: Jakub Urbańczyk, kategoria: tekst

Kapitan - szczelnie okryty grubym, wełnianym kocem - powoli bujał się na krześle. Mocno, tak by niczego nie uronić, ściskał w lekko jeszcze drżących dłoniach kubek z parującą herbatą. Zakrztusił się gorącym płynem, ale zaraz znów podniósł kubek do ust. Poprawił mokrą czapkę, której nie dał sobie zdjąć i podniósł wzrok na czarno-białe zdjęcie nad biurkiem. Nawet w czasach swojej świetności, "Atlas" nie był najpiękniejszym statkiem na Jeziorze, a po ostatniej burzy stracił resztki swojej urody. Bladzi turyści schodząc z pokładu dziękowali Bogu za ratunek i naruszali dobre imię statku. Nieliczni, którzy mimo skręcających ich mdłości widzieli odwagę kapitana, odchodzili teraz szybkim krokiem, jakby uciekając przed wstydem, że to nie oni skoczyli w spienioną wodę. Tylko załoga: oficer, mechanik, pięciu marynarzy i jedna bufetowa, wciąż trwała na stanowisku. Baczny obserwator zauważyłby jednak niespokojne spojrzenia, jakie rzucali na niezdarnie pochylony komin i (pełen podziwu?) lęk, z którym obserwowali swojego dowódcę.
Kapitan uświadomił sobie nagle, że jest szczęśliwy. Od początku, od kiedy zaczął pływać marzył o bohaterstwie i czekał na tę jedyną okazję. Dla tego nie miał teraz żadnego znaczenia fakt, że zamiast żrących wód oceany, schły na nim słodkie fale Jeziora. Ledwie godzinę temu wyprowadził rannego "Atlasa" z zawieruchy - pioruny waliły go w głowę, grzmoty rozsadzały mózg, a błyskawice paliły w oczy. Wyczerpany oddał oficerowi ster i ciężko opadł na krzesło. Wtedy go zobaczył. Zalewany raz, po raz wodą jacht próbował jeszcze łapać dziobem powietrze, ale kolejna fala wtłoczyła go w głąb. Przez chwilę wydawało się, że nic więcej się nie wydarzy, ale nagle spod wody ukazał się jakiś drobny kształt. Kapitan zrozumiał, że w końcu uśmiechnęło się do niego szczęście. Lektura Conrada nie poszła na marne - zerwał się z krzesła, z impetem otworzył drzwi i, nim ktokolwiek zareagował, skoczył na ratunek rozbitkowi. Po paru metrach okupionych wielkim wysiłkiem, kapitan - zdziwiony własną obojętnością - stwierdził, że chyba przecenił swoje siły i przyjdzie mu pójść na dno. Wiatr jednak przycichł nagle na chwilę wystarczającą, by zdołał dopłynąć i kurczowo wczepić się w kamizelkę rozbitka. Ten - prawdopodobnie nieprzytomny - nie protestował i pewnie byłby przytłoczony swym wybawcą utonął, gdyby z pokładu "Atlasa" nie posypały się koła ratunkowe. Nie minęło pięć minut, a kapitan siedział okryty kocem nad kubkiem z herbatą, rozbitek zaś dochodził do siebie na jego koji.
Kapitan oderwał wzrok od starej fotografii i spojrzał na leżącego. Byli w podobnym wieku i, gdyby nie czarne włosy rozbitka, broda, dwa kolczyki w uchu i jeden w nosie, gdyby nie to, mogliby - zdawało się kapitanowi - uchodzić za braci. Obok leżącego suszył się na krześle jego kapitański mundur, który nie budziłby pewnie niczyjego zdziwienia, gdyby rzecz działa się trzysta lat wcześniej. Widocznie - pomyślał ze smutkiem kapitan - ich też burza zaskoczyła w czasie balu. Jutro fale wyrzucą na brzeg martwych indian, klaunów i księżniczki, a dzieci będą biegać w złowionych perukach i kapeluszach. Od strony koji rozległo się niepewne chrząknięcie. Rozbitek leżał podpierając się ramieniem i patrzył na kapitana. Ten, spostrzegłszy to, wstał i z miłym uśmiechem podszedł do leżącego.
- Jestem kapitan Lindberg. Witam na pokładzie "Atlasa". Jak się pan czuje?
Wzrok leżącego na chwilę odpłynął, jak gdyby sprawdzał po kolei wszystkie członki, czy są całe i na swoim miejscu.
- Dziękuję, nie najgorzej - zważywszy na okoliczności.
- To dobrze, niech pan odpoczywa. Porozmawiamy, gdy odzyska pan siły.
Kapitan Lindberg odwrócił się do wyjścia, ale nie zdążył zrobić kroku.
- Przepraszam, kapitanie. - rozbitek patrzył na okrywający Lindberga koc. - Czy to pan mnie uratował?
Kapitan przez chwilę milczał, ważąc w myślach różne odpowiedzi - od tych skromnych, po te chełpliwe.
- Tak. Żałuję, że nikogo więcej.
- Dziękuję. Niech pan zostanie, nie będę odpoczywał.
Rozbitek podniósł się z pewnym wysiłkiem i usiadł na koji, a Lindberg wrócił na krzesło.
- Jak pan sobie życzy, panie...
- Przepraszam. - rozbitek po raz pierwszy lekko się uśmiechnął. - jestem kapitan...
Spojrzał na okno, nerwowo zamrugał oczami, wbił wzrok w podłogę i zmarszczył czoło.
- Nie pamiętam. - powiedział po dłuższej chwili bezradnie. - Nie pamiętam.
- Nic nie szkodzi, nie doszedł pan jeszcze do siebie. Będę do pana mówił kapitanie. Więc był pan kapitanem tego jachtu?
Kapitan-rozbitek spojrzał smutno na kapitana-Lindberga.
- Sam zbudowałem "Papierowy Statek".
- Przykro mi. Co się stało?
- Rozmiękł.
Lindberg uniósł w zdziwieniu brwi.
- Jak to rozmiękł? Nie rozumiem, kapitanie.
- Ja też nie rozumiem, jak to się mogło stać? - kapitan bezradnie rozłożył ręce. - Był przecież dobrze sklejony.
O ile wcześniej Lindberg mógł mieć jakieś wątpliwości, o tyle teraz był pewien, że z kapitanem coś jest nie tak. Mimo to, a może właśnie dla tego, by nie zostawiać go samego, postanowił ciągnąć rozmowę.
- Jak wielu pasażerów miał pan na pokładzie?
- Pasażerów? Nie miałem chyba żadnych pasażerów.
- Nie? - Lindberg naprawdę się zdziwił. - Myślałem, że mieliście bal?
Kapitan dostrzegł jego znaczące spojrzenie na suszący się obok koji mundur.
- Nie nosi się już takich? Nie wiedziałem, to była długa podróż.
Lindberg starał się nie wyglądać na zdziwionego.
- A dokąd pan płynął, kapitanie?
- Na koniec Jeziora.
- Przecież... - dał się jednak znowu zaskoczyć - Przecież Jezioro jest koliste!
Kapitan uśmiechnął się. Lindbergowi wydawało się, że z pewną wyższością.
- Mój bosman zawsze powtarzał, że Jezioro jest proste, jak drut. Tylko, kiedy próbujemy spojrzeć na nie z góry zaczyna się zwijać.
Kapitan z satysfakcją patrzył na Lindberga, który wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć.
- No dobrze, a co z załogą?
- Niech się pan nie martwi, to były szczury.
Tym razem twarz Lindberga wyrażała połączenie oburzenia i niedowierzania.
- Jak pan może tak mówić?! To byli pana ludzie!
- Spokojnie, to naprawdę były szczury. Zwykłe szczury, z wyjątkiem bosmana, który był papugą.
Lidberg patrzył na kapitana, jak na wariata i widać było, stracił dobre samopoczucie, a niedługo straci też dobre maniery.
- Pan zwariował! Albo - dodał nieco spokojniej - jest pan jeszcze w szoku, kapitanie.
Tym razem, to kapitan był zaskoczony.
- Powiedziałem coś nie tak? Przepraszam, nie znam zwyczajów waszego kraju.
- Proszę chwilę zaczekać.
Lindberg wstał i podszedł do drzwi. Upewniwszy się, że jego rozmówca wciąż siedzi, otworzył je i zawołał najbliższego marynarza.
- Biegnij do kapitanatu, po doktora Londona.
- Doktor już czeka, kapitanie. - odpowiedział marynarz przyglądając mu się z lękiem. - Mam przyprowadzić?
- Tak i to szybko.
Lindberg zamknął drzwi i wrócił na swoje miejsce. Siedzieli przez jakiś czas w ciszy, którą przerwało pukanie.
- Proszę. - odpowiedzieli na raz.
Doktor Al London wystarczyłby na dwóch, a może i trzech doktorów. Tusza nie przeszkadzała mu jednak być niezłym lekarzem, choć, jak sam przyznawał, coraz rzadziej opuszczał swój gabinet. Nawet nie spojrzwszy na kapitana, zmierzył troskliwym wzrokiem Lindberga i usiadł naprzeciw niego.
- Cześć, stary. Jak się czujesz?
- Dzięki, nie najgorzej - zważywszy na okoliczności.
Doktor spojrzał mu w oczy i sprawdził puls.
- Co ci strzeliło do głowy? Chciałeś się utopić?
- Ktoś musiał mu pomóc. - Lindberg wskazał na kapitana. - A ja po prostu pierwszy go zobaczyłem.
Doktor spojrzał uważnie na kapitana, który potwierdził.
- Tak, uratował mi życie.
- Tyle, że z tego wszystkiego - nie wytrzymał Lindberg - pomieszło mu się w głowie! Musisz go zbadać, Al.
Doktor położył palec na brodzie i w milczeniu badał wzrokiem kapitana tak, że ten zaczął się czuć nieswojo.
- Dobrze wygląda. Czemu myślisz, że zwariował?
Przez następne piętnaście minut doktor Al London uważnie słuchał Lindberga i nieśmiałych sprostowań ze strony kapitana. W międzyczasie zaczął notować i notował też, kiedy przez kolejny kwadrans kapitan opowiadał swoją historię przerywaną raz, po raz uwagami Lindberga.
- Masz rację. - powiedział szeptem. - Zajmę się nim. Ale najpierw dam ci coś na wzmocnienie.
Lindberg skinął głową. Kapitanowi ich szepty wydały się bardzo podejrzane, ale nic nie mówił. Zobaczył, że lekarz wyciąga z walizki strzykawkę i napełnia ją jakimś płynem. Lindberg posłusznie podwinął rękaw i lekko się skrzywił, kiedy igła wbiła mu się w ramię.
- Nie lubię.
- Bez obaw, poczujesz się po tym lepiej. Tymczasem ja zajmę się moim drugim pacjentem.
Lindberg i kapitan ziewnęli, jak na komendę. Lindber spojrzał zdziwiony na doktora, zamknął oczy i zasnął.
Kapitan przyglądał się temu z nie mniejszym zdziwieniem i ze zdumieniem stwierdził, że też robi się śpiący. Po chwili jednak otrząsnął się - na czas, by zobaczyć, jak dwóch marynarzy pomaga wynieść śpiącego na zewnątrz. Kapitan przeciągnął się i niespiesznie wyszedł na pokład. Doktor tymczasem zdążył już sprowadzić swojego pacjenta na ląd. Lindbergowi śniło się, że jest sam na środku oceanu unosząc się na jakichś drzwiach. W okół niego pływały szczury, a nad głową latały papugi. Rozbitek trzymał w ręku wędkę, na końcu której unosił się doktor London - jak wspaniała przynęta na wieloryba.
Tymczasem kapitan wrócił do kabiny, by włożyć wilgotny jeszcze mundur, po czym udał się na mostek. Załoga, która zdążyła już zejść na ląd, z niedowierzaniem patrzyła, jak "Atlas" - niby ranny wieloryb - powoli odbija od brzegu.
- Bonjeure, kapitanie! - usłyszał za sobą.
Odwrócił się. Na barierce siedziała wielka, zielona papuga z wesołym wyrazem dzioba i zawadiackim pióropuszem na głowie.
- Dobrze widzieć was żywym, bosmanie.
- Daleko jeszcze na ten cholerny koniec świata, kapitanie?
- Już blisko, już bardzo blisko.



Brak komentarzy

Imię i nazwisko *: 


Email (nie będzie publikowany)*: 


Komentarz *:

Dodaj 3 i 8 *:  
* - pola obowiązkowe.