Anna i Lindberg poznali się dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności, a rozstali zupełnie zwyczajnie. Przez te kilka dni, które ze sobą spędzili, poplątali sobie całe życie.
- Nie wywołuj starych demonów. - skarciła się Anna i przytuliła się do mnie.
Odsunąłem ją delikatnie i odwróciłem się plecami. Wspomnienia dręczyły ją rzadziej, niż złe sny, ale postarzały ją szybciej. W takich chwilach powinienem mocno ją objąć, bo niczego więcej zrobić nie mogłem, ale nie zrobiłem nawet i tego. Powoli zaczynało świtać i obudziły się pierwsze, senne muchy. To był jej pomysł, żeby tu przyjechać - w jedyne miejsce, które o niczym jej nie przypominało. Udało jej się nawet zasnąć, a mi coś mówiło, że to będzie ostatnie takie lato. Coś musiało się zmienić i było mi wszystko jedno co.
Co na moim miejscu zrobiłby Lindberg? Zacząłem myśleć o czymś innym. Lindberg wyjechał bez pożegnania, by już nigdy nie wrócić. Anna została pilnować ich domu, karmić chomika i odkurzać zdjęcia. Śniło jej się, że spotkała kogoś lepszego od Lindberga. Może nie tak przystojnego, mniej ujmującego i bez takiej fantazji, ale lepszego. Kiedyś zaczęła malować i stąd wziąłem się ja. Pewnego dnia Anna sprzedała dom, spaliła zdjęcia i wyjechała. Poznaliśmy się w pociągach, które nie mogły się spotkać i trafiliśmy tutaj.
Jestem tylko ulotnym marzeniem Anny, lecz i tak realniejszy jestem od Lindberga, którego rozwiał pierwszy wiatr z dalekich stron. Podobno, kiedy się poznali wiało z północnego zachodu. Mocny, zimny wiatr, który strącał kwaśne jabłka z drzew i strącił też Lindberga. Tego dnia pochowano jego dziadka, ale Lindberg pomylił godzinę lub cmentarz, a może nawet i miasto? A Anna? Sama nie wie skąd się tam wzięła. Nie lubiła podróżować bez celu, nie lubiła odwiedzać miejsc, w których nigdy nie była. Nie lubiła także cmentarzy i w ogóle trudno byłoby znaleźć coś, co by naprawdę lubiła. Może, gdyby pojawił się wtedy pies, pokochałaby psa, lecz zamiast tego spotkała Lindberga.
Patrzyłem, jak Anna leniwie się przeciąga i powoli otwiera oczy. Uśmiechnęła się, ale jej nie odpowiedziałem i już wiedziałem, że to będzie parszywy dzień.
- Co za parszywy dzień. - pomyślała Anna wstając.
Spojrzała na mnie, a ja szybko odwróciłem wzrok. Nienawidziłem się, kiedy nie potrafiłem znaleźć chęci, by się do niej odezwać. Podeszła do okna i zaczęła wpatrywać się w gwiazdy, które znowu zapomniały zgasnąć o świcie. Patrząc na nią pomyślałem, że może szkoda, że nie spotkałem ją w żadnym z moich proroczych snów. Wszystkie moje sny są prorocze, ale w żadnym z nich nie byłem Lindbergiem.
Lindberg miał w życiu tylko jedną pasję. Zbierał butelki po najdroższych trunkach. Cały swój wolny czas poświęcał szperaniu po hotelowych śmietnikach. Szczególnie cenił stare, greckie nektary. Potrafił wydać wszystkie pieniądze na brakującą mu ambrozję, którą wypijał niemal duszkiem, by móc dodać butelkę do swojej kolekcji. A jednak w tym szklanym świecie znalazło się miejsce dla Anny.
Moje zbiory były bardziej, niż skromne. Ot, parę zielonookich win, parę śniadych miodów. Te braki w uzębieniu nadrabiałem udając znawcę, na co nie raz i nie dwa nabrała się nawet Anna. Magia szkła może omamić każdego, kto choć raz widział, jak zielone słońce mieni się światłem wszystkich pór dnia i roku. Miałem kiedyś taką butelkę...
Dużym wysiłkiem woli Anna oderwała się w końcu od okna. Obejrzała się, ni to smutno, ni to zalotnie, i wolnym krokiem weszła do łazienki. Nie zamknęła drzwi - nigdy nie zamykała. Myślała, że to dla mnie, ale robiła to ze strachu. Bała się, że, gdy zamknie drzwi, zostanie sama, a gdy je otworzy, może za nimi nic nie być. Miała rację o tyle, że mnie by - wstyd przyznać - nie było. Od dawna wiedziałem, że tylko Annie na mnie zależy, ale wciąż tkwiło we mnie irracjonalne przeświadczenie, że tam - za oknem cały świat czeka na mnie z otwartymi ramionami.
Ten pokój to nasz jedyny świat. To wszystko za oknem, cóż, równie dobrze mogłoby być teatralną dekoracją. Za drzwiami może dla nas - spełniając lęki Anny - nic nie być. Tak, jakby jakiś bezwzględny dramaturg zamknął nas na tej ciasnej scenie, ku uciesze boskiej publiki.
- Jako dramatis persone, chciałbym z tego miejsca zaprotestować przeciw tak okrutnemu traktowaniu bohaterów literackich.
Roześmiałem się głośno, aż Anna zdziwiona wyjrzała z łazienki. A, tak - oprócz pokoju mamy jeszcze kuchnię i łazienkę, w której umrze Anna. Bez obaw, to będzie cicha i przyjemna śmierć w gorącej wannie. Nie to, co Lindberg.
Zdarzyło się to na drodze z St. Louis. Lindberg wracał z aukcji, na której nabył wspaniałą, dwulitrową butelkę spirytusu. Piękny okaz, z tych, przez które słońce świeci jaśniej. Na krótko przed północą (czasu wschodniego wybrzeża) Lindberg zatrzymał się przy motelu "Atlantic Inn.". Zwykły motel, którego jedyną atrakcją był - nie najlepszy zresztą - widok na ocean. Kiedy zmęczony wysiadł z samochodu, znienacka zaatakowało go zimne morskie powietrze i oślepiający księżyc. Księżyc, który trzeba oglądać przez kryształową soczewkę! Nie zastanawiając się dłużej, niż zwykle, Lindberg zaczął opróżniać swoją magiczną butelkę. Wylawszy połowę zawartości, podniósł drżącą dłonią szkło do oczu. Księżyc kołysał się na falach owiewany słoną bryzą, a Lindbergowi zdało się, że czuje w niej zapach Paryża, Londynu, Petersburga. Nad ranem właściciel motelu znalazł pusty samochód, a w niecały miesiąc później pewien francuski rybak wyłowił kapelusz Lindberga.
Umilkł dobiegający z łazienki szum prysznica. Pomyślałem, że to ostatni moment, by się stąd wydostać, ale znów jakoś nie chciało mi się ruszyć. Tymczasem Anna wyskoczyła na zimną posadzkę i wychyliła przez drzwi ociekającą wodą głowę. Upewniwszy się, że wciąż jestem, narzuciła szlafrok i wolno ruszyła w kierunku kuchni. Odkąd się poznaliśmy, Anna zawsze chodziła powoli. Wiedziała, że lubiłem na nią patrzeć ale, odkąd tu przyjechaliśmy, tylko z uprzejmości nie gapiłem się wtedy w sufit. Gdy przechodziła poczułem zapach mokrych włosów i naraz przypomniałem sobie, że śnił jej się dzisiaj ocean. Przez chwilę bezmyślnie wsłuchiwałem się w szum fal, póki nie dobiegł mnie ostry zapach kawy.
Anna nie lubiła robić śniadań, jednak przyzwyczajenie brało zwykle górę nad niechęcią. Podobnie było z kawą. Setki razy mówiła sobie, że to niezdrowe, ale przyzwyczaiła się jeszcze na studiach - teraz już nawet nie pamiętała na jakich.
- Już się nie zmienisz, moja droga. - pomyślała niosąc mi śniadanie do łóżka, choć wiedziała, że nie powinna tego robić.
Znajdowała jakąś perwersyjną przyjemność w patrzeniu, jak jej dobrze zapowiadająca się kariera zmieniła się w tacę z kawą i kanapkami. Nie była głodna, więc powoli dopiła kawę i usiadła w fotelu przed oknem. Znowu miała wpatrywać się w nie, jak w telewizor, aż do obiadu.
Lindberg miał swoje własne okna i własne zegarki, ale on był samolubnym sukinsynem. A teraz te okna były ślepe, wskazówki wyłamane i dobrze mu tak. Nigdy dobrze nie poznałem Lindberga, lecz wiedziałem o nim dosyć, by unikać jego błędów i dosyć, by mu tych błędów zazdrościć. Usuwając go, pozbyłem się także części siebie. Chciałbym, żeby wrócił, bym i ja zobaczył kiedyś Europę - Sekwanę, Tamizę, Newę. Zebrawszy trochę silnej woli usiadłem na łóżku. Popijając zimną kawą nadgryzłem parę kanapek i poczułem w sobie dość siły, by wstać. Droga do łazienki zajęła mi mniej czasu, niż zwykle, postanowiłem więc zabawić trochę dłużej pod prysznicem. Gorąca kąpiel sprawiła, że poczułem lekkie ssanie w żołądku. Wychodząc z łazienki z zadowoleniem zobaczyłem więc, że Anna skończyła oglądać swój deszczowy serial i poszła do kuchni. Obojętnie patrzyła, jak jej ręce mechanicznie powtarzają znów te same czynności. Nalać wodę, zapalić gaz, postawić garnek - w stałym, monotonnym rytmie. Nagle zatrzymała się wpół ruchu. Coś się jej przypomniało, nie była jeszcze pewna co, ale wiedziała, że musi mi o tym powiedzieć. Nim wyszła z kuchni, zdążyłem się już położyć, usiadła więc obok mnie powoli zbierając myśli.
- Lindberg? - złapała mnie za rękę. - Wiesz, będę miała dziecko... Lindberg, będziemy mieli dziecko.
Jej paznokcie przebijały moją rękę na wylot. Muchy na suficie bawiły się w berka tak, jakby nic się nie stało. Anna czekała, żebym na nią spojrzał, ale tylko obojętnie kiwnąłem głową. Kolejny mały Lindberg.
- Jesteś, jak żywy trup. - zaskomlała Anna. - To, że nie ma lepszego świata...
Sięgnąłem po pilota i wyłączyłem jej dźwięk. Wyglądała, jak ryba, która wyrzucona na brzeg bezgłośnie łapie powietrze. W końcu na wpół uduszona upadła na łóżko. Powoli wstałem i podszedłem do drzwi. Wyciągnąłem drżącą dłoń w stronę klamki i powoli je uchyliłem. Przez szparę zaczęła sączyć się gęsta, zimna mgła. Nie spiesząc się - jakbym stał przed cierpliwą kochanką - zacząłem zdejmować koszulę, spodnie, skarpety. Otworzyłem drzwi na oścież delektując się przez chwilę obmywającą mnie mgłą. Odwróciłem się jeszcze, ale łóżka nie było już prawie widać. Zrobiłem krok, potem drugi i trzeci, by w końcu puścić się biegiem. By rozpłynąć się nad Paryżem, Londynem, Petersburgiem.